czwartek, 12 marca 2026

Waleczność i siła. Kreator i ich nowy album "Krushers Of The World".

 

Oj, trzeba troszkę nadgonić z tymi recenzjami płytowymi. Mamy marzec, a ja - póki co - nie napisałem jeszcze żadnej świeżej recenzji. Tylko same wspominki. No, więc postanowiłem, że na pierwszy ogień niech pójdzie zespół Kreator ze swoim szesnastym długogrającym albumem Krushers Of The World, wydanym 16 stycznia 2026 roku. Zachodzi pytanie czy jest to prawdziwy i bezkompromisowy thrash metal, czy może ten, co miesza tradycyjne metalowe brzmienia z oczekiwanym tempem, by uzyskać dopracowany efekt? Jak pokazują single promocyjne, muzycy nadaj wciskają metalowe tropy i triki do swojego thrashowego wozu, eksplorując nowe pomysły i brzmienia. Pomijając etapy ewolucyjne, Kreator rozpoczyna nowy krążek kilkoma wartymi uwagi numerami.


Otwierający utwór Seven Serpents zaczyna się od iście królewskiej i majestatycznej linii gitary, a wersja zespołu z lat osiemdziesiątych wyłania się, by zabić słuchacza thrashującym barbarzyństwem. W dzikim riffie wyczuwa się klimat Extreme Aggression, zwierzęca dzikość to przyjemność dla ucha, ale pojawia się też klimat power metalu. Skandująca kompozycja Shake In Human Form uderza w jakiś ośrodek przyjemności w mózgu, a refren jest płynny, epicki i efektowny. To właśnie dzięki temu utworowi ta niemiecka kultowa grupa pozostała aktualna pomimo wpływów i trendów. Wspaniałe jest słyszeć ich tak dynamiczną muzykę, a przecież nie są już pierwszej młodości. Satanic Anarchy jest równie imponujący, chociaż w inny sposób. Z początku to krzepki thrash metal, a później potężny, hymniczny i wpadający w ucho refren. Po pierwszym odsłuchu stał się moim faworytem z całego zestawu. Tränenpalast wraca do nastrojowych gotyckich brzmień z czasów Endoramy, gdy zespół rzuca się na oślep w okultystyczny klimat, a do Mile dołącza Britta Görtz z zespołu Hiraes w zajebiście zabójczym duecie. Świetny numer z kolejnym chwytliwym refrenem, a Görtz dodaje przyzwoity deathmetaowy wark jako kontrapunkt do thrashowego brzmienia Petrozzy. 


Inne mocne punkty tej płyty to choćby zaciekły thrashowy atak w Blood Of Our Blood, który wyrasta z klasycznych riffów Kreatora, potężnych hymnicznych fragmentów, partii gitar i porywającej solówki. Combatants także oferuje mocne riffy i mnóstwo klasycznej metalowej magii upchniętej w niezwykle zgrabnym opakowaniu. Loyal To The Grave również urzeka swoim motywem przewodnim - Your soul and mine, they are the same. I nawet dziwaczny utwór tytułowy z jego nietypowym klimatem łączącym Paradise Lost z Goldflesh sprawdza się lepiej, niż powinien. Barbarian czy Psychotic Imperator to solidne thrash metale, ale z nutą generyczności. Całość albumu to niecałe trzy kwadranse, ale nie wydaje się on jakoś przesadnie długi. Wszystkie numery są dość krótkie i zwięzłe, a refreny są tu dominujące. To właśnie wtedy styl Kreatora błyszczy najbardziej. Mille Petrozza i Sami Yli-Sirniö dostarczają nam mnóstwo mocnych trashowych riffów, nawiązując do różnego okresu w karierze grupy i ozdabiają bogactwem klasycznych heavy metalowych pomysłów, aby wygładzić i zaokrąglić brzmienie. Myślę, że Kreator robi to lepiej, niż większość zespołu w ich wieku. Partie gitar są tu głównym atutem, a większość utworów zawiera ciekawe pomysły, zapadające w pamięć refreny i prawdziwą dbałość o szczegóły, która sprawia, że muzyka porywa, szczególnie w solówkach. Wokal Mille’a jest wciąż potężny i jadowity, a jego siła brzmienia po tylu latach niszczenia gardła jest wciąż imponująca. Jürgen "Ventor" Reil wali w gary nieubłaganie jak zawsze, z potężną siłą, która wbija słuchacza niczym pocisk z działa elektromagnetycznego.


Krushers Of The World to naprawdę bardzo dobry album Kreatora z kilkoma mocnymi momentami. Jest o wiele bardziej thrash metalowy, niż poprzednie wydawnictwa. Znacznie lepszy, niż Hate Über Alles z 2022 roku. Pokazuje, że ci szaleńcy wciąż potrafią wzniecić w sobie waleczność i siłę w dużych dawkach. Nie przegap i pędź do sklepu!💣 Bartas✌☮



Chaos i harmonia, niespójność i czysty splendor. 35 lat "Out Of Time" grupy R.E.M.

