środa, 4 października 2023

Historie przyjaciół i "Wariacje Enigmy" Elgara. Ed Sheeran powraca niespodziewanie po czterech miesiącach z nowym albumem "Autumn Variations".

 

Ten sympatyczny rudzielec z Wielkiej Brytani nie kazał nam czekać zbyt długo na kolejne wydawnictwo. Zaledwie cztery miesiące po wydaniu Subtract ukazał się album Autumn Variations. Rzeczywiście jest to pożegnanie z matematycznymi liczbami i wejście w jesienną aurę. Sheeran w sam raz na jesień ze zbiorem refleksyjnych piosenek z melodiami wirującymi jak fruwające na wietrze liście i tekstami pełnymi introspekcji, które nierzadko poruszają temat sezonowej natury rozwoju osobistego. Dzięki Autumn Variations artysta wkroczył w nowy rozdział swojego życia. Jest to pierwszy album wydany przez wytwórnię Gingerbread Man Records. Jednak patrząc w przyszłość, nie pozostawił całkowicie przeszłości za sobą. Wiele bowiem piosenek z tego krążka przywodzi na myśl słodką prostotę jego wcześniejszych albumów, choć z bardziej dojrzałym akcentem. Autumn Variations inspirowany jest historią przyjaciół artysty, którzy przeszli wiele zmian w życiu, a także (muzycznie) twórczością XX-wiecznych angielskich kompozytorów pokroju Edwarda Elgara i jego Wariacji Enigmy


W tych Jesiennych Wariacjach umiejętności opowiadania historii, które utorowały drogę Sheeranowi do głównego nurtu sukcesu, są w pełni pokazane. Kompozycja Plastic Bag to psychoanaliza hedonistycznego przyjaciela, który na dnie plastikowych torebek z narkotykami próbuje znaleźć lekarstwo na swoją depresję. Podobnie Spring i When Will I Be Alright opowiadają o wychodzeniu z rozpaczy za pomocą miękkich, akustycznych melodii jako maści na smutek. W szarpiącym gitarę numerze Page samolubny przyjaciel utknął w ferworze zerwanego związku, za którego zakończenie jest winien: For a moment of glory, I would risk all I am - wyśpiewuje muzyk. Inny zaś przyjaciel przeżywa przeszywający ból serce w kompozycji Punchline, gdy Ed śpiewa przesiąknięte rockiem crescendo, które może przywodzić na myśl porywający i niezależny folk Hoziera. That’s On Me (mój ulubiony) to kulminacyjny moment Autumn Variations. Kompozycja jest cynicznym wręcz nawiązaniem do wczesnego śpiewu Sheerana, rapującego do takich hitów jak You Need Me, I Don’t Need You. Muzyk dzieli się tu niektórymi ze swoich (lub przyjaciela) najgłębszych i najciemniejszych myśli: I count to ten and I hope to disappear - proponuje, domyślając się, że jeśli się nic nie poprawi to we're fucked, aren't we?


No, ale Autumn Variations to nie tylko mrok i ludzka zagłada. Nie, spokojnie. Niektóre z najjaśniejszych momentów na krążku stanowią kronikę rozkwitającego życia przyjaciół Sheerana. Weźmy na ten przykład otwierający album numer Magical. To bardzo błyskotliwy, wciągający utwór o miłości od pierwszego wejrzenia. Delikatna ballada American Town opowiada o zakochaniu się w ciasnych mieszkaniach, w chińskiej żywności na wynos i skradzionych miedzianych kubkach. Jesienne Wariacje kończą się jednak pozytywnym akcentem - kompozycją Head Heels. To piosenka miłosna w durowej tonacji, która spokojnie mogłaby być odtworzona w napisach końcowych jakiejś komedii romantycznej, której akcja rozgrywa się jesienią. Wydaje się, że Sheeran jest kreatywny, więc kto wie, co będzie dalej z jego udziałem? Być może już przygotowuje się do zimy. Płyta o niebo lepsza od poprzedniej. Warto posłuchać👍😉 Bartas✌☮

Koniec ery matematycznej i walka z depresją. Ed Sheeran i jego piąty album "Subtract".

