niedziela, 13 marca 2022

Bez ciśnienia, live in studio. Slash Feat. Myles Kennedy & The Conspirators i ich nowy album - "4".

 

Podczas, gdy wielu artystów w dobie COVID-19 ograniczyło się do pisania i nagrywania swoich albumów w odosobnieniu lub przez rozmowy na kamerkach, Slash, Myles Kennedy oraz grupa The Conspirators poszli nieco inną drogą. Wybrali się do Nashville, gdzie zarezerwowali studio nagraniowe, należące niegdyś do nieżyjącej już legendy gitary muzyki country - Cheta Atkinsa. Tam właśnie Slash i ekipa nagrali nowy album zatytułowany 4. Jak sama nazwa wskazuje, jest to czwarty solowy krążek gitarzysty kultowego Guns N Roses i Velvet Revolver nagrany z Kennedym i Conspirators oraz piąty w jego ogólnej solowej karierze. Praca nad nim przebiegała niesamowicie szybko i sprawnie, niemal spontanicznie, choć nie obyło się bez covidowych sytuacji. W założeniu zespół miał nagrywać materiał razem w jednym studio, ale Myles Kennedy niestety złapał coronę. Gitarzysta Frank Sidoris nie zgodził się na jego fizyczną obecność w studiu, tak więc wokalista przez kilka dni nagrywał swoje wokale w odosobnieniu. Wytrwałość została nagrodzona, bo efektem końcowym jest świetny, wydany 11 lutego 2022 roku, rockowy album z ogromnym poczuciem spontaniczności.


Już pierwszy otwierający album numer The River Is Rising robi wrażenie. Rozpoczyna się w zawadiackim, rockowym stylu, gdy Slash uwalnia naprzemienny oktawowy tremolo riff. Sekcja rytmiczna basisty Todda Kernsa i perkusisty Brenta Fitza przypomina sekcje rytmiczną Led Zeppelin. Zwłaszcza parte perkusyjne Fitza, który wali w gary niczym John Bonham. Zespół jest znakomicie zwarty. Slash świetnie synchronizuje swoje partie z Sidorisem, a wokal Mylesa Kennedy’ego jest wciąż w wielkiej formie. Niewielu jest dziś wokalistów rockowych mogących zbliżyć się do jego umiejętności wokalnych. Niestety, ale Axl Rose od lat nie domaga. I dlatego - moim zdaniem - nagranie nowego albumu Guns N’ Roses w oryginalnym składzie to bardzo zły pomysł. Lepiej, aby Slash skupił się na współpracy z Mylesem i Conspirations. No, dobrze, ale nie o tym dziś.Wróćmy do albumu. Idąc dalej mamy Time Will Tell, który jest równie urzekający klasycznym rockowym podejściem, podtrzymanymi alkordami wzmacniającymi refren. Kennedy świetnie operuje falsetem, podczas gdy Slash przywołuje swoje najlepsze patenty gitarowe, inspirowane solówkami Jimmy’ego Page’a. W najfajniejszym zaś numerze na płycie C'est La Vie Slash wykorzystuje efekt talk box, by jeszcze bardziej wzmocnić smakowity rockowy riff. Dużo więcej partii wokalnych ma The Path Less Followed, ale sama solówka Slasha wykorzystuje wiele charakterystycznych dla niego technik, takich jak sprytne wybieranie przechodzących nut między interwałami. Innymi słowy - klasyczny Slash o posmaku południowego rockowego grania.


Takich smaczków i patentów mamy bardzo dużo na tym albumie. Actions Speak Louder Than Words zawiera hendriksowski efekt gitarowy wah-wah (tzw kaczka). Progresja akordów łączy elementy standardów bluesowych i rockowych, wtapiając się opadające rytmiczne interludium przed kolejnym wypełniony vibrato gitarowym solo. Inną, ale równie ciekawą atrakcją albumu jest funkowy numer Spirit Love. To znów ukłon w stronę Led Zeppelin. Charakteryzuje się rozmytą linią basu i cudownym blaskiem elektrycznego sitaru. Mamy też coś z przeszłości. Utwór April Fool do bólu przypomina najlepsze czasy Guns N’ Roses. Gitarowe brzmienie ma dość poważny wyraz, zwłaszcza w solówce, gdzie Slash wpada na kilka niuansów gitarowych zagrywek w stylu country. Naśladowcy wirtuoza w cylindrze rzadko wychwytują ten aspekt jego charakterystycznych trików gitarowych. W Call Off The Dogs pojawia się ściana dźwięków, a rytm zmienia się wraz ze zmianą zwrotki, której towarzyszy przesiąknięty riff. Kennedy szybko dociera do wznoszącego się refrenu. Można też usłyszeć, jak Slash trąca między przystawkami gitarowymi, grając solo z niesamowitą zręcznością, dodając trochę zwrotów do bardziej tradycyjnych rock and rollowych zagrywek. Najbardziej epickim numerem na płycie jest zamykający całość utwór Fall Back To Earth. Ten sześcio i pół minutowy szybko wspina się do wszechogarniającej lini melodycznej gitary. Nagłe przejście do czystego, stopniowego brzmienia gitary w zwrotce daje miejsce, w którym wokal Kennedy'ego błyszczy, niczym oszlifowany diament. Wzrastająca intensywność prowadzi do repryzy wspomnianej melodii figury pod chórem. Przepływ między poziomami gęstości pięknie przechodzi w podwójne gitarowe interludium, po czym powtarza refren, który pozwala wokalnemu występowi Kennedy'ego znaleźć nuty, które łączą się z grą Slasha, która zamyka utwór.