 

Nie tak dawno na swoim prywatnym profilu facebookowym ogłosiłem, że rok 2026 będzie pełen wspominek wspaniałego dla muzyki roku 1991, albowiem to już 35 lat od tamtej pory. Trzy i pół dekady. Rozpocząłem na swoim TikToku od ukochanego i najważniejszego dla mnie w życiu Innuendo grupy Queen. O tym Arcydziele czytaliście już kilka lat temu na moim blogu, więc nie widzę sensu pisania powtórnie. Dziś chciałbym podzielić się myślami o najbardziej zróżnicowanym albumie zespołu R.E.M. - Out Of Time - który ukazał się 12 marca 1991 i wciąż ukazuje aktualne połączenie chaosu i harmonii, niespójności i czystego splendoru. Co ciekawe, w momencie wydania krążek był jednogłośnie uznawany za świetny album. Niektóre magazyny muzyczne uznały go za arcydzieło. Z upływem czasu opinie stawały się coraz bardziej mieszane, a fani i sympatycy zespołu dostrzegli w Out Of Time pierwszy moment, w którym R.E.M. poczuło się całkowicie pozbawione weny, a ich muzyka brzmiała nudno i przytłumienie. Zaiste, album jest zbyt mainstreamowy, aby docenili fani rocka klubowego i zbyt wymagający, by mogli go posmakować entuzjaści popu. Poza tym, brakuje mu współczesnej publiki, która rozpozna w nim płytę z zaledwie dwoma zapadającymi w pamięć utworami. 


Ja jednak tak sobie myślę, że Out Of Time zasługuje na lepszy los i nowe spojrzenie. Przy dłuższym bowiem odsłuchu chaotyczna mieszanka komercji i eksperymentu staje się nośnikiem jednego z najbardziej zróżnicowanych przekazów lat dziewięćdziesiątych. Niczym słoneczna odmiana albumu Green, Out Of Time może być jednym z najdziwniejszych albumów nurtu alternatywnego rocka. Połączenie starych brzmień, sentymentalnych ballad, depresyjnych momentów, wątpliwego instrumentalnego utworu i melorecytacji sprawia wrażenie dzieła zespołu, który został zmuszony do stworzenia kolejnego albumu, by dopełnić wspaniałego połączenia komercyjnego i osobistego, jakie ukazało się na wspomnianym wyżej Green. Zamiast skupiać się na oszałamiających pejzażach dźwiękowych, jak poprzednik, muzycy stworzyli mieszankę chaosu i czystego popowego mistrzostwa, wzbogacając całe dzieło o zdecydowaną esencję. I tak, album sprawia wrażenie niespójnego, a kolejność utworów - przypadkowego miksu. Pierwszy moment kontynuuje ograny do porzygu Losing My Religion, którego melancholijny charakter ustępuje miejsca depresyjnemu Low. Optymistyczny ton początku ostro kontrastuje z tym pierwszym, zaś hermetyczny tego drugiego przeciwstawia się muzycznemu dynamizmowi, skłaniając się ku pogrążaniu w depresji. Ten porządek, obecny na całym albumie, nie przystaje do statusu wielkiego dzieła, ale kompozycja i koncepcja R.E.M. niszczą to wrażenie. To, co dla większości zespołów byłby katastrofą, przeobraża się w piękną medytację. Ta dwubiegunowa lista utworów sprawia, że album jest odważniejszy, niż jakikolwiek inny album tej grupy aż do Monster, nadając całemu brzmieniu eksperymentalny charakter.


Niekanoniczna - nazwijmy to - konstrukcja staje się coraz bardziej widoczna w Near Wild Heaven, który rozświetla mrok wyrażony w Low. Od tego momentu dysonansowy charakter kompozycji staje się bardziej wyraźny, rozwijając się w momentach oscylujących pomiędzy popową wrażliwością a akcentami country folk. Chociaż Endgame to na pierwszy rzut oka i ucha mało interesujący album instrumentalny, który nie wzbudza żadnych emocji i uczuć, stanowi doskonałe preludium do singlowego Shiny Happy People. I nawet jeśli ten utwór nie jest zaliczany do najlepszych utworów w karierze R.E.M, to jego konstrukcja jest naprawdę wyjątkowa. Bez wciągającej linii melodycznej i wokalnego akompaniamentu Kate Middleton, utwór nie byłby tak masowo grany w niemal każdej stacji radiowej i nie zdobyłby tylu wyświetleń na YouTubie. Belong to piękny przykład nastrojowej dwuznaczności, będący tajemniczym przejściem do melancholii, którą reprezentują Half A World Away, Texarkana oraz Country Feedback. To właśnie te kompozycje sprawiają, że muzyka R.E.M. jest tak niezapomniana: smutek przeplatany emocjonalnymi harmoniami, bujny sentyment straty i pełna żalu retrospekcja. Brzmią jak przesiąknięte folkiem interpretacje alternatywnej substancji z Green, ta część tworzy pomost pomiędzy poprzednią płytą a Out Of Time. Zwieńczający całość utwór Me In Honey podsumowuje mocne strony muzyki. Spokój, melancholia, radość i - ponownie - piękny głos Kate Middleton, dowodzą ekspresyjnego piękna płyty.


Będąc jednocześnie przystępnym i eksperymentalnym, Out Of Time oferuje wspaniały spektakl emocjonalnych niuansów alternatywnego rocka, które znajdą imponującą ekstrapolację na następnym i równie doskonałym Automatic For The People, obejmując sentymentalną wieloznaczność. Mamy czułość i depresję, country i indie rock, katastrofę i konstrukcję, w wreszcie potężny album z potężnym głosem. Czując się jak arcydzieło stworzone w krótkim czasie (choć przerwa między albumem Green a Out Of Time to bite trzy lata), krążek prezentuje coś ze wszystkich faz twórczych R.E.M., wrzucone do niemal nielogicznego miksu, który wzmacnia niedoskonałą pasję pięknych dźwięków. 35 lat temu, a mnie się wydaje, że wciąż jestem tym pięcioletnim Bartusiem słuchającym Out Of Time na kaseciaku. Lecę posłuchać!😍








Bartas✌☮

wtorek, 3 marca 2026

Szaleństwo, poczucie bezradności i uwięzienia oraz brak kontroli nad sobą. 40 lat "Master Of Puppets" Metalliki.

