sobota, 12 września 2020

Muzyka w czasach COVID-a. Mariusz Duda - Lockdown Spaces

Doprawdy nie wiem jak ten facet to robi. Czego by się nie chwycił to zamienia się w złoto. Mariusz Duda, czyli muzyczny architekt i lider kultowego już zespołu Riverside (mojego ulubionego polskiego zespołu ostatnich prawie 20 lat) oraz takich projektów jak Lunatic Soul,  wielokrotnie zadziwia jako wyjątkowy twórca i wykonawca. Oprócz wykazania jego zręczności jako niesamowitego autora piosenek, muzyka i wokalisty, projekty te ujawniają również jego talent do tworzenia zaprogramowanych dźwięków, które są tak samo specyficzne, jak zniewalające. To właśnie ta strona jego artyzmu jest najbardziej uwydatniona w jego najnowszym przedsięwzięciu, Lockdown Spaces. Skomponowany i wykonany w całości przez niego, wydaje się dość dopasowany do najbardziej cyfrowych i abstrakcyjnych kompozycji Lunatic Soul. 


Jak stwierdził sam autor: Muzyka zainspirowana, jak sama nazwa wskazuje, życiem w kwarantannie. To mroczny, minimalistyczny i klaustrofobiczny album, który przyszedł mi do głowy podczas sesji do nowego Lunatic Soul. Postanowiłem, że dla wzmocnienia „efektu zamknięcia” zagram tutaj tylko na instrumentach elektronicznych, używając dodatkowo sampli i głosu.


Płyta zaczyna się utworem Isolated, który jest takim kolażem obracających się cyfrowych dźwięków podszytych żałobnym motywem, które później przechodzą w ciężkie i bardzo złowrogie tony. Warto nadmienić, że właściwie cały album charakteryzuje się bardziej bezsłowną interpretacją nastroju, niż konkretnym utworem, piosenką (jak w przypadku choćby jego macierzystej formacji Riverside). Mimo to ta muza kusi i intryguje. To jest cały Mariusz Duda. Inne utwory, takie jak choć ekstrawagancki i różnorodny Bricks, względnie dysonansowe i ponure Waiting oraz kosmicznie motywujące Thought Invaders to niby ta sama bajka muzyczna, a jednak każdy z nich jest odrębnej barwy. 


W innym miejscu Mariusz idzie w bardziej w tradycyjne struktury. I tak na przykład utwór tytułowy, Lockdown Spaces, charakteryzuje się użyciem złowieszczych i dziwacznych szeptów. Kiedy pierwszy raz słuchałem tego nagrania to skojarzył mi się ze świetnym, czwartym albumem Lunatic Soul, Walking On A Flashlight Beam. Paradoksalnie album Lockdown Spaces dołujący nie jest. Mamy na nim podnoszący na duchu, spokojny Pixel Heart. Najbardziej jednak rozbudowanym i rozwiniętym pod kątem instrumentalizacji jest utwór Unboxing Hope. Jest w nim jakaś niesamowita energia i zmiany nastrojów.


Lockdown Spaces jest świadectwem tego, jak duży jest potencjał muzyków wykorzystujących obecną pandemię do wypróbowywania nowych rzeczy i wyrażania własnych uczuć. Płyta niełatwa w odbiorze, zupełnie inna od tego, co proponuje na płytach Riverside czy Lunatic Soul. Ale jest niezwykle zaskakująca, bo pokazuje jakim kreatywnym jest muzykiem i jak bardzo potrafi odkryć się przed Słuchaczem ze swych emocji. Jeśli jesteś już fanem i jesteś otwarty na umiarkowanie nową warstwę artyzmu Dudy, Lockdown Spaces z pewnością zaskoczy i usatysfakcjonuje. Jedna z najlepszych płyt roku 2020. Już zapisałem w kajeciku. Polecam. Dla wyciszenia. 







Bartas✌


piątek, 11 września 2020

Samotność, lęk, myszy, szczury i seksualne podteksty. 20 lat debiutanckiego albumuu Goldfrapp - "Felt Mountain"

Mój SOLATOWY (SOLAT to skrót od State Of Love And Trust - Pearl Jam Poland, grupa fanów Pearl Jam na Facebooku) kolega Daniel - przy okazji moich myśli na temat albumu Dummy grupy Portishead - przypomniał mi o jednej bardzo pięknej płycie. Ta płyta także jest z podobnego nurtu muzyki trip hop. Felt Mountain - debiutancki album brytyjskiego duetu Goldfrapp. Dziś obchodzi 20 rocznicę wydania. Usłyszałem ich po raz pierwszy właśnie 20 lat temu w Radiowej Trójce, ale nie mogę sobie przypomnieć u kogo. Prawdopodobnie u Piotra Stelmacha albo Michała Margańskiego. U kogoś z tych dwóch redaktorów. W każdym razie w Trójce. Bardzo oczarowała mnie ta muzyka. Z resztą pisałem, że mam ciągoty do takich odjechanych dźwięków. Kilka słów wypadałoby dzisiaj o tym napisać.


