czwartek, 27 sierpnia 2026

35 lat temu ukazał się jeden z najlepszych debiutów w historii muzyki - "Ten" grupy Pearl Jam.

 

Po śmierci Andy’ego Wooda Gossard i Ament zawiesili działalność. W czasie tej separacji Gossard spędził swój czas na pisaniu materiałów, które były trudniejsze, niż wcześniej. Nawiązał znajomość z innym gitarzystą ze Seattle, Mikem McCreadym, któremu właśnie rozpadł się zespół o nazwie Shadow. Mike z kolei namawiał Stone’a, by ten ponowił nawiązanie kontaktów z Jeffem. Udało się! Cała trójka weszła do studia na osobne sesje, z perkusistą Soundgarden Mattem Cameronem (od 1998 roku oficjalny i stały perkusista Pearl Jam) i byłym perkusistą Shadow, Chrisem Frielem, by nagrać kilka instrumentalnych dem. Powstało wówczas pięć utworów: Dollar Short, Agytian Crave, Footsteps, Richard's E i E Ballad. Nie mieli wokalisty. Tak więc w nadziei na znalezienie tego właściwego, trio rozpowszechniło na taśmie skompilowane numery Stone Gossard Demos. We wrześniu 1990 roku pewien człowiek z San Diego, Eddie Vedder, nabył kopię tych dem. Dostał ją od byłego perkusisty Red Hot Chili Peppers, Jacka Ironsa. Vedder wysłuchał dema, poszedł posurfować i następnego dnia napisał teksty do Dollar Short, Agytian Crave i Footsteps. Dollar Short i Agytian Crave zostały później przemianowane odpowiednio na Alive i Once. Gossard i Ament usłyszeli demo z wokalem i tekstem Veddera i byli pod takim wrażeniem, że polecieli po niego na przesłuchanie do Seattle. W międzyczasie Vedder napisał tekst do E Ballad, przemianowanego na Black. Nowy wokalista przybył 13 października 1990 roku i przez tydzień brał udział w próbach z zespołem (do którego dołączył perkusista Dave Krusen), pisząc w tym czasie jedenaście piosenek. Został wkrótce zatrudniony jako wokalista zespołu. Warto także podkreślić, że grupa jeszcze wtedy nazywała się Mookie Blaylock. Nazwa została zaczerpnięta od zawodowego koszykarza Mookie Blaylocka. Zostało to zmienione po tym, jak zespół podpisał wspomniany kontrakt z Epic Records. Kierownictwo wytwórni obawiało się o własność intelektualną i prawa do nazwy po podpisaniu przez Blaylocka umowy z Nike. Dla upamiętnienia oryginalnej nazwy zespołu, zespół zatytułował swój pierwszy album Ten po numerze koszulki Blaylocka.


Po podpisaniu wspomnianego kontraktu Pearl Jam weszli do studia London Bridge Studios w Seattle w stanie Waszyngton w marcu 1991, by nagrać swój debiutancki album. Producentem był Rick Parashar. Stone i Jeff poprosili go o współpracę i inżynierię dźwięku. Zagrał również na klawiszach oraz był współautorem do intro i outro. Kilka utworów zostało nagranych wcześniej w styczniu, ale tylko z tej sesji przeniesiono Alive. Sama sesja szła niesamowicie szybko, trwała bowiem miesiąc, głównie dlatego że zespół napisał już większość materiału na płytę. Tylko Porch, Deep, Why Go i Garden powstały w trakcie nagrywania samego albumu. Mike McCready wspomina, że debiutancki album grupy to przede wszystkim dzieło Stone’a i Jeffa. On i Eddie byli jeszcze w drodze. Jeff zaś twierdzi, że byli wtedy jeszcze bardzo daleko do bycia prawdziwym zespołem. Sesje skończyły się w maju 1991 roku. Z powodów osobistych zespół opuścił perkusista Dave Krusen. Trafił bowiem na odwyk. W czerwcu 1991 dołączyli do Tima Palmera w Anglii w celu miksowania całości. Palmer zdecydował się zmiksować cały album w słynnym Ridge Farm Studios w Dorking, czyli tam, gdzie m.in. Queen nagrywali swój czwarty album A Night At The Opera. Zakończono w tym miejscu także solo McCready’ego do Alive i zestrojono intro do Black.

