wtorek, 8 grudnia 2020

Apel o pokój. 40 lat temu odszedł John Lennon

17 listopada tego roku minęło 40 lat od wydania ostatniego albumu za życia Johna Lennona -
Double Fantasy. Przedstawiałem go Wam na łamach swojego bloga kończąc słowami, że ciąg dalszy nastąpi. Pisząc te słowa nie miałem na myśli tego, co stało się trzy tygodnie po premierze albumu - tragiczna śmierć Artysty. Chyba każdy fan jego twórczości i pięknych, bardzo wartościowych przekazów, woli go mieć żywego, pamiętać go takim, jakim żył i tworzył. Nawet jeśli tych fanów nie było wtedy na świecie. Nie będzie to więc wpis poświęcony temu tragicznemu dniu, w którym chory psychicznie fan i fanatyk religijny, Mark David Chapman, dokonał tak straszliwej zbrodni. Cofniemy się do roku 1971 i powspominamy jego album, który jest - można powiedzieć - dla wielu biblią czy też ściśle obowiązkową lekturą. Album, którego utwór tytułowy przeszedł do historii i stał się hymnem, wyrazem nadziei, marzeń. Oczywiście mowa o albumie (u utworze) Imagine. Aż ciężko uwierzyć, że ten album w przyszłym roku skończy 50 lat. 9 września 1971 roku został wydany w Stanach Zjednoczonych, a miesiąc później, 8 października (dzień przed urodzinami Johna), w Wielkiej Brytanii. Myślałem też o tym czy by nie poczekać do z tym do przyszłego roku, do jednej z tych dat. Postanowiłem jednak, że dziś będzie lepsza okazja. Dlaczego? Bo jest to absolutne Arcydzieło przez WIELKIE A. 

Przenieśmy się więc do tamtego okresu. Jest już po rozpadzie Beatlesów. Każdy idzie w swoją stronę. George Harrison nagrał swój wielki All Things Must Pass i odniósł wielki sukces. Jednak muzycy pozostają w kontakcie. W większym lub mniejszym stopniu. I tak podczas pobytu w Nowym Jorku John Lennon i George Harrison spotkali się na małe jam session. Joh  przygotowywał album i poprosił kolegę, by ten na nim zagrał. George się zgodził i zaprosił też swojego przyjaciela, basistę Klausa Voormanna. Pierwsza sesja nagraniowa odbyła się w Ascot Sound Studios 11 i 12 lutego 1971. Wtedy zarejestrowano utwory  It's So Hard i I Don't Want To Be A Soldier. Wtedy także zarejestrowano singiel Power To The People. Jednak John nie był do końca zadowolony z efektów, dlatego podczas drugiej sesji, odbywającej się od 24 maja do 5 lipca 1971 roku, zdecydował się na remake piosenki I Don't Want To Be A Soldier. Wtedy zaczęła się oficjalne rozpoczęcie sesji nagraniowej do albumu Imagine. Poprosił o pomoc Nicky'ego Hopkinsa, członków zespołu Apple Badfinger, Alana White i Jima Keltnera. Harrison wniósł partie gitary prowadzącej w kilku numerach. Później, trzeciego lipca, John i Yoko polecieli do Nowego Jorku, by skończyć album w studiu Record Plant. Tam ponownie nagrano wiele partii instrumentalnych, dodano także smyczki i saksofon Kinga Curtisa. Utwory, które zostały ukończone w Record Plant to It's So Hard, I Don't Want To Be A Soldier i How Do You Sleep? Podobnie jak na jego pierwszym albumie Plastic Ono Band, Phil Spector dołączył do Lennona i Yoko Ono jako koproducent na Imagine. Aranżacje smyczkowe na album zostały napisane przez Torrie Zito. 


Najważniejszym utworem na płycie jest oczywiście Imagine. Stał się znakiem rozpoznawczym Lennona. Artysta napisał go jako apel o pokój na świecie. Wiele lat później uznał rolę Ono w tworzeniu piosenki i wyraził ubolewanie, że wcześniej nie uznał jej za współautorkę. Utwór Jealous Guy pamięta czasy Beatlesowskie, bowiem został napisany i skomponowany w Indiach w 1968 roku, ale wtedy miał zupełnie inny tekst i tytuł Child Of Nature. Później Lennon wykorzystał to nagranie z nowym tekstem i tytułem - Zazdrosny Facet. Wieść gminna głosi, że John poprosił, czy nawet zażądał, by Yoko sporządziła mu listę kochanków, z którymi spała. Oh My Love” i How? powstało pod wpływem jego doświadczeń z terapią. Crippled Inside to prosty, rock’n’rollowy numer przeciwko dyskryminacji ludzkiej. Ciekawostką jest mostek w piosence został zaczerpnięty z utworu Black Dog z 1964 roku autorstwa Koernera, Raya i Glovera. Poza Imagine mamy także inny bardzo ważny utwór, mój ulubiony protest song Johna - Gimme Some Truth. Co ciekawe - też pochodzi z czasów The Beatles. Lennon przyniósł go na sesje nagraniowe do albumu Let It Be w 1969 roku. Wspomniany już antywojenny utwór I Don't Want To Be A Soldier zamyka pierwszą część płyty w kakofoniczny sposób. Ostatnią piosenką na albumie była Oh Yoko! Wytwórnia EMI naciskała, by ten utwór był singlem, ale Lennon uważał, że jest zbyt „popowy”. 


