sobota, 2 lipca 2022

Flaga wciąż powiewa. Kreator - "Hate Über Alles"

Ojojoj, mam spore zaległości w recenzowaniu płyt, ale jest tego tyle, że nie da się ogarnąć. Doba ma tylko 24 godziny i nie ma czasu na wszystko. Ale wierzcie mi - mamy 2022, ponad połowa roku i wysyp świetnych nagrań. Będę się starał nadrabiać te wszystkie zaległości tego lata. Dziś jednak zaproponuję Wam coś mocnego - zespół Kreator. Ilekroć podejmuję z kimś rozmowy o thrash metalu, nieuchronnie sprowadzają się one do pytania jeśli wielka czwórka byłaby wielką piątką. To co wtedy? Metallica, Slayer, Megadeth i Anthrax są zazwyczaj jedną z pierwszych sugestii. No, bo tak jest. Jednak kiedy wracamy rozmowami do Europy, pierwszym zespołem w tym nurcie jaki się nasuwa to Kreator. Utworzony w roku 1982 przez frontmana Mille Petrozza i perkusistę Jürgena „Ventora” Reila - najpierw jako Metal Militia, Tyrant, a następnie Tormentor - od czterech dekad rozrywa bębenki uszne i nadal nie wykazują oznak spowolnienia. Trendy w tym nurcie pojawiały się i znikały równie często, jak członkowie zespołu (nawet sam Reil odszedł na kilka lat), ale Petrozza zawsze trzymał się tego, by adaptować, wchłaniać i eksperymentować ze zmieniającymi się trendami, a nie przytłaczać swoich fanów. Kiedy jednak na początku lat dziewięćdziesiątych thrash metal znajdował się na najniższym poziomie i podczas gdy wiele innych zespołów obróciło się w proch albo poszło w muzykę łatwą, lekką i przyjemną, Kreator stał mocno.


10 czerwca 2022 ukazał się ich piętnasty album studyjny zatytułowany Hate Über Alles. Krążek jest dowodem na to, że muzycy wciąż potrafią zaskoczyć o jedną niespodziankę lub nawet dwie. W otwierającym album utworze Sergio Corbucci Is Dead Kreator składa hołd Ennio Morricone - włoskiemu reżyserowi odpowiedzialnemu za klasyczne westerny, takie jak Django czy Navajo Joe. Jednak po ciszy przychodzi burza i oczekiwana lawina riffów. Zaczyna się na dobre od bezlitosnego tytułowego utworu i apokaliptycznego Killing Jesus, by przejść do zwalniającego wraz z grzmiącym bębnieniem i głośnym pomrukiem Crush The Tyrants. Zaś Strongest Of The Strong to jeden z najbardziej chwytliwych numerów w karierze Kreatora. Gwarantuję, że po pierwszym zetknięciu się z tą kompozycją będziesz ją, Drogi Czytelniku, nucił bardzo długo. Szybko galopujący Become Immortal Mille jest w iście autobiograficznym nastroju, wykrzykując Remember, remember / Where You came from przez co na przestrzeni lat odtwarza swoje życie w muzyce. Mamy też Conquer And Destroy - kompozycję z zaskakująco zwiewnym refrenem wśród dzikich riffów. Ma ona w sobie coś z twórczości Iron Maiden. Ale to in plus. 


Wspomniałem na samym początku o niespodziankach i o tym, że zespół zawsze eksperymentował. Rzeczywiście. Na tym krążku pojawia się chyba po raz pierwszy w historii zespołu kobiecy wokal. Bowiem w utworze Midnight Sun gościnnie pojawia się Sofia Portanet - niemiecka wokalistka o dość popowym głosie, która łączy w swojej twórczości takie płyty jak nowa fala, gotyk czy muzyka klasyczna. Więcej zaś wpływów Iron Maiden pojawia się w Demonic Future, podczas gdy Pride Comes Before The Fall staje się lawiną napędzanej przez groove destrukcji po zwodniczo delikatnym intro. Najdłuższym numerem na płycie jest zamykający całość Dying Planet. Jest to niszczycielska, złowroga, powolna gra. Kompozycja została napisana wspólnie przez Mille’a i nowego basistę Frédérica Leclercqa (ex-Dragonforce).