 

Ed Sheeran słynie z tego, że jednym okiem patrzy na liczby. Dekadę temu ustanowił taki właśnie znak firmowy. Jego twórczość charakteryzuje się popowym podejściem do wrażliwego nurtu piosenkarza i autora tekstów oraz zdrowym połączeniem z muzyką rap czy R&B. To pozwoliło mu przełączać się pomiędzy gatunkami, narzucając swój niezatarty styl wszystkim innym współczesnym artystom - od Afrobeats po Eminema czy Bring Me The Horizon. Jest to najmądrzejsza rzecz, jaką gwiazda muzyki pop może zrobić u zarania ery transmisji streamingowej, gdzie sukces zależy od możliwości pojawienia się na jak największej liczbie list odtwarzania o tematyce gatunkowej. Strategia ta potwierdzona jest sprzedażą 150 milionów płyt Sheerana. W tych okolicznościach trudno nie być pod wrażeniem, jak całym sercem Sheeran poświęcił się swojemu piątemu albumowi zatytułowanemu Subtract. Krążek ten jest odejściem od jego zwykłego, optymistycznego i przesiąkniętego popem brzmienia. Piąta i ostatnia część ery matematycznej odzwierciedla burzliwe wydarzenia w życiu osobistym artysty, co prowadzi do bardziej melancholijnego i serdecznego podejścia do pisania piosenek. Chociaż album przedstawia zaskakująco bliski obraz emocjonalnych zmagań Sheerana, czy nadal zadowoli tych, którzy szukają jego zwyczajowych dań, takich jak Galway Girl


Utwór otwierający album, Boat, dzięki dramatycznym smyczkom i introspektywnym tekstom Sheerana nadaje emocjonalny ton. Staje się więc jasne, że Subtract, w przeciwieństwie do swoich poprzedników, napędzany jest przede wszystkim ponurymi aranżacjami akustycznymi i łagodnymi bitami, głównie dzięki uprzejmości współpracownika Aarona Dessnera z The National. Chociaż produkcja Dessnera dodaje piosenkom pewnej głębi i ciepła to czasami wpada w monotonię, przez co niektóre utwory wydają się być zbyt podobne do siebie. Aby zachować uczciwość wobec wydźwięku albumi i oczekiwań ludzi, w szczerym ogłoszeniu muzyk przyznał, że nie był już skupiony na tworzeniu płyty zaprojektowanej tak, aby zadowolić wszystkich. Zamiast tego zdecydował się stworzyć coś szczerego i odzwierciedlającego jego obecny stan duszy - dopasowując się do się z innym fantastycznym rudowłosym piosenkarzem i autorem tekstów Lewisem Capaldim. Tę szczerość widać i słychać w tekstach, szczególnie w takich kompozycjach jak End Of Youth, w których Sheeran porusza tematy depresji u upływu czasu. Emocje są surowe i łatwe do utożsamienia, ale pisarstwu brakuje czasem finezji u żywych metafor, które bez trudu można odnaleźć we wcześniejszych dokonaniach artysty. Wyjątkowy utwór Dusty pokazuje zdolności liryczne Eda, gdy wspomina on o dzieleniu się cennymi chwilami z córką poprzez muzykę. Urocza środkowa część, która z łatwością mogłaby służyć jako samodzielny refren, dodaje piosence potężnego akcentu. Podobnie Curtains wprowadza mile widzianą zmianę dzięki dynamicznym refrenom i gitarom inspirowanym rockiem. Utwory te pokazują zdolność Sheerana do nawiązania kontaktu z publicznością poprzez osobiste doświadczenia, umacniając jego jego status mistrza w opowiadaniu historii w świecie współczesnego popu. Chociaż szczerość i wrażliwość Sheerana w przypadku Subtract są godne pochwały, ogólny wpływ albumu jest zmniejszony przez brak różnorodności brzmienia. Większość piosenek ma podobny schemat, często jest powolna i ma jedno tempo. To powtórzenie może odzwierciedlać emocjonalne zamieszanie, jakiego artysta doświadczał podczas tworzenia albumu, ale może też sprawić, że słuchacz zapragnie bardziej dynamicznych i wciągających kompozycji. Niektóre utwory, takie jak Life Goes On, wydają się w zbyt dużym stopniu być zapożyczone z innych dzieł artystów, choćby do Free Fallin’ Toma Petty’ego. Ten brak oryginalności w połączeniu z prostym i czasem niezdarnym stylem pisania Sheerana pogarsza urok albumu. Pomimo momentów przejmujących i wnikliwych, nie pozwala mu osiągnąć wyżyn wcześniejszych muzycznych dokonań artysty. Można argumentować, że te pozorne podobieństwa do twórczości innych artystów są zauważalne jedyne dzięki szeroko nagłośnionej sprawie sprawie sądowniczej dotyczącej praw autorskich. No, ale czasami, gdy jest dym…to już wiadomo jakie są następstwa. 