Jak to śpiewa Kasia Nosowska: obowiązek obowiązkiem jest, piosenka musi posiadać tekst. Eddie Vedder objawił się wszystkim nie tylko jako znakomity wokalista o bardzo charakterystycznej barwie głosu, ale także jako nieprzeciętny autor tekstów. Dotyczą one tematów takich jak depresja, samobójstwo, samotność czy morderstwo a także bolesne rozstania. Porusza również kwestie społeczne, takie jak choćby bezdomność (Even Flow) oraz przebywanie w szpitalu psychiatrycznym (Why Go). Zaś kompozycja Jeremy i towarzyszący jej klip zostały zainspirowane prawdziwą historią, w której uczeń liceum zastrzelił się na oczach kolegów i koleżanek z klasy. Utwór Alive dla wielu fanów to niezwykle inspirujący hymn z uwagi na zdecydowanie podnoszące na duchu partie instrumentalne i refren. Eddie ujawnił, że kompozycja jest swego rodzaju autobiografią - opowiada historię syna, który odkrył, że jego ojciec w rzeczywistości jest jego ojczymem, zaś ojciec biologiczny umarł dawno temu. Smutek jego matki skłania ją do seksualnego zbliżenia się do syna, który bardzo przypomina biologicznego ojca jej syna. Alive i Once stanowiły część cyklu pieśni, którą Vedder później określił jako “mini-operę” zatytułowaną wdzięcznie Momma-Son. Trzecią piosenką była Footsteps, która nie weszła na album, ale pojawiła się na stronie B singla Jeremy. Wokalista utrzymuje, że jest to opowieść młodego mężczyzny, którego ojciec umiera (Alive), zmuszając go do morderczego wyskoku (Once), co prowadzi do schwytania i egzekucji (Footsteps). Napisałem, że to taka autobiografia. Jednak nie wszystko jest tu prawdą. Właściwie poza faktem ogromnego bólu Eddiego, który w wieku 17 lat dowiedział się, że mężczyzna, którego uważał za swojego ojca biologicznego, nie był nim, i że jego biologiczny ojciec zmarł dawno temu. A muzycznie? Podczas gdy Ten zajmuje się mroczną tematyką, muzycznie jest znakiem rozpoznawczym alternatywnego rocka początków lat 90-tych. Cechą charakterystyczną jest unikalna, głęboka, a zarazem wibrująca barwa głosu Eddiego Veddera. Ponadto inspiracja najlepszymi rockowymi kapelami lat 70-tych. To wszystko polane sosem niezapomnianych hymnów początku lat 90-tych. Z tamtego okresu pochodzą także Dirty Frank, wspomniany Footsteps oraz improwizowany tekstowo Yellow Ledbetter. Niestety, nie trafiły na album.


Warto opowiedzieć także kilka słów o okładce. Przedstawia członków w czasie nagrywania albumu w zbiorowej pozie. Stoją oni przed drewnianym wycięciem z nazwą Pearl Jam z rękami uniesionymi wysoko, trzymając się nawzajem. Ta wycinanka została zrobiona przez Jeffa Amenta. Koncepcja jego była taka, żeby naprawdę poczuć się jako grupa i wkroczyć w świat muzyki jako prawdziwy zespół. Taki rodzaj transakcji - jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Basiście przypisuje się autorstwo i pomysł okładki. Zdjęcie zostało wykonane przez Lance’a Mercera, zaś Lisie Sparagano oraz Risie Zaitschek przypisuje się projektowanie. Wersja, którą wszyscy poznali jako okładka albumu Ten, była różowa i pierwotnie miała być bardziej w kolorze bordowym, a obraz zespołu miał być czarno-biały. W niektórych wersjach okładka jest w formie gatefold, złożona w taki sposób, że widoczne są tylko ręce członków zespołu.

Album ukazał się 27 sierpnia 1991 roku. Niemal z miejsca został uznany za jeden z najlepszych debiutów wszech czasów. Od tego czasu album został uznany przez kilka publikacji za jeden z najlepszych albumów wszechczasów. Do lutego 2013 r. sprzedał się w 13 milionach egzemplarzy w USA, stając się 22. rekordem w erze Nielsen SoundScan i otrzymał trzynastokrotnie Platynę od Amerykańskiego Stowarzyszenia Przemysłu Nagraniowego. Ten pozostaje najbardziej komercyjnie udanym albumem Pearl Jam. Znane, lubiane, ale… wstyd tej płyty nie mieć! 35 lat temu, a pamiętam jakby to było wczoraj. Bartas✌☮

czwartek, 16 lipca 2026

Cieszyć się muzyką. Stonesi powracają z albumem "Foreign Tongues".

 

Każdy rozsądny człowiek pomyślałby, że ich album Hackney Diamonds z 2023 roku będzie ich ostatnim w karierze. Nic bardziej mylnego. To zdecydowanie najdłużej działający zespół w historii rock’n’rolla. Mnie osobiście - może nie jako wielkiego fana, ale z pewnością fana i sympatyka  - nie przestaje zadziwiać, że wciąż tworzą muzykę i koncertują. Właśnie wracają z nowym 25 albumem studyjnym Foreign Tongues. Po śmierci Charliego Wattsa ludzie nie byli pewni, jak dalej będą brzmieć Stonesi. Choć Watts był bardzo utalentowany technicznie i grał głównie na perkusji stworzonej dla jazzu, to jednak skłaniał się bardziej ku bluesowo-hardrockowemu brzmieniu. Na Hackney Diamonds pokazali zupełnie inną stronę swoich możliwości. Owszem, kontynuowali tę samą tradycję, ale próbowali różnych utworów, które wydawały się bardzo okrojone. Groove jest tu o wiele bardziej wyrazisty i chwytliwy. Brzmi jak muzyka, którą Super Bowl wykorzystałby jako tło w swoich reklamach. Włączenie ulubionego perkusisty Keitha Richardsa, Steve’a Jordana, do tej eklektycznej mieszanki dżentelmenów było strzałem w dziesiątkę. Jordan doskonale potrafi oddać hołd pierwowzorowi, dodając jednocześnie coś swojego. A Jagger? Facet przekroczył osiemdziesiątkę już jakiś czas temu, a nadal brzmi tak samo. Niewiarygodne! I co ciekawe - wciąż potrafi pisać teksty ostrzejsze, niż niejeden stand-uper i bardziej odważne, niż trendy są w stanie dogonić.  


