sobota, 11 kwietnia 2026

Najbardziej surowy i intymny moment w karierze. 30 lat temu Alice In Chains nagrali "MTV Unplugged".

 

Zastanawiałem się czy napisać o tym koncercie w 30. rocznicę wydania go na płycie (tj. 30 lipca 1996 roku) czy też w 30. rocznicę samego występu muzyków (10 kwietnia 1996 roku). Doszedłem do wniosku, że jednak bardziej liczy się to, w którym dniu i roku koncert się odbył, a nie wtedy, kiedy zapis z niego został wydany na płycie  Dziś, gdy piszę te słowa, jest sobota 11 kwietnia 2026 roku. Wczoraj minęło 30 lat odkąd muzycy Alice In Chains zagrali swój przepiękny akustyczny koncert z serii MTV Unplugged. Miało to miejsce w nowojorskim Majestic Theatre - Brooklyn Academy Of Music. Jest to wydarzenie wyjątkowe z kilku powodów. Był to pierwszy występ grupy od 1993 roku i również ostatni z Layne’em Staleyem. Pamiętajmy także, że rok 1996 to praktycznie już całkowity koniec muzyki grungowej. Kurta Cobaina nie było już na tym świecie od dwóch lat, za ostatni prawdziwie grunge’owy album Pearl Jam uznaje się Vitology (1994), a ostatnim albumem Soundgarden przed rozpadem był Down In The Upside, wydany w maju roku 1996. Album Alice In Chains MTV Unplugged ukazał się - jak wspomniałem - 30 lipca 1996 roku i tak naprawdę zakończył krótką, ale pamiętną erę w szeroko pojętej muzyce rockowej i metalowej. Muzycy podążyli również za tradycją akustycznych występów Pearl Jam i Nirvany, które ostatecznie doczekały się oficjalnych wydawnictw. Wartym odnotowania jest fakt, że Eddie Vedder i spółka zagrali jako pierwsi, ale na wydanie czekać musieli dekadę. Jak więc Alice in Chains wypadło w kategorii bardziej minimalistycznych, jednorazowych koncertów z cięższym materiałem?


W przeciwieństwie do Nirvany, nie chcieli przesadzać z ilością coverów i singli ze stron B. Za to wykorzystali sporo materiału z dwóch akustycznych EP-ek, co ma sens z perspektywy zespołu, ale sprawia, że doświadczenie jest mniej wyjątkowe, bowiem te wersje kompozycji z Sap i Jar Of Flies niewiele zmieniają w aranżacjach i klimacie omawianych numerów. Moim skromnym zdanie, wersje studyjne są generalnie lepsze. Są bowiem bardziej dopracowane i charakteryzują się bardziej spójnymi partiami, szczególnie Layne’a. Niejeden fan zachwycał się tutaj nad formą wokalną Staleya. Jest to prawda, ale trzeba też wziąć pod uwagę kontekst. W 1994 roku powstał Mad Season, gdzie muzyk przejął stery wokalne, a ich jedyny album Above miał skomplikowaną produkcję. Oczekiwania fanów co do stanu formy Alice In Chains były niepewne. Jednak z perspektywy czasu Layne brzmi naprawdę bardzo dobrze, nie fałszuje i nie stara się oddać choćby namiastki wersji studyjnych. Jego głos jest miejscami wyraźnie napięty i przez większość czasu trochę powściągliwy, nieco pozbawiony mocy, którą kiedyś z łatwością emanował. Niemal siedzi na krzesełku nieruchomo. No, ale…chwila… to przecież koncert akustyczny i z pewnością zrobił to celowo. 


Nie będę się zbytnio rozwodził nad utworami ze wspomnianych EP-ek, bo nie ma za wiele do dodania. Nutshell, Brother, No Excuses oraz Got Me Wrong brzmią naprawdę bardzo dobrze, ale - jak wspomniałem - wolę posłuchać ich w wersjach studyjnych. Natomiast godnym uwagi jest końcówka No Excuses, gdzie Layne żartuje, by zrobić sobie przerwę na teledysk amerykańskiego rapela LL Cool J’a. Na basie Mike’a Ineza widniał napis: Friends Don't Let Friends Get Friends Haircuts. Był on skierowany do członków Metalliki, którzy byli na widowni i niedawno ścięli włosy. Inez i perkusista Sean Kinney oddali im jednak hołd, grając intro do Enter Sandman tuż przed wykonaniem Sludge Factory. Jerry Cantrell zaś przed zagraniem Angry Chair zagrał intro do Battery, przechodząc w utwór He Haw Gloom, Despair, And Agony On Me. Numer ten został pominięty na płycie CD, ale można go znaleźć na kasetach VHS i płytach DVD.


