wtorek, 15 marca 2022

Seattle to nie tylko grunge. Dark Meditation i ich fenomenalny debiut "Polluted Temples".

 

Kiedy słyszę nazwę Seattle, Washington, pierwsze skojarzenie, jakie mi przychodzi do głowy to wielka czwórka mojego ukochanego okresu w muzyce rockowej, czyli grunge: Pearl Jam, Soundgarden, Alice In Chains oraz Nirvana (choć tych świetnych zespołów był troszkę więcej, ale niech będzie, że te cztery główne). Zaś zespół, którego odkryłem kilka dni temu dzięki Pani Redaktor Julii Miodyńskiej i jej audycji Epoka Żelaza w Radiu Rock Serwis Fm, to jednak troszkę inna bajka. Dark Meditation, bo tak nazywa się ta kapela, powstała około roku 2017, ale swój pierwszy album wydała dopiero 28 stycznia 2022 roku. Styl zespołu to mroczny heavy metal, z akcentami gotyckimi. Jak opisuje to wokalista zespołu, A.D. Vick: Większość naszych piosenek dotyczy osobistych konsekwencji naszych działań i ich wpływu na otaczający nas świat. Ale jest też widmo ewangelicznego chrześcijaństwa, w którym się wychowałem i próbuję oderwać się od dogmatycznych koncepcji, które narzucano mi w dzieciństwie. Trzeba przyznać, że to bardzo intrygujące, co mówi. Ale może przejdźmy do samej muzyki. 


Krążek otwiera dwudziestopięcio sekundowe Horus Rising (Prelude), by później przejść do utworu Babalon.Money.Magick. Jak na razie jest to dopiero przystawka do tego, co będzie działo się za chwilę, ale już słuchając go już czujesz, że napięcie z utworu na utwór będzie rosło. Dalej mamy kapitalny numer Haunt Of Fear, charakteryzujący się oldskulowymi riffami z nutką mroku w stylu klasycznych dokonań Celtic Frost, a całość wieńczy solo, które rzuciło mnie na kolana. Strange Caress (Of The Night), a następujący zaraz po nim Masters Coil są nieco bardziej łagodne, dodając nieco akceptów gotyckich,a nawet zaryzykowałbym stwierdzenie, że nowej fali, zachowując jednocześnie tę metalową koncepcję. Wokale A.D. Vicka dodają albumowi głębi i emocji. Przyspieszamy nieco tempo za sprawą The Howling Wild. Fenomenalny numer z fenomenalnym solo, a riffy podkręcają atmosferę i emocje tworząc coś naprawdę unikatowego, nowego i świeżego. 


Płytę zamyka utwór tytułowy, Polluted Temples, który idealnie uosabia wszystkie mocne strony brzmienia Dark Meditation. Udowadnia tym, że mamy w metalu nową siłę, z która będzie należało się kiedyś liczyć. Wierzę, czuję i wiem, że nie jest to jednorazowa fascynacja kapelą. Jestem pewien, że będzie to zespół, o którym będzie się mówiło dużo więcej. Seattle Washington to - jak się okazuje - nie tylko scena grunge, która niezmiennie od 30 lat po dzień dzisiejszy jest bardzo bliska memu sercu. To także dobre metalowe kapele, które - tak jak te grunge’owe ponad trzydzieści lat temu - mają szansę wypłynąć na głębszą wodę. Jednym z nich jest bez wątpienia Dark Meditation. Mocno kibicuję temu zespołowi. Nie ukrywam, że z chęcią zobaczyłbym jak grają na żywo. Jeśli - tak jak ja - kochasz Seattle, lubisz dobrą metalową szkołę lat osiemdziesiątych, a jednocześnie poszukujesz w tym coś nowego i świeżego … nie szukaj za daleko. Ja Ci podpowiem, mój Drogi Czytelniku - Dark Meditation i ich kapitalny debiut Polluted Temples. Nie zawiedziesz się! Czy debiut roku? Zobaczymy😊








Bartas✌

Upadek imperium, vaudeville lat dwudziestych i dobra hardrockowa szkoła lat osiemdziesiątych. Ghost i ich nowy album "Impera".