Poprzednie dwa albumy Slasha i Mylesa były dla mnie nieco przydługie, momentami nudne, a patenty dość mocno oklepane. Czwórka za to zamyka się zgrabnie czasowo w trzech kwadransach, ale jej słuchanie wydaje się znacznie głębsze. Na tym albumie nic nie jest przesadne, ale wszystko spójne, brak jakiegoś słabszego punktu. Rzeczywiście słychać, że sesja nagraniowa odbywała się na na setkę. Bez ciśnienia. To fantastyczna mieszanka przestrzenna, w której wszystkie instrumenty z klarownością siedzą w spektrum dźwiękowym. Czapki z głów przed Slashem! 👏👍








Bartas✌

niedziela, 6 marca 2022

Tożsamość wyznawców rock'n'rolla. Scorpions i ich nowy krążek - "Rock Believer"

Niemcy zawsze stały dobrymi zespołami rockowymi i metalowymi. Jednym z najdłużej istniejących i odnoszących największe sukcesy jest oczywiście grupa Scorpions. Początki jej datuje się na 1965 rok. Któż nie zna ich największych hitów takich jak Wind Of Change czy I’m Still Loving You. To wszystko są piękne i ponadczasowe klasyki. Ale grupa nigdy nie stała w miejscu, zawsze parła do przodu, niczym pershing. Właśnie powracają ze swoim nowym, dziewiętnastym w karierze albumem studyjnym zatytułowanym Rock Believer. Wydany został w piątek, 25 lutego 2022 nakładem wytwórni Vertigo. Jest to pierwszy album nagrany po siedmiu latach przerwy. Ten przedostatni, zatytułowany Return To Forever - przynajmniej w moim odczuciu - dobrym, solidnym krążkiem, jednak całościowo pozostawiał nieco do życzenia. Najnowszy zdecydowanie bije go o głowę. Przez lata skład się zmieniał, ale ten stały człon - Klaus Meine na wokalu oraz Rudolf Schenker i Matthias Jabs na gitarach - został zachowany i zdefiniował w zasadzie wszystko, z czego słyną Scorpionsi.


Ogólnie rzecz ujmując Rock Believer jest niezwykle orzeźwiający i każda piosenka zasługuje na wysłuchanie. Utwór tytułowy znakomicie nadaje się na nowy, rockowy hymn, który z pewnością zostanie z nami na dłużej. Dobrze zharmonizowany, zapadający w pamięć. Klaus Meine śpiewa w nim z przekonaniem: No one can take Your dreams away / In the ruins of their souls/You saw the beauty of it all/ Simply a generation change. Sugeruje jasno, że po prostu głupio jest rezygnować z tego, kim jesteś jako muzyk lub osoba, tylko dlatego, że czasy się zmieniają. Otwierający album zaś Gas In The Tank to zabawny numer z ciężkim gitarowym riffem, który natychmiast przenosi nas do czasów, w których Scorpionsi nagrywali swoje najlepsze płyty. Roots In My Boots ma bardzo chwytliwy tekst i bit perkusyjny, z pewnością świetnie sprawdzi się na żywo. Utwory Shining Of Your Soul oraz Cold And Hot emanują pozytywnym przesłaniem i klimatem klasycznego rocka z przełomu lat 80 i 90-tych. Absolutną torpedą jest When I Lay My Bones To Rest przed krótkim, ale słodkim Peacemaker, który znów mówi pozytywnym językiem, niosąc jednocześnie ciężar mocniejszego przesłania - pokoju na świecie. Wcale nie gorszym jest Call Of The Wild, gdzie tempo grania jest nieco zwolnione, ale nie pozbawione wybornych solówek i melodii. 