Kiedy więc krążek zaczyna się od Rough And Twisted, w ciągu kilku minut słychać skondensowaną wersję około siedemdziesięcioletniej rockowo-bluesowej miłości. Teksty pozostają ostre i błyskotliwe, a jednocześnie zachowują urok, który uczynił markę Stonesów tak kultową. Ich drugi numer, In The Stars, staje się emocjonalnym, stadionowym wyciskaczem łez z chwytliwymi refrenami. Chociaż zespół przyznał, że wiele utworów to relikty Hackney Diamonds, odnajdują w utworach ogólną spójność, której być może momentami brakowało na poprzednim wydawnictwie. To właśnie w takich utworach jak Jealous Lover Stonesi potrafią wydobyć z siebie szczytowe pokłady finezji, jednocześnie grając żywiołowe kawałki na harmonijce w Mr Charm. Mick Jagger może śpiewać falsetem i wydobywać szorstkie pomruki w niektórych częściach albumu, ale ogólny urok zespołu jest niezaprzeczalny. W pewnym momencie, Drogi Czytelniku, Twoje uszy będą wyczuwać rytmiczne linie basowe, gdy magiczne palce Paula McCartneya staną się częścią tego albumu. To nie tylko potęga gwiazd napędza muzykę. Jasne, mamu tu: Bruno Marsa (Never Wanna Lose You), Chada Smitha (Beautiful Delilah), Roberta Smitha (Divine Intervention i Never Wanna Lose You), wspomnianego McCartneya czy Steve’a Winwooda. Ale wiecie co jest najbardziej pocieszające? Że zespół tej rangi, grający nieprzerwanie przez 64 lata, wciąż nie traci rockowego pazura. Nadal bawią ich dziwne rzeczy, a teksty brzmią jak przeżycia grupy przyjaciół wspólnie cieszących się bluesem. Szybkie tempo w utworach takich jak Divine Intervention wyraźnie pokazuje kiedy The Rolling Stones wchodzą w politykę, a kiedy najczęściej nie. Zakres i dynamika są powodem do dumy. Hit Me In The Head wkracza na terytorium hard rocka. Mick Jagger wciąż wykonuje swoje kultowe odliczenia, a grupa podąża za nim, zaś rytm nadał sam Charlie Watts. Skoro już jesteśmy przy Wielkich Nieobecnych to warto wspomnieć, że zespół pamięta także o młodym i dobrze zapowiadającym się pokoleniu muzyków, które odeszło zbyt wcześnie. Niezwykle poruszyła mnie interpretacja utworu You Know I’m No Good Amy Winehouse. W głosie Micka słychać wielką tęsknotę za tą artystką.  


To z pewnością nie jest ostatnia płyta. Ten toczący się od 64 lat kamień ma jeszcze w zanadrzu kilka numerów do wydania, jak na oldschoolowych rockerów przystało. I to nie tylko ze względu na kontakt, ale po prostu na to jak się dogadują i jak wspaniale improwizują. Dlatego dobra rada Wujka Bartasa dla przyszłych zespołów: trzymajcie się najpierw przyjaźni, a dopiero potem stańcie się największym rock’n’rollowym zespołem świata. The Rolling Stones, jak zwykle, prezentują szeroki wachlarz i styl. Ci goście - w większości po osiemdziesiątce - tworzą i komponują muzę, która wciąż cieszy i inspiruje. Niesie ze sobą naiwność, pasję i styl, który zapewnia im tak wierne grono fanów na całym świecie. Foreign Tongues uzależnia strasznie. I dobrze! Nich ten kamień toczy się dalej😎 Bartas✌☮

wtorek, 14 lipca 2026

Dynamika, równowaga i czysta radość. Deep Purple i ich nowy album "Splat!".

 

W karierze każdego legendarnego zespołu rockowego nadchodzi taki moment, gdy samo pozostawanie aktywnym staje się historią. Jednak dla Deep Purple długowieczność nigdy nie była wystarczająca. Przez prawie sześćdziesiąt lat muzyki, zmian w składzie, przemian kulturowych oraz wzlotów i upadków niezliczonych trendów, zespół nieustannie stawiał sobie wyzwania twórcze, pozostając niezaprzeczalnie tym Deep Purple. Prawie dokładnie dwa lata po wydaniu =1 powracają z albumem Splat! I to dzięki niemu osiągnęli coś, co dla innych artystów byłoby niezwykłe: płytę, która jest jednocześnie świeża, awangardowa i głęboko zakorzeniona w tradycjach, które uczyniły ich jednym z najbardziej wpływowych i zdecydowanie najgłośniejszym zespołem w historii. Od pierwszych chwil ten krążek zapowiada się z niezwykłą pewnością siebie. Kipi energią łącząc muskularne riffy, wyrafinowany kunszt muzyczny, zapadające w pamięć melodie i chemię, która może powstać tylko u muzyków, którzy spędzili dekady na doskonaleniu swojego warsztatu. Zamiast jednak opierać się na nostalgii, Splat! brzmi żywo, po raz kolejny udowadniając, że wiek i kreatywność nie wykluczają się wzajemnie. 



Już od pierwszego uderzenia Arrogant Boy grupa brzmi odmłodzona. Nuty wydobywają się z głośników z dumą, przywodzącą na myśl klasyczną erę Machine Head, ale bez cienia nostalgii. Riffy są muskularne, perkusja Iana Paice’a pozostaje nieodparcie dynamiczna, a klawisze Dona Aireya płynnie przeplatają się między klasycznymi ozdobnikami Hammonda, a nowoczesnymi fakturami. Diablo to kolejny killer z nieodpartym połączeniem groove’u i grozy, a The Rider i The Lunatic pokazują nieprzemijającą zdolność zespołu do równoważenia melodyjnego wyrafinowania z czystą, hard-rockową mocą. Cudownie nastrojowy Sacred Land to jeden z tych emocjonalnych szczytów albumu, udowadniając, że Deep Purple pozostają mistrzami zarówno dynamiki, jak i głośności. The Beating Of Wings to po prostu majstersztyk przesiąknięty współczesnym i luźnym bluesem. Następnie pojawia się znakomity i chyba mój ulubiony Guilt Trippin’, którego klawiszowe intro Aireya bardzo mocno przypomniało mi niemal death-metalową solówkę utworu Cyborg z solowego albumu Briana Maya z 1998 roku Another World. Utwór tytułowy spaja wszystko w jedną całość, a satysfakcjonujące zakończenie idealnie wpisuje się w główną ideę albumu - transformację, a nie prostą apokalipsę. 