 

Mówienie o Ghost jako o zwykłej grupie muzycznej nie oddaje atrakcyjności Szwedów. Pomiędzy niezliczonymi ekstrawaganckimi scenicznymi przedstawieniami oraz ciekawą promocją, lider zespołu, Tobias Forge, zamienił projekt w maszynę rozrywkową najwyższej jakości. Mówię o tym zupełnie serio, choć są i tacy, którzy na samą nazwę Ghost śmieszkują. Ale podczas gdy marketing na wysokim poziomie opanowali także inne zespoły takie jak Sabaton czy Powerwolf, Forge i spółka nigdy nie stracili z oczu tego, co najważniejsze, czyli muzyki. Ghost wyskoczył niczym filip z konopii płytą Opus Eponymous wydaną w 2010 roku, szybko zyskując zainteresowanie krytyków i sympatyków. Jak już wspomniałem bywają tacy, co śmieszkują, ale są i tacy, którzy widzą w nich sprytny, teatralny zespół, który jest takim pomostem między przeszłością, a przyszłością cięższego grania. Zdecydowanie należę do tej drugiej grupy odbiorców. Największe wrażenie zrobił na mnie ich trzeci album Meliora, wydany w roku 2015. Trzy lata później ukazał się Prequele, który całościowo brzmiał dla mnie mniej spójnie. 11 marca 2022 roku ukazał się ich piąty album zatytułowany Impera. Jaki on jest? Wydawać by się mogło, że jak dotąd najbardziej filmowy, zróżnicowany i kompletny, opowiadający o - jak twierdzi Forge - powstaniu i ostatecznie nieuniknionych upadkach imperiów.


Zaczyna się intrygującym intrem zatytułowanym Imperium, który charakteryzuje się epickim riffem gitarowym i marszowym rytmem perkusji. Chwilę później następuje eksplozja utworem Kaisarion. Słyszymy piskliwy głos Papy Emeritusa IV i bardzo mocno wpadający w ucho gitarowy riff w nieco popowym stylu. Ale nie łudźcie się! To dobra hard-rockowa szkoła rodem z lat 80-tych. Dalej mamy kilka singlowych numerów. Najpierw jest nastrojowy, ale utrzymany w nieco mroczniejszym tonie Call Me Little Sunshine. Myślę, że ten utwór bez problemu mógłby się znaleźć na wcześniejszych dokonaniach Szwedów, jak choćby na Infestissumam czy na wspomnianej już Meliorze. Refren jest po prostu ognisty na pewno świetnie sprawdzi się na żywo. Następnie mamy coś dla fanów horroru za sprawą utworu Hunter’s Moon. Jest jednak - moim skromnym zdaniem - najmniej interesującym utworem na albumie. Ale nie zniechęcajcie się, Drodzy Czytelnicy, bo na tym się kończy ten niewielki spadek jakości. Dalej już mamy tylko bardzo dobrze. Godnym uwagi jest Watcher In The Sky. Jest dość ociężały i masywny, ale smaku dodaje wykwintne solo gitarowe. Chwilę później przenosimy się do lat dwudziestych dwudziestego wieku i mamy vaudeville’owy Dominion. Chyba najbardziej elektryzujący i taneczny utwór, jaki Szwedzi popełnili w swoim dorobku. Zdumiewający chwytliwy i zwariowany, a jednocześnie miły dla ucha, w iście rockowej konwencji.


Mamy też dwie ciekawe melodramatyczne epopeje - Darkness At The Heart Of My Love oraz czadowy, oldschoolowy rocker zatytułowany Griftwood. Bite Of Passage to pół minutowe intro, które przeprowadzi nas do utworu, który klamrą spina całość - Respite On The Spitalfields. Najdłuższy na płycie, powolny i napędzany melodią, skupionym głównie na pięknych melodiach wyśpiewanych przez Papę Emeritusa IV. Jednak jest to również niesamowicie bogate brzmienie bez nadmiernego komplikowania rzeczy z mnóstwem efektów i kinowych akcentów. Prostota, ale w stylu Ghost. Tak kończy się ta płyta, która - tak myślę - podzieli zdania fanów. Nie jest to rzeczywiście arcydzieło na miarę Meliory, ale z pewnością jedną z najlepszych dokonań grupy. Każdy znajdzie w nim coś, co przykuje jego uwagę. Polecam bardzo gorąco😊








Bartas✌

niedziela, 13 marca 2022

Bez ciśnienia, live in studio. Slash Feat. Myles Kennedy & The Conspirators i ich nowy album - "4".

