niedziela, 22 listopada 2020

Ciężar naszej egzystencji. Hatebreed - "Weight Of The False Self"

Moja przygoda z Hatebreed zaczęła się w pierwszej klasie liceum. Wtedy ta grupa z Bridgeport wydała swój drugi studyjny album
Perseverance. Chwile później poznałem wcześniejszy, ich debiutancki Satisfaction Is The Death Of Desire. Pamiętam, że dość mocno mnie zaintrygował i sprawił, że zainteresowałem się bardziej tym zespołem. Słuchałem już wtedy innych wykonawców z nurtu metalcore punk, a Hatebreed nie wydawał się jakoś szczególnie wybijać na tle innych. Jednakże coś sprawiło, że nie potrafiłem przejść obok tej muzy obojętnie. Miałem to szczęście być trzykrotnie na ich koncercie, w tym na Najpiękniejszym Festiwalu Świata (jeszcze wtedy) Przystanku Woodstock 2014 roku. Wszystkie te koncerty wspominam niesamowicie, a utwory z płyt, które mniej lubię zabrzmiały o wiele lepiej. No, właśnie. Po zadowalającym, poznanym Perseverance różnie bywało. Album The Rise Of Brutality średnio mi się podobał, za to Supremacy (2006 rok) ze znakomitym, choć dość anarchistycznym utworem Destroy Everything do tej pory uważam za najlepszy album w karierze grupy. Hatebreed z 2009 roku to najsłabsza płyta, jaką wydali, zaś dwie ostatnie The Divinity of Purpose i The Concrete Confessional uważam za bardzo dobre i dobre. Nie powiem, że bardzo czekałem na to, co tym razem ten rozwydrzony Jamey Jasta i ekipa zaprezentują. Jestem właśnie po pięciokrotnym przesłuchaniu najnowszego dziecka grupy  Weight Of The False Self. Wrażenia? Jeden z najlepszych mocniejszych albumów, jakich miałem okazję przesłuchać w tym roku. Ale po kolei.

Znacie zapewne tych wszystkich mówców motywacyjnych, co jeżdżą po świecie, mają stadiony wypełnione po brzegi słuchaczami, opowiadają o różnych życiowych sprawach, biorąc za to niemałą kasę. Jamey Jasta jest też czymś w rodzaju takiego mówcy, gdy na scenie drze morde, a treści wykrzyczane są pełne inspirujących stwierdzeń na temat wartości rozwoju osobistego i pokonywania przeciwności. W tym momencie frontman Hatebreed, podcaster i były gospodarz programu Headbangers Ball jawi się zasadniczo jako hardkorowy Tony Robbins. W ten sposób słuchanie nowej płyty Hatebreed w 2020 roku jest tak samo ćwiczeniem z terapeutycznego samostanowienia, jak radosnym i pompującym krew. I niestety na tym polega problem.


Spójrzmy na tytuł ich ósmego studyjnego albumu Weight Of The False Self i weźmy pod lupę czwarty na płycie numer tytułowy. Rozpoczyna się wyciszającym riffem, po czym wchodzi centralka Matta Byrne'a, odzwierciedlając pompowanie lekko podwyższonego tętna słuchacza. Wchodzi Jasta ze swoją hardcorową mantrą: If You want to make a difference in the world it means / You have to be different from the world You see / Free Yourself from burdens that You know exist / Don't carry the curse of the fatalist. Zespół wkracza w wściekłe, tupiące rytmy i deathmetalowe smaki, podczas gdy Jasta w ciągu całego utworu powtarza cztery razy te wersy. Muszę przyznać, że jak na grupę, która kiedyś stworzyła wspomniany wcześniej numer Destroy Everything, może wydać się to nieco szokujące w ocenie słuchacza. To jednak leży u podstaw ich nowego albumu. W materiale promocyjnym Jasta powiedział … każdy dźwiga ciężar. Muzyka, którą kochamy, pomaga nam dźwigać ten ciężar. Jest to niewątpliwie obserwacja, której można się odnieść, i która pasuje również do naszych niekonwencjonalnych czasów. Jednak Hatebreed naprawdę jest w stanie pomóc nam nieść ten egzystencjalny ciężar, jak utrzymuje strukturalna integralność Weight Of The False Self.