Jeśli mam być szczery to najlepiej wypadły im utwory z mojej ulubionej płyty, czyli Dirt. Taki Down In A Hole nie musi się zbytnio różnić od wersji studyjnej, bo i tak jest balladą. Jednak partie wokalne są tu szczególnie poruszające i zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że ta wersja będzie bardziej słusznym wyborem, jeśli się będzie chciało tej kompozycji posłuchać. Angry Chair i kultowy już Would? brzmią tu absolutnie fantastycznie, bo z naturalnymi aranżacjami i klimatem, który czyni je bardziej przystępnymi, aniżeli wersje studyjne, a jednocześnie wciąż potrafią uchwycić wiele z magii, która sprawiła iż te utwory są tak ponadczasowe. Rooster to jeden z najpiękniejszych ballad Alice In Chains i w tej wersji również nie brakuje mu wyrazistych i ekspresyjnych fraz gitarowych. Nie ma tu utworów z debiutanckiego krążka Facelift, nawet Man In A Box. Troszkę szkoda, ale to być może dlatego, że zespół chciał dać więcej miejsca nowszym numerom na setliście. Biorąc pod uwagę, że była to ich jedyna okazja do zagrania materiału z Alice In Chains. To z pewnością najciekawsze numery z płyty, bo tylko tutaj możemy usłyszeć je na żywo. Layne zaśpiewał Sludge Factory oktawę niżej, ale i tak wyszło mu bardzo dobrze. Heaven Besides You też bardzo dobrze się sprawdza. Z kolei decyzja o (prawie) zakończeniu koncertu dwoma utworami z krążka Alice In Chains ma sens, biorąc pod uwagę, że sprawiają one wrażenie, jakby zespół godził się z rozpadem. Frogs zaśpiewany jest przez Staleya z niezwykłą gracją wybijającą dość wysokie ooooh brzmi jeszcze lepiej, aniżeli w wersji studyjnej. Wreszcie Over Now, który pokazuje zespół w najlepszym wydaniu, a śmiech Layne’a na początku świetnie oddaje nastrój utworu. Jerry Cantrell prezentuje tu wokal na najwyższym poziomie. Ja to w ogóle uważam, że panowie Staley i Cantrell tworzyli niesamowite harmonie wokalne. Czy mamy coś jeszcze? Tak, już na samo zakończenie jest kompozycja Killer Is Me, napisana i wykonana specjalnie na potrzeby tego koncertu. Jest niezwykle dysonansowy, nawet jak na Alice In Chains, co sprawia, że zastanawiam jak zabrzmiałby w wersji ostrej, studyjnej.  


Koncert MTV Unplugged to nie tylko album Alice In Chains, w którym wykorzystano  instrumenty akustyczne zamiast elektrycznych. To jest zespół w swoim najbardziej surowym i intymnym momencie - uzależnienia wokalisty Layne’a Staleya, który spotyka się z kolegami i publicznością, by przedstawić te najważniejsze utwory w innym świetle. Takim, które rzuca nowe znaczenie i nowe dziedzictwo dla zespołu jako całości. Kiedy włączasz ten album to nie tylko go słuchasz. Doznajesz niesamowitego doświadczenia - uczucia, że jesteś tam z nimi na żywo, a to jest coś, co można uzyskać tylko dzięki występom MTV Unplugged. I dlatego ten album jest tak doskonały, że spokojnie dałbym mu ocenę dziesięć na dziesięć. To mój drugi ulubiony koncert akustyczny jeśli chodzi o zespołu ze Seattle. Pierwszy jest Pearl Jam, a Nirvana dopiero miejsce trzecie. No, tak się złożyło. Trzydzieści lat temu. Jak ten czas leci. Jeśli nie sięgniesz po ten krążek, sprawisz ogromną przykrość swoim uszom😔 Bartas✌☮

wtorek, 24 marca 2026

Tylko to istnieje, co może istnieć. Mayhem powraca ze swym siódmym studyjnym albumem - "Liturgy Of Death".