Na początku napisałem, że mimo rozpadu Beatlesów muzycy utrzymywali raczej przyjacielskie stosunki spotykając się raz za razem, coś tam jammując, a potem ostro imprezując. Jak się okazuje - nie wszyscy. Wielka kompozytorska spółka, odpowiedzialna za największe hity Czwórki z Liverpoolu, czyli John i Paul, była wtedy w bardzo nieprzyjemnych relacjach. Utwór How Do You Sleep? Lennon napisał w następstwie udanego pozwu Paula McCartneya w londyńskim Sądzie Najwyższym o rozwiązanie Beatlesów jako spółki prawnej. Orzeczenie to nastąpiło po publikacji zniesławiających uwag Lennona na temat Beatlesów w wywiadzie dla magazynu Rolling Stone z grudnia 1970 roku, a McCartney i jego żona Linda, zostali pokazani w kostiumach klauna i zawinięci w torbę. Po wydaniu albumu McCartneya Ram w maju 1971, Lennon poczuł się zaatakowany przez dawnego kolegę, który później przyznał, że wersety w piosence Too Many People były zapisem sporów o Yoko. Macca stwierdził, że to niewielki przytyk. Lennon uważał, że inne piosenki na albumie, takie jak 3 Legs, zawierały podobne ataki, chociaż McCartney temu zaprzeczył. Tekst How Do You Sleep? odwołuje się do słynnych plotek Paul Is Dead, zwłaszcza wers: Those freaks was right when they said You was dead, zaś początek jest odwołaniem do słynnego Sierżanta Pieprza: So Sgt. Pepper took you by surprise. John był skłócony z Paulem, ale nie z Georgem. Ten zagrał na slide gitarze. Lennon był zachwycony tym jak Harrison na przestrzeni lat udoskonalił swoją technikę gry na gitarze.


Zdjęcia na przedniej i tylnej okładce zostały wykonane przez Ono przy użyciu aparatu polaroidowego. Wcześniej uważano, że zdjęcie na okładce zostało zrobione przez Andy'ego Warhola. Na tylnej okładce znajduje się cytat: Wyobraź sobie kapiące chmury. Wykop dziurę w ogrodzie, aby je umieścić z książki Ono Grapefruit, której brytyjskie wznowienie promowane było przez Lennona w tamtym czasie. 


Imagine odniósł sukces krytyczny i komercyjny, osiągając pierwsze miejsce zarówno na brytyjskiej liście albumów, jak i na amerykańskim Billboard 200. Wraz z debiutem jest uważany za jeden z najlepszych solowych albumów ex-beatlesa. W 2012 roku album zajął 80. miejsce na liście 500 największych albumów wszechczasów magazynu Rolling Stone. Album był wielokrotnie wznawiany, w tym w 2018 roku jako The Ultimate Collection, sześcio płytowy zestaw pudełkowy zawierający wcześniej niepublikowane dema, rzadkie wersje studyjne. Pozycja obowiązkowa. Biblia.


40 lat bez Johna. Ale jest Muzyka, jest przesłanie: Pokój! Dajmy szansę pokojowi! Wyobraźmy sobie, że nie ma jednej wizji nieba, piekło jest puste, religia nie istnieje, ale jest wiara i nie ma żadnych wojen religijnych, nikt nie chodzi głodny, a ludzie chcą żyć w pokoju. Kobieta nie jest przedmiotem, a człowiekiem równym mężczyźnie i sama o sobie decyduje. Większość tego przekazu jest bardzo utopijna. Jednak ... ja naiwnie jak dziecko w to wierze! Wierzę w wolność, wierzę w miłość i tolerancję!


Pamiętamy, John✌💓








Bartas✌


piątek, 4 grudnia 2020

Chodź, wyszepczę Ci na ucho to wszystko, co czuję! Norah Jones - "Pick Me Up Off The Floor"

Dzisiaj powracam do cyklu
kobiety rządzą światem, kobiety ten świat zmieniają! albo też Niewiasta w Bartasowym Kuferku! Jak wiadomo powszechnie - kobiety są dzisiaj siłą i nikt tego nie zmieni. Choć byście się zesrały, stare zakompleksione dziady, to tego nie zmienicie. Główną bohaterką dzisiejszego wpisu na blogu będzie … Norah Jones i jej nowy album Pick Me Up Off The Floor. Jeśli miałbym wybrać najlepsze tegoroczne wydawnictwa z żeńskimi głosami to ewidentnie na dzień dzisiejszy wskazałbym albumy pani Jones i pani Morrisette. O Alanis pisałem już jakiś czas temu. Tych, co nie czytali odsyłam tutaj. Teraz wypadałoby napisać coś o tej nowej płycie Artystki, która 18 lat temu skradła moje serce. Tak, moi Drodzy, aż trudno uwierzyć, że minęło 18 lat, odkąd jej debiutancki album Come Away With Me zdominował świat muzyczny swoim brzmieniem wykraczającym poza gatunek. W wieku zaledwie 23 lat zdobyła 5 nagród Grammy, w tym Album Roku, Płyta Roku i Najlepszy Nowy Artysta. (Album został Diamentem, sprzedając się w ponad 27 milionach egzemplarzy.). Od tamtej pory jestem bez pamięci zakochany w tym jej zadymionym głosie i czekam na każde jej wydawnictwo z niecierpliwością. Nie zawiodłem się także i najnowszym krążkiem.