Deep Purple po raz kolejny nagrał krążek, uchwycając spontaniczność i chemię, które zawsze definiowały ich najlepsze dokonania. Pod doświadczonym okiem starego wygi Boba Ezrina nagrania emanują swobodą, ekscytacją i interakcją, które charakteryzują ten sam zespół. Sam Ian Gillan zauważył, że nowy materiał podziela dynamikę, równowagę i czystą radość klasycznego okresu zespołu z lat 1969-1973, a ta pewność siebie jest słyszalna w każdym numerze. Jednym z największych triumfów płyty jest ciągły rozwój młodego pokolenia w osobie Simona McBride'a. Zastąpienie tak szanowanego gitarzysty jak Steve Morse nigdy nie było łatwe, ale na Splat McBride w pełni ugruntowuje swoją pozycję nie tylko jako “ten nowy, ale jako nieodłączny element nowoczesnej tożsamości Deep Purple. Po tym, jak zaimponował już na poprzedniej płycie =1, tutaj gra z jeszcze większą pewnością siebie, płynnie łącząc zapierające dech w piersiach umiejętności techniczne z głębokim zrozumieniem DNA zespołu. I co jest bardzo ważne - mądrze unika naśladowania Ritchiego Blackmore’a czy Steve'a Morse’a. Zamiast tego czerpie inspiracje z obu, jednocześnie pozwalając rozkwitać własnemu bluesowymu frazowaniu, ognistemu atakowi i lirycznym solówkom. Jego gra na gitarze w utworach Arrogant Boy, Diablo i The Beating Of Wings jest szczególnie wyjątkowa. Oferuje bowiem zapadające w pamięć riffy i ekspresyjne solo, które brzmią całkowicie naturalnie. Jego chemia z Donem Aireyem staje się jedną z cech definiujący obecny skład, a ich muzyczne dialogi nawiązują do klasycznej gry Blackmore’a i Lorda, pozostając jednocześnie w pełni współczesnymi. Ian Gillan brzmi niezwykle zaangażowanie, oferując partie wokalne pełne charakteru, humoru i mocy. Gra na basie Rogera Glovera jest pomysłowa i solidna jak skała, Ian Paice wciąż udowadnia, że jest jednym z najlepszych perkusistów rocka, zaś Don Airey z płyty na płytę pokazuje coraz większe pazurki i udowadnia, że żaden inny klawiszowiec - po nieodżałowanym Jonie Lordzie - nie rozumie lepiej estetyki Deep Purple. Zamiast brzmieć jak muzycy pielęgnujący dziedzictwo, brzmią jak zespół, który autentycznie czerpie przyjemność ze wspólnego tworzenia muzyki. 


Wiele doświadczonych rockowych grup ma ten problem z pogodzeniem innowacyjności ze znajomością. Zbyt dużo eksperymentów grozi zrażeniem wieloletnich fanów; zbyt duża nostalgia może prowadzić do twórczej stagnacji. Deep Purple radzi sobie z tym wyzwaniem lepiej, niż ktokolwiek inny. Krążek zawiera wystarczająco dużo klasycznego DNA Purpurowych, aby zadowolić oddanych fanów, jednocześnie wprowadzając wystarczająco dużo nowych pomysłów, aby ta muza była świeża i ekscytująca. Tym, co wyróżnia Deep Purple spośród wielu ich słynnych rówieśników, jest ich nieustanne zaangażowanie w rozwój artystyczny. Choć ich klasyczne albumy pozostają obowiązkowym punktem programu, historia grupy nie skończyła się ponad pięć dekad temu. Nadal tworzą wartościową i aktualną muzykę, a Splat! jest przekonującym dowodem na to, że ich twórcza iskra jest tak silna, jak zawsze. To hołd oddany wszystkiemu, co czyniło zespół wyjątkowym przez prawie sześć dekad - nieustraszonemu kunsztowi muzycznemu, ambicji twórczej i niezachwianej wierze w czystą, nieskażoną moc muzyki rockowej. Płyta roku 2026? Być może, być może… 😉 Bartas✌☮

czwartek, 18 czerwca 2026

Czas, wspomnienia, nostalgiczne tęsknoty i trwała miłość. Paul McCartney i jego nostalgiczny album “The Boys Of Dungeon Lane”.

 