 

Rok 2026 zagościł u nas już na dobre, a legendarni i dość kontrowersyjni norwescy pionierzy black metalu, Mayhem, powracają ze swoim siódmym (dopiero) pełnometrażowym wydawnictwem w ponad 40-letniej karierze - Liturgy Of Death. Zaiste, ten katalog nie jest jakiś duży w porównaniu z innymi zespołami, które grają równie długo, ale pokazuje, że Norwegowie nie poprzestają na wydaniu nowego albumu, jeśli nie są pewni, że jest on pełen materiału absolutnie wartego wydania i słuchania. Po mniej komentowanym i znacznie bardziej eksperymentalnym albumie z 2000 roku zatytułowanym Grand Declaration Of War, zespół powrócił do bardziej tradycyjnego black metalu, aż do momentu wydania w 2014 roku Esoteric Warfare. Niedocenionego krążka w dyskografii, który sprawił, że Mayhem zwrócili się w stronę bardziej dysonansowego i pośredniego stylu muzycznego. Był on kontynuowany pięć lat później na albumie Daemon i ponownie - jak się zaraz okaże - pojawia się w roku 2026 na Liturgy Of Death. Oczywiście, ten album zawiera mnóstwo tradycyjnego black metalu. Nie znajdziemy tu niczego zbyt odjechanego w porównaniu z innymi dokonaniami grupy. Skomponowano riffy, które tworzą złowieszczą atmosferę dzięki gitarzystom Telochowi i Ghulowi oraz basiście Necrobutcherowi, do których dołączają nieubłaganie intensywne blasty wyczarowane przez Hellhammera za garami. Wokalista Attila Csihar cały czas ryczy za mikrofonem, recytując teksty o rozmyślaniach i medytacjach nad śmiercią, jak można się spodziewać po tytule albumu.  Zresztą słowa Death is neither good nor evil, for only what exists can be, rozpoczynające utwór Weep For Nothing, stanowią godne podsumowanie tematów tego albumu.


Muzyka Mayhem interesuje mnie przede wszystkim ze względu na ich całkowite lekceważenie obyczajów gatunku, który stworzyli. Jak wspomniałem, ustalona formuła jest obecna w sposobie grania na instrumentach, ale podczas gdy niezliczone legiony nowszych zespołów blackmetalowych zadowalają się po prostu kopiowaniem Transilvanian Hunger czy kultowym już De Mysteriis Dom Sathanas po raz milionowy, obecne brzmienie Mayhem jest w porównaniu z nimi absolutnie wyjątkowe. Riffy są strome i kanciaste i sprawiają wrażenie, jakby zostały wydobyte z jakiejś pustki poza czasem i przestrzenią. Nie są one do końca eksperymentalne czy awangardowe, ale są rozwinięciem oryginalnego brzmienia Mayhem. Pomimo licznych zmian w składzie od momentu powstania grupy, ta najnowsza seria albumów pokazuje, że zespół na nowo zrozumiał, gdzie wpisuje się w ramy współczesnej inkarnacji gatunku. Jednym z elementów, który pozostał wierny muzyce Mayhem przez cały ich dorobek jest dysonans, a to uczucie na tym albumie jest eksplorowane dogłębnie. Oczywiście, są momenty, w których muzyka łączy się w taki sposób, który infekuje umysł słuchacza chwytliwymi riffami, ale jednocześnie wydaje się, że muzycy chcą zrobić coś innego. Cały krążek - od początku do końca - brzmi jak podróż przez kosmiczne krainy nawiedzane przez mroczne widma. Nigdy nie można zrozumieć do końca, co się wokół nas dzieje. To jak doświadczenie poza ciałem, powiązane z mrocznymi zaklęciami i ciemnymi rytuałami. Ostatecznie Mayhem osiągają to, co potrafią najlepiej na Liturgy Of Death, wyczarowując porywające i miażdżące black metalowe modlitwy, które pokazują, że są całkowicie i absolutnie odrębnym zespołem. Nie bawią się w idee gatunku jako całości, w którego powstaniu sami odegrali ogromną rolę. Zamiast tego raczą zagłębić się w krainy śmierci, mistycyzmu i ezoteryki, które same w sobie bawią, a nie gorszą. Pomijając flirty z zapatrzeniem się w głąb własnych historycznych dokonań muzycznych, ten album stanowi znakomity wstęp do ich skromnej, ale kultowej dyskografii. Koniecznie posłuchajcie! 💥 Bartas✌☮

Dość przewidywalnie. SOEN i ich nowy album "Reliance".