Produkcją albumu ponownie zajął się Christopher Harris znany powszechnie jako Zeuss, który jest odpowiedzialny za mocne pierdolnięcie w większości płyt zespołu z lat dwutysięcznych, w tym mojego ulubionego Supremacy. Jak się jednak okazuje na Weight Of The False Self ma dużo odniesień z przeszłości Instinctive (Slaughterlust) i Set It Right (Start With Yourself) pozwalają wokalnemu frazowaniu Jasty wplatać się i znikać z ładowania progresji akordów, gwałtownych zmian tempa i partii wokalnych zespołu, przypominających czasy The Rise Of Brutality. Tyle tylko, że w przeciwieństwie do tegoż albumu na nowej płycie partie brzmią soczyście. Gitarzyści Wayne Lozinak i Frank Novinec również nie próżnują. Rewelacyjnie się słucha ich popisów w Dig Your Way Out i A Stroke Of Red, a także w świetnie nadającym się do robienia handbangingu This I Earned. Mam takie wrażenie, jakby przypomnieli sobie stare czasy i że właściwym zespołem, na właściwym miejscu. The Herd Will Scatter i Wings Of The Vulture, przywołują dźwiękowy chaos, z dudniącymi basowymi nutami Chrisa Beattiego. W innych utworach, takich jak Cling To Life czy w ostatnim na albumie Invoking Dominance, Hatebreed zawiera nas w nowoczesne metalowe brzmienie, z atmosferycznymi pasażami, dławiącym podwójnym kopnięciem i szybującymi, czystymi refrenami. Rewelacja! 👍


Kolejnym atutem jest brzmienie. Zespół wydał najcięższy album w swoim dorobku. Po dwudziestu pięciu latach kariery nikt nie kwestionuje zdolności Hatebreed do utrzymywania ciężkości. Ale Weight Of The False Self jest najlepszą rzeczą, jaką zrobili od czasu - nie przesadzę - ulubionego krążka Supremacy. Głównie to zasługa produkcji oraz samych tekstów numerów. Świat w dalszym ciągu rani, nierzadko nami manipuluje. Każdego dnia dźwigamy krzyż. CIVID-19 szaleje. Wtedy przed mikrofonem staje Jasta i pomaga nam nieść ten egzystencjalny ciężar. Jestem ogromnie zadowolony, że w końcu słyszę tak świetnie dopieszczony album. To jest Hatebreed, na jaki czekałem. Jedna z najlepszych pozycji tego roku, jeśli idzie o mocne granie. Polecam 😊









Bartas✌

sobota, 21 listopada 2020

Historia pewnej płyty, która uratowała zespół przed rozpadem. 45 lat albumu "A Night At The Opera" grupy Queen

Wydawać by się mogło, że po trzecim albumie Queen,
Sheer Heart Attack, wydanym w roku 1974, a dokładnie po małym sukcesie singla Killer Queen, w karierze zespołu coś zaczęło się zmieniać. Fakt, że Brytyjczycy zostali zauważeni nadal byli biedni. Roger nie miał nawet hajsu na nowe i porządne pałki perkusyjne, więc był zmuszony do cichego bębnienia.  Johnowi -  świeżo upieczonemu żonkosiowi - odmówiono hajsu na spłacenie depozytu na swój dom. Ta narastająca frustracja skłoniła Freddiego do napisania piosenki Death On Two Legs, który miał być początkiem nowego albumu grupy. Następnie zespół wynegocjował umowę z Trident Studios i rozpoczął poszukiwania nowego kierownictwa. Zastanawiali się, czy nie zatrudnić Petera Granta, który był wówczas managerem Led Zeppelin. Grant chciał, aby zespół podpisał kontrakt z Swan Song, wytwórnią Led Zeppelin, i zasugerował, by Queen wyruszył w trasę, podczas gdy on uporządkuje swoje finanse. Muzycy mieli wątpliwości co do Granta, więc skontaktowali się z Johnem Reidem, który był wówczas menadżerem Eltona Johna. Reid przyjął zaproszenie i polecił grupie wejść do studia i zrobić najlepszą płytę, jaką mogą nagrać. Do produkcji albumu muzycy Queen zatrudnili Roya Thomasa Bakera oraz inżyniera dźwięku, nieżyjącego już, Mike’a Stone’a. Gary Langan, który wówczas miał niespełna 19 lat  i był operatorem taśm do wszystkich piosenek Queen na ich poprzednim albumie Sheer Heart Attack został zatrudniony jako asystent inżyniera dźwięku. Album był nagrywany w siedmiu różnych studiach przez okres czterech miesięcy (poprzedni zaś album w czterech różnych studiach). Podobno był to najdroższy album, jaki kiedykolwiek powstał, a jego koszt szacowany jest na 40 000 £. 