W sierpniu 1999 roku duet Goldfrapp, czyli Alison Goldfrapp i Will Gregory, podpisali kontrakt nagraniowy z londyńską wytwórnią Mute Records. Zaraz po tym para zaczęła nagrywać swój debiutancki album. Nagrali go w sześć miesięcy w wynajętym domku na wsi w Wiltshire. Prace były dość męczące. Zarówno dla Willa, jak i Alison. Gregory nie był przyzwyczajony do nagrywania z innymi muzykami, a Goldfrapp przeszkadzały … panoszące się tam myszy i szczury. Ona pisała teksty, a muzykę komponowali wspólnie.  Teksty są abstrakcyjnymi, obsesyjnymi opowieściami inspirowanymi filmami, dzieciństwem Goldfrapp i samotnością, którą czuła podczas nagrywania albumu. Muzycznie album czerpie inspiracje z różnych stylów, w tym popu lat 60., kabaretu, folku i elektroniki


Felt Mountain otwiera Lovely Head, utwór, który zestawia szurający rytm perkusji i gwizd, który brzmi, jakby mógł mieć 50 lat, z futurystycznymi analogowymi dźwiękami. Głos Goldfrapp, z całym swoim ciepłem i ekspresją, od razu brzmi znajomo - Marlena Dietrich Piosenka została inspirowana Shirley Bassey i wydana jako singiel promujący. Drugi utwór, Paper Bag, opowiada o obsesji na punkcie kogoś i niemożności jej posiadania. W utworze Human mamy beat w stylu mambo, zaś Pilots opisuje podróżników unoszących się w atmosferze nad ziemią. To inspiracja piosenkami z Jamesa Bonda. Uwagę też przykuwa ballada Deer Stop, która zawiera dziecinne wokale i seksualny podtekst. Sprawdźcie sami. 


Tytułowy utwór był inspirowany pomysłem Goldfrapp o biczowaniu wilka w tym małym domku Tudorów z widokiem na śnieżny krajobraz, zaś Oompa Radar został zainspirowany filmem Romana Polańskiego Cul-de-Sac z 1966 roku i utrzymany jest w kabaretowym klimacie. Utopia został wydany jako drugi singiel. Album zamyka Horse Tears, minimalistyczna ballada fortepianowa z przefiltrowanym wokalem


Największą siłą Felt Mountain jest jego elegancja. Nie ma naprawdę słabego momentu. I chociaż piosenki nie różnią się zbytnio od siebie, to ten przepływ od utworu do utworu ma sens. Podsumowując: Felt Mountain to naprawdę świetna płyta, w której zakochałem się od pierwszego przesłuchania. I Wam polecam, ale… uważajcie, bo uzależnia.






Bartas✌


The Pineapple Thief - Versions Of The Truth. Myśli moje własne.

Kiedy wychodzi nowa płyta Złodziei Ananasów to już wiedz, że coś się dzieje. Idzie jesień, idzie jesienna zaduma. Okrywasz się kocem, zaparzasz herbatki i słuchasz. Mam kilka takich zespołów, które bardzo cenię, a które nieodłącznie kojarzą mi się z jesienią. A są to Anathema, Antimatter, NoSound, Blackfield, Archive, Goldfrapp (dzisiaj 20 rocznica debiutanckiej płyty, ale o niej napiszę w osobnym wątku), Madrugada i Sivert Høyem, a także The Pineapple Thief. Dziś chciałbym się pochylić nad tym ostatnim z wymienionych, bo właśnie ukazała się ich trzynasta studyjna płyta zatytułowana Versions Of The Truth. Odnoszę wrażenie (może mylne), że Ananasy już od jakiegoś czasu uważane są za jeden z najbardziej niedocenionych zespołów rocka progresywnego. Grupa Bruce'a Soorda nagrywa bardzo intensywnie. W pewnym momencie nawet już przestałem nadążać za ich wydawnictwami. Ledwo posłuchałem jednej płyty, a tu już następna płyta.


Przede wszystkim bardzo się cieszę, że jeden z najlepszych współczesnych perkusistów rocka progresywnego, czyli Pan Gavin Harrison, został stałym członkiem zespołu. Jego wkład i w ten album jest bardzo słyszalny. Robi świetną robotę nie tylko perkusją, ale jawi się jako współautor tekstów grupy. Album Versions Of The Truth jest jakby kontynuacją poprzedniego wydawnictwa Dissolution, które nadal rozwija wyjątkowe brzmienie zespołu. Począwszy od otwierającego utworu tytułowego Version Of The Truth, klimat jest jesienny. Melancholijna natura zespołu nie jest tą, od której nigdy tak naprawdę nie odeszli i znowu dobrze im służy. Bruce Soord delikatnie harmonizuje ze sobą przez całą piosenkę, podczas gdy Harrison zapewnia spektakularny rytm, który może być tylko jego charakterystycznym stylem. Sama ta piosenka świetnie się spisuje, obejmując większość piosenek na albumie, zaczyna się miękko i łagodnie, zapuszcza się w cięższe terytorium na krótką chwilę w środku i zapewnia kulminacyjny efekt pod koniec. To świetny sposób na powitanie wiernych Ananasowego Złodzieja.