Mamy osiemnasty dzień czerwca 2026 roku. Dziś urodziny swoje świętuje Sir Paul McCartney, który jest w doskonałej formie i nie zamierza odchodzić na muzyczną emeryturę. 29 maja wydał swój dwudziesty studyjny album zatytułowany The Boys Of Dungeon Lane. Celowo czekałem z opublikowaniem recenzji niniejszego krążka do tego dnia. W ogóle jako wielki fan Beatlesów od kołyski mam w tym roku powody do radości. Ponad miesiąc wcześniej, dzień po moich 40. urodzinach zachwycałem się płytą jego przyjaciela z macierzystej formacji - Ringo Starr wydał swój krążek Long Long Road. Do tego artysty wrócę dziś jeszcze i od razu zaznaczam, że absolutnie nie zamierzam robić skali porównawczej albu krążków. Po prostu: cieszę się tym faktem, że oba wydawnictwa ukazały się w tak niewielkim odstępie czasowym.  The Boys Of Dungeon Lane zawiera czternaście zupełnie nowych kompozycji, zaś sam tytuł bierze nazwę od ulicy w dzielnicy Speke w Liverpoolu, gdzie Paul dorastał oraz tekstu z pierwszego singla promującego Days Left Behind. Mając grubo ponad osiem dych na karku Sir Paul wciąż zaskakuje. Jego bogaty dorobek muzyczny, niesamowity talent do tworzenia zapadających w pamięć melodii i imponująca gra słów oraz umiejętność gry na niemal dwudziestu różnych instrumentach budzą niesamowity podziw. Interesujące dobory muzyczne i tekstowe, których dokonuje na tym nowym albumie, nadają każdej kompozycji coś wyjątkowego, z wyrazistymi niuansami z czasów The Beatles, Wings czy solowego katalogu. To album koncepcyjny, którego tematyką są czas, wspomnienia, nostalgiczne tęsknoty i - oczywiście - trwała miłość. Być może nigdy nie doczekamy się oficjalne wydanych w książce wspomnień artysty, ale Sir Paul dał nam ten tom inspirowanych autobiograficznie winet, opartych na różnych wspomnieniach z jego wczesnego życia w powojennym Liverpoolu, z odniesieniami i ukłonami w stronę osobistych miejsc, członków rodziny i przyszłych (sławnych) przyjaciół z zespołu. Słuchanie tego zestawu nagrań jest jak siedzenie z czcigodnym i cenionym krewnym w podeszłym wieku albo przeglądanie starego albumu ze zdjęciami 


 

Już od intrygujących, złożonych akordów otwierających utwór As You Lie There wiesz, że czeka Cię coś wyjątkowego. Po początkowej linii wokalnej można pomyśleć, że to będzie kolejna piosenka o miłości, ale tak nie jest. Kompozycja nagle przechodzi w rockowy pazur z nutami Wings, a Macca zapewnia znakomity, wrzeszczący wokal, z którego znany jest od dekad. Po nim następuje dudniący Last Horizon, w którym dzieli się sensorycznym wspomnieniem odgłosu odległego pociągu. Główny singiel, wspomniany już Days We Left Behind to akustyczna ballada, zaśpiewana wzniośle z delikatną, nostalgiczną tęsknotą pozbawiona partii perkusji. Ripples In A Pond to kolejna chwytliwa i sprytnie napisana piosenka o miłości, zaś Mountain Top to psychodeliczny utwór wzbogacony o słynnego Sierżanta Pieprza, z początkowymi akordami brzmiącymi uderzająco podobnie do Dream On Aerosmith. Na pół minuty przed końcem utwór spontanicznie przechodzi w jam session w stylu filmów o Bondzie, po tym jak McCartney pyta: Do You want to stay? , a następnie zwalnia, by zakończyć się fragmentem z taśmy (żony muzyka - Nancy). Down South równie dobrze mógłby być utworem rockowym, ale Paul stawia na kameralny, akustyczny numer z brzdąkaniem, jakby on i jego zespół siedzieli razem, grając na gitarach, czekając na jakąś podwózkę. Wywodzi się z opowieści, które Paul często opowiadał o tym, jak to wraz z Johnem Lennonem i Georgem Harrisonem podróżowali autostopem. Czasami tylko po to, by nauczyć się nowych akordów gitarowych, co było sposobem na poznanie się, zanim stali się słynnym rockowym zespołem. Wypowiedziane przez niego Oh, Yeah! Oh, Yeah! to nawiązanie do Buddy'ego Holly’ego, ale być może także i do beatlesowskiego I’ll Get You (strona B singla She Loves You), który rozpoczyna się zharmonizowanym i powtarzającym się Oh, Yeah! Oh, Yeah! W intro. Partie gitary w końcówce nawiązują do brzmienia utworu The Kinks Waterloo Sunset, który - nawiasem mówiąc - pierwotnie nosił tytuł Liverpool Sunset. We Two zaś jest typową serenadą McCartneya dla ukochanej osoby, ale może równie dobrze nawiązywać do jego bliskiej relacji z Lennonem. Spójrzmy na linijki: My thoughts return to You; You give me what I want, You show me how it’s done; Always my friend; Last night I dreamed of You; Together standing side by side. McCartney przyznał, że śnił o Lennonie i często polegał na wspomnieniach ich wspólnego pisania, aby pomóc mu w komponowaniu piosenek. To prosta, oszczędna, trzyminutowa piosenka o miłości, ale zawiera smakowitą grę na basie i niespodziewany powrót taśmy na końcu. Come Inside ma fajny, napędzający groove, klimat new wave i wrzeszczący wokal. Mógłby z łatwością być brakującym utworem lub odrzutem z albumu Wings z końca lat siedemdziesiątych. W numerze tym Paul wyjaśnia My life’s an open book i zaprasza nas, abyśmy come inside my mind. Never Know ma wydźwięk ery Beatles Magical Mystery Tour z dźwiękami mellotronu na klawiszach, chórkami a capella i fletem prostym (wykorzystanym tu równie elokwentnie, jak w Fool On The Hill). Przerwa na pojedynczy flet prosty prowadzi do psychodelicznego, orkiestrowego outro w stylu Beatlesów.