Próby przed nagraniem płyty.
Zanim zaczęli nagrywać album przez trzy tygodnie mieli sesje próbne w wynajętym domu w hrabstwie Herefordshire. Od sierpnia do września 1975 r. grupa pracowała w Rockfield i Monmouthshire. Przez resztę sesji nagraniowych, które trwały do listopada, grupa nagrała w Lansdowne, Sarm, Roundhouse, Scorpio Sound i Olympic Sound Studios. Jedyną piosenką na płycie zarejestrowaną w Studio Trident była God Save The Queen, która została nagrana 27 października poprzedniego roku, krótko przed tym, jak zespół wyruszył w Tournee promujące album Sheer Heart Attack. W przerwach między nagrywaniem, Queen oglądali film Braci Marx A Night At The Opera. Freddie i Roger spojrzeli na siebie i równo stwierdzili, iż jest to idealny tytuł na płytę. Tym bardziej, że pracowali wówczas nad Bohemian Rhapsody. Reszta zespołu nie wniosła żadnych zastrzeżeń.

Queen na farmie Ridge, 1975.
Album oscyluje wokół rozmaitych gatunków muzycznych - rocka progresywnego, opery, jazzu, heavy metalu i hard rocka. Jest także także folk, skiffle, camp oraz music hall. Każdy członek napisał co najmniej jedną piosenkę. Pięć z nich było wkładem Mercury'ego, cztery zostały napisane przez Maya, a Taylor i Deacon mieli po jednej piosence. Końcowym utworem była instrumentalna wersja God Save The Queen, hymnu brytyjskiego, zaaranżowanego przez Maya. Na pierwszych dwóch albumach zespół inspirował się głównie grupami Led Zeppelin oraz YES (power i ostra jazda oraz harmonie wokalne). Jednak od Sheer Heart Attack, grupa Queen zaczęła czerpać inspirację z codziennego życia i przyjęła bardziej popularne style muzyczne.

Otwierający płytę numer Death On Two Legs można nazwać nienawistnym listem Freddiego Mercury'ego do pierwszego menedżera Queen, Normana Sheffielda, który słynął z niewłaściwego traktowania zespołu i nadużywał swojej roli jako menedżer od 1972 do 1975. Sheffield zaprzeczył oskarżeniom zawartym w swojej autobiografii z 2013 r. zatytułowanej Życie na dwóch nogach: Ustaw rekord na prostą, i odniósł się do kopii oryginalnych kontraktów menedżerskich z 1972 roku między Sheffield i Queen, które zostały włączone do książki jako dowód jego obrony. Choć piosenka nigdy nie odnosiła się bezpośrednio do niego, po wysłuchaniu Sheffield był zbulwersowany i pozwał zespół i wytwórnię płytową o zniesławienie. Podczas występów na żywo, Mercury zwykle zadedykował piosenkę prawdziwemu skurwielowi wśród dżentelmenów, chociaż ta linia została ocenzurowana w wersji, która pojawiła się na ich albumie Live Killers w 1979 roku. Poza tym na albumie koncertowym powiedział, że jest zadedykowany skurwielowi, którego kiedyś znałem. W filmie dokumentalnym Classic Albums Brian May przyznał, że reszta zespołu była lekko przerażona tą goryczką autora tekstu. Jednak stwierdzono ostatecznie, że Freddie ma do tego prawo.

