czwartek, 16 lipca 2026

Cieszyć się muzyką. Stonesi powracają z albumem "Foreign Tongues".

 

Każdy rozsądny człowiek pomyślałby, że ich album Hackney Diamonds z 2023 roku będzie ich ostatnim w karierze. Nic bardziej mylnego. To zdecydowanie najdłużej działający zespół w historii rock’n’rolla. Mnie osobiście - może nie jako wielkiego fana, ale z pewnością fana i sympatyka  - nie przestaje zadziwiać, że wciąż tworzą muzykę i koncertują. Właśnie wracają z nowym 25 albumem studyjnym Foreign Tongues. Po śmierci Charliego Wattsa ludzie nie byli pewni, jak dalej będą brzmieć Stonesi. Choć Watts był bardzo utalentowany technicznie i grał głównie na perkusji stworzonej dla jazzu, to jednak skłaniał się bardziej ku bluesowo-hardrockowemu brzmieniu. Na Hackney Diamonds pokazali zupełnie inną stronę swoich możliwości. Owszem, kontynuowali tę samą tradycję, ale próbowali różnych utworów, które wydawały się bardzo okrojone. Groove jest tu o wiele bardziej wyrazisty i chwytliwy. Brzmi jak muzyka, którą Super Bowl wykorzystałby jako tło w swoich reklamach. Włączenie ulubionego perkusisty Keitha Richardsa, Steve’a Jordana, do tej eklektycznej mieszanki dżentelmenów było strzałem w dziesiątkę. Jordan doskonale potrafi oddać hołd pierwowzorowi, dodając jednocześnie coś swojego. A Jagger? Facet przekroczył osiemdziesiątkę już jakiś czas temu, a nadal brzmi tak samo. Niewiarygodne! I co ciekawe - wciąż potrafi pisać teksty ostrzejsze, niż niejeden stand-uper i bardziej odważne, niż trendy są w stanie dogonić.  


Kiedy więc krążek zaczyna się od Rough And Twisted, w ciągu kilku minut słychać skondensowaną wersję około siedemdziesięcioletniej rockowo-bluesowej miłości. Teksty pozostają ostre i błyskotliwe, a jednocześnie zachowują urok, który uczynił markę Stonesów tak kultową. Ich drugi numer, In The Stars, staje się emocjonalnym, stadionowym wyciskaczem łez z chwytliwymi refrenami. Chociaż zespół przyznał, że wiele utworów to relikty Hackney Diamonds, odnajdują w utworach ogólną spójność, której być może momentami brakowało na poprzednim wydawnictwie. To właśnie w takich utworach jak Jealous Lover Stonesi potrafią wydobyć z siebie szczytowe pokłady finezji, jednocześnie grając żywiołowe kawałki na harmonijce w Mr Charm. Mick Jagger może śpiewać falsetem i wydobywać szorstkie pomruki w niektórych częściach albumu, ale ogólny urok zespołu jest niezaprzeczalny. W pewnym momencie, Drogi Czytelniku, Twoje uszy będą wyczuwać rytmiczne linie basowe, gdy magiczne palce Paula McCartneya staną się częścią tego albumu. To nie tylko potęga gwiazd napędza muzykę. Jasne, mamu tu: Bruno Marsa (Never Wanna Lose You), Chada Smitha (Beautiful Delilah), Roberta Smitha (Divine Intervention i Never Wanna Lose You), wspomnianego McCartneya czy Steve’a Winwooda. Ale wiecie co jest najbardziej pocieszające? Że zespół tej rangi, grający nieprzerwanie przez 64 lata, wciąż nie traci rockowego pazura. Nadal bawią ich dziwne rzeczy, a teksty brzmią jak przeżycia grupy przyjaciół wspólnie cieszących się bluesem. Szybkie tempo w utworach takich jak Divine Intervention wyraźnie pokazuje kiedy The Rolling Stones wchodzą w politykę, a kiedy najczęściej nie. Zakres i dynamika są powodem do dumy. Hit Me In The Head wkracza na terytorium hard rocka. Mick Jagger wciąż wykonuje swoje kultowe odliczenia, a grupa podąża za nim, zaś rytm nadał sam Charlie Watts. Skoro już jesteśmy przy Wielkich Nieobecnych to warto wspomnieć, że zespół pamięta także o młodym i dobrze zapowiadającym się pokoleniu muzyków, które odeszło zbyt wcześnie. Niezwykle poruszyła mnie interpretacja utworu You Know I’m No Good Amy Winehouse. W głosie Micka słychać wielką tęsknotę za tą artystką.  