Drugi utwór Break it All, brzmi tak, jakby można go było zaczerpnąć z sesji Dissolution. Dychotomia między zawiłym i celowym bębnieniem Harrisona a wyluzowanym, ale efektywnym podejściem wokalnym Soorda sprawia, że ​​takie utwory działają tylko w tak jak ten zespół. Słychać to wyraźnie w tym utworze. Tyle się dzieje w danej chwili, ale wciąż brzmi tak zwięźle. Trzeci utwór Demons jest jednym z najważniejszych elementów albumu. Pokazuje, że zespół nieco odciąga się od tego, do czego są przyzwyczajeni, dodając trochę bliskowschodniego posmaku z bardzo mocnym refrenem.


Najbardziej wyróżniającym się utworem jest Leave Me Be. Riff jest mroczny jakby z horrorów, bębnienie jest ciężkie i dudniące, podczas gdy refren buduje wzniosły motyw muzyczny. Umieszczony w środku albumu, zapewnia doskonałe przejście do drugiej połowy płyty. Too Many Voices to wspaniała ballada zbudowana na rzadkiej instrumentalności, skupiająca się na elektronicznym pianinie i wokalu Soorda. Po pierwszym odsłuchu ta melodia kotłowała się w mojej głowie i nie chciała z niej wyjść. 


Płytę stawiam troszkę niżej od poprzedniej, Dissolution, ale nie mam najmniejszych wątpliwości, że Versions Of The Truth to kolejny spektakularny album zespołu, nawet jeśli słuchaczowi zajmie troszkę czasu, bo trzeba do niej przysiąść. Fani zespołu bez wątpienia będą zachwyceni tą płytą. A nowi fani? Myślę, że nowym też sprawi radość i zainspiruje do sięgnięcia po poprzednie wydawnictwa. Płytę polecam na dłuuuuuugie jesienne wieczory.





Bartas✌





czwartek, 10 września 2020

Wściekłość przeciwko systemowi - rzecz o debiutanckiej płycie Rage Against The Machine

Dzisiejszy blog będzie kolejnym odcinkiem z cyklu: płyty, które ukształtowały moje postrzeganie rzeczywistości i światopogląd polityczny. Powodem tego jest pewne wielkie marzenie koncertowe, które dziś mogło się spełnić, gdyby nie ta cholerna pandemia. Moi Kochani, zespół Rage Against The Machine miał dziś zagrać w krakowskiej Tauron Arenie. Niestety koncert został odwołany. I tak sobie pomyślałem czy z tej okazji nie napisać czegokolwiek o pewnej ich płycie, po wysłuchaniu której, nic nie było już takie samo. A może zostawić ją na 3 listopada, gdy stuknie jej 28 lat? Wygrała opcja pierwsza. Mowa oczywiście o pierwszym albumie tej kapeli zatytułowanym po prostu Rage Against The Machine. Więc nie traćmy czasu i przejdźmy od razu do rzeczy. 


Powiem Wam, że kiedyś nie potrafiłem słuchać samego rapu. Uciekałem od niego jak od zarazy. Za to rapowany wokal z ostrym gitarowym brzmieniem to było coś, co sprawiło, że później jednak ten gatunek zwany hip hopem doceniłem. Album poznałem na przełomie zerówki i pierwszej klasy szkoły podstawowej (dzięki, Mamo, za dobrą edukację i za pozwolenie mi oglądania MTV do późnych godzin wieczornych). Gdy troszkę podrosłem płyta stała się w pewnym sensie moją wizytówką w myśleniu i postrzeganiu świata, polityki, rządu, obyczajów. Najpierw króciusieńko o samym zespole. Powstał w roku 1991, a założycielami byli gitarzysta Tom Morello i wokalista Zack de la Rocha. Sama nazwa pochodzi od tytułu jednego z utworów grupy Inside Out, w której wcześniej występował Zack. Z kolei “wioślarz” kapeli pytany w wywiadach co oznacza sama nazwa zespołu odpowiadał maszyną może być wszystko, od policji na ulicach Los Angeles, która katuje kierowców, po władzę, która robi z ludzi bezmyślne roboty. 