 

Zdaję sobie z tego sprawę, że zalegam wielu moim Czytelnikom oraz artystom zestawienia z polską muzyką 2025. Wybaczcie, miałem niemałe zawirowania życiowe. Przez to także nie napisałem ani jednej recenzji płytowej z roku 2026. A już mamy marzec. Postanowiłem, że zrekompensuję tzw “między wierszami”, czyli obok wspominek i nowości napiszę po prostu recenzje tych albumów polskich wykonawców, których muzyka i twórczość podobała mi się najbardziej w 2025 roku. A co dziś? Dziś jest 3 marca 2026. Urodziny mojej kochanej siostry Oli oraz… czterdziestolecie wydania jednego z najgenialniejszych (o ile nie najgenialszego) albumów w historii metalu - słynnego Master Of Puppets zespołu Metallica. Gdy moja siostra się urodziła, ja miałem niecałe osiem lat i znałem już dobrze ten album. Oczywiście, dzięki komu? Mamie! Tak, też kupiła mi na rynku łazarskim w Poznaniu kasetę i słuchałem jej bardzo często, ale jakoś nigdy wcześniej nie miałem okazji przelać swych emocji związanych z tym albumem na papier. Pomyślałem, że cztery dekady tego geniuszu to świetna okazja, by coś tam skromnego skrobnąć. 


Produkcja albumu - za którą odpowiedzialny jest sam zespół z Flemmingiem Rasmussenem - jest nieco ziarnista, ale idealnie pasuje nie tyle do energii tego albumu, ale i tamtych lat, gdzie dominowały przeważnie gatunki pop i disco, a także święcący triumfy thrash metal. To Metallica w swojej złotej erze tego gatunku. Gitary brzmią absolutnie czysto, ale i ciężko, a James Hetfield jest u szczytu swoich możliwości wokalnych. Dojrzał od krzykliwego i lekko piskliwego głosu, który miał na Kill 'Em All. Co więcej, potrafi oddać każdy nastrój, jakiego wymaga od niego dana kompozycja - od wolnego, ale nieco złowieszczego śpiewu, po surowe i potężne krzyki i wrzaski. I tak, niezależnie od tego, ile głupot pisze się na temat techniki gry Larsa, on również jest tu w swojej szczytowej formie. Bass nieodżałowanego Cliffa Burtona to jest coś, czego chyba już żaden basista metalowy nie jest w stanie dokonać.


Przejdźmy może już do samych utworów. Album rozpoczyna się utworem Battery. Jest on skomponowany w tonacji e-moll. Ma łudząco podobną strukturę do Fight Fire With Fire, otwierającego poprzedni krążek - Ride The Lightning. Rozpoczyna się fantastyczną progresją akordów przepięknie brzmiącej gitary akustycznej. Po kilku taktach jednak instrumentarium nagle nabiera tempa do przesterowanych gitar elektrycznych, wraz z wejściem perkusji i gitary basowej, jednocześnie kontynuując progresję akordów i melodie z akustycznego intro. Ten motyw trwa przez kilka kolejnych taktów, aż przechodzi w bardzo szybki thrash metalowy riff, który stanowi podstawę reszty utworu. W warstwie tekstowej porusza kwestie kontroli gniewu nad własnym zachowaniem. Jednakże motyw przewodni nawiązuje do sceny thrash metalowej w San Francisco w latach osiemdziesiątych. Najbardziej znanym klubem, w którym występowali muzycy z Metalliki był Old Waldorf przy Battery Street 444 w samym centrum San Francisco. Wers Cannot kill the family / Battery is found in me to stwierdzenie, że społeczeństwo nie rozumie tej sceny i że jej członkowie, będący rodziną, obronią ją jako przejaw solidarności przeciwko scenie glam metalowej, która była popularna w okolicach Los Angeles. Ogólny ton utworu to więzy rodzinne i pozytywne uwolnienie energii poprzez miłość do metalu. Idąc dalej mamy utwór tytułowy. Nie bez powodu to jeden z najbardziej kultowych utworów w historii metalu. Według tego “nieszczęśnika” Dave’a Mustaine’a riff do Master Of Puppets został skomponowany przez Larsa Ulricha, gdy Mustaine był jeszcze członkiem Metalliki. Numer został nagrany w niższym tempie i stroju, a następnie przyspieszony przez Rasmussena, który odtworzył taśmę szybciej, co pozwoliło zespołowi na uzyskaniu standardowego stroju oraz najbardziej zwartego brzmienia instrumentów w wyższym tempie. Jeśli chodzi o tekst, James tłumaczył wielokrotnie, że w dużej mierze traktuje o narkotykach. O tym, jak wszystko się odwraca - zamiast kontrolować to, co bierzesz i robisz, to narkotyki kontrolują Ciebie. Po szaleństwie zwalniamy nieco tempo za sprawą The Thing That Should Not Be. Brzmienie tej kompozycji kapitalnie oddaje złowieszczy aspekt albumu - gitary, wokal i dudniące bębny współgrając nadając niemal horrorowy charakter. Solo Kirka szczególnie wzmacnia tę ideę, tworząc charakterystyczny i dość przyjemny ton, który towarzyszy temu utworowi. 


