wtorek, 25 sierpnia 2020

Urodzony, by biec przed siebie i być wolnym - 45 lat "Born To Run" Bruce'a Springsteena

Dzisiaj również niezwykle ważna data w historii muzyki rockowej. 45 lat temu Bruce Springsteen wydał swój trzeci album, dzięki któremu stał się światową gwiazdą muzyki rockowej. I choć na swój największy sukces komercyjny musiał poczekać aż do roku 1984 i albumu Born In The USA, to jednak album Born To Run sprawił, że słynny Boss pokazał się szerszej publiczności. Z tym artystą mam ten problem, że łykam niemal wszystko. Do dziś z ogromnym powodzeniem nagrywa płyty. Nie nagrał żadnej słabej płyty. Ewentualnie dobrą. Born To Run jest arcydziełem. Artysta rozpoczął pracę nad albumem w maju 1974 roku. Otrzymawszy ogromny budżet z tantiem za poprzednie dwie płyty, które sprzedawały się nieźle, ugrzązł w procesie nagrywania, dążąc do pełnej perfekcji. 


Jak wiadomo - niewielu jest takich artystów, co potrafią pisać historię życia, robiąc z tego piosenki. Springsteen jest jednym z nich, który robi to po mistrzowsku. W tamtym czasie zauważył postęp w pisaniu piosenek w przeciwieństwie do Greetings From Asbury Park, N.J. i The Wild, The Innocent & the E Street Shuffle. Born To Run zawiera kilka konkretnych odniesień do miejsc w New Jersey, próbując uczynić piosenki bardziej rozpoznawalnymi dla szerszej publiczności. Springsteen również wspomniał o dojrzewaniu w swoich tekstach, nazywając Born To Run: albumem, na którym zostawiłem za sobą moje nastoletnie definicje miłości i wolności - to była linia podziału. Ponadto Boss spędzał więcej czasu w studio, udoskonalając warsztat muzyczny. Dążył dzięki temu do pełnego profesjonalizmu. 


Nagranie albumu trwało 14 miesięcy, z czego sześć miesięcy trwało nagranie utworu tytułowego. Przysporzyło sporo problemów. Boss był wściekły i sfrustrowany, bo słyszał dźwięki w swojej głowie, próbował je przedstawić, a reszta zespołu kompletnie ich nie rozumiała. Springsteen zaangażował Jona Landau do pomocy przy produkcji. To był początek zerwania jego relacji z producentem i menedżerem Mike'em Appelem, po czym Landau przyjął obie role. Album był pierwszym, na którym zagrał pianista Roy Bittan i perkusista Max Weinberg. Choć tak naprawdę David Sancious i Ernest “Boom” Carter grali w utworze tytułowym na fortepianie i perkusji. Utwór ukończony został w sierpniu, a oni opuścili zespół..  


Album jest znany ze stosowania wstępów do nadawania brzmienia każdej piosence (cała płyta została skomponowana przez Bossa na pianinie, a nie na gitarze) oraz z aranżacji i produkcji w stylu Phila Spectora i jego Ściany Dźwięku. Springsteen przyznał, że chciał, aby Born To Run brzmiało jak „Roy Orbison, który śpiewa Boba Dylana, wyprodukowany przez Phila Spectora. Większość utworów została najpierw nagrana z podstawowym zespołem sekcji rytmicznej składającym się z Springsteena, Weinberga, Bittana i basisty Garry'ego Tallenta, a następnie dodano wkład innych członków. Jeśli chodzi o sekwencjonowanie oryginalnego longplaya, Springsteen ostatecznie przyjął podejście tzw „czterech rogów”, ponieważ utwory rozpoczynające i kończące płytę (Thunder Road, Born To Run) były podnoszącymi na duchu odami do ucieczki, podczas gdy piosenki kończące każdą stronę (Backstreets i Jungleland) były smutnymi eposami straty, zdrady i porażki. 


Kilka słów o okładce. Z pewnością jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych okładek w dziejach muzyki rockowej. Autorem jest Eric Meola, który wykonał 900 klatek podczas swojej trzygodzinnej sesji. Pokazuje Springsteena trzymającego Fender Telecaster z szyjką Esquire, opierając się o saksofonistę Clarence’a Clemonsa. Meola wspomina, że podczas sesji zdjęciowej różne rzeczy się działy, ale w pewnym momencie uchwyciliśmy to konkretne ujęcie, tę konkretną stylówkę. Podczas tras koncertowych promujących Born To Run Springsteen i Clemons od czasu do czasu kopiowali pozę na scenie przez kilka sekund po utworze podczas gdy światła na scenie były przyciemnione. Gdy tylko publiczność rozpoznała i zareagowała na to, co robią, natychmiast zerwali pozę.


Born To Run zyskał szerokie uznanie, kiedy został wydany po raz pierwszy 25 sierpnia 1975 roku przez Columbia Records. Od tamtej pory został uznany przez krytyków za jeden z najlepszych albumów wszech czasów. 14 listopada 2005 roku ukazał się remaster albumu z okazji 30. rocznicy powstania albumu. Do tego dołączona została płyta DVD dokumentującym powstanie albumu.


Grzechem śmiertelnym byłoby dziś nie napisać o tej płycie. Bruce Springsteen jest znakomitym muzykiem, kompozytorem oraz autorem tekstów. Pięknych tekstów traktujących o zwykłym życiu Amerykanów. Także o nim samym. Boss jest dla mnie niemal jak Dylan. Jest głosem wolności. Każda jego kolejna płyta jest - przynajmniej dla mnie - wielkim oczekiwaniem i przeżyciem. Born To Run to panteon muzyki rockowej. Dzisiaj Boss nie musi niczego udowadniać. Gra i śpiewa, bo to kocha. Moim wielkim marzeniem jest choć jeden jedyny raz zobaczyć go na żywo. Wierzę, że to marzenie się spełni. Mam nadzieję, że i tym razem udało mi się zachęcić moich Czytelników do sięgnięcia po ten album. Szczególnie tych, którzy znają Bossa z przebojów, z singli z płyty Born In The USA. Naprawdę warto!