Scorpionsi chyba nie byliby sobą, gdyby nie nagrali pięknej, chwytającej za serce rockowej ballady. Mamy ją i tutaj w postaci utworu When You Know (Where You Come From). Wokal Klausa Meine, mimo upływu lat, wciąż jest pełen emocji. Utwory takie jak Shoot For Your Heart i When Tomorrow Comes brzmią już mniej klasycznie, bardziej nowocześnie, ale to jest jak najbardziej in plus dla zespołu. Finalizacją tego wydawnictwa (w wersji deluxe edition) jest utwór Crossing Border oraz akustyczna wersja When You Know (Where You Come From). Ten pierwszy jest swego rodzaju metaforą - zespół miał w przerwy w nagrywaniu, różne osobiste incydenty, więc ta granica była trudna do przekroczenia. Ten drugi jest miłym dodatkiem do całości.


Kończąc ten wywód stwierdzam z pełną odpowiedzialnością za swoje słowa, że Rock Believer jest albumem godnym pochwały od początku do końca. Nie jest to oczywiście żadne odkrywcze granie. Jest to przypomnienie o ich własnej tożsamości. Myślę, że nie będzie to ostatnia ich płyta😊


Long live rock’n’roll !!! 😈









Bartas✌

niedziela, 13 lutego 2022

Czapka pilota, szafa grająca i ... głosy z zaświatów. Kim jest "Ziemianin"? Eddie Vedder i jego nowy album zatytułowany "Earthling".

 

Eddie Vedder to  wielka legenda sceny grunge, frontman Pearl Jam, aktywista walczący o podstawowe prawa człowieka, gość obdarzony charakterystycznym głosem i jeden z moich wielkich idoli muzycznych. Bez niego nie wyobrażam sobie tego zespołu, który - jak wiecie - jest w moim ścisłym TOP 5 zespołów ever. Ale jak się za moment przekonacie Vedder to nie tylko ikona Pearl Jam. Na przestrzeni lat bardzo dobrze radził sobie także jako solowy artysta. W 2007 roku ukazał się jego pierwszy album będący przepiękna ścieżką dźwiękową do równie przepięknego filmu Into The Wild w reżyserii Seana Penna. Cztery lata później ukazał się drugi album artysty zatytułowany Ukulele Songs. Zawierał - jak się można domyśleć - piosenki zaaranżowane właśnie na ten instrument. Zaś we wrześniu zeszłego roku ukazała się kolejna ścieżka dźwiękowa, również do filmu Flag Day wspomnianego wyżej reżysera, ale pod szyldem Eddie Vedder, Glen Hansard & Cat Power. I co dalej? W ubiegły piątek, tj. 11 lutego 2022, ukazał się jego trzeci solowy album zatytułowany Earthling. I jeśli ktoś zna poprzednie solowe dokonania artysty i jest w pełni przekonany, że znów usłyszy tylko i wyłącznie klimaty spokojne, refleksyjne ten będzie … albo zawiedziony abo pozytywnie zaskoczony. Jako wielki fan Pearl Jam, a także solowych dokonań Eddiego czekałem bardzo na tę płytę i jestem nią bardzo mile zaskoczony.


Album otwiera utwór Invincible. Eddie wciela się w rolę pilota maszyny, który oprowadzi nas po tej muzycznej wędrówce Ziemianina. Pyta słuchacza: Wszystko ok? Jesteście gotowi do startu? No, to lecimy! Witajcie na pokładzie Air Vedder, ludzie! Niezwykle przestrzenna produkcja oraz świetne wpadające w ucho melodie do złudzenia przypominają najlepsze dokonania Petera Gabriela. Taki troszkę Red Rain z płyty SO. Nawet są takie momenty, tak wyśpiewane frazy, że Ed brzmi jak Gabriel. Numer totalnie wbił mnie w ziemię i już wiedziałem, że to będzie płyta, która sprawi mi wiele radości. Słuchając jej ma się wrażenie, jakby dusza Eddiego była podłączona bezpośrednio do szafy grającej, przeskakując przez różne epoki historii muzyki. Mamy znakomity singlowy numer Long Way, który przywołuje nieżyjącego już, wspaniałego Toma Petty’ego i jego zespołu The Heartbreakers. Mało tego: w numerze tym na klawiszach gra ich członek -  Benmont Tench. Fallout Today kojarzy mi się ewidentnie z Brucem Springsteenem (Ed i Bruce się bardzo przyjaźnią, zarówno na stopie prywatnej, jak i zawodowej). Rose Of Jericho łączy wzburzony punkowy riff z odniesieniami do amerykańskiego pisarza, poety i filozofa transcendentalisty Henry'ego Davida Thoreau, podczas gdy Good And Evil kończy się podmuchem szumu, który wstrząśnie Waszymi głośnikami. Oba, co należy podkreślić, wywodzą się bezpośrednio po wyciszonej elegancji The Haves.