 

Podczas, gdy wielu artystów w dobie COVID-19 ograniczyło się do pisania i nagrywania swoich albumów w odosobnieniu lub przez rozmowy na kamerkach, Slash, Myles Kennedy oraz grupa The Conspirators poszli nieco inną drogą. Wybrali się do Nashville, gdzie zarezerwowali studio nagraniowe, należące niegdyś do nieżyjącej już legendy gitary muzyki country - Cheta Atkinsa. Tam właśnie Slash i ekipa nagrali nowy album zatytułowany 4. Jak sama nazwa wskazuje, jest to czwarty solowy krążek gitarzysty kultowego Guns N Roses i Velvet Revolver nagrany z Kennedym i Conspirators oraz piąty w jego ogólnej solowej karierze. Praca nad nim przebiegała niesamowicie szybko i sprawnie, niemal spontanicznie, choć nie obyło się bez covidowych sytuacji. W założeniu zespół miał nagrywać materiał razem w jednym studio, ale Myles Kennedy niestety złapał coronę. Gitarzysta Frank Sidoris nie zgodził się na jego fizyczną obecność w studiu, tak więc wokalista przez kilka dni nagrywał swoje wokale w odosobnieniu. Wytrwałość została nagrodzona, bo efektem końcowym jest świetny, wydany 11 lutego 2022 roku, rockowy album z ogromnym poczuciem spontaniczności.


Już pierwszy otwierający album numer The River Is Rising robi wrażenie. Rozpoczyna się w zawadiackim, rockowym stylu, gdy Slash uwalnia naprzemienny oktawowy tremolo riff. Sekcja rytmiczna basisty Todda Kernsa i perkusisty Brenta Fitza przypomina sekcje rytmiczną Led Zeppelin. Zwłaszcza parte perkusyjne Fitza, który wali w gary niczym John Bonham. Zespół jest znakomicie zwarty. Slash świetnie synchronizuje swoje partie z Sidorisem, a wokal Mylesa Kennedy’ego jest wciąż w wielkiej formie. Niewielu jest dziś wokalistów rockowych mogących zbliżyć się do jego umiejętności wokalnych. Niestety, ale Axl Rose od lat nie domaga. I dlatego - moim zdaniem - nagranie nowego albumu Guns N’ Roses w oryginalnym składzie to bardzo zły pomysł. Lepiej, aby Slash skupił się na współpracy z Mylesem i Conspirations. No, dobrze, ale nie o tym dziś.Wróćmy do albumu. Idąc dalej mamy Time Will Tell, który jest równie urzekający klasycznym rockowym podejściem, podtrzymanymi alkordami wzmacniającymi refren. Kennedy świetnie operuje falsetem, podczas gdy Slash przywołuje swoje najlepsze patenty gitarowe, inspirowane solówkami Jimmy’ego Page’a. W najfajniejszym zaś numerze na płycie C'est La Vie Slash wykorzystuje efekt talk box, by jeszcze bardziej wzmocnić smakowity rockowy riff. Dużo więcej partii wokalnych ma The Path Less Followed, ale sama solówka Slasha wykorzystuje wiele charakterystycznych dla niego technik, takich jak sprytne wybieranie przechodzących nut między interwałami. Innymi słowy - klasyczny Slash o posmaku południowego rockowego grania.


Takich smaczków i patentów mamy bardzo dużo na tym albumie. Actions Speak Louder Than Words zawiera hendriksowski efekt gitarowy wah-wah (tzw kaczka). Progresja akordów łączy elementy standardów bluesowych i rockowych, wtapiając się opadające rytmiczne interludium przed kolejnym wypełniony vibrato gitarowym solo. Inną, ale równie ciekawą atrakcją albumu jest funkowy numer Spirit Love. To znów ukłon w stronę Led Zeppelin. Charakteryzuje się rozmytą linią basu i cudownym blaskiem elektrycznego sitaru. Mamy też coś z przeszłości. Utwór April Fool do bólu przypomina najlepsze czasy Guns N’ Roses. Gitarowe brzmienie ma dość poważny wyraz, zwłaszcza w solówce, gdzie Slash wpada na kilka niuansów gitarowych zagrywek w stylu country. Naśladowcy wirtuoza w cylindrze rzadko wychwytują ten aspekt jego charakterystycznych trików gitarowych. W Call Off The Dogs pojawia się ściana dźwięków, a rytm zmienia się wraz ze zmianą zwrotki, której towarzyszy przesiąknięty riff. Kennedy szybko dociera do wznoszącego się refrenu. Można też usłyszeć, jak Slash trąca między przystawkami gitarowymi, grając solo z niesamowitą zręcznością, dodając trochę zwrotów do bardziej tradycyjnych rock and rollowych zagrywek. Najbardziej epickim numerem na płycie jest zamykający całość utwór Fall Back To Earth. Ten sześcio i pół minutowy szybko wspina się do wszechogarniającej lini melodycznej gitary. Nagłe przejście do czystego, stopniowego brzmienia gitary w zwrotce daje miejsce, w którym wokal Kennedy'ego błyszczy, niczym oszlifowany diament. Wzrastająca intensywność prowadzi do repryzy wspomnianej melodii figury pod chórem. Przepływ między poziomami gęstości pięknie przechodzi w podwójne gitarowe interludium, po czym powtarza refren, który pozwala wokalnemu występowi Kennedy'ego znaleźć nuty, które łączą się z grą Slasha, która zamyka utwór.