 

Nie jest żadną tajemnicą, że zespoły zmieniają swoje style z albumu na album. Przechodzą przez różne etapy kariery, próbując odnaleźć to brzmienie, które najbardziej do nich pasuje. Szwedzcy metalowcy z zespołu SOEN są jednym z tych zespołów, który zaczynał jako typowy band grający metal progresywny z pewnymi wpływami takich grup jak Tool czy Opeth (posłuchaj choćby Cognitive z 2012 roku), by na kolejnych trzech albumach wypracować własne brzmienie. Od 2020 roku przechodzą kolejną rewolucję i zmianę, a także bardziej uproszczone podejście do utworów, ubogacając o melodyjność i hymniczność, a jednocześnie wyciszając elementy progresywne. 16 stycznia 2026 roku - nakładem wytwórni Silver Lining Music - ukazał się siódmy studyjny album Szwedów zatytułowany Reliance, który w dużej mierze podąża ścieżką wyznaczoną przez Imperial z roku 2021 i kontynuowaną na Memorial z 2023. Warto przy wstępie też nadmienić, że to po albumie Lotus z 2019 roku zespół SOEN stał się bardziej melodyjny i przystępny, z utworami o długości od czterech do pięciu minut i chwytliwymi refrenami, co może jeszcze bardziej rozczarować tych, którzy oczekują od grupy dłuższych i bardziej złożonych struktur. Jednocześnie fakt, że preferowana formuła kompozytorska jest znacznie widoczna w samych utworach, nie wpływa znacząco na ich jakość, ale sprawia, że wszystko staje się nieco bardziej przewidywalne i tyle. Mimo to, niektórzy mogą postrzegać Reliance jako krok w tył dla zespołu lub jako przerost formy nad treścią. Jednakże głębia tekstów jest nadal obecna. Wiele bowiem numerów brzmi jak krytyka społeczna, ale jest ona przykryta znacznie cięższym i bardziej szorstkim brzmieniem. 


Szczerze mówiąc to można się było tego spodziewać, patrząc tylko na wydane wcześniej single promujące. Zarówno Primal jak i Mercenary to ciężkie i przesterowane numery z dudniącymi gitarowymi riffami, skocznymi melodiami i chropowatym wokalem, który łączy fragmenty melodii, atmosfery i delikatniejszego wokalu - pejzaż dźwiękowy, który jest znany każdemu, kto wcześniej miał styczność z grupą SOEN. Co więcej - większość tego, co słyszymy na Reliance, było już wcześniej w takiej czy innej formie. Nie ma tu nic nowego ani odświeżającego w porównaniu z tym, co SOEN robił przez ostatnie kilka lat. Niemniej jednak jest kilka kompozycji, które wyróżniają się bardziej, niż inne. Discordia (trzeci singiel) przykuł moją uwagę od dnia premiery swoimi niemal djentowymi gitarami, mocnymi melodiami, nastrojową atmosferą i oczywiście klasycznym wokalem Joela Ekelöfa. Kolejnym utworem, który mi się szczególnie podoba, jest idealny do zagrania na żywo Huntress. To piękny, nastrojowy i łagodny utwór z energicznym refrenem i zachwycającym solo będącym efektem mistrzowskiego wykonania Cody’ego Forda. Przypomina mi bardzo Illusion zarówno pod względem klimatu, jak i głębi tekstu. To bardzo ważne - moim zdaniem - aby utwory niosły przesłanie społeczne, dając słuchaczom więcej do myślenia. Mamy też obowiązkową balladę Indifferent. To minimalistyczna i orkiestrowa kompozycja, w której główną rolę grają fortepian i wokal, a która zadaje proste, ale bardzo istotne pytanie: How does somеone become so cold and indifferent? Nawet jeśli to pytanie pada w kontekście rozstania. Ta piosenka jest równie emocjonalna, co prosta, delikatna i stanowi wyraźny kontrast z resztą albumów. Majestatyczny utwór zamykający album, Vellichor, zachwyca chóralnym wokalem, efektami ambientowymi i powolnym narastaniem, które nieuchronnie prowadzi do epickiego, melodyjnego crescendo, zwieńczonego płomienną solówką gitarową Cody’ego Forda. Reszta numerów jest typowo w stylu SOEN, a grupa gra je na najwyższych obrotach. Od inspirujących i intrygujących rytmów Martina Lopeza (patrz wspomniana już wyżej Discordia) i gitarowych sztuczek Cody’ego Forda (solo w Axis), po podwójny styl wokalny Joela Ekelöfa (Drifter) i soczyste klawisze Larsa Åhlunda, które wyskakują, by nadać atmosfery, albo pozostają w tle (Draconian). Partie basowe Stefana Stenberga są zarówno solidne, jak potężne. Słychać to w kompozycji Unbound. A skoro już o tym mowa to sposób, w jaki Joel lawiruje między chropowatym, agresywnym wokalem a łagodniejszymi i delikatniejszymi nuceniami, jest szczytowym punktem tego albumu. Reliance to mocny, ale melodyjny album SOEN. Nawet jeśli nieco zbyt opiera się na przewidywanych schematach. Nie oznacza to jednak, że ten zespół działa na autopilocie, tworząc dziesięć rozpoznawalnych już brzmieniowo utworów, z których większość jest naprawdę bardzo dobra. Komu więc przeszkadza takie schematyczne podejście? Co więcej, wiele jest zespołów, którzy przeszli tę samą fazę, mając nadzieję na utrwalenie swojego brzmienia zamiast ciągłego odkrywania siebie na nowo. I myślę sobie, że pod tym względem Reliance należy postrzegać jako efekt końcowy zespołu, który wciąż buduje swoją metalową osobowość. Więcej, niż warto posłuchać! 😉 Bartas✌☮