Nie ma możliwości dowiedzenia się dokąd zmierza ten Ziemianin. Cała muzyczna spontaniczność może niektórych zrazić, ale jej największym atutem jest eklektyzm. I tu szczególne uznanie należy się producentowi i instrumentaliście Andrew Wattowi (odpowiedzialny za produkcję takich gwiazd jak Ozzy Osbourne czy Miley Cyrus) za pomoc w prowadzeniu tej muzycznej wędrówki. Mamy też specjalnych gości. W niesamowicie radosnym, skocznym i troszkę drapieżnym Try na harmonijce gra Stevie Wonder, zaś w Picture gra i śpiewa z Vedderem sam sir Elton John. Zapętlony przeze mnie niemal do znudzenia numer Mrs Mills to ukłon w stronę Beatlesów i opowieść o pewnym pianinie, którego używała masa artystów w słynnych studiach Abbey Road, w tym także i Czwórka z Liverpoolu. To po części lekcja historii muzyki, a po części list miłosny. Na perkusji gra tutaj nikt inny jak sam Ringo Starr.


Najbardziej poruszającym w warstwie lirycznej momentem na płycie jest utwór Brother The Cloud, który zaczyna się od zapadającej w pamięć deklaracji: I had a brother / But now my brother is gone / Oh, I search the sky for a glimpse of his blue eyes / And there I find his image in the clouds. Spekulacje koncentrują się na bracie Veddera, Chrisie, który zginął w wypadku w 2016 roku, a także na wokaliście Soundgarden -  Chrisie Cornellu - który popełnił samobójstwo w maju 2017 roku. Vedder przerwał milczenie na temat obu incydentów podczas wywiadu z Howardem Sternem w listopadzie 2020. Przyznał wtwedy, że wciąż walczy z pogodzeniem się ze stratami. Największy ładunek emocjonalny na płycie. W końcowej części utworu Ed niemal płacze, prosząc i pytając: Put Your arm 'round my brother, my friend… What are friends? …. Fuck You … What are friends, friends for?


Największą niespodzianką jest zamykający album utwór On My Way. Słyszymy w nim głos z zaświatów. To głos ojca Eddiego, Edwarda Seversona, który jest w epicentrum całej ojcowskiej traumy klasyka Pearl Jam Alive. Jego głos został cudem ocalony na starych nagraniach, gdzieś w domowych archiwach. Gdy rozbrzmiewają fragmenty tych wokali, Ed ponownie zakłada czapkę pilota, wznawiając wszystkie transmisje, które rozpoczęły album. Wracamy. Dla przypadkowego słuchacza będzie to miłe i kołyszące zakończenie. Dla tych, którzy dobrze znają się na annałach legendy Pearl Jam zapewne nie obejdzie się bez użycia chusteczek higienicznych. Chociaż Alive to dziś już afirmacja życia, ale może kiedyś o tym Wam opowiem😉


Płyta, jakiej oczekiwałem od Veddera. Różnorodna, a zarazem spójna. Z jednej strony bardzo świeża, z nowoczesnym brzmieniem, a z drugiej - bardzo nostalgiczna. Zapewne podzieli fanów i Pearl Jam, jak i solowego Eda. Nie ma jednak wątpliwości, że ten zbliżający się nieuchronnie do sześćdziesiątki muzyk, wokalista ma jeszcze wiele do powiedzenia. Potrafi się muzyką cieszyć i bawić. Puszczać oko do odbiorcy. I to jest właśnie w nim piękne. Bardzo polecam tę płytę!😍








Bartas✌

niedziela, 6 lutego 2022

Zatrzymać czas. Wielki powrót Madrugady w pięknym stylu. O nowej płycie "Chimes At Midnight" słów kilka.