Bartas✌


Sprawiedliwość dla wszystkich, czy tylko dla wybranych? - kilka słów o "... And Justice For All ..." Metalliki


“Metallica skończyła się na Kill'em All? To ironiczne pytanie zadaję zawsze, gdy rozmawiam z kimś o ich muzyce, czy też piszę coś o nich w Sieci. Jak mogliście się przekonać w mojej recenzji S&M 2 - jednak nie. Dziś jednak chciałbym Wam opowiedzieć o pewnym albumie Amerykanów, który kiedyś dawno temu za dzieciaka nie do końca mi się z spodobał jeśli chodzi o jego brzmienie, produkcję itd. Musiałem do niego dojrzeć, by dostrzec jego zajebistość. Dziś jest w ścisłej czołówce najlepszych dokonań Metalliki. A mowa oczywiście o albumie And Justice For All. Jest to ich czwarty album studyjny, wydany 25 sierpnia 1988 roku i pierwszy, na którym pojawił się nowy basista Jason Newsted. Metallica zamierzała nagrać album wcześniej, ale została zawalona przez dużą liczbę dat festiwalowych zaplanowanych na lato 1987, w tym europejską część festiwalu Monsters Of Rock. Innym powodem była kontuzja ramienia frontmana Jamesa Hetfielda w wypadku na deskorolce. Poprzedni album studyjny Metalliki, Master Of Puppets wydany w 1986 roku, był ostatnim albumem, który podpisali z wytwórnią Music for Nations. Menedżer Peter Mensch chciał, aby podpisali kontrakt z brytyjskim dystrybutorem płyt Phonogram Records. Menedżer fonogramu Martin Hooker zaoferował im grubo ponad 1 milion funtów, co - jak mówi - w tamtym czasie było największą transakcją, jaką kiedykolwiek zaoferowaliśmy. Wyjaśnił, że ostateczna suma sprzedaży wszystkich trzech albumów Metalliki w Wielkiej Brytanii i Europie wyniosła ponad 1,5 miliona egzemplarzy.


Album nagrywano od stycznia do maja roku 1988 roku w One On One Recording Studios w Los Angeles. Producentem album był Flamming Rasmussen. Początkowo był jednak niedyspozycyjny dla zespołu na planowany początek 1 stycznia 1988, dlatego grupa zatrudniła Mike’a Klinka, który zwrócił ich uwagę po tym, jak wyprodukował debiutancki krążek zespołu Guns N’Roses - Appetite For Destruction w 1987 roku. Plany się pozmieniały, pogorszyły i Rasmussen był dyspozycyjny dopiero trzy tygodnie po tym, jak zadzwonił do niego perkusista Lars Ulrich. Rasmussen wysłuchał surowych miksów Clinka podczas lotu 14 lutego 1988 do Los Angeles, a po przyjeździe Clink został zwolniony. James Hetfield wyjaśniał później, że nagrywanie z nim było bardzo problematyczne, a Rasmussen został następcą w ostatniej chwili. Dziwna polityka zespołu. No, ale cóż! Clink jest za to uznany za inżyniera dźwięku perkusji w The Shortest Straw i Harvester Of Sorrow. W oczekiwaniu na przybycie nowego producenta, zespół nagrał dwa covery - Breadfan oraz The Prince - aby wejść w klimat nagrywania. Oba zostały wydane jako strony B singli z albumu, a później wykorzystany z okładkami singli promujących album Garage Inc z 1998 roku.


Pierwszym zadaniem Rasmussena było dostosowanie i zaaranżowanie brzmienia gitary, z czego zespół nie był zadowolony. Zastosowano ścieżkę prowadząca do tempa i ścieżkę dla bębnów Larsa. Meta grała sobie na żywca, nagrywając instrumenty oddzielnie. Każda piosenka miała trzy bębny: jedną na perkusję, drugą na bas i gitary, a trzecią na pozostałe części. James pisał teksty podczas sesji nagraniowych. Były one czasem niedokończone, gdy rozpoczęto nagrywanie. Rasmussen potem przyznał, że Hetfield nie był zainteresowany śpiewaniem, ale zamiast tego chciał mocnej atmosfery.


Proces nagrywania był zupełnie nowy dla Newsteda, który kwestionował jego wpływ na ogólne brzmienie i brak dyskusji z resztą zespołu. Swoje partie nagrał oddzielnie, tylko z asystentem inżyniera. Doświadczenie różniło się od nagrywania z poprzednim zespołem, z jakim grał Jason - Flotsam And Jetsam, którego styl opisał jako w zasadzie wszyscy grają to samo, jak ściana dźwiękowa.


Na polecenie Hetfielda i Ulricha gitara basowa Newsteda stała się prawie niesłyszalna. Rasmussen relacjonował to później tak: … po tym jak Lars i James usłyszeli swoje początkowe miksy, pierwszą rzeczą, jaką powiedzieli było: <<ścisz bas, aby go po prostu usłyszeć, a gdy już to zrobisz, zmniejsz go o kolejne trzy decybele>> Nie mam bladego pojęcia, dlaczego tak chcieli, ale nie miałem nic do dogadania, robiłem, co do mnie należało. W 2009 roku James Hetfield powiedział, że bas był zasłonięty, ponieważ linie basowe bardzo często podwajały jego gitarę rytmiczną, sprawiając, że instrumenty były niewyraźne, a niskie częstotliwości rywalizowały w miksie z jego “zgarniętym” brzmieniem gitary basowej. Jason nie był zadowolony z końcowego miksu. Przyznał później: Album Justice nie był czymś, co było dla mnie naprawdę dobre, ponieważ naprawdę nie słychać basu. Steve Thomson, który miksował album, również nie był zadowolony, i zwalił całą winę na Ulricha. Doszło nawet do tego, że chciał zrezygnować z dalszych prac nad albumem, ale nie pozwoliło mu na to kierownictwo, gdyż był objęty umową. Rasmussen zaś w 2018 roku powiedział Jestem prawdopodobnie jedną z niewielu osób na świecie, w tym także i Jason i Toby Wright (asystencie inżyniera), którzy usłyszeli linie basowe w utworach i uważają je za zajebiste.