Poprzednie dwa albumy Slasha i Mylesa były dla mnie nieco przydługie, momentami nudne, a patenty dość mocno oklepane. Czwórka za to zamyka się zgrabnie czasowo w trzech kwadransach, ale jej słuchanie wydaje się znacznie głębsze. Na tym albumie nic nie jest przesadne, ale wszystko spójne, brak jakiegoś słabszego punktu. Rzeczywiście słychać, że sesja nagraniowa odbywała się na na setkę. Bez ciśnienia. To fantastyczna mieszanka przestrzenna, w której wszystkie instrumenty z klarownością siedzą w spektrum dźwiękowym. Czapki z głów przed Slashem! 👏👍








Bartas✌

niedziela, 6 marca 2022

Tożsamość wyznawców rock'n'rolla. Scorpions i ich nowy krążek - "Rock Believer"

Niemcy zawsze stały dobrymi zespołami rockowymi i metalowymi. Jednym z najdłużej istniejących i odnoszących największe sukcesy jest oczywiście grupa Scorpions. Początki jej datuje się na 1965 rok. Któż nie zna ich największych hitów takich jak Wind Of Change czy I’m Still Loving You. To wszystko są piękne i ponadczasowe klasyki. Ale grupa nigdy nie stała w miejscu, zawsze parła do przodu, niczym pershing. Właśnie powracają ze swoim nowym, dziewiętnastym w karierze albumem studyjnym zatytułowanym Rock Believer. Wydany został w piątek, 25 lutego 2022 nakładem wytwórni Vertigo. Jest to pierwszy album nagrany po siedmiu latach przerwy. Ten przedostatni, zatytułowany Return To Forever - przynajmniej w moim odczuciu - dobrym, solidnym krążkiem, jednak całościowo pozostawiał nieco do życzenia. Najnowszy zdecydowanie bije go o głowę. Przez lata skład się zmieniał, ale ten stały człon - Klaus Meine na wokalu oraz Rudolf Schenker i Matthias Jabs na gitarach - został zachowany i zdefiniował w zasadzie wszystko, z czego słyną Scorpionsi.


Ogólnie rzecz ujmując Rock Believer jest niezwykle orzeźwiający i każda piosenka zasługuje na wysłuchanie. Utwór tytułowy znakomicie nadaje się na nowy, rockowy hymn, który z pewnością zostanie z nami na dłużej. Dobrze zharmonizowany, zapadający w pamięć. Klaus Meine śpiewa w nim z przekonaniem: No one can take Your dreams away / In the ruins of their souls/You saw the beauty of it all/ Simply a generation change. Sugeruje jasno, że po prostu głupio jest rezygnować z tego, kim jesteś jako muzyk lub osoba, tylko dlatego, że czasy się zmieniają. Otwierający album zaś Gas In The Tank to zabawny numer z ciężkim gitarowym riffem, który natychmiast przenosi nas do czasów, w których Scorpionsi nagrywali swoje najlepsze płyty. Roots In My Boots ma bardzo chwytliwy tekst i bit perkusyjny, z pewnością świetnie sprawdzi się na żywo. Utwory Shining Of Your Soul oraz Cold And Hot emanują pozytywnym przesłaniem i klimatem klasycznego rocka z przełomu lat 80 i 90-tych. Absolutną torpedą jest When I Lay My Bones To Rest przed krótkim, ale słodkim Peacemaker, który znów mówi pozytywnym językiem, niosąc jednocześnie ciężar mocniejszego przesłania - pokoju na świecie. Wcale nie gorszym jest Call Of The Wild, gdzie tempo grania jest nieco zwolnione, ale nie pozbawione wybornych solówek i melodii. 