 

Moja przygoda z twórczością zespołu Madrugada i jego liderem Sivertem Høyemem rozpoczęła się w 2007 roku. Jeszcze w starej dobrej Trójce Grzegorz Zembrowski (pozdrawiam, Redaktorze! co u Ciebie słychać?) w swojej autorskiej audycji Mikrokosmos prezentował niemalże co tydzień dokonania tego zespołu. Od razu się w tej muzyce zakochałem. W tym samym 2007 roku zmarł gitarzysta i założyciel formacji Robert Burås. Nagrania do płyty zatytułowanej po prostu Madrugada były w toku. Udało się dokończyć po śmierci muzyka, po czym wyruszyć w trasę i … zakończyć działalność. Ucieszyłem się jednak, gdy w 2018 roku grupa wznowiła działalność. Ruszyli wtedy w trasę upamiętniającą zarówno zmarłego gitarzystę, jak i rocznicę debiutanckiej płyty z 1999 - Industrial Science. Norwegowie nie myśleli wówczas o tworzeniu nowej muzyki. Po prostu chcieli razem pograć ku uciesze swoich fanów. Jak się okazało rok później chyba mieli dość tej nostalgii i życia przeszłością. Postanowili, że znów będą zespołem pełną gębą. Pierwszym tego dowodem był sympatyczny singiel Half-Light.


No, a teraz mamy nowy, pełnoprawny kolejny album Madrugady zatytułowany Chimes At Midnight. Zanim włożyłem płytę do odtwarzacza, przeczytałem kilka recenzji moich znajomych odnośnie tej płyty. Wszystkie były w samych superlatywach, co jeszcze bardziej zaostrzyło mój apetyt. Już pierwsze takty brzmią, jakby czas się dla nich zatrzymał. Nobody Loves You Like I Do to czysta Madrugada. Słychać w niej tę niesamowicie magiczną melancholię, balladowy i panoramiczny dźwięk z pięknymi melodiami. Głos Siverta Høyema nadal czaruje i przyprawia o gęsią skórkę. Z jednej strony brzmi jak stara Madrugada, a z drugiej - troszeczkę inaczej. Brakuje bowiem tej błyszczącej gitary Roberta Buråsa, mimo że jego następcy, Cato Thommasse i Christer Knutsen, byli czymś więcej niż tylko substytutem podczas długiej trasy. W jakiś sposób zespół brzmi nieco bardziej, skoncentrowany na pisaniu piosenek, zbliżony do solowej twórczości Høyema. Chociaż przez te lata nieobecności zespołu wokalista starał się nie zapominać o tych utworach na swoich solowych koncertach.


Chimes At Midnight jest przepełniony pięknymi dźwiękami. Nie tylko otwierający płytę numer Nobody Loves You Like I Do, ale także tęskno brzmiący Help Yourself To Me, misternie połyskujący i przywodzący na myśl debiut zespołu Ecstasy czy też świetne Dreams At Midnight, które ewidentnie zasługuje na miano jednego z największych przebojów grupy. Bardziej dynamicznie i kołysząco jest w Empire Blues. Ciekawym utworem jest też Imagination, który przy pierwszym odsłuchu dość mocno skojarzył mi się z U2. I szczerze mówiąc, gdyby nie wokal Høyema to pomyślałbym, że to jakiś nowy ich singiel.


Mimo wielkiego nieobecnego Roberta Buråsa bardzo cieszę się z powrotu Madrugady na scenę. Chimes At Midnight to płyta doskonała od początku do końca. Mocny ładunek emocjonalny w tekstach Siverta. Przyznam, że rzadko się zdarza, by nowy rok zaczął się od jakiejś muzycznej petardy. Ten 2022 właśnie się od takiej zaczął. Chimes At Midnight ma ogromne szanse stać się - na mojej liście - albumem roku albo w ścisłej czołówce. Ok, ale nie mówmy jeszcze hop. Zaparzcie sobie wieczorem herbaty, okryjcie się kocem, przytulcie ukochaną osobę i … posłuchajcie jak Sivert czaruje swoim głosem. Wstyd nie mieć! 😊








Bartas✌



czwartek, 6 stycznia 2022

Podsumowanie muzyczne roku 2021. Trzydziestka moich ulubionych płyt.

 

Jest szósty dzień stycznia, Święto Trzech Króli. Od niemal tygodnia mamy Nowy Rok. Wszystkim Czytelnikom mojego skromnego bloga składam najserdeczniejsze życzenia zdrowia i wszelkiej pomyślności w nowym roku. Ja sobie życzę tego samo, jak również mnóstwa pięknych muzycznych przeżyć oraz koncertów, bo w 2021 roku było u mnie bardzo mało. Praca, którą podjąłem na początku lipca tak bardzo mną pochłonęła, że mniej miałem czasu na oddawanie się przyjemnościom wszelakim. Dzień przed Sylwestrem miało tu się znaleźć podsumowanie muzyczne minionego roku. Niestety, ale znów coś na drodze stanęło: wstawanie wczesne do pracy, a zaraz po niej …. podróż pociągiem do Ciechanowa na Sylwestra do Przyjaciela (Sponsor, pozdrawiam! Żartuję, przeca wiesz, że super było 😍). No, więc w dniu dzisiejszym, korzystając z dnia ustawowo wolnego od pracy, chciałbym na tę stratę nieco zrekonstruować.