Grupa była jedna z pierwszych i najważniejszych kapel z nurtu rapcore w latach 90-tych. Członkowie zespołu takie same popierdolone lewaki jak ja (choć patrząc na ceny biletów na polski koncert wyniosły 450 zł od łebka i troszkę się dziwię, że nic z tym nie zrobili, no ale cóż), antysystemowi, broniący podstawowych praw kobiet i nie tylko, wspierający liczne inicjatywy. Dali o tym niejednokrotnie wyraz w swoich tekstach. Wszystko się zgadza. Cały Bartas 😁


18 października 2000 roku z powodów różnic koncepcyjnych, muzycznych zespół Zack de la Rocha. Zespół przestał istnieć. Gdy Zack nawiązał współpracę z innymi artystami, takimi jak DJ Shadow, gdy pozostali członkowie (Tom, Brad i Tim) powołali do życia zespół Audioslave, a za wokalem stanął wielki, wspaniały i nieodżałowany Chris Cornell. Niestety o ta formacja nie przetrwałą za długo, bowiem rozpadła się w 2007 roku. Jak widzicie - zakrętów było sporo. Powstał Prophets Of Rage, w skład którego weszli wszyscy muzycy RATM oprócz Zacha. Wokale główne wypełnił B-Real z grupy hiphopowej Cypress Hill oraz DJ Lord z Public Enemy. Ale znów nie na długo. Rozpadł się. Po czym poinformowali o reaktywacji RATM w oryginalnym składzie i trasie koncertowej. Na liście znalazła się również Polska. Ach, co to była za radość. Niestety, pandemia pokrzyżowała plany.


No, dobrze, ale może przejdźmy do tej wiekopomnej płyty. Album otwiera niesamowity killer zatytułowany Bombtrack. Jak większość piosenek Rage Against the Machine, tekst piosenki omawia nierówności społeczne, głosząc, że landlords and power whores were going to "burn. Riff skomponował basista Tim Commerford. Będąc pod wrażeniem swojej piosenki nazwał ją Bombtrack w nawiązaniu do terminologii hiphopowej, gdzie słowo bomba oznacza największy, przez co tytuł piosenki dosłownie oznacza najlepszy utwór. Najbardziej znany numer kapeli i pierwszy promujący debiutancką płytę singiel Killing In The Name to rzecz o rewolucji przeciwko instytucjonalnemu rasizmowi i brutalności policji. Skąd my to znamy, prawda? Utwór jest powszechnie uznawany za sygnaturowy zespołu i został doceniony ze względu na charakterystyczne gitarowe riffy i wers Some of those that work forces are the same that burn crosses. Najbardziej kopie tyłek sama końcówka, gdy Zack wykrzykuje parokrotnie fuck You, I won’t do what You tell me. Motherfucker! Zespół nie zwalnia tempa. Mamy skoczne Take The Power Back, nieco psychodeliczny Settle For Nothing, czy Bullet In Your Head, który opowiada o rządzie używającym mediów do kontrolowania społeczeństwa.


Nie brakuje na albumie świetnych gości. W utworze Know Your Enemy wokalnie wspiera grupę Maynard James Keenan z grupy Tool, zaś na dodatkowej perkusji gra Stephen Perkins z grupy Jane's Addiction. Głównym przesłaniem piosenki jest fakt, że amerykański rząd jest pełen faryzeizmu. Reklamuje się jako kraj ludzi wolnych, ale jest zarządzany przez elitarne władze. Narzuca, że powinno kwestionować autorytety, które określają, w co jesteś w stanie wierzyć. Zach nie pozostawia na rządzie suchej nitki wykrzykując What? The land of the free? Whoever told you that is your enemy!, czy As we move into '92, still in a room without a view! W końcu stwierdza jednoznacznie Yes I know my enemies! They're the teachers that taught me to fight me! Rewelacja. Tak bezkompromisowy przed nimi nie był nikt. Z kolei utwór Wake Up charakteryzuje się świetną rwaną solówka Toma Morello i krzykiem de la Rocha: Wake Up. Porusza problem rasizmu w amerykańskim rządzie i programy kontrwywiadu Federalnego Biura Śledczego. Słyszymy tam mówioną część Zacha. Tak, ta mówiona część piosenki pochodzi z faktycznej notatki FBI, w której jej dyrektor J. Edgar Hoover sugeruje cele dla stłumienia ruchu czarnych nacjonalistów. Piosenka nawiązuje również do znanych postaci afroamerykańskich, na które celuje rząd, takich jak Malcolm X i Martin Luther King Jr., i mówi nawet o tym, że rząd zorganizował ich zabójstwa. W końcówce pada puenta How long? not long! Because what You reap is what You sow! Podobne rzeczy mamy w Fistful Of Steel i Township Rebellion.


Album spina klamrą numer zatytułowany Freedom. Piękne słow, prawda? Moje ulubione. Do tej piosenki powstał teledysk. Wyreżyserował go Peter Christopherson, a wyprodukował zaś Fiz Oliver w Squeak Pictures. Premiera miała miejsce w programie MTV 120 Minutes 19 grudnia 1993 r. Według listy CVC Broadcast & Cable Top 50 Freedom była numerem 1 w styczniu 1994 roku. Film koncentruje się na sprawie Leonarda Peltiera, który był jednym z przywódców Ruchu Indian Amerykańskich (AIM). Zespół występuje na żywo w małej sali przez cały film. Materiał filmowy ze sprawy Peltiera jest badany i szczegółowo przedstawiony ze zdjęciami Peltiera i innych członków AIM. Istnieje również rekonstrukcja tego, co miało miejsce w rezerwacie Indian Pine Ridge. Materiał filmowy z tej rekonstrukcji pochodzi z filmu dokumentalnego Michaela Apteda Incident at Oglala z 1992 roku.