Kolejną kompozycją Mercury'ego jest Lazing On A Sunday Afternoon. Freddie gra na pianinie i wykonuje wszystkie partie wokalne. A słyszycie, że ma jakiś taki dziwny głos? Jakby z megafonu? Tak, wokalista nagrywa go w blaszanym wiaderku na głowie. Mikrofon wychwycił ten dźwięk, co dało imponujący efekt megafonu. 


Kiedy Roger przyniósł swoją kompozycję do studia i zaprezentował kolegom, Brian zapytał:

- Co to, kurwa, ma być?

- Piosenka, Ty matkojebco! - odparł Roger


I'm In Love With My Car. To opowieść o człowieku, który kocha swój samochód i gotów dla niego nawet zerwać z dziewczyną. Chociaż sam autor był miłośnikiem motoryzacji, piosenka została zainspirowana przez technicznego Jonathana Harrisa, który pałał wielką miłością do swojego cacka Triumpha TR4. Odgłos silnika w utworze zaś pochodzi z samochodu Alfa Romeo, którym w tamtym czasie poruszał się Roger. Wieść gminna głosi, że Taylorowi tak spodobała się jego własna piosenka, że WRĘCZ WYMUSIŁ na kolegach umieszczenie jej na stronie B singla Bohemian Rhapsody poprzez ... ZAMKNIĘCIE SIĘ W SZAFIE. Dopiął swego, piosenka znalazła się na stronie B, a autor zarobił tyle samo kasy, co jego kolega. 


Piosenkę
You’re My Best Friend John Deacon napisał dla swojej żony, Veroniki Tetzlaff.  Oprócz pianina, gra na gitarze elektrycznej Wurlitzer . Charakterystyczny dźwięk" basowych nut Wurlitzera odgrywa ważną rolę w utworze. Podczas występów na żywo użyto raczej Grand Piano niż elektrycznego pianina, a grał go Freddie, a John grał na gitarze basowej, tak jak w oryginalnym nagraniu. Dlaczego tak? A i tu ciekawostka: Freddie nie znosił elektrycznego pianina, a kolega jakby chciał zrobić na złość, więc zaszywając się w swoim domu bardzo długo ćwiczył klawiszowe akordy. Na stronie singla znalazł się utwór, który następuje na płycie tuż po nim.

A ten utwór to ‘39. Mamy na płycie coś w stylu skiffle. Autorem jest Brian, który bardzo interesował się tym gatunkiem, jak i ... kosmosem. Utwór opowiada historię grupy odkrywców kosmosu, którzy wyruszają w to, co jest - z ich perspektywy - całoroczną podróżą. Jednak po powrocie zdają sobie sprawę, że minęło sto lat (ze względu na efekt dylatacji czasu w specjalnej teorii względności Einsteina) a ci, których porzucili, są teraz martwi lub postarzeni. May zaśpiewał piosenkę na albumie, z towarzyszącym wokalem Mercury'ego i Taylora. Gitarzysta poprosił Deacona, aby ten zagrał na podwójnym basie, tak dla żartu. Myślał, że nie zagra, ale kilka dni później znalazł kolegę w studiu ze wspomnianym instrumentem, którego John opanował niemal do perfekcji. Podczas występów na żywo Mercury śpiewał główny wokal. Mogę być tutaj szczery? Jak na tak ogromne możliwości wokalne Freddie śpiewał go za nisko. Nawet ja wyżej to pociągnę, gdy chwytam za gitarę i gram to przy okazji różnych imprez. No, ale nie o mnie się tu rozchodzi 😉  

Chwilę później mamy znowu kompozycję Maya. Tym razem jest to szybki napędzany przesterami rocker Sweet Lady. Na wokalu tym razem jest Freddie. Metrum perkusyjne grane jest na ¾, w zwrotce i refrenie, a w mostku na 4/4. Roger przyznał kiedyś, że była to dla niego najtrudniejsza piosenka do zagrania na żywo. Ciekawostką jest fakt, że w studiu sekcja rytmiczna została nagrana na setkę. Jeśli się dobrze wsłuchamy to usłyszymy brzęczenie drutów od werbla, które wibrują wraz od partii gitary basowej Johna Deacona.