Być może nie jest to Kreator z czasów choćby znakomitej płyty Pleasure To Kill, ale wspaniałe słyszeć, że wciąż trzymają poziom, idą do przodu, nie nudzą i nie przytłaczają swoich słuchaczy. Polecam sięgnąć po tę płytę. Ta flaga wciąż powiewa😉









Bartas✌

sobota, 4 czerwca 2022

Gdy zwierzęca brutalność miesza się z melodyjnością. Decapitated i ich nowe dzieło - "Cancer Culture".

 

Decapitated to jedna z najbardziej szanowanych na całym świecie polskich kapel death metalowych. Niestety los muzyków nie oszczęścił. W roku 2008 w wypadku zginął perkusista i założyciel Witold „Vitek” Kieltyka, zaś wokalista Adrian „Covan” Kowanek doznał bardzo ciężkiego uszkodzenia mózgu i dziś jest przykuty do wózka. Mimo tych tragicznych wydarzeń zespół postanowił, że będzie kontynuował swoją karierę. W roku 2009 do zespołu dołączył Rafał “Rasta” Piotrowski. Pierwszy album z “Rastą” na wokalu został wydany w roku 2011 i nosił nazwę Carnival Is Forever. Był dowodem na to, że ten wybór nie był przypadkowy albowiem - mimo braku “Covana” - zachowuje dobre imię zespołu. Kolejny Blood Mantra w 2014 roku w moim odczuciu nieco zaniżył poziom. Słuchając zaś przedostatniego Anticult doznałem absolutnego szoku, ale o dziwo bardzo pozytywnego - ten zespół idzie w stronę bardziej przystępnego i melodyjnego grania. A teraz, razem z swoim ósmym albumem, studyjnym zatytułowanym Cancer Culture, kontynuuje w interesujący sposób ten kierunek. 


Jak już wspomniałem - Decapitated to szanowana w świecie jedna z nielicznych death metalowych grup, która płynnie łączy w sobie bardzo techniczne umiejętności i bujający głową groove. Krążek otwiera instrumentalna kompozycja From The Nothingness With Love. Wprowadza w nastrój militarnymi werblami i ścianami harmonizujących się gitar. Melodia natychmiast zapada w pamięć i jest to jeden najlepszych rzeczy, jakie zespół napisał od dłuższego czasu. Zawiera mnóstwo muzycznego okrucieństwa i brutalności, a także tego charakterystycznego basowego groove’u. Just A Cigarette to kolejny doskonały numer i jedna z największych atrakcji, jakie znajdziemy na Cancer Culture. Jego ładujące otwarcie jest ogromne, a fantastyczny mostek oferuje jeszcze bardziej olśniewające granie, z riffem przechodzącym w melodyjne gitarowe solo. No Cure jest dość powściągliwą kompozycją. Wprowadza klimat meshuggah z cicho panującymi tomami i melorecytacją. W ekstremalnym metalu trudno jest uwzględnić aspekty melodyczne bez osłabienia ogólnego klimatu, ale kiedy Decapitated są u szczytu, sprawiają, że brzmi to bez wysiłku. Vogg to bez wątpienia jeden z najlepszych gitarzystów obecnej sceny ekstremalnego death metalu. Jest muzykiem niezwykle zwartym i rytmicznym, ale potrafi też zagrać gustowne solo i stworzyć bardziej melodyjne i przykuwające uwagę pasaże. Należy także pamiętać, że Cancer Culture jest debiutem perkusisty Jamesa Stewarta. Jego połączenie szybkości i dynamicznej gry doskonale pasuje do jego nowych pracodawców.


Na nowym albumie Decapów nie zabrakło gości specjalnych. I to w dwóch miejscach. W singlowym numerze Hello Death słyszymy na wokalu towarzyszącą Raście wokalistkę Jinjera - Tatiane Shmailyuk. Ta kompozycja zapewne podzieli zdania fanów. Ale jak dla mnie jest to dowód na to, że jeśli taki zespół jak Decapitated nie ewoluuje, nie eksperymentuje to umiera. Rzeczywiście - na pierwszy rzut oka i ucha utwór może się wydawać dziwny, ale powiem Wam, że mnie przy pierwszym odsłuchu ciężko było się od niego oderwać. Jest też nieco dławiący Iconoclast z wokalem Robba Flynna z Machine Head na mostku. Jego pełne emocji ryki całkiem dobrze pasują do utworu. No, właśnie. Zachwalałem warsztat gitarowy Vogga oraz wokalistów towarzyszących Raście - Tatianę i Robba. A jak sprawuje się sam Rasta? Wykonuje kawał dobrej roboty. Jego ostre ryki doskonale komponują się z agresywną muzyką. Mamy numer Suicide Space Program z solo inspirowanym Dimebagiem Darrellem z Pantery. Przechodzi on w maniakalny półtoraminutowy Locked. Najlepszym utworem jest zamykający całość Last Supper. Pierwsza połowa jest pełna tempa i mocy, ale w miarę postępów zaczyna stawać się bardziej melodyjna i zawiera świetne pasaże gitary prowadzącej, zanim ponownie pojawią się otwierające album wojskowe werble, działając jak fajna koda 