Pick Me Up Off The Floor to siódmy album w karierze Nory Jones. Ukazał się 12 czerwca 2020 roku. Miał ukazać się wcześniej, ale niestety świrus w koronie pokrzyżował artystce plany. Ona sama zaś w czasie oficjalnej premiery powiedziała, że nie jest pewna tego czy w tych ciężkich czasach jest to dobry moment na wydanie nowej płyty. Jednocześnie podkreśliła, że ma nadzieję, iż ta muzyka zapewni poczuci komfortu tym, którzy są na przymusowej kwarantannie. Nadzieje pani Jones nie były płonne. Udało jej się to znakomicie. Słuchając albumu aż trudno uwierzyć, że jest to tzw outtakes, czyli piosenki, które nie weszły na poprzednie albumy. Na szczęście panna Jones była na tyle sprytna, aby ocalić od zapomnienia te utwory, abyśmy wszyscy mogli się nimi cieszyć. To kompilacja, z której powstał bardzo spójny album. Dla niektórych  Artystka od 18 lat gra to samo, wszystko na jedno kopyto. Niejednokrotnie słyszałem opinie na temat jej twórczości i testy w stylu: Bartas, ale czym Ty się podniecasz? Co Ty w niej widzisz? Chyba tylko cycki i tyłek to w dodatku tłusty! Smęci strasznie! Wszystko na jedno kopyto! Cóż, z pewnością jest bardzo atrakcyjną kobietą i - nie ukrywam - bardzo lubię na nią popatrzeć, gdy śpiewa i gra. Najważniejsza dla mnie jest jednak jej muzyka. Znam wszystkie jej płyty od deski do deski i każda jest inna. Najnowsza diametralnie różni się od tego, co zaprezentowała na debiucie. Pick Me Up Off The Florr jest dość mrocznym albumem, ale oferuje szeroki wachlarz stylów i nastrojów, ponieważ z łatwością wplata się w swoją wyjątkową mieszankę jazzu, folku, country, a nawet gospel.


Album otwiera utwór How I Deep. Zaczyna się skąpo i mrocznie prostymi akordami fortepianu, basem i wiolonczelą, z naciskiem na jej zadymiony głos. Pierwszy numer, pierwszy odsłuch i już wiedziałem, że to będzie fantastyczna płyta. Flame Twin jest bardziej bluesowy i zmysłowy, z dodatkiem gitary elektrycznej. Hurts To Be Alone i I’m Alive (napisane wspólnie z Jeffem Tweedym) to najbardziej dynamiczne i chwytliwe utwory, typowo radio friendly, ale to in plus. Heartbroken, Day After z łatwością mógłby być piosenką country, gdyby została wyprodukowana w innej aranżacji. Kiedy Norah nuci: hey, hey, it’s going to be OK, at least that’s what I tell myself anyway. Wierzę jej. This Life, który zaczyna się złowieszczym tekstem This life as we know it is over, powinien zostać wydany jako singiel. Kiedy pierwszy raz to usłyszałem, zamarłem i zastanawiałem się, skąd ona wie? Kontrast melancholijnych modulacji Norah z niebiańskim wokalem sprawia, że ​​jest to jeden z moich ulubionych utworów. Upiorny Were You Watching był pierwszym singlem wydanym 13 maja. Zainspirowany wierszem przyjaciółki Emily Fiskio jest to najcięższy i najbardziej ponury utwór. Dramatycznie intensywna gra na fortepianie i skrzypcach tworzy nieprzyjemny nastrój, gdy Norah rzuca oskarżycielskie teksty. Stumble On My Way ma to lekkie i przewiewne wrażenie, jakby Norah prawie nuciła. Na pierwszy rzut oka (a raczej ucha) wydaje się, że to taka prosta i skromna piosenka, ale w prawdziwym stylu Norah Jones. Sposób, w jaki zatraca się nad słowami i nie spieszy się z klawiszami, tworzy ten zrelaksowany i niewymuszony styl, który sprawił, że zakochałem się w jej muzyce te 18 lat temu. To Live to mój drugi ulubiony utwór ze swoim dusznym klimatem i podnoszącym na duchu przesłaniem nadziei. Ma tak bogatą jakość gospel, że z łatwością mogłem usłyszeć Mavis Staples śpiewającą te teksty.