To z pewnością nie jest ostatnia płyta. Ten toczący się od 64 lat kamień ma jeszcze w zanadrzu kilka numerów do wydania, jak na oldschoolowych rockerów przystało. I to nie tylko ze względu na kontakt, ale po prostu na to jak się dogadują i jak wspaniale improwizują. Dlatego dobra rada Wujka Bartasa dla przyszłych zespołów: trzymajcie się najpierw przyjaźni, a dopiero potem stańcie się największym rock’n’rollowym zespołem świata. The Rolling Stones, jak zwykle, prezentują szeroki wachlarz i styl. Ci goście - w większości po osiemdziesiątce - tworzą i komponują muzę, która wciąż cieszy i inspiruje. Niesie ze sobą naiwność, pasję i styl, który zapewnia im tak wierne grono fanów na całym świecie. Foreign Tongues uzależnia strasznie. I dobrze! Nich ten kamień toczy się dalej😎 Bartas✌☮

wtorek, 14 lipca 2026

Dynamika, równowaga i czysta radość. Deep Purple i ich nowy album "Splat!".

 

W karierze każdego legendarnego zespołu rockowego nadchodzi taki moment, gdy samo pozostawanie aktywnym staje się historią. Jednak dla Deep Purple długowieczność nigdy nie była wystarczająca. Przez prawie sześćdziesiąt lat muzyki, zmian w składzie, przemian kulturowych oraz wzlotów i upadków niezliczonych trendów, zespół nieustannie stawiał sobie wyzwania twórcze, pozostając niezaprzeczalnie tym Deep Purple. Prawie dokładnie dwa lata po wydaniu =1 powracają z albumem Splat! I to dzięki niemu osiągnęli coś, co dla innych artystów byłoby niezwykłe: płytę, która jest jednocześnie świeża, awangardowa i głęboko zakorzeniona w tradycjach, które uczyniły ich jednym z najbardziej wpływowych i zdecydowanie najgłośniejszym zespołem w historii. Od pierwszych chwil ten krążek zapowiada się z niezwykłą pewnością siebie. Kipi energią łącząc muskularne riffy, wyrafinowany kunszt muzyczny, zapadające w pamięć melodie i chemię, która może powstać tylko u muzyków, którzy spędzili dekady na doskonaleniu swojego warsztatu. Zamiast jednak opierać się na nostalgii, Splat! brzmi żywo, po raz kolejny udowadniając, że wiek i kreatywność nie wykluczają się wzajemnie. 



Już od pierwszego uderzenia Arrogant Boy grupa brzmi odmłodzona. Nuty wydobywają się z głośników z dumą, przywodzącą na myśl klasyczną erę Machine Head, ale bez cienia nostalgii. Riffy są muskularne, perkusja Iana Paice’a pozostaje nieodparcie dynamiczna, a klawisze Dona Aireya płynnie przeplatają się między klasycznymi ozdobnikami Hammonda, a nowoczesnymi fakturami. Diablo to kolejny killer z nieodpartym połączeniem groove’u i grozy, a The Rider i The Lunatic pokazują nieprzemijającą zdolność zespołu do równoważenia melodyjnego wyrafinowania z czystą, hard-rockową mocą. Cudownie nastrojowy Sacred Land to jeden z tych emocjonalnych szczytów albumu, udowadniając, że Deep Purple pozostają mistrzami zarówno dynamiki, jak i głośności. The Beating Of Wings to po prostu majstersztyk przesiąknięty współczesnym i luźnym bluesem. Następnie pojawia się znakomity i chyba mój ulubiony Guilt Trippin’, którego klawiszowe intro Aireya bardzo mocno przypomniało mi niemal death-metalową solówkę utworu Cyborg z solowego albumu Briana Maya z 1998 roku Another World. Utwór tytułowy spaja wszystko w jedną całość, a satysfakcjonujące zakończenie idealnie wpisuje się w główną ideę albumu - transformację, a nie prostą apokalipsę. 