Decapitated w szczytowej formie! Cancer Culture to z pewnością najbardziej spójny album od ponad dekady. Produkcja krążka działa doskonale. Jest zarówno muskularna, jak i realistycznie brzmiąca. To ten element, który rutynowo oddziela Decapitated od reszty – owszem, należą do kategorii technicznego death metalu, ale daleko im do przesadnie dopracowanej, bezdusznej muzyki, jak często postrzegany jest ten gatunek. Drogi Czytelniku, jeśli jest to Twój pierwszy kontakt z Decapitated, to ta płyta będzie fantastycznym wprowadzeniem w twórczość zespołu. Starych fanów może ta płyta podzielić. Wierzę jednak, że sceptycy prędzej czy później po nią sięgną. Naprawdę warto!😊








Bartas✌



Bierz to, co chcesz! Def Leppard powraca w wielkim stylu z nową płytą "Diamond Star Halos".

 

Moje wczesne dzieciństwo przypada na wczesne lata 90-te. A moje upodobania muzyczne, które kształtowały się w pełni świadomie w ciągu 4-5 lat. Poza zespołem Queen, którego wyssałem z mlekiem matki, byli także będący wtedy na ogromnej fali popularności Pearl Jam, Guns N' Roses, Nirvana, Soundgarden czy Alice In Chains. Był także hardrockowy Def Leppard, którego wydany w roku 1992 album Adrenalize katowałem na kasecie aż do przerwania taśmy. Pamiętam jak bardzo przeżyłem śmierć gitarzysty Steve’a Clarka i to jak bardzo wzruszyła mnie wtedy historia perkusisty Ricka Allena, który prawie dekadę wcześniej uległ wypadkowi samochodowemu. Na skutek czego jego ręka została amputowana. Mimo to muzyk się nie poddał i gra na perkusji w zespole do dziś. Nie bez kozery wspominam dzisiaj ten zespół. Właśnie niedawno, 27 maja 2022 roku, ukazał się ich dwunasty studyjny album zatytułowany Diamond Star Halos. Album bierze swoją nazwę od singla T. Rexa z 1971 roku Bang a Gong (Get It On). Produkcją zajęli się sami muzycy oraz producent Ronan McHugh. Z powodu panującej wtedy epidemii koronawirusa nagrania były produkowane i tworzone w trzech krajach - w Irlandii, Anglii i USA.


Na krążku znalazło się 15 utworów utrzymanych w typowym dla Lepsów stylu. Album otwiera utwór Take What You Want, który brzmi nieco jak Mott The Hoople. Jest kapitalny, bo dowodzi temu, że zespół robi to, co kocha. A kiedy zaczyna grać groove, ma to klasyczny wczesny nastrój, który towarzyszył im na początku kariery. Idąc dalej mamy utwór Kick. To singiel promujący album. Kiedy usłyszałem go po raz pierwszy, jeszcze przed wydaniem, to pomyślałem sobie, że Def Leppard zawsze słynął z tego, że był zespołem singlowym. Jednak do singla Kick musiałem się przekonać i zajęło mi to troszkę czasu. Fire Up to coś w stylu wszystkie ręce w górze i jedno bicie serca. Miłość jest jak bomba. Numer brzmi jakby Lepsy i cały hardrock narodził się na nowo. Jestem ciekaw, jak ten utwór zabrzmi na żywo. Będzie wstyd jak cholera, jeśli go nie zagrają. 