czwartek, 12 marca 2026

Waleczność i siła. Kreator i ich nowy album "Krushers Of The World".

 

Oj, trzeba troszkę nadgonić z tymi recenzjami płytowymi. Mamy marzec, a ja - póki co - nie napisałem jeszcze żadnej świeżej recenzji. Tylko same wspominki. No, więc postanowiłem, że na pierwszy ogień niech pójdzie zespół Kreator ze swoim szesnastym długogrającym albumem Krushers Of The World, wydanym 16 stycznia 2026 roku. Zachodzi pytanie czy jest to prawdziwy i bezkompromisowy thrash metal, czy może ten, co miesza tradycyjne metalowe brzmienia z oczekiwanym tempem, by uzyskać dopracowany efekt? Jak pokazują single promocyjne, muzycy nadaj wciskają metalowe tropy i triki do swojego thrashowego wozu, eksplorując nowe pomysły i brzmienia. Pomijając etapy ewolucyjne, Kreator rozpoczyna nowy krążek kilkoma wartymi uwagi numerami.


Otwierający utwór Seven Serpents zaczyna się od iście królewskiej i majestatycznej linii gitary, a wersja zespołu z lat osiemdziesiątych wyłania się, by zabić słuchacza thrashującym barbarzyństwem. W dzikim riffie wyczuwa się klimat Extreme Aggression, zwierzęca dzikość to przyjemność dla ucha, ale pojawia się też klimat power metalu. Skandująca kompozycja Shake In Human Form uderza w jakiś ośrodek przyjemności w mózgu, a refren jest płynny, epicki i efektowny. To właśnie dzięki temu utworowi ta niemiecka kultowa grupa pozostała aktualna pomimo wpływów i trendów. Wspaniałe jest słyszeć ich tak dynamiczną muzykę, a przecież nie są już pierwszej młodości. Satanic Anarchy jest równie imponujący, chociaż w inny sposób. Z początku to krzepki thrash metal, a później potężny, hymniczny i wpadający w ucho refren. Po pierwszym odsłuchu stał się moim faworytem z całego zestawu. Tränenpalast wraca do nastrojowych gotyckich brzmień z czasów Endoramy, gdy zespół rzuca się na oślep w okultystyczny klimat, a do Mile dołącza Britta Görtz z zespołu Hiraes w zajebiście zabójczym duecie. Świetny numer z kolejnym chwytliwym refrenem, a Görtz dodaje przyzwoity deathmetaowy wark jako kontrapunkt do thrashowego brzmienia Petrozzy. 