Jedną z największych perełek na albumie jest Welcome Home (Sanitarium). Co ciekawe, inspiracją do jego napisania była głośna powieść Kena Keseya Lot Nad Kukułczym Gniazdem. Wyraża myśl pacjenta niesłusznie zamkniętego w zakładzie psychiatrycznym. Tematem kompozycji jest szaleństwo, stanowiące metaforę uczciwości i prawdy. Jest to prawdopodobnie najbardziej odkrywczy utwór Metalliki poruszający temat szaleństwa. Muzycznie rozpoczyna się sekwencją czystych pojedynczych instrumentów smyczkowych i harmonicznych. Czysty, arpeggiowany główny riff jest grany naprzemiennie w metrum 4/4 i 6/4 oraz ponurymi i czystymi partiami gitar w zwrotkach i przesterowanymi, ciężkimi riffami w refrenach, którego punktem kulminacyjnym jest agresywny finał aż do wyciszenia. Struktura może nawiązywać do schematu Fade To Black, czy późniejszych One lub The Day That Never Comes. Mamy także Disposable Heroes - antywojenny utwór opowiadający o młodym żołnierzu, którego los jest kontrolowany przez przełożonych. Tekst genialnie wpisuje się w ogólny motyw albumu, jakim jest poczucie bezradności i uwięzienia oraz brak kontroli nad własnymi działaniami. Okładka albumu, przedstawiająca pozornie bezkresny cmentarz wojenny nawiązuje do tej piosenki bardziej, niż do jakiejkolwiek innej na tym albumie. Ma też podwójne znaczenia, bowiem Hetfield zaczerpnął tytuł i idee z filmu dokumentalnego o… kontuzjowanych piłkarzach. Ważną kwestią do odnotowania jest fakt, że Disposable Heroes zostało po raz pierwszy zaprezentowane w połowie roku 1985. W tej wczesnej wersji utwór zasadniczo nie różni się zbyt wiele od wersji ostatecznej. Jedyną zauważalną różnicą jest dodatkowa minuta, wynikająca z istnienia innego szybkiego riffu, który później stał się częścią Damage, Inc. Wspomniałem na początku o Jamesie i jego wokalu najwyższych lotów? Posłuchajcie Leper Messiah. Ciekawa jest bardzo jego historia. Tytuł pochodzi od tekstu piosenki Davida Bowiego Ziggy Stardust, ale napisany został po skandalu związanym z tele-ewangelizacją, w której to miliony dolarów przekazano dwóm pastorom, którzy wykorzystywali nauczanie Słowa Bożego do własnych korzyści, a nie dla korzyści dóbr społecznych. Tak naprawdę to rzecz o tym jak religia ma ogromną kontrolę nad ludźmi. Ślepo podążają za swoimi kaznodziejami, robiąc wszystko, co każą w imię tego, który uczył czegoś zupełnie innego.


Wreszcie przyszedł czas na największą perełkę i - moim zdaniem - najbardziej wybitny utwór na płycie, czyli... Orion. Jest to wieloczęściowy instrumentalny utwór, w którym pierwsze skrzypce (a raczej basy) gra nieodżałowany Cliff Burton. Został w większości napisany przez niego samego. Rozpoczyna się wyciszoną sekcją basową, mocno przetworzoną, tak aby przypominała orkiestrę. Zaraz potem mamy riffy w średnim tempie, po których wjeżdża Cliff z basem w połowie tempa. Tempo zaś przyspiesza w drugiej części i kończy się wyciszeniem. Geniusz Burton zaaranżował każdą część środkowej części, która charakteryzuje się nastrojową linią basową i wieloczęściowymi harmoniami gitarowymi. Czy to nie jest temat dla najlepszych w świecie szkół muzycznych? Co jeszcze jest w tym ciekawe to to, że Orion zawiera dwa sola Cliffa, jedno Jamesa i trzy Kirka. Pierwotnie główny autor zamierzał zagrać wszystkie partie na basie i niechętnie oddał resztę kolegom, ale w końcu oddał i efekt mamy jednak zespołowy. Majstersztyk! 😍 Całość klamrą spina Damage Inc., który podobnie jak Battery, zaczyna się powoli ze subtelnymi i delikatnymi instrumentami. Jednak kiedy zaczyna się drop, uderza jakby przechodziło 20 słoni. To jeden z najcięższych, najszybszych i najbardziej chwytliwych riffów zarówno na albumie jak i w całej karierze Metalliki. Wszyscy grają tu na najwyższym poziomie - partie perkusji Larsa są tak szybkie, jak to tylko możliwe, bas Cliffa dodaje mocy każdej nucie, Kirk rozwala wiosło w swoim soli, a wokal Jamesa, podobnie jak w Leper Messiah, jest intensywny, wysoki i ostry. Świetne zakończenie najlepszego - przynajmniej dla mnie - metalowego albumu wszech czasów.


Myślę, że Master of Puppets zasługuje na to miano. Precyzja gry na gitarze, perkusja, tempo, hałas - wszystko tu jest niesamowite. Cieszę się niezmiernie, że mogłem się w tym wyjątkowym dniu podzielić pewnymi myślami. To album bardzo bliski memu sercu. Dziękuję za przeczytanie!😍 Bartas✌☮

niedziela, 11 stycznia 2026

Podsumowanie muzyczne roku 2025. Płyty zagraniczne.

Jest niedziela, 11 dzień Nowego Roku 2026, a u mnie  - jak do tej pory - cisza jeśli chodzi o jakiekolwiek podsumowania płytowe. Wybaczcie, ale z końcem starego roku, jak i z początkiem nowego miałem pełne zawirowania osobiste i nie byłem w stanie usiąść do podsumowania. Mimo, iż ubiegły rok był znów bardzo aktywny muzycznie. No, ale w końcu się zebrałem w sobie, usiadłem i o to jak się przedstawia tabela. Tym razem wybrałem 15 albumów zagranicznych i tylko 5 polskich. 


Zacznijmy od płyt zagranicznych.


15. Stoned Jesus - Songs To Sun. Jest to album, na którym Stoned Ukraińcu utwierdzają się jako (po raz koleiny) świetny zespół, którego każdy powinien posłuchać. Jeśli lubisz zespoły takie jak Elder, Mastodon i Soen, koniecznie sprawdź Songs To Sun. Stoned Jesus naprawdę się postarali.