Scorpionsi chyba nie byliby sobą, gdyby nie nagrali pięknej, chwytającej za serce rockowej ballady. Mamy ją i tutaj w postaci utworu When You Know (Where You Come From). Wokal Klausa Meine, mimo upływu lat, wciąż jest pełen emocji. Utwory takie jak Shoot For Your Heart i When Tomorrow Comes brzmią już mniej klasycznie, bardziej nowocześnie, ale to jest jak najbardziej in plus dla zespołu. Finalizacją tego wydawnictwa (w wersji deluxe edition) jest utwór Crossing Border oraz akustyczna wersja When You Know (Where You Come From). Ten pierwszy jest swego rodzaju metaforą - zespół miał w przerwy w nagrywaniu, różne osobiste incydenty, więc ta granica była trudna do przekroczenia. Ten drugi jest miłym dodatkiem do całości.


Kończąc ten wywód stwierdzam z pełną odpowiedzialnością za swoje słowa, że Rock Believer jest albumem godnym pochwały od początku do końca. Nie jest to oczywiście żadne odkrywcze granie. Jest to przypomnienie o ich własnej tożsamości. Myślę, że nie będzie to ostatnia ich płyta😊


Long live rock’n’roll !!! 😈









Bartas✌

niedziela, 13 lutego 2022

Czapka pilota, szafa grająca i ... głosy z zaświatów. Kim jest "Ziemianin"? Eddie Vedder i jego nowy album zatytułowany "Earthling".

 

Eddie Vedder to  wielka legenda sceny grunge, frontman Pearl Jam, aktywista walczący o podstawowe prawa człowieka, gość obdarzony charakterystycznym głosem i jeden z moich wielkich idoli muzycznych. Bez niego nie wyobrażam sobie tego zespołu, który - jak wiecie - jest w moim ścisłym TOP 5 zespołów ever. Ale jak się za moment przekonacie Vedder to nie tylko ikona Pearl Jam. Na przestrzeni lat bardzo dobrze radził sobie także jako solowy artysta. W 2007 roku ukazał się jego pierwszy album będący przepiękna ścieżką dźwiękową do równie przepięknego filmu Into The Wild w reżyserii Seana Penna. Cztery lata później ukazał się drugi album artysty zatytułowany Ukulele Songs. Zawierał - jak się można domyśleć - piosenki zaaranżowane właśnie na ten instrument. Zaś we wrześniu zeszłego roku ukazała się kolejna ścieżka dźwiękowa, również do filmu Flag Day wspomnianego wyżej reżysera, ale pod szyldem Eddie Vedder, Glen Hansard & Cat Power. I co dalej? W ubiegły piątek, tj. 11 lutego 2022, ukazał się jego trzeci solowy album zatytułowany Earthling. I jeśli ktoś zna poprzednie solowe dokonania artysty i jest w pełni przekonany, że znów usłyszy tylko i wyłącznie klimaty spokojne, refleksyjne ten będzie … albo zawiedziony abo pozytywnie zaskoczony. Jako wielki fan Pearl Jam, a także solowych dokonań Eddiego czekałem bardzo na tę płytę i jestem nią bardzo mile zaskoczony.


Album otwiera utwór Invincible. Eddie wciela się w rolę pilota maszyny, który oprowadzi nas po tej muzycznej wędrówce Ziemianina. Pyta słuchacza: Wszystko ok? Jesteście gotowi do startu? No, to lecimy! Witajcie na pokładzie Air Vedder, ludzie! Niezwykle przestrzenna produkcja oraz świetne wpadające w ucho melodie do złudzenia przypominają najlepsze dokonania Petera Gabriela. Taki troszkę Red Rain z płyty SO. Nawet są takie momenty, tak wyśpiewane frazy, że Ed brzmi jak Gabriel. Numer totalnie wbił mnie w ziemię i już wiedziałem, że to będzie płyta, która sprawi mi wiele radości. Słuchając jej ma się wrażenie, jakby dusza Eddiego była podłączona bezpośrednio do szafy grającej, przeskakując przez różne epoki historii muzyki. Mamy znakomity singlowy numer Long Way, który przywołuje nieżyjącego już, wspaniałego Toma Petty’ego i jego zespołu The Heartbreakers. Mało tego: w numerze tym na klawiszach gra ich członek -  Benmont Tench. Fallout Today kojarzy mi się ewidentnie z Brucem Springsteenem (Ed i Bruce się bardzo przyjaźnią, zarówno na stopie prywatnej, jak i zawodowej). Rose Of Jericho łączy wzburzony punkowy riff z odniesieniami do amerykańskiego pisarza, poety i filozofa transcendentalisty Henry'ego Davida Thoreau, podczas gdy Good And Evil kończy się podmuchem szumu, który wstrząśnie Waszymi głośnikami. Oba, co należy podkreślić, wywodzą się bezpośrednio po wyciszonej elegancji The Haves.