Jest oczywiste, że Ed Sheeran przeszedł transformacyjną podróż podczas tworzenia tego albumu. Jego decyzja o otwarciu się na temat swoich zmagań z depresją i nadużywaniem substancji psychoaktywnych w End Of Youth jest godna pochwały i rzuca światło na bardzo poważne problemy związane ze zdrowiem psychicznym. Jednak głębia emocji na albumie nie jest konsekwentnie powiązana z równie fascynującymi aranżacjami muzycznymi, co prowadzi do braku równowagi w ogólnych wrażeniach słuchowych. Subtract Eda Sheerana służy jako migawka artysty zmagającego się z osobistymi wyzwaniami i wstrząsami emocjonalnymi. Pisanie o tym jak artysta powinien śpiewać o depresji wydaje się być cholernie niesprawiedliwe, ponieważ każdy, kto się z nią zetknął (nie tylko artysta), odczuje to zupełnie inaczej.  Jednak eksponowanie wartości produkcyjnej bagażu emocjonalnego nie wystarczy, aby w pełni wynieść album na poziom wyznaczony przez jego wcześniejsze dzieła.


Podsumowując: Subtract przedstawia Eda Sheerana w stanie bezbronności i introspekcji, ujawniając swoje zmagania i ból poprzez surowe i szczere pisanie piosenek. Choć są momenty świetności, takie jak Dusty i Curtains, album jako całość nie zapewnia spójnej i wciągającej muzycznej podróży, do której przywykliśmy dzięki poprzednim albumom. Subtract może się spodobać fanom hardcore’u lub ty, którzy szukają bardziej stonowanej i kontemplacyjnej strony Eda Sheerana, ale może sprawić, że inni będą tęsknić za zaraźliwymi haczykami i liryczną finezją jego wcześniejszych albumów. Bartas✌☮

Nowe, drastyczne kształty. Bob Dylan i jego świetny soundtrack koncertowy "Shadow Kingdom".

Za spokój duszy Boba Dylana! Bogu dzięki - jeszcze żyje! Siedzieliśmy razu pewnego z moją Przyjaciółką Ophie w jednej z krakowskich knajp, piliśmy piwo i cytowaliśmy dialogi z filmu Ogniem & Mieczem Jerzego Hoffmana. Jest tam scena, w której pijany jak bela Zagłoba wypowiada słowa za spokój duszy Bohuna, będąc święcie przekonanym, że ów szlachcic nie żyje. Chwilę później było coś o Dylanie i komuś z nas (chyba mnie) wymsknęło się za spokój duszy Boba Dylana. Oboje wybuchnęliśmy śmiechem, po czym ja szybko dodałem Bogu dzięki, jeszcze żyje! To z kolei cytat z Jacka Kaczmarskiego, który w swym programie Bankiet opowiadał o spotkaniu z Mistrzem. No, i tak już zostało. Ilekroć się spotykamy to wznosimy za Boba toast w taki sposób. Jakby jednak głębiej się nad tym zastanowić to słowa te mają sens. Facet jest jak wino - im starszy tym lepszy. Przekroczył dwa lata temu osiemdziesiątkę i nadal mu się chce. Nie bez kozery dziś o nim będzie. Bowiem na początku czerwca tego roku ukazał się znakomity soundtrack koncertowy zatytułowany Shadow Kingdom. Zacząć należy od tego, że Bob Dylan to typ włóczęgi. Przez całą połowę swojej kariery skupiał się na byciu w drodze. Od końca lat 80-tych dawał plus minus sto koncertów rocznie, za wyjątkiem pandemii. Po drodze przerabiał swój katalog, nadając klasykom nowe, drastyczne kształty. Oczywiście, że zawsze to robił, począwszy od przekształcenia swoich folkowych pieśni w elektryczny rock w połowie lat 60-tych, aż do swojego niesławnego speed-warczenia w utworze Masters Of War na rozdaniu Nagród Grammy w 1991 roku. To poczucie ciągłej ewolucji wydaje się również w odegraniu roli rozluźnienia jego procesu pisania piosenek i nagrywania płyt, poczynając od znakomitego The Time Out Of Mind z 1997 roku. Słuchanie Dylana wykonującego sztuczki jo-jo przy własnej muzyce stało się głównym powodem, dla którego warto go widzieć na żywo. Ech, nie było mi jeszcze dane, ale może kiedyś. 