Na całym świecie pojawia się bezrobocie, pandemia i niesprawiedliwość rasowa. Dlatego uważam, że Pick Me Up Off The Floor nie mogło nadejść w lepszym momencie. To album o wielkiej refleksji i głębi. Norah Jones przykuwa Twoją uwagę i zmusza do patrzenia na rzeczy, które nie zawsze są łatwe. To nie jest muzyka w tle. Głos Norah w słuchawkach jest jak zaufana przyjaciółka szepcząca Ci do ucha sekrety. Jej celowo powolne i wyciszone wyznania uspokajają umysł, a także powodują, że z pewnością, Drogi Czytelniku, zajrzysz głęboko w siebie i zadasz sobie kilka poważnych, egzystencjalnych pytań. Pozycja bardzo mocno polecana 😊








Bartas✌


środa, 2 grudnia 2020

Zamglony Pejzaż. Maciej Meller - "Zenith"

Do recenzji, czy też przemyśleń na temat tej płyty zabierałem się jak przysłowiowy pies do jeża. No, ale kolega Przemek wszedł mi na ambicję, napisał
swoją recenzję na swoim blogu i tym samym zainspirował mnie, do tego, że być może warto coś skrobnąć, bo ta płyta jest tego warta. Moi Kochani, rok 2020 obfituje we wspaniałe nowości. Wiele z nich wyskoczyło centralnie jak filip z konopii. Brendan Perry ze swoją grecką muzyką, także Kalandra, o której wcześniej nic nie słyszałem. Również i Maciek Meller swoim debiutem zaskoczył. Mimo, iż płyta była zapowiedziana, a fragmentów można było posłuchać choćby u Ojca Dyrektora Piotra Kosińskiego w Pejzażach Dźwiękiem Malowanych, to jednak bez wątpienia można uznać album Zenith za niespodziankę tegoroczną. Maciek Meller to człowiek instytucja, znakomity instrumentalista i weteran rocka progresywnego. Związany z równie znakomitym zespołem Quidam oraz ciekawym projektem Meller-Gołyźniak-Duda. Obecnie występuje z zespołem Riverside (już oficjalnie) jako główny gitarzysta, zastępując zmarłego nagle nieodżałowanego Piotra Grudzińskiego (RIP, Grudzień). Jako wielki fan od samego początku istnienia tej warszawskiej formacji, stwierdzam, że Maciek daje sobie świetnie radę, choć… no, nie oszukujmy się… ciężko jest zastąpić kogoś, kto miał tak specyficzny styl gry jak Piotr. No, ale dobrze im życzę, wspieram mocno. 

Jednak nie o Riverside tu mowa, a o solowym projekcie Maćka. Poza głównym bohaterem, który gra na gitarze i mandolinie, zespół tworzą: Krzysztof Borek na wokalu, Robert Szydło na basie, Łukasz Damrych na klawiszach i Łukasz Sobolak na perkusji. Przesłuchałem i stwierdzam, że jest to jedna z polskich perełek rok, o ile nie polska płyta roku. Album Zenith to dawka klimatycznego i emocjonalnego rocka z pewnym wpływem progresywnej wersji retro. Znaczna część albumu jest mglista. Słyszymy tu nieco elektroniki, kosmicznych rozmyślań i gitarowego grania. Gitary macieja są gęste, władcze i stanowcze. Kompozycje są celowe i bardzo dobrze przemyślane. Zenith jest mocnym albumem, głównie z uwagi na bardzo dobry wokal Krzysztofa, który doskonale czuje teksty utworów na płycie. Maciek byle kogo by do zespołu nie wziął. Reszta składu to także same talenty - świetnie pulsujące linie basu Roberta, dobrze nastrojone bębny Łukasza i bardzo mocno zapadające w pamięć solówki klawiszowe drugiego Łukasza potwierdzają profesjonalizm. 


To zaledwie trzy kwadranse muzyki, a dzieje się tam mnóstwo wspaniałych rzeczy. Fantastyczne i pełne w żyłach energii gitary słyszymy w otwierającym album Aside czy Knife. Inne utwory, takie jak Plan B i Halfway, mają łagodniejszą kompozycję, chociaż myślę, że te dwa utwory zawierają najlepsze solówki gitarowe na płycie, zwłaszcza fantastyczne solo z Halfway. Singlem promującym był Frozen, a refren jego tłucze się po mojej głowie cały czas. Fox to interesująca piosenka, która sprawia wrażenie, jakby ... trochę się powstrzymywała. Brzmi to jednak niesamowicie i też często jej słucham. Moim zaś ulubionym utworem jest Trip. Co ciekawe - Mariusz Duda z Riverside ma w nią również swój wkład. Ta piosenka ma ogólnie mocną strukturę, a szczególnie uwielbiam tą elektroniczną drugą jej połowę, która jest szara i introspektywna, gdy dudniące rytmy znakomicie współgrają z emocjonalnie brzmiącymi gitarami Macieja. Zajebisty numer i na pewno będzie jednym z moich ulubionych w tym roku. 