Grupa nie boi się eksperymentować. Nigdy też nie bała się łagodzić swojego brzmienia. Przygotujcie się na lekki wstrząs, albowiem w balladzie This Guitar wokalnie wspiera Elliotta niejaka Alison Krauss. Kompozycja zawiera wspaniałe harmonie wokalne i wpływy muzyki country, folk. SOS Emergency jest dowodem jak Def Leppard może brzmieć w dwudziestym pierwszym wieku - klasycznie i świeżo. Ciekawą balladą też jest Liquid Dust, zaś U Rok Mi to połączenie akustycznego brzmienia z funkowym groovem. Szczególnym utworem na płycie jest Goodbye For Good This Time, a to z dwóch powodów: kompozycja brzmi jak najpiękniejsze ballady fortepianowe Eltona Johna, którego zespół wręcz ubóstwia oraz tego z tego powodu, że na pianinie gra tutaj klawiszowiec i pianista Davida Bowiego - Mike Garson. Musiało to być wyjątkowym wydaniem dla zespołu. All We Need ma w sobie coś ze wczesnego U2, a Open Your Eyes to odjazd, w którym błyszczy Rick Savage swoją grą na basie. Najbardziej zabawnym i rozbrajającym utworem na płycie jest Gimme A Kiss. Powiem Wam, że przed odsłuchem płyty czytałem listę utworów. Myślałem, że ten numer będzie gównianą balladą o miłości. Jezusie Nazarejski, ile można? Ale nie! To właściwie jedna z najbardziej chwytliwych i zabawnych melodii. Tekst? No, nie zgarnie Nagrody Grammy, nie ma opcji. Jest infantylny, ale … gwarantuję Wam, że ryje banie i będziecie go nucić, jak ja. Podobnie jak Kick, kompozycja Angels (Can’t Help You Now) - która nomen omen nie jest singlowa - także wymagała u mnie kilku przesłuchań, by się do niej przekonać. Jest nieco ponura, niż można się spodziewać, i w przeciwieństwie do innych … raczej nie uderza, a bardziej się przyczaja. Jeśli ktoś tęsknił za głosem Alison Krauss to spieszę donieść, że artystka powraca, by dzielić mikrofon z Józkiem w dość popowym utworze Lifeless. Unbreakable to klasyczny Leps, zaś zamykający From Here To Eternity jest niczym napis końcowy dobrego filmy. Słuchać w nim inspiracje grupą Queen, a także motywy do złudzenia przypominające Beatlesowski I Want You (She’s So Heavy)

Def Leppard, mimo nie najmłodszego już wieku, nadal pokazują swoim fanom swoje Let’s Get Rocked jak we wspomnianym i jednym z moich ulubionych albumów sprzed 30 lat - Adrenalize. Słychać bardzo dobrze, że nie wydali tego albumu, bo po prostu musieli, ale dlatego, że w okresie pandemii ich głowy były pełne świeżych pomysłów. I mimo, iż z początku byłem sceptycznie nastawiony do singla promującego Kick oraz do tej ponurej kompozycji jaką jest Angels (Can’t Help You Now) to ostatecznie stwierdzam, że jest to bardzo dobry album, spójny i trzymający poziom. Odkryć wielkich tu nie ma, ale czy takie zespoły jak Def Leppard muszą nas zaskakiwać. Zdecydowanie nie! Idą swoją drogą, którą wyznaczyli już cztery dekady temu i … biorą to, czego chcą. Posłuchajcie. Warto! 😊








Bartas✌


poniedziałek, 16 maja 2022

Wierność w stereo, marazm artystyczny, problemy małżeńskie, odwyk i eksperymenty. W 22 rocznicę wydania albumu "Binaural" grupy Pearl Jam.

 