Okładka albumu jest dość intrygująca, prawda? Ano jest. Przedstawia zdjęcie samospalenia Thích Quảng Đức, wietnamskiego mnicha buddyjskiego, w Sajgonie w 1963 r. Mnich ów protestował przeciwko prezydenturze Ngô Đình Diema za ucisk religii buddyjskiej. Zdjęcie zwróciło uwagę międzynarodową i przekonało prezydenta USA Johna F. Kennedy'ego do wycofania poparcia dla rządu Ngô Đình Diệm. Zostało zrobione przez korespondenta Associated Press Malcolma Browne'a. Podobne zdjęcie zdobyło nagrodę World Press Photo of the Year w 1963 roku.


Bardzo często wracam do tego albumu, gdy jestem zwyczajnie WKURWIONY. Jak pewnie wielu z Was zauważyło - drzemią we mnie dwie natury: hippisa pragnącego zgody i pokoju oraz buntownika na zło, hipokryzje tego świata. Muzycznie nie ma słabego punktu. Ostrzy jak brzytwa i bezkompromisowi Morello, Wilk, Commerford i De la Rocha. Późniejsze płyty zespoły były dobre, a nawet bardzo dobre, ale już nie tak równe i idealne od początku do końca jak debiut. Drugi album Evil Empire już nie był tak udany. Brzmienie było płaskie i dziwne. Za to wartym posłuchania jest również The Battle of Los Angeles. W zeszłym  na Pol'and'Rock Festival widziałem 95 % procent składu pod nazwą wspomnianą już nazwą Prophets Of Rage. Było godnie, ale jednak czegoś zabrakło. Kończąc ten mój wywód nie pozostaje mi nic innego jak napisać, że debiutancki album muzyków z Los Angeles to pozycja absolutnie obowiązkowa! Wstyd nie mieć i nie znać!



Bartas ✌




wtorek, 8 września 2020

Prędkość graniczna, spotkanie po latach i żadnej zamuły - John Petrucci i jego drugi solowy album "Terminal Velocity"

Jak pewnie zauważyliście nie trzymam się sztywnych reguł, tworząc bloga. Są muzyczne kartki z kalendarza, ale też recenzje różnych nowości płytowych, które są nierzadko pisane nawet z miesięcznym lub kilkumiesięcznym opóźnieniem. Ktoś mi kiedyś powiedział, dedykując utwór zespołu Queen (Bartas, czy Ty zawsze musisz ten Queen wszędzie przemycać? Tak, muszę 😄) Under Presssure, żebym nie robił niczego pod presją. I tego trzymam.


Jednak płyta, o której dziś piszę, jest całkiem nowa, bo ukazała się 28 sierpnia tego roku. Niejaki John Petrucci - gitarzysta zespołu Dream Theater - wydał swój drugi solowy album zatytułowany Terminal Velocity. O jego istnieniu dowiedziałem się tydzień temu z audycji jednego z moich idoli radiowych i jedynego słusznego w tym kraju Ojca Dyrektora Radia, jakiego znam, wspaniałego internetowego Radia Rock Serwis FM Piotra Kosińskiego. W swoim autorskim, kultowym już programie Pejzaże Dźwiękiem Malowane, emitowanym co tydzień we wtorki o 21:00 zaprezentował fragmenty tej płyty. Bardzo mnie mnie to zainspirowało do wysłuchania całości. Powiem Wam, że bardzo lubię zespół Dream Theater. Byłem - jeśli dobrze liczę - na ich siedmiu koncertach. Jednakże odkąd odszedł z zespołu Mike Portnoy, perkusista, którego darzę ogromną estymą (i założyciel zespołu) wszystko jakby zaczęło się psuć. Gra Mike’a Manginiego totalnie nie przypadła mi do gustu. Ostatnie albumy Dream Theater wieją straszną nudą, brakiem polotu i finezji w smutnym jak pizda mieście. Totalnie - ni w cipę ni w oko. Gdzie są czasy wspaniałych dokonań jak Metropolis Pt. 2: Scenes From A Memory, Octavarium, którego mogę słuchać bez końca, czy Train Of Thought


Wychodzi jednak na to, że solowy projekt Petrucciego wypada o wiele lepiej, niż ostatnie albumy Dreamów. Dlaczego? No, bo pojawia się na nim Mike Portnoy. I to jest w sumie całe sedno sprawy. Spotkanie obu panów i nagranie albumu pokazało, że ta chemia muzyczna nie uległa najmniejszemu pogorszeniu, mimo iż nie grali ze sobą już dziesięć lat. Album zaskakuje różnorodnością, co nie jest łatwym wyczynem, jak na album instrumentalny. Portnoy bębni tutaj jak za najlepszych Dreamowych czasów. Świetną robotę wykonuje tu basista Dave LaRue, który dał ciekawy popis swojego sola na basie w utworze Temple Of Circadia