Tym, co sprawia, że jego nowe i w pełni kameralne wydawnictwo Shadow Kingdom jest triumfem, jest to, że stanowi ostateczną wersję obu stron późnej kariery Boba. W genialny sposób odkrywa na nowo niektóre z jego najbardziej kultowych pieśni, a jednocześnie sprawia wrażenie ostatecznego nagrania. Shadow Kingdom był pierwotnie wydarzeniem transmitowanym on-line, dostępnym przez tydzień w lipcu 2021 roku. Jednak ten 54-minutowy występ na żywo nie był koncertem specjalnym, jakiego wielu się spodziewało. Zamiast tego był to film, w którym Bob Dylan i aktorzy w covidowych maskach odtwarzają na nowo niektóre z jego najbardziej kultowych kompozycji z gwiazdorską grupą muzyków wspierających, w skład której wchodzili między innymi Don Was (bas), T Bone Burnett (gitara) i Greg Leisz (stalowy pedał, mandolina). Czarno-biały film reżyserki Almy Har’el w piorunujący sposób ukazuje Mistrza i jego grupę na scenie. W większości ujęć każdy biorący udział w tym przedsięwzięciu jest obecny, a także spora publika, która wygląda tak, jakby kręciła się po barze w Casablance. Teraz na potrzeby tego albumu zebrano nagrania studyjne piosenek, które pojawiły się na Shadow Kingdom. Stanowi to dowód na to, że choć film jest uderzający to mimo wszystko jest to projekt stworzony typowo do słuchania. Te pieśni nawet łączą się ze sobą, każdy dryfuje w przypadkowe nuty, które szybko łączą się w nowe tematy, niczym set DJski lub wyjątkowo kompaktowy występ Grateful Dead. Materiał nawiązuje do lat 60-tych, z trzema wyjątkami -  Forever Young (album Planet Waves z 1974 roku), What Was It You Wanted? (album Oh, Mercy z roku 1989) i nowy instrumentalny utwór Sierra’s Theme. Wydaje się jednak, że te niezwykle dyskretne rozwiązania pochodzą z okresu między dwiema wojnami światowymi, jeśli nie sprzed początku XX wieku. 

Nawet instrumenty elektryczne wydają się być ledwo wzmocnione. Czasami gitary w utworze Most Likely You’ll Go Your Way (And I’ll Go Mine) brzmią jakby nie miały rezonatorów; to nieprzerwane brzdąkanie na samotnym (i bardzo galijskim) wyciskaczu Jeffa Taylora, który zwiewnie niesie akordy. Przez cały album wokal Dylana jest przebiegły i pełen mocy (pełna zgoda, Ophie! Im starszy ten nasz Bob, tym lepiej śpiewa), a jego frazowanie nieustannie znajduje nową jakość w tekstach, które kiedyś mogły wydawać się utwierdzone w miejscu. I’ll Be Your Baby Tonight brzmi bardziej jak pijacka prośba, niż przyjście kochanka. Nie jest to nieoczekiwany zwrot akcji, ale szkieletowa, opuszczona gra Jeffa Taylora, która dodaje głębi patosowi Boba. Najbardziej drastyczną zmianą może być nowa wersja Tombstone Blues. W roku 1965 utwór leciał w maniakalnym tempie, a występy Dylana prowokowały słuchacza, by dotrzymał kroku, wywoływał o zawrót głowy na tyle, że swoich fanów do tego zmuszał - nagrobek, o którym śpiewa jest wciąż daleko i jest słabo widoczny. Tutaj ta pieśń spowolniona jest do krzywego kraulu. Tam, gdzie w tekście pojawia się litania imion Dylana (Brother Bill, Ma Rainey, Cecil B. DeMille), które niegdyś błyszczały jak przydrożne znaki, tutaj sugerują zawiadomienie o pogrzebie. Ale to zjadliwe, przesiąknięte śmiertelnością uczucie nie obniża ani trochę poziomu muzycznego. To bezkompromisowe wykonanie absolutnie błyszczy. Tombstone Blues, który jest znacznie cichszy niż oryginał, ale tak żwawy, że nie można się mu oprzeć. Jest zupełnie samodzielny, podobnie jak album, na którym się znajduje. No, dla mnie album bomba. Został wydany w czerwcu, ale myślę iż doskonale sprawdzi się na długie, jesienne wieczory z kocykiem i herbatką. Samotne lub we dwoje. Graj Pan dalej, Panie Zimmerman. Nie przestawaj!😍 Bartas✌☮

wtorek, 3 października 2023

Radosne Jam Session i połączone siły. 40 lat temu ukazał się album "Genesis" grupy Genesis.