Jak dla mnie rok 2021 nie był szczególnie obfity w nowości płytowe wzorem lat ubiegłych. Niemniej jednak spośród 250 płyt wybrałem tylko …. 30. Ale za to jakich. Oto jak przedstawia się lista. Płyty polskie i zagraniczne razem, bez dzielenia na kategorie.


Miejsce 30 - Michael Patrick Kelly - B.O.A.T.S.

Miejsce 29 - Nick Cave & Warren Ellis - Carnage

Miejsce 28 - Evanescence - The Bitter Truth

Miejsce 27 - Kult - Ostatnia Płyta

Miejsce 26 - The Black Keys - Delta Kream

Miejsce 25 - Kwiat Jabłoni - Mogło Być Nic

Miejsce 24 - Foo Fighters - Medicine At Midnight

Miejsce 23 - Tworzywo - Ballady & Protesty

Miejsce 22 - Little Simz - Sometimes I Might Be Introvert

Miejsce 21 - Dezerter - Kłamstwo To Nowa Prawda

Miejsce 20 - Me And That Man - New Man, New Songs, Same Shit Vol. 2

Miejsce 19 - Kings Of Leon - When You See Yourself

Miejsce 18 - WaluśKraksaKryzys - Atak

Miejsce 17 - DUBSKA - BDG Roots Rockers

Miejsce 16 - Tori Amos - Ocean To Ocean

Miejsce 15 - Black Label Society - Doom Crew Inc.

Miejsce 14 - Robert Plant & Alison Kraus - Raise The Roof

Miejsce 13 - Kasia Kowalska - Live Pol’and’Rock 2021

Miejsce 12 - Jerry Cantrell - Brighten

Miejsce 11 - The War On Drugs - I Don’t Live Here Anymore


TOP 10:


Miejsce 10 - Mariusz Duda - Interior Drawings

Miejsce 9 - Royal Blood - Typhoons

Miejsce 8 - Acid Drinkers - Live Pol’and’Rock 2019 & Przystanek Woodstock 2014

Miejsce 7 - Brian May - Back To The Light (odgrzewany kotlecik, ale pyszny! Postarał się doktorek)

Miejsce 6 - Gojira - Fortitude

Miejsce 5 - Adele - 30

Miejsce 4 - Bruce Springsteen - The Legendary 1979 No Nukes Concerts

Miejsce 3 - Billie Eilish - Happier Than Ever

Miejsce 2 - Kaśka Sochacka - Ciche Dni

Miejsce 1 - Roger Taylor - Outsider



Odkrycie roku: Kaśka Sochacka - Ciche Dni

Zawiedzenie roku: Daria Zawiałow - Wojny & Noce

Najczęściej puszczona piosenka: Wiśnia Kaśki Sochackiej


Koncerty: Anita Lipnicka, Czesław Mozil w ramach Zaniemyskich Bitew Morskich, oraz koncerty na Pol’and’Rock, Makowice Płoty. Jak więc widzicie - nie za wiele tego było.


Mam nadzieję, że rok 2022 będzie lepszy pod każdym względem. Wszystkiego dobrego dla Was! 💓








Bartas✌


niedziela, 12 grudnia 2021

Moje muzyczne odkrycie roku 2021. Kaśka Sochacka i jej "Ciche Dni".

Była wczesna wiosna roku 2021. Radio 357 i któraś z audycji Piotra Stelmacha. Serio, nie pamiętam czy to była to audycja Głośni Jak Miłość czy Zielony Żoliborz. Wydaje mi się, że chyba jednak to drugie. Dziennikarz zapowiada utwór Wiśnia - zajawka debiutanckiej płyty artystki, która swoim głosem oczarowała mnie od pierwszego usłyszenia - Kaśki Sochackiej. Jak zapewne wiecie, nowej polskiej muzyki słucham w dużo mniejszym stopniu, niż zagranicznej. Musi mnie już coś naprawdę porządnie wziąć. Tak jak w przypadku tej płyty Ciche Dni. W telegraficznym skrócie: Kaśka Sochacka to młoda, urodzona w 1990 roku bardzo utalentowana artystka, pochodząca z muzykalnej rodziny. Jej tata był gitarzystą, a mama zaś była opiekunką Zespołu Pieśni i Tańca Ziemia Kroczycka. Kasia próbowała swoich sił w programach, których szczerze nienawidzę - Mam Talent i Must Be The Music. W obu zaszła dość daleko. W 2019 roku ukazała się epka Wiśnia, zaś 26 marca 2021 nakładem wytwórni Jazzboy Records ukazał się długo oczekiwany debiutancki album zatytułowany Ciche Dni.