Inne mocne punkty tej płyty to choćby zaciekły thrashowy atak w Blood Of Our Blood, który wyrasta z klasycznych riffów Kreatora, potężnych hymnicznych fragmentów, partii gitar i porywającej solówki. Combatants także oferuje mocne riffy i mnóstwo klasycznej metalowej magii upchniętej w niezwykle zgrabnym opakowaniu. Loyal To The Grave również urzeka swoim motywem przewodnim - Your soul and mine, they are the same. I nawet dziwaczny utwór tytułowy z jego nietypowym klimatem łączącym Paradise Lost z Goldflesh sprawdza się lepiej, niż powinien. Barbarian czy Psychotic Imperator to solidne thrash metale, ale z nutą generyczności. Całość albumu to niecałe trzy kwadranse, ale nie wydaje się on jakoś przesadnie długi. Wszystkie numery są dość krótkie i zwięzłe, a refreny są tu dominujące. To właśnie wtedy styl Kreatora błyszczy najbardziej. Mille Petrozza i Sami Yli-Sirniö dostarczają nam mnóstwo mocnych trashowych riffów, nawiązując do różnego okresu w karierze grupy i ozdabiają bogactwem klasycznych heavy metalowych pomysłów, aby wygładzić i zaokrąglić brzmienie. Myślę, że Kreator robi to lepiej, niż większość zespołu w ich wieku. Partie gitar są tu głównym atutem, a większość utworów zawiera ciekawe pomysły, zapadające w pamięć refreny i prawdziwą dbałość o szczegóły, która sprawia, że muzyka porywa, szczególnie w solówkach. Wokal Mille’a jest wciąż potężny i jadowity, a jego siła brzmienia po tylu latach niszczenia gardła jest wciąż imponująca. Jürgen "Ventor" Reil wali w gary nieubłaganie jak zawsze, z potężną siłą, która wbija słuchacza niczym pocisk z działa elektromagnetycznego.


Krushers Of The World to naprawdę bardzo dobry album Kreatora z kilkoma mocnymi momentami. Jest o wiele bardziej thrash metalowy, niż poprzednie wydawnictwa. Znacznie lepszy, niż Hate Über Alles z 2022 roku. Pokazuje, że ci szaleńcy wciąż potrafią wzniecić w sobie waleczność i siłę w dużych dawkach. Nie przegap i pędź do sklepu!💣 Bartas✌☮



Chaos i harmonia, niespójność i czysty splendor. 35 lat "Out Of Time" grupy R.E.M.

 

Nie tak dawno na swoim prywatnym profilu facebookowym ogłosiłem, że rok 2026 będzie pełen wspominek wspaniałego dla muzyki roku 1991, albowiem to już 35 lat od tamtej pory. Trzy i pół dekady. Rozpocząłem na swoim TikToku od ukochanego i najważniejszego dla mnie w życiu Innuendo grupy Queen. O tym Arcydziele czytaliście już kilka lat temu na moim blogu, więc nie widzę sensu pisania powtórnie. Dziś chciałbym podzielić się myślami o najbardziej zróżnicowanym albumie zespołu R.E.M. - Out Of Time - który ukazał się 12 marca 1991 i wciąż ukazuje aktualne połączenie chaosu i harmonii, niespójności i czystego splendoru. Co ciekawe, w momencie wydania krążek był jednogłośnie uznawany za świetny album. Niektóre magazyny muzyczne uznały go za arcydzieło. Z upływem czasu opinie stawały się coraz bardziej mieszane, a fani i sympatycy zespołu dostrzegli w Out Of Time pierwszy moment, w którym R.E.M. poczuło się całkowicie pozbawione weny, a ich muzyka brzmiała nudno i przytłumienie. Zaiste, album jest zbyt mainstreamowy, aby docenili fani rocka klubowego i zbyt wymagający, by mogli go posmakować entuzjaści popu. Poza tym, brakuje mu współczesnej publiki, która rozpozna w nim płytę z zaledwie dwoma zapadającymi w pamięć utworami. 