Jest 16 maja 2022 roku, poniedziałek. Dziś 22 lata kończy album Pearl Jam, który jest najrzadziej przeze mnie słuchany i najmniej lubiany. Myślę jednak, że warto o nim co nieco wspomnieć z uwagi na pewne okoliczności. Podobnie jak w przypadku albumu Yield, członkowie pracowali indywidualnie nad materiałem, zanim jeszcze rozpoczęli wspólne sesje nagraniowe. Eddie nazwał tworzenie albumu pracą budowlaną. Binaural był pierwszym albumem od czasu debiutu, który nie został wyprodukowany przez Brendana O'Briena. Stone Gossard stwierdził, że zespół miał wtedy poczucie, by zrobić coś innego. I byli gotowi na tę zmianę. Zamiast starego kumpla Brendana postanowili zatrudnić Tchada Blake’a, znanego z używania nagrań binauralnych. Obuuszne techniki nagrywania, które wykorzystują dwa mikrofony do tworzenia stereofonicznego dźwięku 3D, zostały użyte na kilku ścieżkach, takich jak akustyczny niemal z domieszką transu Of The Girl (tym utworem zaczęli koncert w Krakowie w 2018 roku). Był to pierwszy album Pearl Jam po odejściu Jacka Ironsa, w którym występuje perkusista Matt Cameron. z Soundgarden. Ten zaś wcześniej grał na perkusji podczas amerykańskiej trasy Yield Tour


Album Binaural został nagrany na przełomie roku 1999 i 2000 w miejscu, gdzie muzycy zawsze czuli się najlepiej, czyli w Seattle w stanie Waszyngton, a dokładnie w studiu Litho, którego właścicielem był gitarzysta i główny założyciel Pearl Jam - Stone Gossard. Jednak początkowo był miksowany w Sunset Sound Factory w Los Angeles, Kalifornia z Blake'iem. Muzycy jednak nie byli zadowoleni z efektu końcowego. Praca Blake’a dobrze sprawdzała się w przypadku wolniejszych utworów, takich jak Nothing As It Seems. Gorzej jednak było z tymi cięższymi numerami. No, i tu z pomocą przyszedł stary kamrat, wspomniany wyżej Brendan O’Brien, który zmiksował te cięższe utwory. Nadmienić też należy, że to właśnie z nim grupa ustaliła ostateczną kolejność albumu. 


Wspomniałem na początku, że jest to najrzadziej słuchany przeze mnie album, ale warto o nim wspomnieć z uwagi na pewne okoliczności. Jak się okazuje - niełatwe. Zespół Pearl Jam napotkał w tamtym czasie wiele przeszkód. Eddie w życiu prywatnym rozwodził się ze swoją pierwszą żoną Beth Liebling. Podczas pracy nad albumem dopadł go marazm twórczy. Zwyczajnie - nie miał weny pisarskiej. Teksty powstawały w bólach, co niestety słychać. Napisał muzykę do kilku piosenek, w tym Insignificance i Grievance, ale za cholerę nie mógł skleić porządnego tekstu. Postanowił więc porzucić komponowanie, zostawić to kolegom, a samemu zająć się pisaniem tekstów. W tym samym czasie “odkrył” ukulele. Szybko nauczył się na nim grać i … skomponował Soon Forget. Ale nie tylko Eddie miał w tym czasie problemy. Uzależniony od silnych leków Mike McCready był na odwyku. Reszta musiała się dobrze zgrać z Mattem Cameronem.


W warstwie muzycznej grupa postanowiła rzucić wyzwanie fanom i sprawić, by posłuchali muzyki, która jest dość wymagająca. Na poprzednich albumach Pearl Jam łączyli ambicje z przebojowością. Stworzyli coś, co znają dziś wszyscy, co być może stało się oklepane, ale co trafiło do serc. Na Binauralu tak naprawdę ciężko jest o to. Słychać spory dystans od grunge’u, który uczynił ich wielkimi. Zagłębiają się w skoczny post-punk, ponure medytacje, mocno nakręcony folk rock i psychodelię. Ale to wszystko brzmi tak mało spójnie. Jakby robili sobie jam session i wypuścili to w świat. Kilka utworów na albumie ma wpływy klasycznego rocka. Intro do otwierającego album numeru Breakerfall to niemal jak przez kalkę riff do utworu I Can See for Miles grupy The Who z 1967 roku. Z resztą - Vedder przyznał, że pierwsze 30 sekund numeru to plagiat i podziękował za całokształt gitarzyście Pete'owi Townsendowi. Album jest mroczny, ponury. Jeff Ament napisał teksty do dwóch utworów - God’s Dice i inspirowany zespołem Pink Floyd Nothing As It Seems. Stone Gossard zaś do trzech - Thin Air, Of The Girl  i Rival. God’s Dice mówi o osądzaniu każdego, niezależnie od tego czy wierzy w Boga czy nie. Zaś Nothing As It Seems opowiada o dzieciństwie Amenta dorastającego w okolicy północnej Montany. Mamy też numer Evacuation, który napisał Eddie. To rzecz o zmianach w rozwojowych człowieka. Insignificance mówi o niemocy w walce z politykami. A z kolei tekst do Grievance powstał w głowie Veddera po protestach Światowej Organizacji Handlu z 1999 r. w Seattle, zaś Rival jest refleksją Stone’a Gossarda na temat masakry w Columbine High School z 1999 roku. Całość zamyka utwór Parting Ways, ale po nim następuje hidden track Writer's Block. słyszymy dźwięk maszyny do pisania. To właśnie Eddie i jego niemoc twórcza. 