Deep Purple po raz kolejny nagrał krążek, uchwycając spontaniczność i chemię, które zawsze definiowały ich najlepsze dokonania. Pod doświadczonym okiem starego wygi Boba Ezrina nagrania emanują swobodą, ekscytacją i interakcją, które charakteryzują ten sam zespół. Sam Ian Gillan zauważył, że nowy materiał podziela dynamikę, równowagę i czystą radość klasycznego okresu zespołu z lat 1969-1973, a ta pewność siebie jest słyszalna w każdym numerze. Jednym z największych triumfów płyty jest ciągły rozwój młodego pokolenia w osobie Simona McBride'a. Zastąpienie tak szanowanego gitarzysty jak Steve Morse nigdy nie było łatwe, ale na Splat McBride w pełni ugruntowuje swoją pozycję nie tylko jako “ten nowy, ale jako nieodłączny element nowoczesnej tożsamości Deep Purple. Po tym, jak zaimponował już na poprzedniej płycie =1, tutaj gra z jeszcze większą pewnością siebie, płynnie łącząc zapierające dech w piersiach umiejętności techniczne z głębokim zrozumieniem DNA zespołu. I co jest bardzo ważne - mądrze unika naśladowania Ritchiego Blackmore’a czy Steve'a Morse’a. Zamiast tego czerpie inspiracje z obu, jednocześnie pozwalając rozkwitać własnemu bluesowymu frazowaniu, ognistemu atakowi i lirycznym solówkom. Jego gra na gitarze w utworach Arrogant Boy, Diablo i The Beating Of Wings jest szczególnie wyjątkowa. Oferuje bowiem zapadające w pamięć riffy i ekspresyjne solo, które brzmią całkowicie naturalnie. Jego chemia z Donem Aireyem staje się jedną z cech definiujący obecny skład, a ich muzyczne dialogi nawiązują do klasycznej gry Blackmore’a i Lorda, pozostając jednocześnie w pełni współczesnymi. Ian Gillan brzmi niezwykle zaangażowanie, oferując partie wokalne pełne charakteru, humoru i mocy. Gra na basie Rogera Glovera jest pomysłowa i solidna jak skała, Ian Paice wciąż udowadnia, że jest jednym z najlepszych perkusistów rocka, zaś Don Airey z płyty na płytę pokazuje coraz większe pazurki i udowadnia, że żaden inny klawiszowiec - po nieodżałowanym Jonie Lordzie - nie rozumie lepiej estetyki Deep Purple. Zamiast brzmieć jak muzycy pielęgnujący dziedzictwo, brzmią jak zespół, który autentycznie czerpie przyjemność ze wspólnego tworzenia muzyki. 


Wiele doświadczonych rockowych grup ma ten problem z pogodzeniem innowacyjności ze znajomością. Zbyt dużo eksperymentów grozi zrażeniem wieloletnich fanów; zbyt duża nostalgia może prowadzić do twórczej stagnacji. Deep Purple radzi sobie z tym wyzwaniem lepiej, niż ktokolwiek inny. Krążek zawiera wystarczająco dużo klasycznego DNA Purpurowych, aby zadowolić oddanych fanów, jednocześnie wprowadzając wystarczająco dużo nowych pomysłów, aby ta muza była świeża i ekscytująca. Tym, co wyróżnia Deep Purple spośród wielu ich słynnych rówieśników, jest ich nieustanne zaangażowanie w rozwój artystyczny. Choć ich klasyczne albumy pozostają obowiązkowym punktem programu, historia grupy nie skończyła się ponad pięć dekad temu. Nadal tworzą wartościową i aktualną muzykę, a Splat! jest przekonującym dowodem na to, że ich twórcza iskra jest tak silna, jak zawsze. To hołd oddany wszystkiemu, co czyniło zespół wyjątkowym przez prawie sześć dekad - nieustraszonemu kunsztowi muzycznemu, ambicji twórczej i niezachwianej wierze w czystą, nieskażoną moc muzyki rockowej. Płyta roku 2026? Być może, być może… 😉 Bartas✌☮

35 lat temu ukazał się jeden z najlepszych debiutów w historii muzyki - "Ten" grupy Pearl Jam.

  Po śmierci Andy’ego Wooda Gossard i Ament zawiesili działalność. W czasie tej separacji Gossard spędził swój czas na pisaniu materiałów, k...