Ja jednak tak sobie myślę, że Out Of Time zasługuje na lepszy los i nowe spojrzenie. Przy dłuższym bowiem odsłuchu chaotyczna mieszanka komercji i eksperymentu staje się nośnikiem jednego z najbardziej zróżnicowanych przekazów lat dziewięćdziesiątych. Niczym słoneczna odmiana albumu Green, Out Of Time może być jednym z najdziwniejszych albumów nurtu alternatywnego rocka. Połączenie starych brzmień, sentymentalnych ballad, depresyjnych momentów, wątpliwego instrumentalnego utworu i melorecytacji sprawia wrażenie dzieła zespołu, który został zmuszony do stworzenia kolejnego albumu, by dopełnić wspaniałego połączenia komercyjnego i osobistego, jakie ukazało się na wspomnianym wyżej Green. Zamiast skupiać się na oszałamiających pejzażach dźwiękowych, jak poprzednik, muzycy stworzyli mieszankę chaosu i czystego popowego mistrzostwa, wzbogacając całe dzieło o zdecydowaną esencję. I tak, album sprawia wrażenie niespójnego, a kolejność utworów - przypadkowego miksu. Pierwszy moment kontynuuje ograny do porzygu Losing My Religion, którego melancholijny charakter ustępuje miejsca depresyjnemu Low. Optymistyczny ton początku ostro kontrastuje z tym pierwszym, zaś hermetyczny tego drugiego przeciwstawia się muzycznemu dynamizmowi, skłaniając się ku pogrążaniu w depresji. Ten porządek, obecny na całym albumie, nie przystaje do statusu wielkiego dzieła, ale kompozycja i koncepcja R.E.M. niszczą to wrażenie. To, co dla większości zespołów byłby katastrofą, przeobraża się w piękną medytację. Ta dwubiegunowa lista utworów sprawia, że album jest odważniejszy, niż jakikolwiek inny album tej grupy aż do Monster, nadając całemu brzmieniu eksperymentalny charakter.


Niekanoniczna - nazwijmy to - konstrukcja staje się coraz bardziej widoczna w Near Wild Heaven, który rozświetla mrok wyrażony w Low. Od tego momentu dysonansowy charakter kompozycji staje się bardziej wyraźny, rozwijając się w momentach oscylujących pomiędzy popową wrażliwością a akcentami country folk. Chociaż Endgame to na pierwszy rzut oka i ucha mało interesujący album instrumentalny, który nie wzbudza żadnych emocji i uczuć, stanowi doskonałe preludium do singlowego Shiny Happy People. I nawet jeśli ten utwór nie jest zaliczany do najlepszych utworów w karierze R.E.M, to jego konstrukcja jest naprawdę wyjątkowa. Bez wciągającej linii melodycznej i wokalnego akompaniamentu Kate Middleton, utwór nie byłby tak masowo grany w niemal każdej stacji radiowej i nie zdobyłby tylu wyświetleń na YouTubie. Belong to piękny przykład nastrojowej dwuznaczności, będący tajemniczym przejściem do melancholii, którą reprezentują Half A World Away, Texarkana oraz Country Feedback. To właśnie te kompozycje sprawiają, że muzyka R.E.M. jest tak niezapomniana: smutek przeplatany emocjonalnymi harmoniami, bujny sentyment straty i pełna żalu retrospekcja. Brzmią jak przesiąknięte folkiem interpretacje alternatywnej substancji z Green, ta część tworzy pomost pomiędzy poprzednią płytą a Out Of Time. Zwieńczający całość utwór Me In Honey podsumowuje mocne strony muzyki. Spokój, melancholia, radość i - ponownie - piękny głos Kate Middleton, dowodzą ekspresyjnego piękna płyty.


Będąc jednocześnie przystępnym i eksperymentalnym, Out Of Time oferuje wspaniały spektakl emocjonalnych niuansów alternatywnego rocka, które znajdą imponującą ekstrapolację na następnym i równie doskonałym Automatic For The People, obejmując sentymentalną wieloznaczność. Mamy czułość i depresję, country i indie rock, katastrofę i konstrukcję, w wreszcie potężny album z potężnym głosem. Czując się jak arcydzieło stworzone w krótkim czasie (choć przerwa między albumem Green a Out Of Time to bite trzy lata), krążek prezentuje coś ze wszystkich faz twórczych R.E.M., wrzucone do niemal nielogicznego miksu, który wzmacnia niedoskonałą pasję pięknych dźwięków. 35 lat temu, a mnie się wydaje, że wciąż jestem tym pięcioletnim Bartusiem słuchającym Out Of Time na kaseciaku. Lecę posłuchać!😍








Bartas✌☮

Najbardziej surowy i intymny moment w karierze. 30 lat temu Alice In Chains nagrali "MTV Unplugged".

  Zastanawiałem się czy napisać o tym koncercie w 30. rocznicę wydania go na płycie (tj. 30 lipca 1996 roku) czy też w 30. rocznicę samego w...