Są też odrzuty z sesji, które finalnie znalazły się na kompilacji Lost Dogs. Należą do nich Sad, Hitchhiker, In The Moonlight, Education, Fatal i Sweet Law. Zaznaczyć należy, że Sad  pierwotnie był nazywany Letter To The Dead i dla Jeffa był świetną piosenką pop, ale szybko ogarnął, że nie taki był zamysł całego albumu. Podobnie było ze Sweet Lew. Utwór Fatal był z kolei ulubioną piosenką Tchada Blake'a. Strangest Tribe i Drifting zostały również nagrane w czasie sesji nagraniowej do Binaural. Nie trafiły na album, ale… za to weszły nie tyle na wspomnianą kompilację Lost Dogs, co na świątecznego singla dla fanklubu w roku 1999 roku. 


Album Binaural mimo - jak zwykle - mądrego i ważnego przekazu, lecz powstałego w bólach, nie jest TYM MOIM PEARL JAMEM, który - poza świetnymi tekstami - porywa serce bojowymi zaśpiewami oraz pięknymi, chwytającymi za serce balladami w stylu Black. To album, którego w całości ciężko mi słuchać. Oczywiście są wyjątki. Singlowe nagrania są naprawdę ciekawe, ale całość… pozostawia wiele do życzenia. Taki smutny mieli okres. Grunt, że się z tego podnieśli. Dziś są szczęśliwi i spełnieni. A już niebawem - 14 lipca 2022 roku - zawitają znów do Polski, do Krakowa. Nareszcie, po czterech latach znów (drugi raz w życiu) zobaczę ich na żywo. Będzie się działo! 😍








Bartas✌

niedziela, 15 maja 2022

Mesjasz Czarnoskórych. Kendrick Lamar powraca z nowym albumem - "Mr. Morale & The Big Steppers".

 

Pewien starszy ode mnie kolega z czasów liceum napisał do mnie w piątek, trzynastego maja br., prywatną wiadomość na messengerze. Oznajmił mi, że niejaki Kendrick Lamar wydał właśnie swój nowy album zatytułowany Mr. Morale & The Big Steppers. Kolega ów zawsze dobrze w rapsach siedział. Ja to niekoniecznie. Ale twórczość tego rapera znam od drugiej jego płyty Good Kid, M.A.A.D City z 2012 roku. Zaś trzecia jego z 2015 zatytułowana To Pimp A Butterfly to był dla mnie obuch w łeb! Gość ma ZAJEBISTE FLOW i do tego produkcje oparte na żywych instrumentach. Aranżacje są często jazzowe. Byłem bardzo ciekaw tej nowej płyty. Nie zwlekając za długo odpaliłem streaming Spotify i do poduszki słuchałem tego albumu. Podkreślić należy uprzednio, że każdy album Kendricka posiada jakiś motyw przewodni. Na swoim debiutanckim albumie Section.80 zmierzył się z systemowym rasizmem. Na wspomnianym już wyżej Good Kid, M.A.A.D City opowiedział historię swojego dzieciństwa, zaś na moim ulubionym - również wyżej wspomnianym - trzecim To Pimp A Butterfly opowiedział o swoim buncie. Jest jeszcze album DAMN z 2017, który był wyrazem jego walki z wewnętrznymi i zewnętrznymi bitwami jako Kung-Fu Kenny. Na najnowszej dwupłytowej płycie, Mr Morale & The Big Steppers, raper serwuje współczesną filozofię zmieszaną z zabawą. 