Teraz może coś o samym tekstach utworów. Tytuł albumu został ujawniony w kwietniu roku 1988. … And Justice For All, po ostatnich słowach Pledge Of Allegiance. Teksty traktują o niesprawiedliwości politycznej widzianej przez pryzmat wojny, cenzurowanej mowy i nuklearnych ataków. Większość piosenek porusza kwestie, które różnią się od brutalnego odwetu z poprzednich wydawnictw. Tom King napisał, że po raz pierwszy w tekstach poruszono kwestie polityczne i środowiskowe. Nazwał współczesnych Nuclear Assault jako jedyny inny zespół, który zamiast śpiewać o Szatanie i egipskich plagach, zastosował ekologiczne teksty do thrash metalowych piosenek. Hetfield, główny autor tekstów zespołu, pisał o tematach, którymi wcześniej się nie zajmował, takich jak jego bunt przeciwko establishmentowi. Ulrich opisał proces pisania piosenek jako ich lata w CNN, kiedy on i Hetfield oglądali kanał w poszukiwaniu tematów piosenek - Czytałem o czarnej liście, otrzymywaliśmy tytuł„ The Shortest Straw i zrobiliśmy z tego piosenkę


Obawy związane z trudną sytuacją środowiskową planety (Blackened), korupcją (And Justice for All) oraz czarnymi listami i dyskryminacją (The Shortest Straw) są podkreślane tradycyjnymi motywami egzystencjalnymi. Kwestie takie jak wolność słowa i wolności obywatelskie (Eye Of The Beholder) przedstawione są z ponurego i pesymistycznego punktu widzenia. Singiel promujący i jeden z największych przebojów grupy One był nieoficjalnie nazywany hymnem antywojennym ze względu na tekst, który przedstawia cierpienie rannego żołnierza. Dyers Eve to liryczny rant od Hetfielda do jego rodziców. Burton został współautorem do To Live Is To Die, ponieważ linia basu to zbiór niewykorzystanych nagrań, które Burton wykonał przed śmiercią. Z uwagi na to, że oryginalne nagrania nie są używane w utworze, kompozycja została uznana za napisaną przez Burtona i odtworzoną przez Newsteda. Część słów mówionych w piosence została błędnie przypisana w całości Burtonowi w przypisach. Pierwsza linijka została tak naprawdę napisana przez niemieckiego poetę Paula Gerhardta (when a man lies, he murders some part of the world), podczas gdy druga linia pochodzi z Lorda Foul's Bane Stephena R. Donaldsona - pisarza amerykańskiego gatunku fantasy. (these are the pale deaths which man miscall their lives ). Drugą część przemówienia - All this I cannot bear to witness any longer - napisał Burton.


Grafika została stworzona przez Stephena Gormana w oparciu o koncepcję opracowaną przez Hetfielda i Ulricha. Przedstawia pęknięty posąg Lady Justice z zawiązanymi oczami, związanymi linami z odsłoniętymi piersiami i łuskami przepełnionymi banknotami dolarowymi, z tytułem w stylu graffiti.


And Justice For All został doceniony przez krytyków muzycznych. Został uwzględniony w corocznej ankiecie krytyków The Village Voice na najlepsze albumy roku Pazz & Jop i był nominowany do nagrody Grammy w 1989 roku. Singiel One promuje debiutancki teledysk zespołu. Przyniósł Metallice pierwszą nagrodę Grammy w 1990 roku (i pierwszą w historii kategorię najlepszego wykonania metalowego). Jest to pierwszy undergroundowy album metalowy, który osiągnął sukces na listach przebojów w Stanach Zjednoczonych, osiągając szóste miejsce na liście Billboard 200. Otrzymał także 8-krotną platynę od Recording Industry Association of America (RIAA) w 2003 roku za wydanie ośmiu milionów kopii w NAS.


Jest to płyta - mimo wszystko - ogromnie warta uszu, choć pozornie mocno prymitywna. Trafiła także doskonale w swój czas nie tyle pod względem muzycznym, co tekstowym. Przetrwała próbę czasu. Bardzo aktualna, zwłaszcza dziś. Metallica skończyła się na Kill’em All? Zdecydowanie NIE!



Bartas✌


sobota, 22 sierpnia 2020

Tęsknota też może być piękna - Stone Temple Pilots - Perdida


Stone Temple Pilots jest amerykańskim zespołem rockowym pochodzącym z San Diego. Pierwotnie nazywał się Mighty Joe Young, ale po podpisaniu kontraktu z wytwórnią Atlantic Records zespół zmienił nazwę na Stone Temple Pilots. W skład wchodzili Scott Weiland (główny wokal), bracia Dean DeLeo (gitara) i Robert DeLeo (bas, chórki) oraz Eric Kretz (perkusja). Debiutancki album zespołu, Core, został wydany w 1992 roku i okazał się dużym komercyjnym sukcesem. Oni sami zaś stali się jednym z najbardziej znaczących rockowych zespołów lat 90., sprzedając ponad 18 milionów albumów w Stanach Zjednoczonych i 40 milionów na całym świecie. Choć początkowo zyskali sławę jako część ruchu grunge we wczesnych latach 90., kolejne wydawnictwa zespołu wyrażały różne wpływy, w tym psychodeliczny rock, bossa novę i klasyczny rock. Kolejne albumy to Purple (1994), Tiny Music ... Songs From The Vatican Gift Shop (1996), Nr 4 (1999) i Shangri-La Dee Da (2001). W roku 2002 nastąpił rozpad. W tym czasie członkowie zespołu brali udział w różnych projektach (przede wszystkim Velvet Revolver i Army of Anyone). Jednak zeszli się ponownie w 2008 roku, by zagrać trasę koncertową. W roku 2010  ukazał się album zatytułowany po prostu Stone Temple Pilots. W 2013 roku z powodu uzależnienia od narkotyków wyrzucony z zespołu został Scott Weiland. Krótko miejsce wokalisty zagrzał Chester Bennington z Linkin Park. Współpraca trwała dwa lata i zaowocowała epką High Rise. W roku 2016 zespół zaczął szukać nowego wokalisty. 14 listopada 2017 roku ostatecznie został nim Jeff Gutt. 