Ale prawdziwą gwiazdą jest tu Pan Petrucci, którego riffy, zagrywki i solówki są wciąż jednymi z najsmaczniejszych, jakie widział świat progresywnego metalu / rocka. Wspomniany pokaz muzycznej świetności można usłyszeć między innymi w utworze tytułowym, czyli Terminal Velocity, w epickim Gemini oraz Snake In My Boot. Co najbardziej się rzuca w uszy to melodia, a jak jest melodia to już jest połowa sukcesu. Moim ulubionym utworem i totalnym zaskoczeniem - jak na Petrucciego i Portnoya - jest utwór Out Of The Blue. Przy pierwszym odsłuchu miałem wrażenie, jakby na samym początku grał nie John Petrucci, a powstały z martwych Gary Moore. Pięknie płynący blues, który później przeradza się w niesamowitą progresywną gonitwę po gryfie ile tylko fabryka dała.


Czy są jakieś wady? Niewielkie, ale jednak. Brak klawiszy. Harmonizacja między liniami klawiszy Jordana Rudessa i gitarą Petrucciego jest jednym z kluczowych elementów Dream Theater i szczerze powiedziawszy szkoda. że zabrakło ich w tym projekcie. No, ale jak śpiewa filozof Jagger You Can’t Always Get What You Want. Za to produkcja jest krystalicznie czysta. Pozwala usłyszeć każdy dźwięk, każdy instrument. Czas trwania płyty to niecała godzina, która przelatuje jak z bicza z strzelił. Słucha się tego albumu niezwykle przyjemnie i w przeciwieństwie do ostatnich dokonań Dream Theater Słuchacz nie popadnie w nudę. Będę często do tego albumu wracał. Polecam serdecznie, nawet jeśli ktoś nie przepada za Dream Thaeater.




Bartas✌


poniedziałek, 7 września 2020

Bez Uprzedzenia - 30 lat albumu "Listen Without Prejudice Vol. 1" George'a Michaela

Dobry pop nigdy nie jest zły, a ja nigdy nie kryłem swych fascynacji takimi artystami jak George Michael, Elton John, Phil Collins (jako artysta solowy tworzy raczej pop), Robbie Williams, ABBA, Cher, Tina Turner, Cyndi Lauper czy wielu innych. W dzisiejszym odcinku bloga chciałbym Wam co nieco opowiedzieć o tym pierwszym z wymienionych artystów i o jego drugiej płycie, która pięć dni temu skończyła 30 lat. Listen Without Prejudice Vol. 1. Jest ktoś, kto nie zna muzyki George’a Michaela? Chyba każdy słuchał do znudzenia przeboju Wham! Last Christmas. Nie wiem czy zauważyliście, ale w ubiegłym roku jakoś było go mniej w radiu słychać. Przejadł się nam wszystkim? A może nie chcą grać z uwagi na okoliczności, na nowy wymiar, nowe znaczenie - śmierci artysty w Boże Narodzenie 2016 roku? Ciężko powiedzieć. Jedno jest pewne - George Michael artystą był wielkim. Zagubionym nieco, ale niezwykle wrażliwym. Potrafił zaśpiewać niemal wszystko, a swoim wykonaniem Somebody To Love na koncercie poświęconym pamięci Freddiego Mercury’ego rzucił na kolana wszystkich. Oczywiście tonację miał obniżoną do G-dur (Freddie śpiewał w Gis-dur), ale i tak dał radę! Pamiętam, jak jeden z moich wielkich radiowych idoli - Marek Niedźwiecki - w Trójce powiedział zaraz po tym koncercie, że jeśli ktoś miałby zastąpić Freddiego to niech to będzie George Michael. No, cóż, Panie Marku! Pytanie tylko jak George poradziłby sobie z całym repertuarem Queen. Wszyscy bardzo dobrze wiemy, że zbliżyć się do Freddiego jest cholernie ciężko, niejeden już próbował. Z resztą teraz to już nie ma znaczenia. Nie ma już z nami ani jednego, ani drugiego. Pozostała muzyka.


Przejdźmy może do płyty. Po ogromnym sukcesie albumu Faith Michaela z 1987 roku, oczekiwania co do jego kolejnego albumu również były wysokie. Artysta chciał podnieść swoją poprzeczkę i być traktowany poważnie przede wszystkim jako autor tekstów. Również widoczna jest zmiana stylu. Dominują tutaj nastrojowe ballady, jak i pójście bardziej w stronę rocka, ale także i soulu oraz tanecznych rytmów takich jak Freedom i Soul Free. Podobnie jak Faith, każdy utwór został wyprodukowany i zaaranżowany przez samego Michaela. Pierwszym singlem promującym był Praying For Time. Jest to mroczna i ponura refleksja na temat społecznych problemów i niesprawiedliwości. Osiągnął pierwsze miejsce na amerykańskich listach przebojów i uplasował się w pierwszej dziesiątce w Wielkiej Brytanii latem 1990 roku. Pozostał na liście Billboard top 40 przez dziesięć tygodni, a był ostatnim solowym singlem numer jeden Michaela w USA. 