Tym albumem Maciek pokazał, że ma bardzo wiele do zaoferowania. Myślę, że fani cięższej strony polskiego prog-rocka poczują się tu jak w domu. Mam takie też wrażenie (może mylne), że Quidam nigdy nie zwrócił na siebie uwagi, na jaką zasługują. Szkoda. Wkład Macieja w album Riverside Wasteland sprawił, że musiałem się dostosować do nowej sytuacji. I choć kompozycje były świetne to jednak czuło się brak Grudnia. Potrzeba mi było czasu. Zenith zaskoczył od razu i zawładnął moją świadomością. Jestem przekonany, że zawładnie i Twoją, Drogi Czytelniku świadomością. Przebije się ona przez ponury i zamglony ton, aby odkryć bogactwo emocji i muzycznych akcentów. Jeśli nie to daj sobie czas. Tak jak dałem sobie czas z Wasteland. Dobre albumy zawsze warte są czasu, aby je zrozumieć lepiej, a ten album jest najlepszym przykładem.








Bartas✌


poniedziałek, 30 listopada 2020

Obrazy groźne, ale fascynujące. METZ - Atlas Vending

O istnieniu grupy METZ dowiedziałem się w okolicach 2012 roku, jeszcze za czasów starej, dobrej Radiowej Trójki. A zaprezentował tę muzykę … PIOTR METZ w swoim autorskim programie Lista Osobista w soboty po 19:00. Ach, to były czasy. Opowiedział pół żartem, pół serio, zebranym słuchaczom na ASP Przystanku Woodstock (byłem na tym spotkaniu i nawet miałem okazję i zaszczyt zadać Panu Redaktorowi Piotrowi pytanie), że zainteresował się tym zespołem, bo … nazywają się tak samo jak on, ale i muzycznie, bo mocno grzeje go ta muza.

Jest to zespół, który został założony w 2008 roku w Ottawie. W skład jego wchodzą: wokalista oraz gitarzysta Alex Edkins, perkusista Hayden Menzies oraz basista Chris Slorach. Szybko zyskali miano nosicieli standardów XXI wieku dla szczególnej odmiany klekotu, przesiąknięci rodzajem noise-rocka, który po raz pierwszy wyłonił się z amerykańskiego undergroundu pod koniec lat 80. Swój debiutancki album wydali dla wytwórni Sup Pop (tam, gdzie m.in. Nirvana i ich pierwsze nagrania) 9 października 2012 roku, a zatytułowany był po prostu METZ. Co ciekawe - album zdobył uznanie fanów i krytyków, a zespół stał się laureatem Polaris Music Prize 2013. 17 lutego 2015 roku zespół ogłosił wydanie kolejnego krążka II, którego promował utwór Acetate (utworowi towarzyszy także teledysk). Drugi album został wydany 5 maja 2015 roku i był nominowany do Polaris Music Prize 2015. Trzeci album - Strange Peace - wydano 22 września 2017 roku. Na najnowszy album przyszło nam czekać trzy lata. W końcu w lipcu tego roku ogłoszono, że będzie się nazywał Atlas Vending, a jego premierę wyznaczono - tak jak debiut - na 9 października tego samego roku. Przesłuchałem. A moje wrażenia?

Podążając za pewnym siebie i bardzo dojrzałym wspomnianym już wyżej albumem Strange Peace z 2017 roku, METZ powraca z płytą, która jest tak głośna, tak energetyczna i chaotyczna jak zawsze - jeśli nie bardziej - a jednocześnie najbardziej przenikliwie rozwinięta. Atlas Vending jest bardzo wymiarowy i wyrazisty w swojej hałaśliwości. To tak, jakby jasne błyskawice Drive Like Jehu spotykały się z grzmotem Jesus Lizard, a podziemna ciemna skała Młodych Wdów trzymała wszystko na krawędzi. Metronomiczny dysonans i pulsujący rytm w otwierającym album Pulse to coś w stylu grupy Daughters, który z pewnością przyspieszy tętno. Blind Youth Industrial Park to czteropiętrowa machina, która wykorzystuje złowieszcze kontrasty. Draw Us In przekazuje szarpane, dźwięczne riffy jak z In Utero Nirvany. Framed By The Comets Tail opiera się na wygiętych harmonicznych, które przypominają hipnotyczne odliczanie do czegoś okropnego. The Mirror brzmi jak druty osiągające granicę wytrzymałości i gwałtowne pękanie. Zamykający album A Boat To Drown In pędzi jak rzeka, o której myślisz, że jest bezpieczna na powierzchni, zanim zostanie pochłonięta przez przypływ. Te obrazy są dość groźne, ale fascynujące. W utworach tych poruszane są takie tematy jak: lęk społeczny, uzależnienie, niepokój i paranoja. Wszystko to polane sosem noise-rocka. Ale największym zaskoczeniem i w sumie taką główną atrakcją płyty Atlas Vending jest utwór Hail Taxi. Numer pokazuje co się dzieje, gdy migoczący britpop spotyka się z młotem kowalskim noise-rocka. Trzeba jednak przyznać, że ten eksperyment im się naprawdę udał.