Powiem szczerze, że odkąd został wyrzucony z zespołu Scott Weiland (zmarł 3 grudnia 2015 roku) przestałem się interesować tym zespołem. Mimo wielu sporów wewnętrznych w zespole, Weilanda uważałem za filar i niezastąpionego wokalistę. Z jednej strony kontrowersyjnego, a z drugiej bardzo wrażliwego. Przesłuchałem pierwszej płyty z Guttem na wokalu i kompletnie mi się nie podobała - była niespójna, nudna, nie miała w sobie tego, co miały płyty ze zmarłym wokalistą. 


Któregoś wieczoru w Radiu Rock Serwis FM Redaktor Michał Raś w swojej autorskiej audycji Ukryta Cytadela zaczął prezentować fragmenty nowej płyty zatytułowanej Perdida. Słuchalem tych fragmentów w skupieniu i … byłem zachwycony. Nie dochodziło to jednak do mnie (nadal chyba jednak nie dochodzi), że to ten Stone Temple Pilots. Oczywiście wiedziałem doskonale, że zespół w przeszłości szukał różnych form, nie zatrzymując się wyłącznie na grunge’u. Nie sądziłem jednak, że zdecydują się na tak radykalne zmiany. Dostałem tę płytę kilka dni później. Włączyłem ją, słucham od początku do końca. Oczarowała mnie. Przepełniona bólem, tęsknotą i smutkiem za tym, co przeminęło i nie powróci. Fare Thee Well z lekka countrowy numer wprowadza nas w ten smutny, ale jakże piękny klimat. Następnie Three Wishes, który ma kapitalne zagrywki gitarowe. 


Gdy pierwszy raz słuchałem utworu tytułowego Perdida płakałem rzewnymi łzami. Dawno już nie słyszałem czegoś tak pięknego i chyba nigdy w zespole, który wywodzi się z nurtu grunge. Nie doceniałem Gutta i bardzo tego żałuję. Aż ściska gardło, gdy śpiewa: Oh, perdida, come and go/Stay with me tonight/ But in the morning, please be gone/ And oh, perdida visits me/ I'll meet you in the sky/Where the winds turn into breeze. Piękny tekst, a ta pięknie brzmiąca klasyczna gitara kojarzy mi się ze Stevem Hackettem. Dalej nie jest gorzej. Mamy cudnej urody flecik w utworze I Didn’t Know The Time. Smaczkiem jest też Years, gdzie pojawia się przy samym końcu saksofon altowy oraz She’s My Queen, gdzie dominują indyjskie klimaty. 


Moim ulubionym - po Perdidzie oczywiście - utworem i zarazem największym zaskoczeniem jest utwór Miles Away. Nie do pomyślenia, żeby zespół z taką przeszłością jak Stone Temple Pilots sięgnął po klimaty … klezmerskie. Cygańskie? Nie wiem, jak to określić. Przepiękne skrzypce, które za każdym razem grają pół tonu wyżej, mollowo, smutno. Słuchając go mam wrażenie jakbym siedział w jakiejś tawernie nad morzem i gapił się w horyzont. Ciekawym jest też akustyczny You Found Yourself While Losing Your Heart, który może nas troszkę rozweselić swoją aurą oraz miniatura I Once Sat At Your Table. Płytę zamyka najdłuższy utwór zatytułowany Sunburst, który skojarzył mi się ewidentnie ze Stevenem Wilsonem.


Mówiąc kolokwialnie - polecieli po bandzie. To jest płyta, która na pewno sprawi, że fani tego zespołu będą podzieleni na tych, co tę płytę pokochają od pierwszego przesłuchania i na tych, co znienawidzą i tęsknić będą za czasami Core czy Purple. Choć ja mimo iż także jestem fanem pierwszych nagrań zespołu, Perdidę pokochałem od pierwszego przesłuchania. Jedna z moich ulubionych płyt roku 2020. Tęsknota też bywa piękna. Kiedy tęsknicie za kimś ... włączcie tę płytę.



Bartas✌


40 lat temu ... czyli krótka historia jednego utworu - Queen - Another One Bites The Dust