Drugi singiel (trzeci w Stanach Zjednoczonych), to Waiting For That Day, który został wydany miesiąc po premierze albumu. Chociaż Michael napisał piosenkę sam, akordy i rytm są bardzo podobne do You Can't Always Get What You Want zespołu The Rolling Stones. Tytuł ten znajduje się na samym końcu piosenki Michaela, w związku z czym, żeby nie było draki, dopisał także autorów Micka Jaggera i Keitha Richardsa. Piosenka zawiera również sample z piosenki Funky Drummer Jamesa Browna. Niestety nie odniosła wielkiego sukcesu na listach przebojów w Stanach Zjednoczonych, stając się pierwszym singlem Michaela, który ominął pierwszą dziesiątkę. 


Trzeci singiel z albumu (drugi w Stanach Zjednoczonych), to jeden z najbardziej charakterystycznych piosenek Michaela czyli Freedom! '90, napisany przez Michaela, stał się jedną z charakterystycznych piosenek Michaela. Utworowi towarzyszy teledysk, który wyreżyserował David Fincher. Artysta jednak nie pojawia się w klipie. Odmówił udziału. Głównie z uwagi na przesłanie. Chciał wolności artystycznej, a branża muzyczna patrzyła mu na ręce. Wzięły w nim za to udział supermodelki Naomi Campbell, Linda Evangelista, Christy Turlington, Tatjana Patitz i Cindy Crawford. To był wielki sukces na amerykańskiej liście przebojów, osiągając pierwszą dziesiątkę i sprzedając się w ponad 500 000 egzemplarzy, jednocześnie zdobywając złoty certyfikat od RIAA. Była to ostatnia piosenka z albumu, która trafiła na listy przebojów w Stanach Zjednoczonych. Jednak był mniej popularny w ojczyźnie Michaela, kiedy dotarł do pierwszej czterdziestki w 1991 roku.


Zasługujący na uwagę Heal The Pain” był miłosną piosenką opartą na kontemplacji i gitarze akustycznej. Był to czwarty z pięciu singli z albumu. W lutym 1991 r. pojawił się na brytyjskiej liście przebojów i osiągnął 31 miejsce, ale nie odnotował tego w Stanach Zjednoczonych. Piąty i ostatni singiel z albumu to Cowboys And Angels. Stał się jedynym singlem wydanym przez Michaela w jego karierze, który nie dotarł do pierwszej czterdziestki brytyjskiej listy singli. Zadebiutował na 45. miejscu. Niskie wyniki sprzedaży singla nie były zaskoczeniem, ponieważ był to ostatni singiel, który został wydany. Każdy singiel skończył niżej niż jego poprzednik, a Cowboys And Angels spadł poniżej poziomu. Mimo, że album sprzedał się w ośmiu milionach egzemplarzy na całym świecie, w Stanach Zjednoczonych był postrzegany jako komercyjne rozczarowanie, z zaledwie dwoma milionami sprzedaży, w porównaniu z multi-platynowym sukcesem Faith.


Rozwiązanie sławetnego duetu Wham! nie zaszkodziło, a wręcz pomogło. George Michael miał dość bycia postrzeganym jako ktoś, kto tworzy łatwą i przystępną muzykę do tańca. Chciał pójść dalej, rozwijać się. Miał bardzo dobre przy tym wzorce i to doskonale słychać na tej płycie. Chociaż moim ulubionym albumem Michaela pozostaje Older to jednak Listen Without Prejudice rzeczywiście wprasza się do naszych uszu bez uprzedzenia. Mąci w głowie, nie daje spokoju. Pojawia się po jego wysłuchaniu wiele pytań. Słuchacz, który poznał Faith może być naprawdę zaskoczony tym, co usłyszy na Listen Without Prejudice. Michael się zmienia pod każdym względem. Przestaje pisać o tym, że chce z kimś seksu (chociaż ten temat powróci na początku 21 wieku, ale to już inna historia). Staje się cyniczny względem cholernego kapitalizmu managementu, opisuje niesprawiedliwość społeczną. Śpiewa też oczywiście o miłości, ale w nieco bardziej subtelny sposób. Myślę, że album ten jest jednym ze szczytowych osiągnięć Michaela w jego karierze i po tych trzydziestu latach nic się nie zestarzał, nadal brzmi bardzo świeżo. Koniecznie posłuchajcie.




Bartas✌


wtorek, 1 września 2020

Od młodzieńczego gniewu i buntu po smutek i rozpacz - Alanis Morissette - "Such Pretty Forks In The Road"

Jest pierwszy dzień września. Wstałem o godzinie 6:30, zaparzyłem sobie kawy, po czym usiadłem do laptopa, by napisać kolejny tekst na bloga, bo dzień bez pisania uważam za dzień stracony. A póki jest wena to trzeba z tego korzystać. Otwieram dziś cykl pod tytułem światem rządzą kobiety. Nie jest tajemnicą dla wielu, że jestem zadeklarowanym feministą, broniącym praw kobiet, bardzo mocno zaangażowanym w protesty na ich rzecz. Uważam za okrutne to, co miłościwie nam panujący wyczyniają - od praw reprodukcyjnych po kwestie przemocy domowej. Wybaczcie mi, proszę, ten wątek polityczny. Nie byłbym sobą, gdybym nie wyraził swoich turbo lewackich poglądów. Spokojnie, Drogi Czytelniku! Nie będzie o polityce, ale będzie o kobiecie, której twórczość niezwykle sobie cenię. Wiele w swoim życiu przeszła i opisuje to w swojej twórczości. Niedawno dotarła do mych uszu pierwszy po ośmiu latach przerwy jej dziewiąty album, który - nie ukrywam - bardzo mocno mnie poruszył. Panie i Panowie! Dziewczęta i Chłopcy! Przed Wami Alanis Morissette i jej najnowszy album Such Pretty Forks In The Road.