Album zawiera dziesięć bardzo zgrabnych, melodyjnych i wpadających w ucho kompozycji. Mamy do czynienia z bardzo dojrzałym ambitnym popem, z domieszką jazzu czy folku oraz alternatywy. Niemalże każda kompozycja nadaje się na przebój i długo pozostaje w świadomości Słuchacza. W warstwie lirycznej artystka porusza - jak tytuł sam wskazuje - relacje damsko-męskie. W otwierającym album, wspomnianym już utworze Wiśnia, Kasia zachwyca się budzącym wkoło życiem, wiosną. No, ale co z tego, skoro nie ma koło niej jej ukochanego, z którym bardzo tęskni. Idąc dalej mamy Nie Było Cię. W tym utworze moją uwagę zwróciła produkcja. Widać i słychać, że artystka musiała dużo słuchać takich zespołów jak Portishead czy Archive, bo ten utwór utrzymany jest właśnie w takim klimacie. Podobnie rzecz ma się z utworem Znowu Jestem W Punkcie, Który Dawno Temu Już Minęłam. W utworze tytułowym pojawia się pierwszy gość - Dawid Podsiadło. Nie przepadam za tym gościem, ale jego głos w tym nagraniu jest dla mnie niemal niesłyszalny. Tu Kaśka czaruje pięknym głosem, odkrywając swoje uczucia coraz bardziej. Niezwykłe wrażenie na mnie zrobił utwór Mróz. Nie tylko z uwagi na sam tekst, ale również na bogatą produkcję utworu, urozmaiconą partiami skrzypiec pod koniec utworu. Jezu, jak ja kocham skrzypce. W utworze Dla Mnie To Koniec artystkę wspiera wieloletni przyjaciel Kortez, zaś w Boje Się O Ciebie - wokalista Bitaminy, Vito Bambino. Album kończy delikatny utwór Balkon, który - można powiedzieć - jest w warstwie lirycznej powrotem do punktu wyjścia, do Wiśni. Ona wciąż czeka, tęskni i wierzy, że wszystko będzie dobrze.


Nie jestem typem gościa, który w jakiś szczególny sposób wzrusza się historiami miłosnymi. Sam jestem po przejściach, ale nie lubię o tym gadać. Jednak w tych opowieściach jest coś, co chwyta za serce, za gardło i nie pozwala się od tego uwolnić. Mimo, iż jest to dopiero debiutancki krążek, artystka pokazała, że potrafi był w stu procentach profesjonalna, w tym co robi. Fajnie byłoby zaprosić na Najpiękniejszy Festiwal Świata. Muszę podsunąć ten pomysł Jurkowi. Świetnie sprawdziłaby się na nocnej scenie ASP. Kaśka Sochacka i jej Ciche Dni to zdecydowanie moje odkrycie roku 2021. Polskie i w ogóle tegoroczne. Usiądźcie, otulcie się kocem, zaparzcie herbaty i oddajcie się tej muzie, bo naprawdę warto😍








Bartas✌

sobota, 4 grudnia 2021

Troszkę McCartneya, troszkę Black Sabbath. Oldschool w najlepszym wydaniu. Nowy album grupy Black Label Society - "Doom Crew Inc"

Moja muzyczna przygoda z Zakkiem Wyldem i jego ekipą rozpoczęła się na początku liceum, w roku 2002. Samego zaś Zakka znałem wcześniej ze współpracy z Ozzym Osbournem i podziwiałem jego warsztat gitarowy. Natomiast Black Label Society odkryłem dopiero przy trzeciej płycie, która zrobiła na mnie dobre wrażenie - bardzo fajne oldschoolowe granie. Jednakże przełomowym dla mnie momentem w ich karierze był wydany w roku 2005 album Mafia, a rok później Shot To Hell. I te dwa albumy po dziś dzień są moimi ulubionymi w katalogu tej kalifornijskiej formacji. Kolejne albumy były pozbawione niektórych efektów, energii i postprodukcji, aby wrócić nieco do podstaw i troszkę bardziej skupić się na wspomnianym już oldschoolowym klasycznym rocku czy metalu opartym na riffach w stylu Led Zeppelin, Black Sabbath i … troszkę wcześniejszego Rainbow. Zespół stwierdził, że nowe zatytułowane Doom Crew Inc. wydawnictwo kontynuuje tę oldschoolową tradycję. Czy tak jest? Przyjrzyjmy się więc temu.