Jak widzicie, pewnych rzeczy nie da się wymazać z kart historii. Duch Beatlesów konsekwentnie unosi się podczas słuchania całego krążka. Wspomniałem na początku Ringo Starra, który miesiąc wcześniej wydał - po roku - kolejny świetny album Long Long Road. Mamy kompozycję Home To Us. To wyjątkowy numer z wielu powodów. Nie tylko dlatego, że Ringo zapewnia charakterystyczną grę na perkusji, ale także dzieli swój wokal z przyjacielem w tym radosnym i skocznym oraz energicznym utworze z opadającą linią basu, który jest jednym z najważniejszych atutów dla każdego fana Żuczków. Świetną robotę robią tu seventisowe chórki w klimacie Electric Light Orchestra. Słowa uznania należą się tu także Chrissie Hynde z zespołu Pretenders, która właśnie w tych chórkach zaśpiewała. Mamy jeszcze Life Can Be Hard (zaczyna się od żartobliwego fortepianu, który prowadzi do wirującego, orkiestrowego numeru dancehall z nutą nowoorleańskiego swingu, podobnego do tego, który McCartney wykorzystał na swoim albumie Venus And Mars z połowy lat siedemdziesiątych) czy też delikatny i akustyczny, trzyminutowy utwór, podkreślony kojącym chórem Ooooh i zręczną grą na basie -  First Star Of The Night. Ostatnie dwie kompozycje to filmowy traktat o życiu w powojennym Liverpoolu. Salesman Saint to swoisty pejzaż morski Liverpoolu z walcowym rytmem szczotkowanych bębnów i narracyjnym tekstem: War was nearly over/The peace would soon begin, Living on the edge of the city / When the roads were going in. Sekcja dęta w starym stylu przenosi słuchaczy w czasie, dając im wgląd w klimat i dźwięki epoki. Ostatni utwór na albumie Momma Gets By to melancholijna fortepianowa oda do typowych matek, które musiały radzić sobie w tych trudnych i burzliwych czasach, które definiowały tę epokę.

The Boys Of Dungeon Lane jest dowodem na to, że ten dzisiejszy dostojny Jubilat wciąż zaskakuje i nie stracił ani grama talentu do tworzenia niezwykłych albumów pełnych pomysłowo skomponowanych i chwytliwych piosenek. To muzyczna podróż, do której fani Beatlesów będą mogli powracać wielokrotnie. W utworze Ripples In A Pond Macca stwierdza nieskromnie: I must be blessed. I myślę sobie, że rzeczywiście tak jest, ale my także. Sir Paul McCartney pozostaje narodowym i globalnym skarbem, a także jednym z najwybitniejszych autorów tekstów, mistrzów słowa i artystów muzycznych naszych czasów. Nie zdziwiłbym się, gdyby to najnowsze dzieło wzbogaciło jego - i tak już imponujące i znakomite dziedzictwo - o kolejne nagrody i wyróżnienia. Chyba już tak się dzieje. Wszystkiego najlepszego, Paul🎂. Graj nam i śpiewaj jeszcze długie lata!😍 Bartas✌☮

czwartek, 4 czerwca 2026

Krótkie włosy, pomalowane rzęsy i nowa era. Trzydzieści lat kultowego "Load" Metalliki.

 

Jest 4 czerwca roku 2026. Boże Ciało. Tego dnia 42 lata temu Bruce Springsteen wydał swój najbardziej przebojowy album w karierze Born In The USA. Pięć lat później w naszym kraju zmienił się ustrój. Wspólnym mianownikiem dla obu tych faktów jest wolność, równość i demokracja. To bardzo ważne wydarzenia muzyczno-historyczne, ale nie o nich chciałem dziś napisać. Czwarty dzień czerwca to także data wydania szóstego studyjnego albumu Metalliki - Load. Tak, dokładnie 30 lat temu ukazał się ten zarówno znienawidzony, jak i pokochany przez fanów krążek. W ubiegłym roku zespół wypuścił reedycję zawierającą szereg niepublikowanych wcześniej perełek. Jestem w posiadaniu tego boxu i powiem, że słucha się go naprawdę znakomicie. Pamiętam doskonale rok ‘96. Miałem wówczas dziesięć lat i nie zapomnę jak któregoś dnia moja Mama przyniosła do domu zarówno płytę, jak i kasetę. Zdarłem obie do cna i już praktycznie nic z nich nie zostało, za to pozostały piękne wspomnienia. Ostatnio rozmawiałem z Przyjaciółmi na temat żywotności płyt CD i doszliśmy do wniosku, że bardzo dobrze się dzieje, gdy stare zespoły co kilka lat wydają reedycje swojego katalogu. Metallica również. 


Mamy - szczęśliwe dla wielu - lata dziewięćdziesiąte. Metallica jest w dość niekomfortowej sytuacji po tym jak zatrudnili Boba Rocka i wydali swoje najbardziej komercyjne dzieło Black Album, dzieląc fanów, a jednocześnie przyciągając zupełnie nowe pokolenie odbiorców na całym świecie. Nastąpiła pięcioletnia przerwa i pojawiały się pytania co dalej. Czy będą kontynuować tę drogę czy powrócą choćby do czasów …And Justice For All. To, co zrobili zaszokowało cały muzyczny biznes - obcięli włosy i pomalowali rzęsy. Dzieciaki lat osiemdziesiątych nie mogły tego przeżyć, a ówczesna młodzież była oczarowana, bo nie dostała jednego albumu, ale dwa w ciągu dwóch lat. Metallica wciąż grała metal, prawda? Chociaż każdy słuchający tej muzy dzieciak okłamywał swoją matkę w sprawie niesmacznego działa sztuki, jedno było pewne: ten stary zespół odszedł na zawsze. Żegnajcie podziemne wymianki kaset i powitajcie i powitajcie radiowy hard rock.  