Alanis Morissette to artystka, która zawsze słynęła z gniewu i buntu. Dla wielu młodych fanek pokolenia lat 90-tych jej trzeci album Jagged Little Pill był ujściem ich własnej wściekłości - takiej, którą musieli połykać przy wielu okazjach. Dla wielu krytyków album ten był symbolem “feministycznej histerii” (a więc nieprzypadkowo zacząłem wpis w taki sposób) na którą odpowiadali szydząco i kpiąco. Ale artystka nie miała nic przeciwko temu - złość jest niesamowita. Ale jej najnowszy album to już zupełnie inna bajka. Jest swoistą spowiedzią artystki. Obnaża się na nim przed słuchaczem ze swoich głębokich problemów - załamań, nałogów, bezsenności, depresji czy macierzyństwa. Śpiewa z głębi serducha, demonstrując jednocześnie pełną moc swojego niepowtarzalnego głosu. 


Wydaje się, że adaptacja Jagged Little Pill jako musicalu scenicznego wpłynęła na żwawe akordy fortepianu i narrację w moim ulubionym utworze z tej płyty, czyli Reasons I Drink. Morissette świetnie naśladuje weterankę Broadwayu, Idinę Menzel, śpiewając refren, a następnie zanurzając się w swoim najgłębszym rejestrze. Rezultat jest ekscytujący. Piosenka sama w sobie jest zadziwiająco szczerą eksploracją tego, dlaczego ludzie zwracają się ku uzależnieniom lub innym rodzajom uzależnień. Artystka mówi jasno tu jasno: nie oceniaj mnie, nie mam żadnego rozwiązań, po prostu mnie zrozum. Mówi dużo o cierpieniu na depresję poporodową i nie stroni od tego tematu. W absolutnej perełce, w utworze Ablaze, porusza ten problem instynktowne, wprowadzając biblijne obrazy, które pozwalają odkryć nierozerwalną więź między matką a dzieckiem. My mission is to keep the light in your eyes ablaze - śpiewa do swojego syna. When you reach out, I am here hell or high water - mówi córce. Poruszyło mnie to bardzo, powiem Wam szczerze. Zaś w utworze Diagnosis, w której dominuje przepiękna partia skrzypiec w dość mocno w żałobnym tonie, artystka próbuje nadać nazwę chorobie, z którą walczy, a której nie może opisać. 


Każda piosenka na płycie została wyprodukowana z najwyższą starannością. Produkcją zajęli się Alex Hope i Catherine Marks. Możemy tu poczuć ciężar klawiszy fortepianu i wyczuć pogłos mikrofonu lub jego brak, gdy Morissette obnaża swój izolowany wokal, aby uzyskać oszałamiający efekt, a przykładem tego jest utwór pt Her. Z kolei początek utworu Smiling kojarzy mi się nieodłącznie z Radiohead i ich My Iron Lung. W szczególności wokal Morissette przypomina przenikliwy falset Thoma Yorke'a. Nemesis to śmiałe przedsięwzięcie z dala od stosunkowo prostego instrumentarium, które stanowi większość albumu. Odgrywa się jak utwór taneczny, rozwijając się z dramatycznymi bębnami w pulsujący rytm. Z bliższym orkiestrowi Pedestal, przedstawia bezwzględną anatomię własnych niepewności. Artystka jest przekonana, że ​​jej partner w końcu przestanie jej kochać i pragnąć. 


Morissette była nieustannie niedoceniana u szczytu swojej sławy. Miejmy nadzieję, że to samo nie stanie się z tym wspaniałym albumem. Tak, bo to jest piękny album. Płyta spokojna, refleksyjna. Nie ma tu złości i buntu. Tu jest smutek, rozpacz. Spowiedź ze swojego życia. Tak, jakby chciała powiedzieć nie oceniaj mnie, wysłuchaj, zrozum. Złość i bunt jest ok, ale … do czasu. Piękna płyta, do której będę często wracał. Jedna z najlepszych płyt tego roku. Polecam.




Bartas





35 lat temu ukazał się jeden z najlepszych debiutów w historii muzyki - "Ten" grupy Pearl Jam.

  Po śmierci Andy’ego Wooda Gossard i Ament zawiesili działalność. W czasie tej separacji Gossard spędził swój czas na pisaniu materiałów, k...