Pierwsze, co przykuwa naszą uwagę to okładka albumu. Lamar jawi się na niej jako kulturowy mesjasz. Spójrzcie na jego ciernistą koronę. W numerze Savior, w którym występuje jego młodsza kuzynka Baby Keem, przypomina światu, że jest wystarczająco doskonały, aby być widzianym w ten sposób. Kendrick zmaga się też z kulturą anulowania, kapitalizmem i COVID: Seen a Christian say the vaccine mark of the beast / Then he caught COVID and prayed to Pfizer for relief. W przedostatnim utworze Mother I Sober z udziałem Beth Gibbons z Portishead ponownie bawi się koncepcją mesjasza. Odrzucając warstwy swojego życia rodzinnego, naprawdę stara się uwolnić siebie, swoją rodzinę i innych od ich traumy. Opowiadając mroczną historię o napaści seksualnej na własną matkę i nadrzędnym ciężarze systemowym, jaki Czarnoskórzy muszą dźwigać, porusza słuchacza w sposób na wskroś emocjonalny. Tak, to emocjonalne przeżycie między Lamarem, a jego przeszłością. Podobnie jak w przypadku mojej ulubionej To Pimp A Butterfly, Kendrick wykorzystuje tu swoje znakomite umiejętności teatralne. W Auntie Diaries otwiera się na temat pogodzenia się z transpłciową ciotką, uosabiając niedojrzałe podejście, które miał do wszystkiego jako dziecko. Rzuca tu fuckiem na prawo i lewo, jak robił to jako dzieciak. To polaryzujący, ale bardzo istotny utwór na płycie. Ale żeby nie przytłaczać słuchacza - nie wszystko na tej płycie jest takie na poważnie. W takim 'N95' dostajemy mnóstwo porywającego humoru, czego można by się nie spodziewać, wciśniętego między przeszywający komentarz na temat materializmu i społeczeństwa: Take all that designer bullshit off and what do You have? / Huh! You ugly as fuck / You out of pocket. Można być człowiekiem po przejściach, ale grunt to umieć odetchnąć i zabawić między filozofowaniem. W Worldwide Steppers z kolei ujawnia, że przez dwa lata miał zastój twórcz, prosząc samego Boga, by przemówił przez niego.


Jeśli chodzi o samą warstwę muzyczną i produkcyjną, album Mr Morale & The Big Steppers jest o wiele bardziej melancholijny i nastrojowy w swoim brzmieniu, niż poprzednie albumy Lamara. Jednakże są też takie perełki, jak Count Me Out, w którym to artysta wykorzystuje swój dyskretny, bardzo melodyjny rap z elementami chórów gospel. Die Hard moze być tym odkupieńczym utworem o tym, że nigdy nie jest za późno na naprawienie całego zła i na pogoni za marzeniami. Również w utworze Silent Hill, z gościnnym udziałem Kodaka Blacka, Lamar czerpie z luźnego rapu, aby znów się nieco zabawić, gdy opowiada prostą lirycznie powieść o tym, jak wygląda jego życie. Refren wydaje się być bardzo ożywiony: Pushin’ the snakes, I’m pushin’ the fakes / I’m pushin’ ’em all off me like, ‘Huh!. Jednocześnie trzeba to bardzo mocno podkreślić, że to płyta opisująca trudną sytuację czarnoskórych i stworzona specjalnie dla nich. W tym sensie jest to jedno z najgłębszych cięć, jakie mieliśmy do tej pory od Kendricka. Podczas gdy Good Kid, M.A.A.D City pokazał światu jak to jest dorastać jako dziecko w Compton, jego piąty album pokazuje, jak to jest być dorosłym czarnoskórym, którego trauma nadal prześladuje. Obnażając swoją duszę, ma nadzieję, że zdamy sobie sprawę, jak możemy się uwolnić od pokoleniowych wzajemnych uprzedzeń. Ten album jest w równym stopniu o walce, co o wolności, i jakie to piękne uczucie. Bardzo mocno polecam tę płytę. Jako człowiek wychowany jednak nie na rapie, lecz na klasycznej rockowej muzyce, ale też jako człowiek, który także w swoim młodym i dorosłym już życiu wiele przeszedł 😔








Bartas✌


sobota, 14 maja 2022

Blues, rock, rockabilly, latyno i zaproszeni goście. The Black Keys powraca po roku z nowym albumem - "Dropout Boogie" .