Dzisiaj  mija 40 lat od ukazania się Another One Bites The Dust na singlu. Wielki przebój Queen, który wyszedł spod pióra Johna Deacona. Basista był zawsze tajną bronią w zespole. Cichy i spokojny. Na początku - jak wspomina Brian - prawie wcale się do nas nie odzywał. Robił swoje. Mawiał sam pół żartem, pół serio Ja tu tylko gram na basie. Jednak, gdy wyskoczył z jakimś pomysłem to ... klękajcie narody. Nie potrafił śpiewać, choć bardzo chciał, ale nie przeszkadzało mu to w komponowaniu piosenek. Miał w zespole zaufanego przyjaciela, któremu przedstawiał nieśmiało co napisał. A ten z kolei brał to na warsztat i szlifowali to razem. To był oczywiście Freddie. Nie inaczej było z piosenką Another One Bites The Dust. Linia basu została zainspirowana utworem Good Times dyskotekowej grupy Chic. W wywiadzie na NME współzałożyciel tej grupy Chic Bernard Edwards powiedział, że ... ta płyta Queen powstała dlatego, że ich basista spędził z nami troszkę czasu w studiu. Piosenkę nagrano Musicland Studios w Monachium, a za produkcję piosenki (jak i całego albumu The Game) odpowiedzialny jest Reinhold Mack. John gra tutaj na wszystkich niemal instrumentach - gitarze basowej, elektrycznej, pianinie, a także klaszcze w dłonie. Roger dodał pętlę perkusyjną, a Brian - harmonizator. O dziwo ta piosenka nie zawiera syntezatora. Podczas nagrywania partii wokalnych Freddiemu krwawiło gardło, bo John chciał, by kolega zaśpiewał mocnym funkowo-soulowym stylem. Utwór ukazał się na singlu 22 sierpnia 1980 za namową Michaela Jacksona, który w tamtym czasie odnosił spore sukcesy i dość regularnie bywał na koncertach Queen. Utworowi towarzyszy klip
nakręcony w Reunion Arena Dallas wyreżyserowany przez Daniella Green. Wieść gminna głosi, że jak odsłuchamy refrenu od tyłu to usłyszymy It's Fun To Smoke Marijuana. Ukryta zachęta - zacznijcie jarać marychę, bo to niezła frajda. Efekt jest jak najbardziej przypadkowy, a zespół - a już tym bardziej autor John Deacon - zaprzecza, jakoby coś takiego miało miejsce. Utwór grany był na żywo niemal na każdym koncercie Queen aż do ostatniej trasy Magic Tour w 1986 roku. Zaniechano wykonania go na pamiętnym The Freddie Mercury Tribute w 1992 roku. Powód? Wystarczy przetłumaczyć sobie tytuł utworu na polski, by wiedzieć, że zwyczajnie w takiej sytuacji wręcz nie wypadało. Choć Freddie pewnie by się z tego śmiał. When I’m dead - who cares? I don’t! - jak mawiał 😊


Bartas✌

piątek, 21 sierpnia 2020

Metalowej symfonii ciąg dalszy ...


Metallica skończyła się na Kill’em All. Tak mówią złośliwi. Czy tak faktycznie jest? Z perspektywy może nie największego fana Metalliki, ale jednak fana powiem, że nie. Różnie z nimi bywało. Debiutancka płyta na pewno jest kultowa i zawiera evergreeny takie jak Whiplash! czy Seek And Destroy, ale całościowo wypada średnio na tle następnych dokonań. Albumy absolutnie pierwszorzędne to Master Of Puppets i Ride The Lightning. Swego czasu nie mogłem się przekonać do … And Justice For All… za produkcję, ale później doceniłem tę “izolację”. Czarny Album znają chyba wszyscy, bo ta płyta wprowadziła zespół na stałe do mainstreamu. Load i Re-Load to z perspektywy czasu dobre i równe płyty. Najsłabszym ogniwem jest St. Anger i do dnia dzisiejszego lubię tylko Frantic, St. Anger czy The Unnamed Feeling. Ale nie trudno się dziwić, skoro powstawał w tak trudnym dla zespołu czasie. Death Magnetic był powrotem na właściwie tory, ale też nie powalił mnie jakoś nadzwyczajnie. Już był taki moment, że chciałem na zespół postawić swój krzyżyk. Gdy jednak ukazał się dwupłytowy album Hardwired… To Self Destruct bardzo szybko żałowałem swoich zamiarów. Powrót do grania z czasów Czarnego Albumu. Dwie płyty, 73 minuty muzyki i brak słabych punktów.


Nie rozpieszczają nas ostatnio nowym materiałem. Właśnie po 20 latach ukazała się dalsza część koncertu składająca się z największych przebojów zespołu z towarzyszeniem orkiestry symfonicznej z San Francisco. Pamiętam doskonale premierę części pierwszej. Wiedziałem już wtedy, że nie jest to żaden nowatorski zabieg w muzyce rockowej, ma potencjał komercyjny, ale że jest to świetne połączenie. Zwłaszcza u Metalliki, która stale się nudzi i ciągle szuka nowych form muzycznych. Według Jamesa Hetfielda pomysł połączenia heavy metalu z epickim podejściem klasycznym był pomysłem … nieżyjącego już Cliffa Burtona. Jego zamiłowanie do muzyki klasycznej, zwłaszcza Johanna Sebastiana Bacha, można przypisać wielu partiom instrumentalnym i cechom melodycznym w pisaniu piosenek Metalliki, w tym utwory z Ride The Lightning i Master of Puppets. Dyrygował wtedy i aranżował nieżyjący już także Michael Kamen (znany ze współpracy z takimi zespołami jak Queen czy Pink Floyd). Po raz pierwszy współpracował z zespołem, gdy ci nagrywali utwór Nothing Else Matters. Zaproponował wspólne nagranie płyty, lecz grupa zdecydowała się na to dopiero siedem lat później


Minęło 20 lat i otrzymujemy S&M2. Tak samo na dwóch płytach CD. Wiele się przez ten czas zmieniło. Odszedł Jason Newsted, a na jego miejsce przyszedł Robert Trujillo. Ukazał się wspomniany, nieszczęsny St. Anger. Wiele nowych i - jak się okazuje - dobrych utworów powstało. Nadszedł czas na kontynuację orkiestrową. Tym razem orkiestrze przewodzi Edwin Outwater, któremu udało się podźwignąć ciężar zmarłego Kamena. Koncert zaczyna się niemal tak samo jak pierwsza płyta od słynnego motywu zmarłego niedawno kompozytora Ennio Morricone The Ecstasy Of Gold / The Call Of Ktulu. Muszę jednak przyznać, że ta wersja nie zrobiła na mnie takiego wrażenia jak ta sprzed dwudziestu laty. Zabrakło jej pazura. Kamen świetnie wprowadził wtedy w całość koncertu. Tu mam wrażenie jakby ten wstęp się dość mocno dłużył. No, ale jak tylko pojawiają się pierwsze dźwięki For Whom The Bell Tolls już wiem, że wszystko jest na swoim miejscu. Wokal Jamesa jest w formie, mocny, bardzo dobrze współgra z orkiestrą. Do tego ten świetny kontakt z publiką w stałym punkcie The Memory Remains. Okazuje się, że te nowsze numery także świetnie sprawdzają się w wersjach orkiestrowych. Pięknie brzmi tu The Day That Never Comes (absolutna perełka z Death Magnetic), Confusion, Moth Into Flame czy Halo On Fire. Z tych starszych zaś rzeczy absolutnie wbija w ziemię orkiestrowa wersja The Outlaw Torn, natomiast No Leaf Clover brzmi jeszcze piękniej niż na poprzedniej części. Tyle jeśli chodzi o dysk numer jeden.