A teraz cofniemy się o czterdzieści lat. 3 października 1983 roku ukazał się dwunasty studyjny album grupy Genesis zatytułowany po prostu Genesis. W październiku 1982 roku grupa Genesis w składzie Phil Collins (wokal i perkusja), Tony Banks (klawisze) oraz Mike Rutherford (bas i gitara elektryczna) wraz z muzykami sesyjnymi Chesterem Thompsonem (perkusja) i Darylem Stuermerem (gitara) zakończyli dwumiesięczną trasę po Ameryce Północnej i Europie, czego wynikiem był koncertowy album Three Sides Live. Zagrali także jednorazowy koncert zatytułowany Six Of The Best z oryginalnym wokalistą Genesis, Peterem Gabrielem i byłym gitarzystą Stevem Hackettem, aby zebrać fundusze na festiwal muzyki światowej WOMAS Gabriela po tym jak popadł on w problemy finansowe. Następnie grupa weszła w okres bezczynności, podczas którego zespół realizował swoje solowe projekty. Wiosną roku 1983 Genesis zebrał się ponownie w swoim studiu The Farm w Chiddingfold w Surrey, by rozpocząć pracę nad nowym albumem studyjnym, pierwszym od Abacab. Nowy krążek miał stać się pierwszym albumem napisanym, nagranym i w całości zmiksowanym w pokoju studyjnym. Praca zespołu we własnej przestrzeni zaowocowała bardziej zrelaksowaną atmosferą. Dołączył do nich także inżynier dźwięku Hugh Padgham, który również pracował z Genesis przy poprzedniej płycie, ale tym razem sam wykonał obowiązki produkcyjne, a pomoc techniczną zapewnił Geoff Callingham. Mike Rutherford wspomina początkowy okres jako powolny postęp, ale szczególnie produktywnej sesji trzeciego dnia pracowali już nad dwoma, a nawet trzema piosenkami, co zwiększało ich zainteresowanie i podekscytowanie albumem oraz wykonaniem nowego materiału na scenie. Przed rozpoczęciem sesji grupa rozważała pomysł, by Tony lub Mike przejęli wokale główne. Szybko jednak zrezygnowano z tego pomysłu, bowiem opracowali materiał z myślą o wokali Phila. Bank powiedział, że on i Rutherford odgrywają bardziej znaczącą rolę w chórkach na Genesis niż na poprzednich albumach. Muzyk wyjaśnił, że album był wynikiem decyzji grupy o napisaniu albumu i nagraniu go na setkę od początku do końca. Grupa uznała, że ich najmocniejszy materiał został założony wspólnie, więc postanowili nagrać cały album w taki sposób, aby opracować czyjeś wcześniej ustalone pomysły. Wcześniej było tak, że każdy członek wnosił w całości lub częściowo zaaranżowane piosenki. To ograniczało rozwój lub sugestie pozostałych członków. Tym razem utwory powstały w wyniku jammowania i improwizacji w studiu, a następnie zostały nagrane na taśmę, zapewniając zespołowi spójność i świeżość kompozycji. Banks zauważył też, że dzięki temu nagrywanie stało się bardziej ekscytujące i spontaniczne. Ten wspólny wysiłek oznaczał powrót do tego, że grupa przyznała każdemu członkowi autorstwo albumu, zamiast wymieniać indywidualne zapisy, czego nie robili od czasu The Lamb Lies Down On Broadway. Wspólny wysiłek miał również wpływ na tytuł albumu, ponieważ grupa nie była w stanie wymyślić odpowiedniej nazwy, więc wykorzystali Genesis, aby podkreślić fakt, że album został napisany wspólnie. Główne instrumenty klawiszowe, których Banks użył na albumie, to Prophet 10, Synclavier, emulator E-mu, fortepian elektryczny Yamaha CP-70 i ARP Quadra w Mama. W pewnym momencie albumu wykorzystano fragment ścieżki dźwiękowej do filmu 2001: A Space Odyssey (1968). Collins powiedział: Grasz półtora akordu, grasz z połową szybkości, a część z dwukrotnie większą szybkością, brzmi pięknie. Collins gra na elektronicznej perkusji Simmons.