14. Testament - Para Bellum. Kto mógł przewidzieć, że Testament doświadczy drugiego muzycznego renesansu po prawie czterdziestu latach kariery, a jednak tak się stało. Zespół powraca z tym samym gigantycznym skokiem jakościowym, jakiego doświadczył wydając The Gathering. Para Bellum to album, który nie tylko przyciągnie zagorzałych fanów Testamentu, ale jest to jedno z tych wydawnictw, które przyciągnie wiele osób, które nigdy nie miały do czynienia z twórczością zespołu. Całej grupie udało się znaleźć sposób na wydanie jednego z najbardziej instynktownych, wysokiej jakości i spójnych albumów w swojej karierze. Niewielu zespołom udaje się przetrwać czterdzieści lat, nie mówiąc już o wydaniu jednego z najlepszych albumów. No, ale w przypadku Para Bellum tak się właśnie stało. Świetna robota, panowie!


13. Hayley Williams - Ego Death At A Bachelorette Party. Na tym albumie wyczuwalny jest smutek, który głęboko porusza, nawet przy wielokrotnym słuchaniu; podobnie jak depresja, jest on stałym towarzyszem. Rzadko się zdarza, by artyści po ponad dwóch dekadach kariery nadal osiągali nowe szczyty. No, ale Hayley Williams dokonała tego od czasu wydania debiutanckiego albumu Paramore, All We Know Is Falling, w 2005 roku. Choć jej dwa poprzednie solowe albumy - Petals For Armor z 2020 roku oraz FLOWERS For VASES / Descansos z 2021 - nie dorównały poziomowi wyznaczonemu przez współpracę z Paramore, ten album plasuje się w czołówce najlepszych albumów grupy i jest pierwszym solowym arcydziełem Williams.


12. Gazpacho - Magic 8 Ball. To awangardowy i eklektyczny krążek, ale z rozpoznawalnym stylem kompozytorskim zespołu i z wokalem, który zapewnia spójność. Każdy numer ma swój klimat, swoją twarz i swoje niespodzianki. Oczywiście - nie jest to wydawnictwo dorównujące w jakikolwiek sposób szczytowym Demon, ale tak szczerze mówiąc to jest niewiele zespołów, które eksperymentują własną formułą, kunsztem oraz wdziękiem jak robi to Gazpacho. Polecam!👍


11. Epica - Aspiral. Może być zarówno późnym punktem kulminacyjnym kariery, jak i pokazem najlepszych momentów. Łączy różne pejzaże dźwiękowe zaprezentowane w poszczególnych utworach, ale ogólnie jest to bardzo spójny i dobrze skomponowany album. Jak wspomniałem wcześniej - jest inny, brzmi bardziej jak album na żywo, niż przesadnie dopracowany album studyjny. Muzyka na bowiem ukryty nurt nieorganicznej witalności - od szalonego brzmienia gitary po brzmienie wokalu. Niemniej jednak, jeśli w ten sposób Epica zmienia swoje brzmienie to ja jestem na tak


10. Soulfy - Chama. Dzięki Chama Brazylia ożywa na nowo - jej dżungle, fawele, rytuały i płomienie. To krążek, który przypomina nam, dlaczego pokochaliśmy Soulfly: połączenie groove metalu z jego brutalnością i plemienną duszą. Po 25 latach swojej drogi Max Cavalera wciąż brzmi jak opętany, prowadząc swoją rodzinę i fanów coraz głębiej w ogień. Chama nie tylko niesie płomień - on go rozsiewa! Pozycja absolutnie obowiązkowa!🔥


09. Paradise Lost - Ascension. Paradise Lost nie nagrali w swojej karierze złego albumu, choć niektóre płyty wolę bardziej niż inne. Ascention to ich najlepszy album od dekady i ma ogromne szanse stać u mnie płytą roku lub być w ścisłej czołówce najlepszych albumów roku 2025. Niniejszym udzielam zespołowi oficjalnego rozgrzeszenia za niefajny incydent na Pol’and’Rock Festiwalu😉Swój grzech odpokutowali świetną płytą! 😍


08. Katatonia - Nightmares As Extensions Of The Waking State. Jest to album refleksyjny, chwila wytchnienia w dynamice, którą zespół zbudował od czasu wydania art-rockowego City Burials. Skłania do refleksji nie tylko nad tym, co przyniesie przyszłość, ale także nad tym do czego doprowadziły go przeszłe decyzje. Pomimo ostatnich wydarzeń, przyszłość Katatonii rysuje się w jasnych barwach, a jej członkowie są świadomi faktu, że wciąż tworzą muzykę, która porusza serca, dusze i umysły. Muza może nie mieć ciężaru, którego szukają inni, ale dla mnie Nightmares As Extensions Of The Waking State to celebracja tego, jak daleko zaszli członkowie zespołu, doskonale wiedząc, że świat stoi przed nimi otworem.