Na drugim dysku jest nieco gorzej. Zaczyna się paplaniną Larsa. Pomijam fakt, że koleś mnie niesamowicie wkurwia od dobrych 18 lat swoim gadaniem, mądrzeniem się i tym jak postąpił z Jamesem, gdy ten miał problem. Fajnie, że pozdrawia w pierwszej kolejności fanów z Polski, ale idzie się znudzić. Rozumiem także, że zespół w podzięce chciał dać pięć minut orkiestrze, by ta zagrała kilka opusów. Bardzo lubię klasycznych kompozytorów, ale co za dużo to niezdrowo. To jednak koncert Metalliki, więc set orkiestry mógł być nieco krótszy.  I tak jak nie znoszę albumu St Anger i wrzeszczącego Hetfielda w utworze All Within My Hands, tak w wersji orkiestrowej wspomniany utwór zabrzmiał tak pięknie, że aż mi kapcie z nóg spadły. Oszczędne, niskie rejony Jamesa, spokojny klimat i orkiestracja. Sam przyznał po skończonym utworze, że było to świetne doświadczenie i zabrzmiało pięknie. Nie spodziewałem się też, że tak dobrze zabrzmi w wersji symfonicznej (Anesthesia) - Pulling Teeth. Fajne smaczki znajdziemy też w One, Wherever I May Roam czy Enter Sandman. Z kolei Master Of Puppets wypadł lepiej w poprzedniej symfonicznej części - tak moim zdaniem.


No, cóż. Wydawnictwo naprawdę udane, poza małymi wyjątkami. Będąc szczerym to “jedynka” zrobiła na mnie większe wrażenie. Było więcej konkretów. Niemniej jednak widać, że wciąż chcą się bawić w ten biznes, wciąż poszukują czegoś nowego. Z różnymi skutkami. Stale są głodni koncertów, choć nie są już tacy młodzi. Jestem bardzo ciekaw jaka będzie ich kolejna studyjna płyta, w którą stronę pójdą. Na razie cieszmy się tym, co mamy. A jest czym. Jak oceniam? 7,5/10. Warto posłuchać.



Bartas ✌

Facelift - 30 lat od debiutu Alice In Chains

Muszę powiedzieć, że jestem niesamowicie dumny z tego, że i ja byłem świadkiem czegoś w muzyce, co dziś nosi znamiona klasyki. Grunge to muzyka mojego pokolenia, mojego dzieciństwa. Już kiedyś - przy okazji wspominek o koncercie Pearl Jam w Krakowie - pisałem o tym jak bardzo ten nurt w muzyce rockowej odcisnął na mnie swoje głębokie piętno. Wielka czwórka ze Seattle, w której prym zawsze już będzie u mnie wiódł Pearl Jam. Ale zespół i płyta, o której w tym blogu chcę opowiedzieć też nie jest mi obojętna. Jest 21 dzień sierpnia, a więc dziś mija 30 lat od wydania debiutanckiej płyty Facelift grupy Alice In Chains. Krążek stał się pierwszym albumem ruchu grunge, który uzyskał status złotej płyty 11 września 1991 roku. Album osiągnął 42 miejsce na liście Billboard 200, uzyskał status platyny, a RIAA uzyskał podwójną platynę za wysyłkę. dwóch milionów egzemplarzy w Stanach Zjednoczonych. No, ale po kolei. Pewnie jesteście ciekawi jak do tego doszło. 


Lokalny promotor Randy Hauser dowiedział się o Alice in Chains na koncercie i zaproponował, że zapłaci za nagrania demo. Jednak dzień przed planowanym nagraniem zespołu w studio Music Bank w Waszyngtonie policja zamknęła studio podczas największego nalotu marihuany w historii stanu. Końcowe demo - nazwane The Treehouse Tapes - trafiło do menedżerów Kelly Curtis i Susan Silver, które również zarządzały Soundgarden. Curtis i Silver przekazali demo przedstawicielowi Columbia Records A&R, Nickowi Terzo, który umówił się na spotkanie z prezesem wytwórni Donem Iennerem. Na podstawie The Treehouse Tapes (sprzedawanych przez zespół na koncertach) Ienner podpisał kontrakt z Alice in Chains w 1989 roku. Tym samym stali się głównym priorytetem dla wytwórni, która w lipcu 1990 roku wydała pierwsze oficjalne nagranie zespołu: promocyjną EPkę We Die Young. Jej główny singiel i tytułowy utwór stały się hitem. Po sukcesie wytwórnia pośpieszyła do produkcji debiutanckiego albumu Alice in Chains z producentem Dave'em Jerdenem.