Mimo tego eksperymentu zespół METZ nie stracił nic ze swojego okrucieństwa; ich chęć odkrywania delikatniejszej strony po prostu daje im więcej powodów do pozostawania w głowie na długo po zakończeniu utworu - i utrudnia przewidzenie kolejnego ogłuszającego uderzenia. METZ to zwierzę, które wyewoluowało na swoją korzyść, z bardziej wyrafinowanym apetytem i zębami, które wciąż są ostre jak brzytwa. Jedna z najciekawszych płyt w tym roku. Polecam słuchać płyty zarówno głośno w pokoju lub na dobrych, przestrzennych słuchawkach. A jak już odpalicie płytę to zamknijcie oczy i wyobraźcie sobie te groźne, ale fascynujące obrazy. Czwarty album grupy METZ Atlas Vending jest świetnym dowodem na to, że scena noise-rockowa ma się bardzo dobrze😊








Bartas✌

niedziela, 29 listopada 2020

Zbyt wiele czasu nie zostało. George Harrison - "Brainwashed". W 19 rocznicę śmierci ex-Beatlesa.

Tak jak moi Rodzice pamiętają bardzo dobrze 8 grudnia 1980 roku, tak ja bardzo dobrze pamiętam 29 listopada 2001 roku. Przyszedłem ze szkoły dość późno, Rodzice przyjechali z pracy, usiedliśmy do obiadu, a w telewizji podano wiadomość, że George Harrison nie żyje. Smutek, ogromny smutek i ta myśl, że zostało już ich tylko dwóch. Dwóch żyjących Beatlesów - Paul McCartney i Ringo Starr. Mimo młodego wówczas wieku (gimnazjum) znałem już od dawna zarówno katalog Beatlesów, jak i solowe dokonania poszczególnych członków grupy. Resztę tego wieczoru spędziłem słuchając Radiowej Trójki i na przemian włączając płyty Beatlesów. Przedwczoraj zaprezentowałem najważniejsze solowe dokonanie Zmarłego Artysty z okazji 50-lecia wydania -
All Things Must Pass. Dzisiaj zaś chciałbym napisać kilka słów o płycie, która ukazała się prawie rok po śmierci ex-beatlesa, dokładnie 18 listopada 2002 roku, a nosiła ona tytuł Brainwashed.

Powstawała dość długo. Muzyk zaczynał nagrywać utwory już w 1988 roku. Jednakże proces był opóźniony przez problemy biznesowe z jego byłym managerem, Denisem O’Brienem, jak również poprzez współpracę z Travelling Wilburys, Ravim Shankarem oraz przez pracę nad projektem The Beatles Anthology, vol.1 Z powodzeniem walczył z rakiem gardła w 1997 roku. Dwa lata później, 30 grudnia 1999 roku został zaatakowany przez chorego psychicznie mężczyznę. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze i po powrocie do zdrowia skupił się na dokończeniu albumu, z radością dzieląc się wszelkimi pomysłami ze swoim synem Dhanim. Niestety rak znów zaatakował. Tym razem płuca. Muzyk w 2001 roku przeszedł operację, chemioterapię, ale niestety pojawiły się przerzuty do mózgu. Zdając sobie sprawę, że nie pozostało mu wiele czasu, ale mając też nadzieję, że uda mu się wygrać, harował jak wół, by zostawić jak najwięcej muzyki. Ostatnia sesja nagraniowa miała miejsce w Szwajcarii na krótko przed podróżą do USA w celu dalszej rekonwalescencji. Niestety 29 listopada 2001 roku, Harrison zmarł, pozostawiając Brainwashed niedokończony. Przed śmiercią dał jednak wytyczne swojemu synowi oraz staremu przyjacielowi, producentowi, wielkiemu fanowi The Beatles, Jeffowi Lynne’owi, jak dokończyć album. 