Album Genesis pokazuje, że grupa zmierza w kierunku krótkich, prostszych i przyjaznych dla radia piosenek. Rutherford powiedział, że zespół posunął się tak daleko, jak tylko mógł, w swoim kierunku progresywnego i artystycznego rocka, który przyjmował od wczesnych lat 70-tych. Tony uznał muzykę i ogólne brzmienie na płycie Genesis a coś, za czym zespół tęsknił wiele lat wcześniej. Zwłaszcza za jego bardziej agresywną stylistykę. Najbardziej znanym utworem z tej płyty jest kompozycja otwierająca krążek - Mama. Utwór powstał podczas jam session, podczas którego Rutherford eksperymentował z elektronicznym automatem perkusyjnym Linn LM-1 zasilanym przez bramkowany pogłos i wzmacniacz Mesa Boogie. Stał się niesamowicie głośny do tego stopnia, że wzmacniacze skakały po podłodze w studiu. Phil zdecydował się zaśpiewać stylem przypominającym Johna Lennona z jego coveru Be-Bop-A-Lula w zwrotkach piosenki. Charakterystyczny i złowieszczy śmiech został zainspirowany utworem The Message z 1982 roku autorstwa hiphopowego zespołu Grandmaster Flash And The Furious Five, która charakteryzuje się podobnym brzmieniem. Padgham przyniósł ten numer zespołowi i po jego usłyszeniu Collins roześmiał się podczas kolejnej sesji improwizacyjnej do Mama. Spodobało to się reszcie zespołu i chcieli to wykorzystać w kompozycji. Mike i Tony mieli wątpliwości czy Phil będzie w stanie odtworzyć ten śmiech podczas występów na żywo, ale nie miał żadnych problemów. Rutherford spodziewał się, że manager Genesis, Tony Smith oraz pracownicy wytwórni wybiorą inny utwór na singiel, niż Mama. Muzyk uznał później tę kompozycję  za jedną z najlepszych piosenek na albumie i był bardzo zadowolony z jej komercyjnego sukcesu po tym, jak zespół odnosił sukces na listach przebojów singli dzięki piosence, która zaprezentowała to, o co chodziło wówczas w polityce zespołu. Podczas jednej sesji zespół miał w studiu koto, które zostało nagrane za pomocą emulatora E-mu i użyte jako próbka efektu perkusyjnego utworu, częściowo dlatego, że Banks próbował innych opcji i nie mógł dopasować innego brzmienia. Idąc dalej mamy kompozycję That’s All. Wywodzi się ona z prostego riffu fortepianowego Banksa, po którym nastąpił motyw perkusyjny, który natychmiast wytworzył nastrój, jaki zespół chciał dalej rozwijać. Każdy członek cytował Beatlesów jako inspirację do piosenki. Collins przyznał, że jego gra na perkusji była hołdem dla stylu Ringo Starra, jednego z jego perkusyjnych inspiracji. Solówka organowa jest odtwarzana przy użyciu presetu na Synclavier imitującego organy Hammonda B-3, pomimo rewersu widocznego w teledysku do utworu. Riff Banksa powstał w wyniku pobrania próbki w emulatorze E-mu i zagrania dwóch jej nut jednocześnie, co wygenerowało nową. Home By The Sea opowiada historię włamywacza, który zakrada się do domu, by odkryć, że ten dom jest nawiedzony przez duchy, które przechwytują włamywacza, a następnie zmuszają do wysłuchania historii ich życia. Collins powtórzył frazę Home By The Sea, odkładając wokal w czasie, gdy Banks pisał pomysły liryczne, i użył tego wyrażenia, aby wyczarować historię. Kompozycja powstała, gdy zespół grał na automacie perkusyjnym Linn, podczas którego Bank i Rutherford opracowali motyw przewodni odpowiednio na klawiaturze i gitarze, a Collins zarys wokalu. Mając już przygotowane fragmenty przewodnie, zespół ustalił nastrój i kształt, jaki przyjmie utwór, po czym rozwinął ją w kompletną kompozycję  Kiedy cała trójka była zadowolona z tego, co wyszło, ponownie nagrali piosenkę indywidualnie na taśmę, a Collins zastąpił ścieżki perkusyjne Linna własnymi. Żeby było ciekawiej Home By The Sea przechodzi płynnie w Second Home By The Sea. Jest to utwór w większości instrumentalny. Powstał na podstawie grupowej improwizacji, która rozpoczęła się od gry Collinsa na perkusji. Spodobało się to Banksowi i Rutherfordowi i dołączyli do kolegi. Roboczy tytuł brzmiał Heavy Simmonds, nawiązując do gry Collinsa. Banks powiedział, że jednego dnia grupa spędziła około dwóch godzin na jamowaniu nad pomysłem, a następnego dnia muzycy nagrali drugi jam o tej samej długości. Następnie wzięli części z obu jamów, które najbardziej im się podobały i ułożyli je w jeden spójny układ, co wymagało od nich ponownego nauczenia się tego, co napisali, aby nagrać to jako jeden utwór. Banks powiedział, że luźny pomysł sekcji instrumentalnej polegał na przedstawieniu poprzedniego życia duchów. Utwór kończy się powtórką Home By The Sea. Piątym utworem na albumie jest Illegal Alien z tekstem Rutherforda traktującym o nielegalnych imigrantach i ich próbach przekroczenia granicy Stanów Zjednoczonych w poszukiwaniu lepszego życia. Warto tu zaznaczyć, że Phil Collins dążył do bardziej ryzykownego stylu gry na perkusji i przeszedł przez wiele różnych stylów, zauważając iż to, co ostatecznie zagrał, było prawdopodobnie więcej, niźli miała wymagać tego piosenka. Wybrany styl brzmiał: podstawowa część rock and rolla, część druga i czwarta na werblu oraz jedna i trzecia na basie. To właśnie sprawiło, że melodia zadziałała. Rozpoczyna się efektami dźwiękowymi klaksonów samochodowych i telefonów, które Banks odtwarza na swoim syntezatorze E-mu Emulator. Nagrywanie ich i włączanie do muzyki wydawało się szczególnie ekscytujące. Collins był bardziej zadowolony ze swojej gry na perkusji w Mama i Illegal Alien, niż w bardziej skomplikowanych utworach zespołu, takich jak Los Endos z albumu Trick Of The Tail. Padły oskarżenia w stronę zespołu o rasizm. Tony Banks zaprzeczył jakimkolwiek rasistowskim konsekwencjom, jakie piosenka ta wydawała się mieć wobec Meksykanów. Stwierdził, że jest to żart i w rzeczywistości wyraża więcej współczucia dla imigrantów. Tekst Silver Rainbow napisał Tony Banks. Jest to rzecz o ludziach pozbawionych zdrowego rozsądku, gdy się zakochują w kim. Phil Collins opisał kompozycję jako romantyczną i bujną. Jej roboczy tytuł brzmiał Adam, ponieważ zawierał rytm, który w odczuciu muzyków przypominał utwór artysty Adama Anta. Trio uznało, że najlepiej będzie do niego pasował tekst pasujący do młodzieńczej muzyki. Zamykający album utwór It’s Gonna Get Better zawiera wprowadzenie na klawiaturę, które Banks samplował z albumu z muzyką klasyczną na wiolonczelę po nieudanej próbie wykorzystania go do uzyskania wysokiej jakości brzmienia smyczków na klawiaturze.  Następnie zagrał cztery nuty jednocześnie, korzystając z tej samej próbki, co nieoczekiwanie stworzyło dźwięk przeplatających się harmonii, który zachował i wykorzystał. 