07. Lorna Shore - I Feel The Everblack Festering Within Me. Mówiąc wprost jest to album, który wyprowadzi Lorna Shore poza ramy deathcore’u. Jeśli kiedykolwiek zespół z tej sceny będzie headlinerem choćby na Download Festival to właśnie oni, z czego im z całego serca życzę. Już sam niemal dziesięciominutowy, finałowy Forevermore dowodzi, że operują na innym poziomie - orkiestra symfoniczna, która nie zawiodłaby w hollywoodzkim hicie, budująca powalającą gamę linii basowych i blastów, które brzmią naprawdę epicko. I Feel The Everblack Festering Within Me jest dla deathcore’u tym, czym The Satanist Behemotha dla black metalu - arcydziełem definiującym gatunek, który wynosi swój materiał źródłowy poza tradycyjne granice. Lorna Shore całkowicie wykracza poza deathcore, tworząc coś, co przyciąga uwagę szerszego spektrum metalu. Tego albumu nie możecie przegapić 


06. Suede - Antidepressants. Jesteśmy zespołem antynostalgicznym – oświadczył niedawno Anderson na scenie w Londynie. Jakże ekscytujące było usłyszeć kogoś, kto sprzeciwia się przekonaniu, że rock’n’roll to uświetniona pamiątka. On i jego koledzy z zespołu kontynuują ten porywający album. W swojej karierze zespół Suede osiągnął wiele przełomowych przebojów, ale Antidepressants to nie tylko nowy kierunek rozwoju – to jedno z najlepszych dzieł Suede. Wstyd nie znać!


05. The Black Keys - No Flowers, No Rain. The Black Keys są w świetnej formie. Fakt, że ich rok 2024 był tak pokręcony, frustracje, ból, gniew – wykorzystali wszystkie te emocje i stworzyli jeden z najbardziej imponujących dorobków w całej swojej dyskografii. Jestem bardzo mocno podjarany tym albumem. Ten głód, ta wytrwałość i ta determinacja z ich strony są absolutnie widoczne na tej płycie. 


04. Ghost - Skeletá. Habemus Papam! Leon XIV. Ghost nie ukrywa już swoich wpływów. W rzeczywistości włączyli je tak płynnie do swojego bytu, że wspominanie Elżbiety gnijącej w zamku wydaje się w tym momencie po prostu przestarzałe i nudne. Przyjmuję Ghost z lat 80-tych całym sobą. Forge nadal ma mnóstwo fanów, których może przekonać do swoich machinacji. No, ale Skeletá jest tak szczerym i ekscytującym albumem, z zadziwiającymi partiami gitary, produkcją wokalną. Bez najmniejszego problemu komponuje się z resztą ich dyskografii i jest wystarczającym powodem, by zastąpić papieża.


03. Elton John & Brandi Carlie - Who Believes In Angels? W 2023 roku John zakończył swoją ostatnią trasę koncertową, pozostawiając trochę znaków zapytania, co do kolejnych kroków swojej kariery na starość. W tej zamykającej album piosence When This Old World Is Done With Me śpiewa: Release me like an ocean wave / Return me to the tide / Release me like an ocean wave / Return me to the tide. John zrobił tak wiele dla świata muzyki, a ten album musiał być wyjątkowy. Czy to miłość lub pasja, które stoją za tymi tekstami, czy po prostu ogólna radość? Mam nadzieję, że nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Naprawdę - uwielbiam tego artystę! Ten album przypomniał mi, dlaczego - dopóki fala go nie zabierze, jak śpiewał w ostatniej piosence na albumie. A współpraca z Carlile była idealnym sposobem na ożywienie jego kariery, pokazując, że wiek nie powstrzymuje go od robienia czegokolwiek.


02.  Dream Theater - Parasomnia. Pomimo trzymania się zasadniczo tej samej formuły, którą stosowali od czasu przyjęcia Jordana Rudessa, Parasomnia nadal wydaje się powiewem świeżego powietrza. Może to dlatego, że jest to ich najciemniejszy, najbardziej gitarowy album od czasów Train Of Thought? Może to odrobina nowoczesnych pomysłów lub sposób, w jaki utwory osiągają idealną równowagę – wystarczająco ustrukturyzowane, aby wydawać się spójne, ale wystarczająco skomplikowane, aby dostarczyć elementy progresywne, które kochają fani Dream Theater? Myślę, że trochu wszystkiego. Oczywiście powrót Mike’a Portnoya odgrywa bardzo ważną rolę, wnosząc swój charakterystyczny styl zarówno do perkusji, jak i pisania piosenek. Po prawie 15 latach - powiedzmy sobie szczerze - przeciętnych wydawnictw, album Parasomnia to triumfalny powrót do formy. Jest to prawdopodobnie ich najbardziej kreatywne, skupione i angażujące dzieło od czasów mojej ukochanej - zaraz po niedoścignionym albumie Metropolis Pt. 2: Scenes From A Memory  - płyty Octavarium. 


01. Ringo Starr - Look Up. Powrót ex-beatlesa na światowy rynek muzyczny jest bardzo mile widziany. I pomyśleć, że Look Up zaczął się od tworzenia EP-ek, ale Starr tak dobrze się bawił, że zrobił z tego fantastyczny album. Produkcja jest genialna, a utwory są tak mocne, że wielokrotne ich słuchanie sprawia, że popadasz w uzależnienie. Album Look Up jest klasyczny, a jednocześnie świeży i ekscytujący. Tempo jest idealne, a efekt końcowy to jeden z najmocniejszych albumów Starra w jego karierze. Piękny początek Nowego Ro(c)ku w muzyce. Peace and love, Ringo! ✌☮Thank You!😍 W kolejnym poście... pięć albumów polskich.