 

Niewiele jest dzisiaj takich kapel, które tak umiejętnie czerpią z bluesa i rock’n’rolla jak The Black Keys. 20 lat na scenie, 10 albumów studyjnych i to niezawodne połączenie blues rocka ze zdrową domieszką funku soulu i popu. To domena duetu z Akron w stanie Ohio - gitarzysty i wokalisty Dana Auerbacha oraz perkusisty Patricka Carneya. Po udanym zeszłorocznym albumie Delta Kream, muzycy wracają ze zdwojoną siłą albumem jedenastym albumem studyjnym zatytułowanym Dropout Boogie. I co ciekawe - album ten został wydany 13 maja 2022 roku, czyli na dzień przed 20 rocznicą debiutanckiej płyty The Big Come Up (kiedy piszę recenzję tej najnowszej płyty, mija właśnie 20 lat od debiutu). Na Dropout Boogie zaprosili także specjalnych gości - Billy'ego F. Gibbonsa z ZZ Top, Angelo Petraglia z Kings Of Leon i Grega Cartwrighta z Reigning Sound. Bez zbędnego gadania przechodzimy już do zawartości muzycznej.


Zarówno Cartwright, jak i Petraglia zaznaczają swoją obecność w bardzo udanym utworze otwierającym album - Wild Child. Funkowy i perkusyjny feeling zawiera charakterystyczną dla Dana Auerbacha grę na gitarze w tonie fuzz. Wild Child niczym filip z konopii, wyskakuje z głośnika. To zaraźliwa i skoczna piosenka, która sprawia, że nie można ustać w miejscu. Idąc dalej mamy It Ain’t Over. Nagranie to łączy latynoski groove z bluesem znad Delty, tworząc jednocześnie intymną, mroczną i melodyjną zabawę. Ale później wszystko przechodzi już do prostego oldschoolowego rockabilly. For The Love Of Money to świetny bluesior / rockabilly z zagrywkami slide na gitarze, które warczą niczym pociąg po szynach oraz imponującym gładkim falsetem Auerbacha w wersie If Your soul’s for sale then just name Your price. Kolejny numer, Your Team Is Looking Good, to zabawna, zabarwiona sportowym zaśpiewem pioseneczka, która wnosi do tekstów uczucie odwiecznej rywalizacji: Ashes to ashes/ Dust to dust/ Beat everybody but You won’t beat us.


Spragnionym bardziej nastrojowego, a zarazem mrocznego klimatu, polecam Good Love z gościnnym udziałem wspomnianego już Billy'ego F. Gibbonsa z ZZ Top. Utwór emanuje mroczną i funkowa wrażliwością, która pasowałaby idealnie jako ścieżka dźwiękowa do Rodziny Soprano. Zostajemy chwilę w tym nieco smutnym nastroju za sprawą utworu How Long. Tempo perkusji jest zwolnione, a gra na gitarze Auerbacha jest liryczna. Nie brakuje na tym albumie też odniesień do wielkiego Chucka Berry'ego. Cofamy muzyczny zegar, wsłuchując się w Burn The Damn Thing Down, który łączy indie rock z korzennym, rozmytym dźwiękiem. Happiness jest bardziej prostym rockerem w średnim tempie o sporym potencjale melodyjnego uderzenia, podczas gdy Baby, I’m Coming Come ma charakter bardziej unowocześnionego brzmienia. Numer jest nieco mniej rozmyty, bardziej wyrazisty, ale nie brakuje mu gitarowej gry, która emanuje, wchodząc w południową rockową jamę. Album zamyka się łagodnymi dźwiękami Didn’t I Love You - pewnej siebie i funkowej rockowej melodii, która przenosi wszystko na właściwe tory, z żywą nutą.


Dropout Boogie spełnia obietnicę tego, czego fani oczekują od The Black Keys. To płyta wierna podstawowemu brzmieniu zespołu i album, który honoruje pokolenia rock and rolla, które pojawiły się wcześniej. Co więcej - zaproszeni przez duet goście wydają się tchnąć nowe życie w zespół. Tchnąć style, z którymi muzycy The Black Keys jeszcze się nie stykali. Album znakomity. Wstyd nie mieć😍 Bartas✌

35 lat temu ukazał się jeden z najlepszych debiutów w historii muzyki - "Ten" grupy Pearl Jam.

  Po śmierci Andy’ego Wooda Gossard i Ament zawiesili działalność. W czasie tej separacji Gossard spędził swój czas na pisaniu materiałów, k...