Okładka została zaprojektowana przez angielskiego artystę Billa Smitha, który był także producentem grafiki do Abacab. Zdjęcie z przodu pochodzi z kształtów z zabawki do sortowania kształtów jego rocznego syna, które pozostawił na dywanie, gdy poszedł spać. Album Genesis był największym komercyjnym sukcesem w momencie wydania. Stał się trzecim albumem zespołu, który osiągnął pierwsze miejsce na brytyjskiej liści przebojów. Uplasował się również na dziewiątym miejscu na amerykańskiej liście Billboard 200, gdzie sprzedał się w ponad czterech milionach egzemplarzy. W latach 1983-1984 wydano aż pięć singli. Mama był głównym singlem promującym album i pozostaje najwyżej notowanym singlem Genesis w Wielkiej Brytanii, uplasowując się na czwartej pozycji. Kolejnym był That’s All i osiągnął szóste miejsce w Wielkiej Brytanii. W tym samym czasie zespół odbył spektakularną trasę Genesis Live: The Mama Tour. W 1985 roku album otrzymał nominację do nagrody Grammy w kategorii Najlepsze wykonanie rockowe duetu lub grupy z wokalem, a Second Home By The Sea był nominowany w kategorii Najlepsze rockowe wykonanie instrumentalne. W 2007 roku album został ponownie wydany z nowymi miksami dźwięku stereo i surround 5.1. 40 lat minęło, a ten krążek wciąż brzmi świeżo. Klasyk i pozycja absolutnie obowiązkowa👍 Bartas✌☮

Refleksja nad rozwojem. O nowej płycie "Back To The Water Below" duetu Royal Blood słów kilka.