Bartas✌☮


czwartek, 4 grudnia 2025

Przejście przez galaktyczny wir. Gazpacho i ich nowy album "Magic 8 Ball"

 

Być może Norwegia będzie zawsze kojarzyła się z black metalem. I słusznie zresztą, bo wiele znakomitych kapel z tego kraju się wywodzi. Niemniej jednak ja, jeśli chodzi o scenę norweską, bardziej chyba bardziej preferuję progresywną rockową muzykę połączoną z dramatyzmem, teatralnością, wychodzącą z głębi serca. Zespół Gazpacho jest w ścisłej awangardzie tej sceny, a ich album Demon z 2014 roku to już współczesny klasyk gatunku i jeden z arcydzieł Norwegów. Zapoczątkował ów krążek historię o istocie, która żyje w naszej zbiorowej podświadomości i popycha nas ku najgorszym impulsom, a jej kulminacją jest znakomity inny album z roku 2020 - Fireworker. Teraz zespół powraca z kolejnym dziełem zatytułowanym Magic 8 Ball. I co ciekawe, jest to pierwszy od jeden z niewielu albumów w katalogu Gazpacho, który nie jest albumem koncepcyjnym, choć jego warstwa liryczna porusza tematy losu i przeznaczenia. Jak wygląda zatem ta zmiana?


Zanim usłyszałem całość, utwór tytułowy jako pierwszy singiel dotarł do mych uszu i muszę powiedzieć, iż zrobił na mnie wrażenie. Gazpacho eksperymentuje z nowymi kierunkami - są bardziej chwytliwe i radiowe, niż te, które zespół tworzył na przestrzeni wielu lat, niemal zbliżając się do popowej wrażliwości. Byłem bardzo ciekaw jak będzie brzmiała całość. Odpaliłem w końcu płytę, a otwierająca ją kompozycja Starling rozpaliła moje oczekiwania, przywołując delikatną pogodę ducha z kojącym fortepianem i pięknym wokalem Ohmego. Let Us Be Reborn intonuje w marzycielskiej harmonii i rzeczywiście słychać, że Norwegowie wypływają na nowe wody, ale nie odchodząc także zbytnio od swojego melancholijnego mroku. We Are Strangers zmienia tempo i rytm, umieszczając frazy nim lub przerywając linię chóralną. Ceres pędzi z wirującym kanonicznym wokalem, a Immerwahr przybiera kształt uciekającego poematu w formie piosenki, stopniowo ewoluującego w miarę upływu czasu. Wspomniany już utwór tytułowy sprawia wrażenie, jakby zespół zabierał nas w przygodę, w której sam nie jest pewien celu. Sky King starannie szkicuje tajemniczą tęsknotę, a refreny eksplodują potężną i dramatyczną melancholią. Jest tu więcej syntezatorów, niż na poprzednich albumach, okazjonalnie odgrywających główną rolę, jak choćby w kulminacyjnym momencie The Unrisen. Ich najbardziej wyrazisty akcent pojawia się jednak w We Are Strangers, gdzie niekonwencjonalne kompozycje wypełniają się futurystyczną atmosferą i rozpalają sceny cyberpunkowej dystopii. Czy ten album posiada jakieś wady? Tak, nie do końca przekonuje mnie Gingerbread Men. Odnoszę wrażenie, że zbyt często poszukuje się bardziej dynamicznego podejścia w swoich teksturach, ale nie potrafi go uchwycić z powodu nieustającego mozolnego tempa. To jedyny minus na tym wydawnictwie. Jego produkcja jest niezwykle czysta i ciepła bez utraty ciężaru, gdy gitary zaczynają narzucać swoją wagę. Drobne detale pokazują, jak wiele czasu poświęcono Magic 8 Ball, takie jak delikatny glitch, gdy Ohme intonuje I’m scratching at an itch czy subtelne przestery w We Are Strangers. Wszystko kulminuje w The Unrisen, który zaczyna się równie delikatnie jak otwierający Starling, ale wybucha prawdziwie transcendentnym fragmentem mooga, który przypomina przejście przez galaktyczny wir. To naprawdę zapierający dech w piersiach sposób na zakończenie albumu. 


Magic 8 Ball to awangardowy i eklektyczny krążek, ale z rozpoznawalnym stylem kompozytorskim zespołu i z wokalem, który zapewnia spójność. Każdy numer ma swój klimat, swoją twarz i swoje niespodzianki. Oczywiście - nie jest to wydawnictwo dorównujące w jakikolwiek sposób szczytowym Demon, ale tak szczerze mówiąc to jest niewiele zespołów, które eksperymentują własną formułą, kunsztem oraz wdziękiem jak robi to Gazpacho. Polecam!👍 Bartas✌☮

poniedziałek, 1 grudnia 2025

Refleksja nad przyszłością. Katatonia i ich nowy album "Nightmares As Extensions Of The Waking State".

 

Nie jest żadną tajemnicą, że bardzo lubię Katatonię i to praktycznie od ich pierwszej płyty. Różnie z nimi bywało. Pamiętam, gdy w czasie studiów usłyszałem The Great Cold Distance, który bardzo mocno wrył mi się w banię, a sześć lat później Dead End Kings, który pozostaje moim ulubionym albumem w dorobku Katatonii. Praktycznie każde ich kolejne wydawnictwo, przepełnione eksperymentami muzycznymi, to jakiś krok naprzód w ich dalszej ewolucji. W czerwcu tego roku zespół powrócił z nowym krążkiem zatytułowanym Nightmares As Extensions Of The Waking State, który sięga w przeszłość, szukając przyszłość kierunku. Jest to kontynuacja Sky Void Of Stars z wrodzonym romantyzmem, nawet gdy muzyka i testy sugerują coś zupełnie innego. Jednak ten romantyzm skrywa mroczniejsze intencje, jakby Szwedzi mieli ukrytego asa w rękawie. 