Nie ma możliwości dowiedzenia się dokąd zmierza ten Ziemianin. Cała muzyczna spontaniczność może niektórych zrazić, ale jej największym atutem jest eklektyzm. I tu szczególne uznanie należy się producentowi i instrumentaliście Andrew Wattowi (odpowiedzialny za produkcję takich gwiazd jak Ozzy Osbourne czy Miley Cyrus) za pomoc w prowadzeniu tej muzycznej wędrówki. Mamy też specjalnych gości. W niesamowicie radosnym, skocznym i troszkę drapieżnym Try na harmonijce gra Stevie Wonder, zaś w Picture gra i śpiewa z Vedderem sam sir Elton John. Zapętlony przeze mnie niemal do znudzenia numer Mrs Mills to ukłon w stronę Beatlesów i opowieść o pewnym pianinie, którego używała masa artystów w słynnych studiach Abbey Road, w tym także i Czwórka z Liverpoolu. To po części lekcja historii muzyki, a po części list miłosny. Na perkusji gra tutaj nikt inny jak sam Ringo Starr.


Najbardziej poruszającym w warstwie lirycznej momentem na płycie jest utwór Brother The Cloud, który zaczyna się od zapadającej w pamięć deklaracji: I had a brother / But now my brother is gone / Oh, I search the sky for a glimpse of his blue eyes / And there I find his image in the clouds. Spekulacje koncentrują się na bracie Veddera, Chrisie, który zginął w wypadku w 2016 roku, a także na wokaliście Soundgarden -  Chrisie Cornellu - który popełnił samobójstwo w maju 2017 roku. Vedder przerwał milczenie na temat obu incydentów podczas wywiadu z Howardem Sternem w listopadzie 2020. Przyznał wtwedy, że wciąż walczy z pogodzeniem się ze stratami. Największy ładunek emocjonalny na płycie. W końcowej części utworu Ed niemal płacze, prosząc i pytając: Put Your arm 'round my brother, my friend… What are friends? …. Fuck You … What are friends, friends for?


Największą niespodzianką jest zamykający album utwór On My Way. Słyszymy w nim głos z zaświatów. To głos ojca Eddiego, Edwarda Seversona, który jest w epicentrum całej ojcowskiej traumy klasyka Pearl Jam Alive. Jego głos został cudem ocalony na starych nagraniach, gdzieś w domowych archiwach. Gdy rozbrzmiewają fragmenty tych wokali, Ed ponownie zakłada czapkę pilota, wznawiając wszystkie transmisje, które rozpoczęły album. Wracamy. Dla przypadkowego słuchacza będzie to miłe i kołyszące zakończenie. Dla tych, którzy dobrze znają się na annałach legendy Pearl Jam zapewne nie obejdzie się bez użycia chusteczek higienicznych. Chociaż Alive to dziś już afirmacja życia, ale może kiedyś o tym Wam opowiem😉


Płyta, jakiej oczekiwałem od Veddera. Różnorodna, a zarazem spójna. Z jednej strony bardzo świeża, z nowoczesnym brzmieniem, a z drugiej - bardzo nostalgiczna. Zapewne podzieli fanów i Pearl Jam, jak i solowego Eda. Nie ma jednak wątpliwości, że ten zbliżający się nieuchronnie do sześćdziesiątki muzyk, wokalista ma jeszcze wiele do powiedzenia. Potrafi się muzyką cieszyć i bawić. Puszczać oko do odbiorcy. I to jest właśnie w nim piękne. Bardzo polecam tę płytę!😍








Bartas✌

niedziela, 6 lutego 2022

Zatrzymać czas. Wielki powrót Madrugady w pięknym stylu. O nowej płycie "Chimes At Midnight" słów kilka.