Album otwiera utwór Set You Free, który rozpoczyna się perfekcyjnie wykonaną sekcją akustyczna z czystymi wręcz stalowymi strunami, po czym wkracza ciężki, głośny stonowany dźwięk, do którego dołącza cały zespół. W połowie numeru zostajemy potraktowani dobrze zrobioną, wielościeżkową, zharmoizowaną sekcją gitarową, po czym Zakk wysadza naładowane wahami solo, przerywane jefi zwykłymi harmonicznymi wibrato i ostrymi arpeggio. Destroy And Conquer to nic innego jak jak riffy rodem z Black Sabbath z okresu połowy lat 70-tych, co wcale nie jest ujmą na honorze. Brzmienie gitary jest brudne i muliste i mocno w stylu Iommiego. You Made Me Want To Live jest łagodny, choć nieco złowieszczy z mroczną molową, wirująca progresją akordów. Piosenka stanowi interesujący kontrapunkt podnoszących na duchu tekstów i mrocznej aury. Forever And A Day to odświeżające odejście w formie ballady w stylu Paula McCartneya, niemalże w tym samym duchu co In This River ze wspomnianej już mojej ulubionej Mafii, chociaż jest to kompozycja bardziej oparta na gitarze, a nie na pianinie jak w przypadku In This River. Tempo dobrze służy piosence przez pierwsze dwie minuty i nawet, gdy wysokie wzmocnienie Les Paula pojawia się w ciągu kilku minut, nie koliduje to z klimatem grania unplugged. To celowy zabieg, by nieco wzmocnić uczucia, jakie wywołuje ta bardzo ładna kompozycja.


Bardzo mocnym punktem albumu jest utwór Ruins z warstwami niesamowitych harmonii wokalnych, zestawionych z trzaskającymi riffami i płonącymi gitarami. Zaś Love Reign Down (nie mylić z utworem The Who) jest delikatnym utworem fortepianowym (z domieszką organów), który ponownie w odpowiedni i gustowny sposób wykorzystuje gitarę, która jest dość czysta, ale stopniowo rośnie w siłę i intensywność, aby jeszcze bardziej podnieść piosenkę i nadać jej crescendo. Ale żeby nie było tak słodko to za moment mamy znów powrót do ciężkości w postaci Gospel Of Lies, który przywołuje ducha płyty Sabbath Bloody Sabbath. Rewelacja! Finałowy Farewell Ballad to po części klasyczny rockowy wyciskacz łez, po części poszukująca duszy odyseja. To magiczny moment na albumie, który wykorzystuje to, co najlepsze z przeszłości Black Label Society i pozwala mu na nowo rozkwitnąć w świeżą i bardzo owocną nową erę.


Płyta bardzo różnorodna, ale bardzo spójna. Z pewnością nie przebije Mafii, ale uważam, że jest ważną częścią dyskografii Black Label Society. Pokazuje tym, że Zakk przekracza swoje granice i daje fanom coś, co z pewnością będzie dobrym albumem pod każdym względem. Słychać, że zespół włożył w kompozycje dużo serca. Mam nadzieję, że spodoba się tym z najbardziej ortodoksyjnych metalowców. Bardzo ważne wydawnictwo tego roku. Serdecznie polecam. I jeszcze na sam koniec napiszę, że w 2015 roku miałem okazję widzieć ten zespół na żywo na Najpiękniejszym Festiwalu Świata (jeszcze wtedy) Przystanku Woodstock. Koncert był naprawdę bardzo dobry, ale zawiodłem się zachowaniem Zakka na scenie. Wyglądało to tak, jakby ktoś go tam wepchnął na siłę i kazał mu grać. Zero kontaktu z publiką, co właśnie jest na tym Festiwalu specjalnością. Szkoda. No, ale … posłuchajcie Doom Crew Inc. Naprawdę warto! 😊








Bartas✌

35 lat temu ukazał się jeden z najlepszych debiutów w historii muzyki - "Ten" grupy Pearl Jam.

  Po śmierci Andy’ego Wooda Gossard i Ament zawiesili działalność. W czasie tej separacji Gossard spędził swój czas na pisaniu materiałów, k...