Krążek rozpoczyna się od utworu Thrice, który startuje mocno od czystej gitary i linii wokalnej, która wprowadza słuchacza w nastrój, zanim Daniel Moilanen nie uderzy porządnie w gary, dając temu jeszcze większe poczucie ciężkości. Chociaż utwór nawiązuje do Sky Void Of Stars, zwłaszcza w melodii, to mniej więcej w połowie stopniowo odchodzi od tych motywów, stając się nastrojowy i złowieszczy, by następnie wrócić do refrenu. The Liquid Eye ma death-doomowy vibe, który potrzebuje czasu, by ukazać ich wciąż silny ciężar w solidnej strukturze, zarówno tej instrumentalnej, jak i wokalnej. Melodia jest czysta, muzyka chwytliwa, niemalże swingująca. Katatonia nie jest zespołem, którego można nazwać nieustępliwym w swojej muzyce, ale tutaj wyraźnie pokazują pazur. Ich ciężar i dynamika pozwalają na eksperymenty, a miks dźwiękowy pokazuje, że myślą o swojej przyszłości i o tym, jak daleko mogą posunąć swoją wersję progresywnego doomu. Jeśli chcesz spojrzeć na potencjalną przeszłość Katatonii, Wind Of No Change prezentuje coś, czego nie słyszałem w ich wykonaniu od dawna, a mianowicie partie chóralne. Uzupełnia zarówno instrumentarium zespołu, jak i atmosferę kompozycji, potęgując złowieszczy nastrój, do którego album zmierzał, a nawet nawiązując do przeszłości Katatonii, gdy tworzyli jeszcze muzę black metalową. Słysząc Jonasa śpiewającego …and sing Hail Satan… z chórem w tle, wzmacnia się warstwa, którą Nightmares As Extensions Of The Waking State buduje sam i słuchanie tego działa oczyszczająco. No, w końcu Katatonia to zespół z tradycją, istniejący ponad trzy dekady, który z entuzjazmem oddaje się swojej historii i wcieleniu.

Nightmares As Extensions Of The Waking State jest niezwykle autotematyczny. Chociaż można by się spodziewać, że będą kontynuować od miejsca, w którym zakończyli wspomniany Sky Void Of Stars. Ja jednak myślę, że jest to prawdziwa kontynuacja The Fall Of Hearts. Oba albumy wywodzą się z ambientowo-atmosferycznego wzorca mojej ulubionej Dead End Kings, ale Nightmares As Extensions Of The Waking State wpisuje się bardziej w linię tematyczną The Fall Of Hearts, zwłaszcza z takimi utworami jak Temporal, który do złudzenia przypomina Takeover. Oba albumy mają również mają również spokojny, refleksyjny charakter, bowiem powstały w trudnych dla zespołu czasach. Mimo że wyraźnie poszli do przodu, historia zatoczyła koło. W miarę rozwoju albumu muzyka nabiera bardziej surowego charakteru. Numer zatytułowany Departure Trails jest pauzą, działającą jak wytchnienie pośród intensywności. Jest bardziej powściągliwy: dynamika zmienia się nieznacznie, co wzmacnia nastrojowe tendencje, które zespół budował przez cały czas. Ta powściągliwość jest obecna w Warden oraz - w mniejszym stopniu - w The Light Which I Bleed. Nadal grają kontrastującymi tonami i dźwiękami, ale brakuje im tych podniosłych refrenów i melodii, które były widoczne wcześniej. Ta surowość w końcu ustępuje miejsca Efter Solen, kompozycji zaśpiewanej w całości w języku szwedzkim, która - być może - będzie zaskoczeniem. Jest to numer najbliższy czasom City Burials pod względem odmienności od reszty, ponieważ wykorzystuje bardziej elektroniczne, czy wręcz taneczne podejście do melodii. Brzmi też, jakby pochodził z pobocznego projektu Jonasa Renkse (tj. Kordy) przearanżowany i wykorzystany na tym albumie. Choć jest to mile widziany dodatek, może być postrzegany jako dziwny. Ja osobiście bardzo lubię wspomniany już Efter Solen i moim zdaniem to ta kompozycja wybija się na pierwszy plan. 


Album ma pewną… “wadę”. Pierwsza jego część składa się z zapadających w pamięć refrenów, melodii i przyjemnej dynamiki, które czynią go rozkosznym dla ucha. Druga wydaje się być stonowana. Może to był celowy zabieg, bowiem muza w pierwszej połowie pozostaje znajoma, zwłaszcza jeśli znasz numery z krążka Sky Void Of Stars. To właśnie w tej drugiej połowie Katatonia pokazuje nam swoją skłonność do eksperymentów, zdolność do zmiany i adaptacji. Udowadnia, że ostatecznie metal nie musi być ciężki i klasyczny, by miał swój przekaz czy głębię. Na całe szczęście Szwedzi nie próbują wyważać otwartych już drzwi. Jeśli muzyka rezonuje to tylko to się liczy. Nightmares As Extensions Of The Waking State to album refleksyjny, chwila wytchnienia w dynamice, którą zespół zbudował od czasu wydania art-rockowego City Burials. Skłania do refleksji nie tylko nad tym, co przyniesie przyszłość, ale także nad tym do czego doprowadziły go przeszłe decyzje. Pomimo ostatnich wydarzeń, przyszłość Katatonii rysuje się w jasnych barwach, a jej członkowie są świadomi faktu, że wciąż tworzą muzykę, która porusza serca, dusze i umysły. Muza może nie mieć ciężaru, którego szukają inni, ale dla mnie Nightmares As Extensions Of The Waking State to celebracja tego, jak daleko zaszli członkowie zespołu, doskonale wiedząc, że świat stoi przed nimi otworem. Pozycja bardzo mocno polecana! 👍

Bartas✌☮

Waleczność i siła. Kreator i ich nowy album "Krushers Of The World".

  Oj, trzeba troszkę nadgonić z tymi recenzjami płytowymi. Mamy marzec, a ja - póki co - nie napisałem jeszcze żadnej świeżej recenzji. Tylk...