Load to początek radosnych melodii i wpadających w ucho refrenów, takich jak te w 2x4, Until It Sleeps czy King Nothing. To także początek wypełniaczy, ale na bardzo wysokim poziomie. Mam wrażenie, że Load zestarzał się lepiej, niż jego następca, przynosząc bardzo interesujące koncepcje, których nikt by się nie spodziewał po Hetfieldzie i spółce. Weźmy za przykład taki niedoceniony Ronnie, w którym James opowiada historię z dzieciństwa pełną seryjnych morderców. Mamy tu także pierwszy w historii grupy numer napisany w tonacji durowej - lirycznie czarujący Hero Of The Day. Płyta jest - nie boję się użyć tego słowa - dziwaczna, ale w tym jej cały urok. Zespół zaczął eksperymentować także z dłuższymi utworami zamykającym całość. The Outlaw Torn jest jednym z bardziej zapadających w pamięć utworów na albumie, a kulminacją jest warta zachodu, bowiem końcowy riff otarł się o geniusz. Drugim utworem o podobnej długości jest Bleeding Me. Jest zaskakująco mocny i rozdziera słuchacza na strzępy. James Hetfield zaprasza w podróż po swoim mrocznym umyśle. Mama Said to jedna z najpiękniejszych akustycznych ballad Metalliki z ciekawym teledyskiem towarzyszącym. Lubię też The House Jack Built, bo ma w sobie coś z Czarnego Albumu. No, jest bardzo różnorodnie, jak nigdy wcześniej. 


To nie Metallica lat osiemdziesiątych. Ale czy po tak wielkim sukcesie, jaki odniósł ten zespół wydając słynny Czarny Album można go winić za obranie takiego kierunku. NIE! To była naturalna kolej rzeczy. Poza tym muzycy zawsze powtarzali, że nudzi ich nagrywanie w kółko tego samego. Być może dlatego nadal pozostałem z nimi jako ich wierny fan i bronię niczym Polski Niepodległej. Rzeczywiście, nie jest to album, jakiego by pragnął każdy ortodoksyjny fan metalowego grania. No, ale… czy tego chcemy czy nie chcemy Load zapoczątkował nową erę w karierze Metalliki, a muzycy mieli w głębokim poważaniu to, co myślą fani i media. Ja osobiście z wielką radością wracam do tego krążka. Świetnie brzmi w wersji zremasterowanej. Zaraz go sobie odpalę. Aha! Włosy też już dawno ściąłem. Po co? By inni mieli o czym gadać 😂 Bartas✌☮


czwartek, 14 maja 2026

Oszałamiająca doskonałość. Draconian powraca z fenomenalnym albumem "In Somnolent Ruin".

 

Draconian to już instytucja. Od premiery debiutu Where Lovers Mourn minęły już 23 lata, a ten szwedzki sekstet death doomowy utrzymał niewzruszony standard jakości na siedmiu studyjnych krążkach, tworząc legendarną dyskografię. Każdy fan ten grupy ma swojego faworyta wśród tych siedmiu płyt, ale znalezienie wspólnego upodobania jest dość rzadkie. Świadczy to nie tylko o różnorodności brzmienia Draconian, ale także o solidności ich kompozycji , zdolnych poruszyć serce każdego, kto się z nim zetknie. Ja, równie podatny na zakapturzony urok twórczości Szwedów, w cudowny sposób wszedłem w posiadanie ich ósmego albumu, In Somnolent Ruin, który jest wyjątkowy. Celebrując ponowne spotkanie z syreną Lisą Johansson, Draconian wzmocnił zarówno piękno, jak i bestialską stronę swojego charakterystycznego brzmienia na swym nowym wydawnictwie. Ciężki jak Arcane Rain Fell i A Rose For The Apocalypse i delikatny jak Sovran i Under A Godless Veil, In Somnolent Ruin nieubłaganie brnie przez niepoznawalny całun z desperacką furią i szczerym smutkiem. Dychotomia intensywności i wdzięku ucieleśnia ten godzinny żałobny, mrok i mgła delikatnie muskają skórę, gdy ziemia wiruje pod stopami, a zachmurzone niebo grzmi nad nami. Emocje wyczarowane gotyckim czarem Draconian, głębokie fale, które oscylują między napięciem a uwolnieniem w przytłaczających koncentracjach, zaciemniają mój wzrok i rozświetlają moje synapsy. Z tego właśnie znany jest ten szwedzki sekstet, ale na In Somnolent Ruin przeszedł właściwie samego siebie. 


In Somnolent Ruin rozkwita przede wszystkim dzięki porywającym dźwiękom. Lisa i Anders Jacobssonowie szczególnie błyszczą tutaj, wkładając swoje partie wokalne z pełnym zaangażowaniem (The Monochrome Blade, The Face Of God, Cold Heavens). Anders brzmi szczególnie jadowicie, a jego ostre growle i wrzeszczące chrypki mrożą krew w żyłach i roztapiają kości z każdym słowem (I Gave You Wings). Lisa zaś śpiewa jak nigdy dotąd, prezentując skalę i moc, której nigdy wcześniej aż tak nie prezentowała (posłuchajcie choćby Cold Heavens). Nie chcąc być zdeklasowanym, gitarzyści Johan Ericson i Niklas Nord wyciskają z trzewi potężne riffy i łączą je w harmoniczną całość. Wykorzystują w ten sposób najbardziej krwawiące melodie przewodnie (I Welcome Thy Arrow, Misanthrope River), tworząc cudowną mieszaninę faktur i brzmień, wirującą z zabójczą gracją dymu. Perkusista Daniel Johansson i basista Daniel Arvidsson tworzą potężną sekcję rytmiczną, która wzbogaca In Somnolent Ruin o potężny ciężar i przenikliwe rytmy. Johansson zachwyca zwłaszcza beatami i wypełnieniami, które niemal nie naśladują riffów Niklasa, a zamiast tego wytyczają własną ścieżkę wplatając się w przestrzenie między gitarami a wokalem z potężną muskularnością. Działając jak precyzyjnie dostrojona maszyna, Draconian w In Somnolent Ruin to wyjątkowe połączenie, które wynosi każdy szczyt i crescendo ponad wszelkie wyżyny.