Album rozpoczyna się pierwszą kompozycją napisaną na potrzeby tego projektu, datowaną na 1988 rok. Any Road jest jednocześnie zabawną piosenką „podróżniczą”, utrzymaną w tradycji popu lat sześćdziesiątych, ale jest też głęboko filozoficznym spojrzeniem na szerszą perspektywę. Wydana na singlu dotarła do TOP 40 na brytyjskich listach przebojów. P2 Vatican Blues (Last Saturday Night) jest aluzją do raka i przypieczętowanego losu, jednocześnie też bardzo negatywnym stosunkiem Artysty do kościoła katolickiego. Wydawać by się mogło, że Pisces Fish również odnoszą się do śmiertelności, zwłaszcza, gdy padają słowa And I'm a Pisces fish and the rivers runs / Through my soul. Charakteryzuje się przepiękną partią gitary akustycznej i dość szorstkim wokalem, ale to skutkuje, biorąc pod uwagę tragiczne okoliczności. Sercem i duszą całego albumu jest Looking For My Life z doskonałą akustyką, z elektryzującymi akcentami oraz bardzo melodyjnym wokalem. Ten utwór nawiązuje do Harrisona z wczesnych lat 70-tych z subtelnym riffem, co czyni go ewidentnym klasykiem. Rising Sun może przypominać współczesny utwór Beatlesów, gdy Harrison wykonuje swój charakterystyczny slajd elektryczny nad połączonymi podkładami akustycznymi, ukulele i delikatnymi smyczkami. Muzycznie na najwyższym poziomie, z fajnym prowadzeniem i frazami. Piosenka jest również melodyjna wokalnie, z lekkim chórkiem Lynne’a, a także bardzo uduchowiona i egzystencjalna pod względem tekstowym. Pośmiertny laureat Nagrody Grammy w 2004 roku Marwa Blues przypomina gitarową szkołę Davida Gilmoura czy Erica Claptona. Mówiąc już o tym drugim wielkim gitarzyście, utwór Run So Far został pierwotnie napisany i nagrany na potrzeby jego albumu Journeyman z 1989 roku. Na tym oryginalnym nagraniu, na którym Harrison grał na gitarach i chórkach, kontrast między stylami gitary był bardziej uderzający. Jednak jasne jest, że wokal Harrisona lepiej pasuje do tej piosenki. Optymistyczny, lecz melancholijny nieco Stuck Inside A Cloud Dhani wybrał jako siódmy utwór na albumie. Dlaczego? Ano, dlatego, że siedem to ulubiona liczba zmarłego ojca, zaś sam utwór - ulubionym na płycie. 


Końcówka albumu ma dość zróżnicowana stylistykę. Never Get Over You to bluesowa piosenka o miłości ze świetną produkcją i bardziej fantastycznym, melodyjnym wokalem. Posępna i subtelna piosenka brzmi, jakby mogła być wielkim radiowym hitem lat 70. Between The Devil And The Deep Blue Sea został nagrany w 1992 roku jako perfekcyjnie wykonany utwór na ukulele z lat trzydziestych XX wieku, z wystarczająco nowoczesną produkcją, aby uczynić go bardzo interesującym. W tym utworze występuje potężny fortepian, na którym gra koleś o nazwisku Jools Holland. Rocking Chair In Hawaii to wyjątkowy utwór bluesowy z bardzo wyluzowanym wokalem i tropikalnym akcentem. Co ciekawe - utwór pamięta czasy…  All Things Must Pass i zawiera dobrą perkusję, która spaja wszystko razem. Na samym końcu albumu mamy utwór tytułowy, Brainwashed, który jest dość bezpośrednim rockowym numerem. I myślę, że bez problemu mógłby się znaleźć na którejś z płyt The Traveling Wilburys. Piosenka o ciekawej mieszance tematów i stylów zawiera przerywnik z kobiecą recytacją i dwuminutową mantrą, dronem i indyjską perkusją, podczas której George i Dhani recytują unisono Namah Parvati.


Nie ma na tej płycie jakichś szczególnie odkrywczych rzeczy. To jest po prostu cały Harrison, były Beatles, świetny gitarzysta i kompozytor oraz wcale nie gorszy wokalista. Nie musiał nikomu niczego udowadniać. Nagrał płytę, bo chciał. Płytę niezwykle refleksyjną, uduchowioną, a miejscami złośliwą, sarkastyczną i jak przystało na beatlesa - rock’n’rollową. Nie zdążył jej dokończyć. Pokonał go paskudny, cichy zabójca - rak. Dhani i Jeff dokończyli album i wykonali piękną robotę. Wracam do tej płyty nieustannie od 18 lat w dniu 29 listopada. To godne pożegnanie. Ale … zaraz, zaraz … Ja nigdy nie mówię żegnaj. Ja mówię: do zobaczenia po Lepszej Stronie Życia.








Bartas✌



sobota, 28 listopada 2020

Podróż do świata Rebetiko. Brendan Perry - "Songs Of Disenchantment (Music From The Greek Underground)"

Swego czasu Andrzej Sikorowski, lider krakowskiej formacji z nurtu poezji śpiewanej Pod Budą, napisał taką piosenkę
Moje Dwie Ojczyzny. Pierwsza zwrotka jest o Grecji (jego żona  Chariklia Motsiou-Sikorowska jest z pochodzenia Greczynką), druga zaś o Polsce. Nieskromnie się pochwalę, że kiedyś dawno temu, za dzieciaka zjeździłem wraz z Rodzicami ¾ Europy. Niestety nie miałem okazji zwiedzić południowo-wschodniej jej części, czyli choćby w Grecji. Choć zawsze bardzo chciałem. Może uda mi się jak ten cały świrus się wreszcie skończy. Lubię tamtejszą kulturę, muzykę oraz kuchnię. Z Grecji wywodzi się wiele wspaniałych i cenionych przeze mnie artystów. Zarówno światowej sławy, jak i totalnie niszowe, które co jakiś czas znów poznaję, odkrywam i cieszą uszy. Greckie pochodzenie miał przecież także George Michael, który naprawdę nazywał się Geórgios Kyriákos Panajiótu. Grecy mają fantastyczne instrumenty i pyszne wina. Choć znam Grecję jedynie z opowieści to kojarzy mi się z wolnością. Tak, z moim ulubionym słowem - wolność. Grecja to także wielcy filozofowie, a że ja filozofem i rozkminiaczem życiowym jestem to także i za to lubię ten kraj. Kurde, muszę się tam wybrać. Ja wiem, że politycznie mi nie po drodze, ale … jakie to ma, kurwa, znaczenie, gdy jest tyle pięknych aspektów. 