Nie obyło się bez wypadków. Perkusista Sean Kinney twierdzi, że nagrał ten album ze złamaną ręką. Wspomina to tak: Prawie nie grałem na płycie - zaczęli próby z perkusistą z Mother Love Bone, Gregiem Gilmore'em. Siedziałem tam, bawiąc się jedną ręką, prowadząc go przez to. Wszedł Dave Jerden i zaczęli. Powiedział: „Chrzań to - wyciągnij wtyczkę. To nie będzie to samo. Na szczęście zrobiliśmy sobie trochę wolnego. Miałem ten strój przez chwilę i pomyślałem: „Nie mogę tego przegapić”. Odciąłem gips w studiu i trzymałem wiadro lodu przy perkusji. Grałem ze złamaną ręką. Próbowałem tego więcej nie robić - twoja pierwsza wielka przerwa i spieprzysz to.


Gitarzysta Jerry Cantrell stwierdził, że album miał mieć „nastrojową aurę”, która była bezpośrednim rezultatem ponurej atmosfery i nastroju Seattle. Odnośnie muzyki do Man in The Box, muzyk w roku 1999 powiedział tak: Cały ten beat i grind to moment, w którym zaczęliśmy się odnajdywać; pomógł Alice stać się tym, czym była. Pomysł użycia modulacji głosowej w piosence wyszedł od producenta Dave'a Jerdena, który jechał do studia pewnego dnia, kiedy w radiu zaczęło grać „Livin 'on a Prayer” Bon Jovi. Cantrell przypisał również I Can't Remember za pomoc zespołowi w znalezieniu jego brzmienia. It Ain't Like That wyszło z riffu, który Cantrell określił jako błąd, jednak nazwał to fajnym błędem. Z kolei utwór Love, Love, Love uznał za arcydzieło, będąc pod ogromnym wrażeniem partii wokalnych Staleya, jak również swojej solówki gitarowej. 


Jak śpiewa Kasia Nosowska Piosenka musi posiadać tekst. Musi być o czymś. Prawda? Jeśli chodzi o treść liryczną, Cantrell powiedział, że napisał We Die Young po „przejażdżce autobusem na próbę i zobaczeniu tych wszystkich młodocianych, którzy handlują narkotykami, a potem żyją ponad stan, a potem zatracają się w tym wszystkim. Z kolei Man In A Box dotyczy cenzury w mediach. Niestety Layne Staley pisząc ten tekst był kompletnie naćpany. Nie było z nim żadnego kontaktu rzeczywistego, a popełnił coś co - wg mnie - nosi znamiona arcydzieła. Z kolei w Bleed The Freak jest o poniżeniu godności ludzkiej. Cały album dedykowany był zmarłej matce Cantrella, ale szczególnie utwór Sunshine. Kiedy zaś posłuchamy Real Thing na końcu usłyszymy krzyk Slaleya Sexual chocolate, baby! To nawiązanie do filmu Coming To America z udziałem Eddiego Murphy'ego, którego bohaterem był wokalista zespołu Sexual Chocolate.


Kilka słów o okładce, która pewne mocno intryguje. W wywiadzie udzielonym Video Metal Sheet w 1991 roku Jerry Cantrell powiedział, że pierwotny pomysł na okładkę albumu był „embrionalną rzeczą”, reprezentującą narodziny zespołu. Ale ostatecznie nabrało to przerażającego wydźwięku i całkiem dobrze pasowało do muzyki. Zespół omówił kilka pomysłów na okładkę albumu z fotografem Rockym Schenck. Jednym z tych pomysłów było sprawienie, że wyglądało to tak, jakby wyłaniało się z gałki ocznej. Columbia Records nie zapewniła zespołowi dużego budżetu na sesję zdjęciową, ale Schenck polubił je tak bardzo, że był gotowy, aby to zadziałało. Budżet ledwo wystarczał na jednodniową sesję, ale Schenck rozciągnął go na ponad trzy dni. Pierwszy dzień zdjęć odbył się 2 maja 1990 roku na basenie w Oakwood Apartments w Burbank w Kalifornii. Basen był pokryty cienkim kawałkiem plastiku, co dawało wyobrażenie, że opaska wyłania się z gałki ocznej. Musieli pływać pod plastikiem, wynurzyć się na powierzchnię i wdychać, gdy się wynurzyli, więc plastik zniekształcał ich twarze. Jedno ze zdjęć z tej sesji zawierało ujęcie Layne Staleya owiniętego w folię z pozostałymi członkami trzymającymi go, które posłużyło jako okładka do singla We Die Young. Schenck eksperymentował z wielokrotnymi ekspozycjami w aparacie, w których tworzył zniekształcony obraz, naświetlając różne części jednej klatki filmu po jednej ekspozycji na raz, technikę, której używał od lat w swoich filmach i fotografii artystycznej. Zespół obejrzał portfolio Schencka, składające się z czarno-białych portretów nawiedzonych, zniekształconych twarzy, i poprosił go o powtórzenie tej techniki. Schenck nie chciał powielać oryginalnego czarno-białego zdjęcia, więc wypróbował tę samą technikę w kolorze, używając zdjęć twarzy każdego członka zespołu. Na okładkę albumu wybrano zdjęcie basisty Mike'a Starra. Po obejrzeniu zdjęcia zespół zdecydował się nazwać album Facelift. Oryginalnym pomysłem na okładkę było nałożenie twarzy wszystkich czterech członków w jeden zaskakujący wyraz, który pojawił się po latach w zestawie Music Bank.


Facelift nie odniósł natychmiastowego sukcesu. Sprzedał się poniżej 40 000 kopii w ciągu pierwszych sześciu miesięcy od premiery, dopóki MTV nie dodało Man In The Box do regularnej codziennej rotacji. Alice In Chains byli nominowani do Best Hard Rock Performance z Vocal Grammy Award w 1992 roku za Man In The Box, ale przegrali z Van Halenem i ich For Unlawful Carnal Knowledge. Zaś klip do Man In The Box był nominowany do nagrody Best Heavy Metal / Hard Rock podczas MTV Video Music Awards 1991. Album zdobył nagrodę dla najlepszego debiutanckiego albumu na Foundations Forum w 1991 roku. W czerwcu 2017 Ozzy Osbourne umieścił Facelift jako jeden ze swoich „10 ulubionych albumów metalowych”. W kwietniu 2019 roku album zajął 14 miejsce na liście „50 najlepszych albumów grunge'owych” magazynu Rolling Stone. Gitarzysta Soundgarden, Kim Thayil, również wybrał Facelift jako jeden ze swoich ulubionych albumów Grunge.