Ta wielkość rozciąga się jednak na pisanie piosenek, bowiem In Somnolent Ruin prezentuje niektóre z najfajniejszych utworów Draconian w ich dyskografii. Z nie mniej niż czterema kandydatami do mojej playlisty piosenek roku (The Monochrome Blade, The Face Of God, I Gave You Wings, Cold Heavens), wpływ tych dziewięciu kompozycji - zarówno izolowanych, jak i zintegrowanych z całością - pozostawia na moich martensach jedynie kurz i gruz. Emocjonalnie niszczycielski, bogato szczegółowy, imponujący w postawie i majestatyczny.  Wznoszące się łuki, które łączą poruszającą narrację z serdeczną ekspresją, uosabiają przejście In Somnolent Ruin od pełnego riffów wyzwania I Welcome Thy Arrow do gorzkiej śmierci Lethe. Gdy przemierzysz ten łuk, cudowne przejścia poprowadzą Cię przez zakręty i sęki tak piękne w formie, jak są śmiertelnie niebezpieczne w dotyku. Draconian stworzył coś na tyle znajomego, by pieścić i koić, ale jednocześnie zaskakującego witalnością i charyzmą, że każdy nowy utwór wydaje się równie fascynujący i wpływowy, co pierwszy. Jestem oszołomiony! In Somnolent Ruin to rzadki triumf. To wręcz list miłosny do bogatej przeszłości Draconian i celebracja ich współczesności, dopracowanej do oszałamiającej doskonałości. Kandydat do Płyty Roku 2026. Pozycja obowiązkowa!😍 Bartas✌☮

czwartek, 7 maja 2026

Prawdziwe poczucie odnowy i odrodzenia. O nowej płycie Foo Fighters "Your Favorite Toy" słów kilka.

 

To prawda, że czekają nas lepsze dni - mówił sam Dave Grohl podczas jednego z niewielu wolniejszych momentów na dwunastym studyjnym albumie Foo Fighters Your Favorite Toy. Albumy zawsze były reaktywnymi dokumentami z życia lidera formacji. Każdy niemal album był odpowiedzią na poprzedni i odzwierciedlał czasy, które go zrodziły. Album But He We Are z 2023 był power-rockową odpowiedzią na popowo zabarwiony Medicine At Midnight z 2021 roku, a także miejscem, w którym można było wyrzucić z siebie żal po stracie świetnego perkusisty, nieodżałowanego Taylora Hawkinsa w 2022 roku. Ten nowy album ukazuje się w okresie zawirowań rodzinnych Grohla i - co w pełni zrozumiałe - skrywa swoej zawirowania pod nieco bardziej nieprzejrzystymi wartwami. Niewiele rewelacji można znaleźć w utworze Window: I’m just a puddle on the ground (...)then I saw Your face there in the window / You were a window cleaner laying in the Sun. Nie ma jednak nic tak naprawdę nieprzejrzystego w przekazie. Your Favorite Toy to zaciekłe potwierdzenie pierwotnej post-grunge’owej mocy Foos, które zachwyci zagorzałych fanów i uderza z impetem w ziemię.


Otwierający Caught In The Echo to ewidentny i natychmiastowy klasyk FF z ostrym staccato, new wave’owymi riffami grunge, ponurym środkiem ósemki oraz stratosferycznym punktem kulminacyjnym, kiedy Grohl wrzeszczy jak opętany: Decide, decide, decide, decide, do I, do I, do I, do I? W Come Of All People oraz dudniącym i hardcore’owym utworze tytułowym mamy zapalający ton melodyjnego garażowego punka. Środek drogi jest ledwo widoczny. Nawet doskonały Window - przerywnik bardziej swobodnego indie rocka z kręcącą się i swobodną melodią - plasuje się w połowie drogi między niedawnymi dokonaniami Queens Of The Stone Age, a wczesnym solowym albumem Franka Blacka. Płyta emanuje prawdziwym poczuciem odnowy i odrodzenia, niezależnie od tego jakie zwroty akcji przyjmie. If You Only Knew to w gruncie rzeczy country blues, ale świeżo odziany w biały denim. Atmosfera kompozycji Spite Shine przypomina rozpędzony i wirujący punkowy koncert w małym klubie, zaś Unconditional obiecuje promyk emocjonalnego światła i przestrzeni w swoich noirowych wersach - Everything hurts / Can’t say what’s on my mind / I’m just not sure - zanim galopem odleci w kanionową chwałę rocka.

Koniec albumu kieruje power-grunge'owe beczki na szersze tematy: mdłą sławę błagalnego Child Actor; coraz bardziej syntetyczny i niestabilny świat w Amen, Caveman. Jednak dominujące poczucie ikony post-grunge'u, która robi wszystko, co potrafi - grając najmocniej w najtrudniejszych chwilach - napędza do działania z pełną mocą. Świetny album!💣 Bartas✌☮

35 lat temu ukazał się jeden z najlepszych debiutów w historii muzyki - "Ten" grupy Pearl Jam.

  Po śmierci Andy’ego Wooda Gossard i Ament zawiesili działalność. W czasie tej separacji Gossard spędził swój czas na pisaniu materiałów, k...