Inny muzyk, pochodzący z Wielkiej Brytanii, niejaki Brendan Perry, znany doskonale z występów z Lisą Gerrard jako grupa Dead Can Dance, również od dawna jest fanem wszystkiego, co greckie - od kultury, przez historię, sztukę aż po kuchnię. Właśnie niedawno ukazał się na rynku taki dość sensacyjny jego nowy solowy album z muzyką grecką. Nosi on tytuł Songs Of Disenchantment. Sam zaś artysta opowiada nam o tych czarownych dźwiękach charakterystycznych dla Grecji. Takich, o których wiele lat później dowiedział się, że znane są jako muzyka Rebetiko. Po raz pierwszy usłyszał je pod koniec lat siedemdziesiątych w greckich kawiarniach i tawernach na przedmieściach Melbourne. Było to centrum spotkań greckich imigrantów, którzy od końca XIX wieku masowo przybywali do Australii. W ciągu dnia te miejsca chętnie były odwiedzane przez grupy starszych mężczyzn, którzy słuchali znanych dźwięków jako laiko i rebetiko, grając w backgammon i popijając anyżową wódkę ouzo. Płynął statkiem i nauczył się grać na gitarze. Od tamtej pory jest bezgranicznie zakochany w Grecji.


Płytą tą zachwyciłem się od razu. To, co rzuca się w pierwszym rzędzie na uszy to nie tyle czarodziejski niski wokal Brendana, ale instrumenty typu Bouzouki, Santouri. Do tego mieszanka lutni, cymbałów i perkusji jest tak sugestywna, że natychmiast słuchacz przenosi się do innego czasu i świata. Melodie są płynne, Perry dobrze o tym wie i wykorzystuje każdą aranżację, aby pokazać te trzy elementy muzyki do absolutnej perfekcji. W warstwie tekstowej to historie opowiadające głównie o paleniu fajki wodnej, jedzeniu, piciu wina, tańczących dziewczynach i ogólnie korzystaniu z wygód, których pragnęli mężczyźni w tamtych czasach. Na tym albumie Brendan Perry stworzył i nagrał wiele starożytnych instrumentów z niesamowitą wyrazistością. To sztuka, aby usłyszeć różnicę między Bouzouki, Tsouras, Baglamadaki i Saz. Często każdy utwór składa się z kilku warstw, co nadaje albumowi dwoistość i napęd. Naprawdę czujesz się jak na ciekawej imprezie. Dodajmy bandoneona i mamy sen greckiego żeglarza.


Poszczególne utwory mogą spotkać się z różnymi uczuciami słuchacza, jednak nastrój jest bardzo optymistyczny i nadwyraz podniosły. Przy użyciu bandoneonu Perry przekształca Tonight In Your Neighborhood i Bring Me A Cup Of Wine w żwawe greckie tańce. Gypsy Girl przypomina mi utwór Ocean z wczesnego okresu twórczości Dead Can Dance, ale zamiast gitar mamy lutnie. Centralną osią albumu, który wywołał u mnie sporą burzę i niepokój duszy są trzy - moim zdaniem - najlepsze kompozycje The Hash Den Owner, O Memetis i In The City’s Hammam. Cechuje je misterna partia nut z podciągnięciami smyczkowymi. Absolutna rewelka! You Were Barefoot i The Pickpockets mają w sobie coś z pijackiego kaca, zaś zamykająca album kompozycja Christos, Play The Bouzouki to przecudny miraż lutni, klawesynu i basu.


Fani poprzednich wydawnictw solowych Brendana czy Dead Can Dance z pewnością pokochają jego najnowsze solowe wydawnictwo. W niektórych miejscach można usłyszeć podobieństwa z albumem The Serpent's Egg jego macierzystej formacji, co jest tylko dobrą oznaką. Jednakże do tej pory Perry nie nagrał tak fantastycznej muzyki, która jest niezwykłą podróżą do świata Rebetiko i muzyki greckiej. Pozycja bardzo mocno polecana. Szczególnie na jesienne wieczory, gdy wracacie zmęczeni po pracy. Wtedy nie pozostaje nic innego jak otulić się kocem, zaparzyć czegoś gorącego i (samemu lub we dwoje) oddać się tej aurze, przenieść w te ciepłe miejsca, gdzie - jak śpiewa wspomniany na początku Andrzej Sikorowski - Bóg zapomniał o grudniu, gdzie ciągle dźwięczy muzyka 😉








Bartas✌

35 lat temu ukazał się jeden z najlepszych debiutów w historii muzyki - "Ten" grupy Pearl Jam.

  Po śmierci Andy’ego Wooda Gossard i Ament zawiesili działalność. W czasie tej separacji Gossard spędził swój czas na pisaniu materiałów, k...