Mam nadzieję, że ta historia zachęci moich Czytelników do zapoznania się z tą płytą, bo naprawdę warto. Nie jest to może arcydzieło na miarę Dirt, ale z pewnością zespół pokazał tą płytę, że drzemie w nich niesamowity potencjał i oddanie emocji. A o to przecież w muzyce chodzi. Prawda? 


Bartas✌





 

środa, 19 sierpnia 2020

Deep Purple - "Whoosh!"


Dzisiaj 19 dzień sierpnia. Urodziny swoje obchodzi basista legendarnej grupy Queen John Deacon. Jak pewnie wiecie jest to moja ukochana grupa muzyczna ever i jej tajna broń. Jednak nie o nim chciałbym napisać kolejnego bloga. 75 lat kończy dzisiaj Ian Gillan - wokalista zespołu Deep Purple. Myślę, że jest to doskonała okazja, aby podzielić się wrażeniami nowej płyty tej brytyjskiej formacji. Z grupą Deep Purple mam ten myk, że gdy słucham ich muzyki to słucham na cały regulator. Najnowsza płyta jest również tego warta. 


Zanim jednak przejdę do ochów i achów w związku z nową płytę zacznę od krytyki. Deep Purple to grupa nieogarniętych, starych dziadów, którzy mówią jedno, robią drugie, myślą trzecie. Przez ostatnie siedem lat uraczyli nas trzema studyjnymi wydawnictwami. Poziom wszystkich był co najmniej bardzo dobry. Jednak każda z nich miała być tą ostatnią. Starość, panowie, starość.


Album miał pierwotnie ukazać się 12 czerwca 2020 r., ale został później przełożony z powodu pandemii COVID-19. Ian Gillan powiedział, że dzieje się tak, ponieważ linie dystrybucji nośników fizycznych powinny poczekać, aż ustąpią blokady i zniesione zostaną ograniczenia. Grupa po raz kolejny zaprosiła do współpracy Boba Ezrina, znanego choćby ze współpracy z grupą Pink Floyd. Podobało im się nagrywanie i produkcja. Skąd ta dziwna nazwa? W oświadczeniu prasowym Ian Gillan wyjaśnił, Wyjaśnił, że tytuł albumu został wybrany ze względu na jego właściwości onomatopeiczne, a oglądany przez jeden koniec radioteleskopu opisuje przemijającą naturę ludzkości na Ziemi. Ale fani powinni po prostu słuchać albumu jako przyjemnego doświadczenia.


Już pierwszy utwór Throw My Bones sugeruje, że będziemy mieli do czynienia z ostrą, purpurową jazdą. W głosie Gillana wciąż jest moc. Oczywiście, że czasy, w których sięgał wysokich nut śpiewając choćby Child In Time czy Highway Star to już przeszłość i pomnik. To już inny rodzaj wokalizy, ale doskonale pasujący do całej reszty. Moim ulubionym numerem od pierwszego przesłuchania stał się Nothing At All. Partia Dona Aireya mnie wbiła w ziemię. Przyznam się szczerze, że odkąd w 1998 roku odszedł od zespołu Jon Lord (zmarł w 2012 roku) bardzo długo nie mogłem się przekonać do gry Aireya, mimo iż już wcześniej miał bardzo bogate muzyczne CV. Dźwięk jego klawiszy oraz styl grania wydawał mi się zbyt plastikowy. Dopiero gdzieś tak w momencie wydania albumu Now What?! zacząłem się przekonywać do jego stylu gry. Na albumie Whoosh! jest pełno świetnych partiii klawiszowych. Nie tylko w Nothing At All ale także choćby w We're All The Same In The Dark. Mocno zaintrygował mnie Step By Step. Ma w sobie jakiś mistycyzm. Podobnie jak z resztą jak The Power Of The Moon czy znajdujący się na specjalnej edycji płyty numer Dancing In My Sleep


Ian Gillan wielokrotnie podkreślał, że te wszystkie klasyki to już pomniki, nie należy patrzeć w tę stronę. I tu znów brak konsekwencji, Panie Gillan. Mamy powrót przeszłości za sprawą instrumentalnego And The Address, który po raz pierwszy pojawił się jako utwór otwierający debiutancki album zespołu Shades Of Deep Purple z 1968 roku. Jedynym muzykiem, który pojawił się na obu nagraniach, był perkusista Ian Paice. Takich smaczków z przeszłości mamy więcej - gdy posłuchamy wstępu do What The What z łatwością odnajdziemy odniesienia do Highway Star,  a z kolei w No Need To Shout - do Perfect Strangers. Bardzo żałuję natomiast, że utwór The Long Way Round nie został singlem promującym. To największy hicior na płycie, którego refren - słowa i muzyka - wbiły się mocno do mojej głowy po pierwszym przesłuchaniu i nie chciały z niej wyjść.


Czy to naprawdę koniec Deep Purple? Nie wydaje mi się. Po raz kolejny pokazali kunszt swoich umiejętności. Nadal im się chce tej zwierzęcej brutalności, jaką wypracowali sobie ponad 50 lat temu. Płyty Whoosh! należy słuchać bardzo głośno. Tylko uważajcie na sąsiadów. Na szczęście - ja mam cudownych. 



Bartas ✌

35 lat temu ukazał się jeden z najlepszych debiutów w historii muzyki - "Ten" grupy Pearl Jam.

  Po śmierci Andy’ego Wooda Gossard i Ament zawiesili działalność. W czasie tej separacji Gossard spędził swój czas na pisaniu materiałów, k...