 

Moja przygoda z twórczością zespołu Madrugada i jego liderem Sivertem Høyemem rozpoczęła się w 2007 roku. Jeszcze w starej dobrej Trójce Grzegorz Zembrowski (pozdrawiam, Redaktorze! co u Ciebie słychać?) w swojej autorskiej audycji Mikrokosmos prezentował niemalże co tydzień dokonania tego zespołu. Od razu się w tej muzyce zakochałem. W tym samym 2007 roku zmarł gitarzysta i założyciel formacji Robert Burås. Nagrania do płyty zatytułowanej po prostu Madrugada były w toku. Udało się dokończyć po śmierci muzyka, po czym wyruszyć w trasę i … zakończyć działalność. Ucieszyłem się jednak, gdy w 2018 roku grupa wznowiła działalność. Ruszyli wtedy w trasę upamiętniającą zarówno zmarłego gitarzystę, jak i rocznicę debiutanckiej płyty z 1999 - Industrial Science. Norwegowie nie myśleli wówczas o tworzeniu nowej muzyki. Po prostu chcieli razem pograć ku uciesze swoich fanów. Jak się okazało rok później chyba mieli dość tej nostalgii i życia przeszłością. Postanowili, że znów będą zespołem pełną gębą. Pierwszym tego dowodem był sympatyczny singiel Half-Light.


No, a teraz mamy nowy, pełnoprawny kolejny album Madrugady zatytułowany Chimes At Midnight. Zanim włożyłem płytę do odtwarzacza, przeczytałem kilka recenzji moich znajomych odnośnie tej płyty. Wszystkie były w samych superlatywach, co jeszcze bardziej zaostrzyło mój apetyt. Już pierwsze takty brzmią, jakby czas się dla nich zatrzymał. Nobody Loves You Like I Do to czysta Madrugada. Słychać w niej tę niesamowicie magiczną melancholię, balladowy i panoramiczny dźwięk z pięknymi melodiami. Głos Siverta Høyema nadal czaruje i przyprawia o gęsią skórkę. Z jednej strony brzmi jak stara Madrugada, a z drugiej - troszeczkę inaczej. Brakuje bowiem tej błyszczącej gitary Roberta Buråsa, mimo że jego następcy, Cato Thommasse i Christer Knutsen, byli czymś więcej niż tylko substytutem podczas długiej trasy. W jakiś sposób zespół brzmi nieco bardziej, skoncentrowany na pisaniu piosenek, zbliżony do solowej twórczości Høyema. Chociaż przez te lata nieobecności zespołu wokalista starał się nie zapominać o tych utworach na swoich solowych koncertach.


Chimes At Midnight jest przepełniony pięknymi dźwiękami. Nie tylko otwierający płytę numer Nobody Loves You Like I Do, ale także tęskno brzmiący Help Yourself To Me, misternie połyskujący i przywodzący na myśl debiut zespołu Ecstasy czy też świetne Dreams At Midnight, które ewidentnie zasługuje na miano jednego z największych przebojów grupy. Bardziej dynamicznie i kołysząco jest w Empire Blues. Ciekawym utworem jest też Imagination, który przy pierwszym odsłuchu dość mocno skojarzył mi się z U2. I szczerze mówiąc, gdyby nie wokal Høyema to pomyślałbym, że to jakiś nowy ich singiel.


Mimo wielkiego nieobecnego Roberta Buråsa bardzo cieszę się z powrotu Madrugady na scenę. Chimes At Midnight to płyta doskonała od początku do końca. Mocny ładunek emocjonalny w tekstach Siverta. Przyznam, że rzadko się zdarza, by nowy rok zaczął się od jakiejś muzycznej petardy. Ten 2022 właśnie się od takiej zaczął. Chimes At Midnight ma ogromne szanse stać się - na mojej liście - albumem roku albo w ścisłej czołówce. Ok, ale nie mówmy jeszcze hop. Zaparzcie sobie wieczorem herbaty, okryjcie się kocem, przytulcie ukochaną osobę i … posłuchajcie jak Sivert czaruje swoim głosem. Wstyd nie mieć! 😊








Bartas✌



czwartek, 6 stycznia 2022

Podsumowanie muzyczne roku 2021. Trzydziestka moich ulubionych płyt.