 

W ciągu ostatniej dekady brytyjski duet Royal Blood wypracował sobie pozycję jednego z najważniejszych zespołów współczesnego rocka alternatywnego. Ich rewelacyjny debiutancki album z 2014 roku trafił do muzycznego świata w najlepszym możliwym momencie. Bez studyjnych gadżetów i elementów elektronicznych zespół przybliżył nam prawdziwe rdzennie muzyki rockowej, skupiając się na mocnych riffach i wpadających w ucho melodiach. Koncepcja ta była kontynuowana na drugim krążku grupy How Did We Get So Dark? z 2017, ale ostatecznie rozpadła się na Typhoons, wydanym dwa lata temu przesiąkniętym elementami funku i disco. Niektórzy fani oskarżyli zespół o zdradę. Jednak wydanie samodzielnego singla Honeybrains w 2022 roku dało tym fanom nadzieję na powrót do korzeni. Pomimo punkowości i wkurwu, jakie można znaleźć na Mountains To The Midnight, główny singiel mógł wspaniale wpasować się w ich pierwsze dwa albumy. Ostatecznie jednak całe dzieło ujawnia (na szczęście) nieco więcej. Bluesowy drugi singiel Pull Me Through, wijący się wokół fortepianu przypominającego klawesyn, był obiecujący. W przypadku Royal Blood cofnięcie się o krok w bok nie wchodzi w grę. 


Back To The Water Below to pierwsza płyta, którą Mike Kerr i Ben Thatcher wyprodukowali sami całkowicie samodzielnie w własnym studio. W wywiadzie dla NME Brytyjczycy podkreślili, że ten sposób pracy pozwala całkowicie zaufać własnym naturalnym impulsom. Dziesięć kompozycji, które stworzyli, przynajmniej w dużej mierze nowy rozdział, którego akcja rozgrywa się z dala od ścieżki obranej na Typhoons. Jak już wspomniałem, nie ma czystego powrotu do brzmienia ich pierwszych dwóch płyt, z silnym naciskiem na riffy i haczyki. Duet stara się stworzyć szerszy obraz całości poprzez bardziej melodyjne riffy, zwiększone użycie klawiszy i częściowo zmniejszoną obecność basu. Szczególnie interesująca jest integracja wpływów lat 60-tych i 70-tych XX wieku. The Firing Line i There Goes My Cool pod względem melodii bardzo mocno przypominają Beatlesów i pokazują Royal Blood od zupełnie innej, nowej strony. How Many More Times (nie, to nie jest cover Zeppelinów) okazuje się być jednym z najmocniejszych momentów na płycie. Charakteryzuje się całkowicie udanym zestawieniem wszystkich elementów i nosi śladu takich zespołów jak The Who czy Supertramp. Niemniej jednak na krążku znajduje się kilka numerów, które zostały zaprojektowane jako stosunkowo klasyczne utwory Royal Blood, ale wyróżniają się na tle starszego materiału wieloma drobnymi ozdobnikami i nową metodą produkcji. Nie należy lekceważyć wpływu, jaki pozostawiła po sobie jej współpraca z Joshem Homme. Pull Me Through, Tell Me When It’s Too Late czy Triggers nie mogą zaprzeczyć powiązaniu zespołu z Queens Of The Stone Age (dziś też napisałem recenzję ich nowej płyty), które jest wszechobecne w rytmie, riffach i melodiach wokalnych. Shiner On The Dark przyjmuje podobne podejście i zachwyca w przejściu mocną gitarową solówką, która nie zastępuje gitary rytmicznej jak dawniej, ale jest dodana.  Od albumu How Did We Get So Dark? zwiększenie rozmiarów aranżacji naprawdę nie jest czymś, za co można winić Royal Blood wyłącznie dla zasady. Podobnie jak w przypadku Typhoons, Brytyjczycy w rozsądny sposób integrują nowe elementy. Niezależnie od tego, że wiąże się to z rozbudową ich live setupu. Sprawa staje się trudniejsza, gdy te nowe komponenty nie są odpowiednio osadzone w miksie. Tell Me When It’s Too Late, który już ma dziwną strukturę, sprawia wrażenie bardzo hałaśliwego i przytłaczającego, szczególnie w głośnych momentach. W refrenie Triggers także nie brakuje elementów rywalizujących o uwagę słuchacza. Ostatecznie Back To The Water Below stanowi ciekawe połączenie refleksji i dalszego rozwoju. Zespół pozwala nam wziąć udział w muzycznej podróży odkrywczej i pokazuje mniej kolejny cel, a bardziej fragmenty wspólnych poszukiwań. Jako zestaw dziesięciu piosenek nadal dobrze ze sobą współgra, pomimo sporadycznych przerw stylistycznych. Więcej, niż warto posłuchać😊 Bartas✌☮

35 lat temu ukazał się jeden z najlepszych debiutów w historii muzyki - "Ten" grupy Pearl Jam.

  Po śmierci Andy’ego Wooda Gossard i Ament zawiesili działalność. W czasie tej separacji Gossard spędził swój czas na pisaniu materiałów, k...