 

Jest szósty dzień stycznia, Święto Trzech Króli. Od niemal tygodnia mamy Nowy Rok. Wszystkim Czytelnikom mojego skromnego bloga składam najserdeczniejsze życzenia zdrowia i wszelkiej pomyślności w nowym roku. Ja sobie życzę tego samo, jak również mnóstwa pięknych muzycznych przeżyć oraz koncertów, bo w 2021 roku było u mnie bardzo mało. Praca, którą podjąłem na początku lipca tak bardzo mną pochłonęła, że mniej miałem czasu na oddawanie się przyjemnościom wszelakim. Dzień przed Sylwestrem miało tu się znaleźć podsumowanie muzyczne minionego roku. Niestety, ale znów coś na drodze stanęło: wstawanie wczesne do pracy, a zaraz po niej …. podróż pociągiem do Ciechanowa na Sylwestra do Przyjaciela (Sponsor, pozdrawiam! Żartuję, przeca wiesz, że super było 😍). No, więc w dniu dzisiejszym, korzystając z dnia ustawowo wolnego od pracy, chciałbym na tę stratę nieco zrekonstruować.


Jak dla mnie rok 2021 nie był szczególnie obfity w nowości płytowe wzorem lat ubiegłych. Niemniej jednak spośród 250 płyt wybrałem tylko …. 30. Ale za to jakich. Oto jak przedstawia się lista. Płyty polskie i zagraniczne razem, bez dzielenia na kategorie.


Miejsce 30 - Michael Patrick Kelly - B.O.A.T.S.

Miejsce 29 - Nick Cave & Warren Ellis - Carnage

Miejsce 28 - Evanescence - The Bitter Truth

Miejsce 27 - Kult - Ostatnia Płyta

Miejsce 26 - The Black Keys - Delta Kream

Miejsce 25 - Kwiat Jabłoni - Mogło Być Nic

Miejsce 24 - Foo Fighters - Medicine At Midnight

Miejsce 23 - Tworzywo - Ballady & Protesty

Miejsce 22 - Little Simz - Sometimes I Might Be Introvert

Miejsce 21 - Dezerter - Kłamstwo To Nowa Prawda

Miejsce 20 - Me And That Man - New Man, New Songs, Same Shit Vol. 2

Miejsce 19 - Kings Of Leon - When You See Yourself

Miejsce 18 - WaluśKraksaKryzys - Atak

Miejsce 17 - DUBSKA - BDG Roots Rockers

Miejsce 16 - Tori Amos - Ocean To Ocean

Miejsce 15 - Black Label Society - Doom Crew Inc.

Miejsce 14 - Robert Plant & Alison Kraus - Raise The Roof

Miejsce 13 - Kasia Kowalska - Live Pol’and’Rock 2021

Miejsce 12 - Jerry Cantrell - Brighten

Miejsce 11 - The War On Drugs - I Don’t Live Here Anymore


TOP 10:


Miejsce 10 - Mariusz Duda - Interior Drawings

Miejsce 9 - Royal Blood - Typhoons

Miejsce 8 - Acid Drinkers - Live Pol’and’Rock 2019 & Przystanek Woodstock 2014

Miejsce 7 - Brian May - Back To The Light (odgrzewany kotlecik, ale pyszny! Postarał się doktorek)

Miejsce 6 - Gojira - Fortitude

Miejsce 5 - Adele - 30

Miejsce 4 - Bruce Springsteen - The Legendary 1979 No Nukes Concerts

Miejsce 3 - Billie Eilish - Happier Than Ever

Miejsce 2 - Kaśka Sochacka - Ciche Dni

Miejsce 1 - Roger Taylor - Outsider



Odkrycie roku: Kaśka Sochacka - Ciche Dni

Zawiedzenie roku: Daria Zawiałow - Wojny & Noce

Najczęściej puszczona piosenka: Wiśnia Kaśki Sochackiej


Koncerty: Anita Lipnicka, Czesław Mozil w ramach Zaniemyskich Bitew Morskich, oraz koncerty na Pol’and’Rock, Makowice Płoty. Jak więc widzicie - nie za wiele tego było.


Mam nadzieję, że rok 2022 będzie lepszy pod każdym względem. Wszystkiego dobrego dla Was! 💓








Bartas✌


35 lat temu ukazał się jeden z najlepszych debiutów w historii muzyki - "Ten" grupy Pearl Jam.

  Po śmierci Andy’ego Wooda Gossard i Ament zawiesili działalność. W czasie tej separacji Gossard spędził swój czas na pisaniu materiałów, k...