Queen byli znani z bawienia się emocjami i stylami. Pisali wspaniałe pastisze. Głównie Freddie. Czego zajebistym przykładem jest utwór Seaside Rendezvous. Pewnego leniwego popołudnia Mercury wraz z Taylorem siedzieli sobie przy wspólnej herbatce i dla zabawy zaczęli jammować ... swoimi głosami. I tak też zostało nagrane. W tym utworze są same głosy! Sekcja jest wykonywana wyłącznie przez Mercury'ego i Taylora. Freddie naśladuje instrumenty dęte drewniane, w tym klarnet, a Taylor głównie instrumenty dęte, w tym tuby i trąbki, a nawet kazoo. Roger uderza najwyższą nutę na płycie, C6. Mamy też stepowanie wykonywane przez obu panów na biurku miksowania z naparstkami na palcach. Freddie gra tu też zarówno na fortepianie jak i na honky-tonk.

Przewracamy longplay na drugą stronę i mamy do czynienia z absolutną perełką The Prophet's Song. Ta piosenka sięga jeszcze czasów albumu Sheer Heart Attack.  Napisał ją Brian, który w tamtym czasie cierpiał na poważne zapalenie wątroby i pewnej nocy miał sen o biblijnym potopie i Arce Noego. Zainspirowany snem postanowił napisać o tym utwór. Pomysły swoje rozpisywał na wielu małych skrawkach papieru. Nagrywanie zajęło wiele godzin, a Freddie godzinami szlifował swoją partię wokalną. Efektem czego jest przepiękny kanon i harmonie wokalne. Efekt przyśpieszenia, który zachodzi w połowie gitarowego solo, został osiągnięty przez uruchomienie odtwarzacza szpulowego z taśmą, ponieważ magnetofon został zatrzymany.


Napisany przez Freddiego dla Mary Austin utwór Love Of My Life znany jest chyba najbardziej w wersjach koncertowych. Brian zwykle grał na gitarze dwunastostrunowej, a Freddie - rzecz jasna - śpiewał, wchodząc zawsze w interakcja z publicznością. Obaj siedzieli na stołkach (tak, wyprzedzili erę koncertów unplugged) albo sam siedział Brian. Wersja studyjna grana jest nieco inaczej - jest zupełnie inny aranż i tonacja. Freddie gra na pianinie i śpiewa falsetem, a Brian gra ... na harfie. Wokalista wykazuje się tutaj niesamowitą znajomością frazowania "rubato", ukazującego klasyczne wpływy fortepianowe zwłaszcza naszego Fryderyka (tak, tak! imię zobowiązuje!!! Freddie, czyli zdrobniała forma od Frederick, a w języku parsów - Farrokh) Chopina i Ludwika Van Beethovena. Po wykonaniu utworu w Ameryce Południowej w 1981 roku, wersja z ich koncertowego albumu Live Killers osiągnęła 1 pozycję na liście singli w Argentynie i Brazylii i przez cały rok pozostawała na listach przebojów w Argentynie.

Kolejna fajna perełka Briana. Good Company. Piosenka opowiada o człowieku, którego ojciec doradził mu w młodym wieku, aby opiekował się tymi, których nazywasz własnymi i zachował dobre towarzystwo. Młody człowiek przyjmuje tę radę, żeniąc się z dziewczyną o imieniu Sally, a także chcąc utrzymywać dalej kontakty z przyjaciółmi. Jednak po zawarciu  małżeństwie zaczął tracić zainteresowanie przyjaciółmi i stopniowo zaczęli odchodzić. Z czasem zaniedbywał także rodzinę poprzez długie nocne przesiadywanie w pracę. Te wszystkie wysiłki są mu nagradzane - zakłada własną firmę. Zajmuje się nią tak bardzo, iż nie zauważa, że żona go opuszcza. Brian miał ulubiony zespół o nazwie The Temperance Seven grający muzykę oparta na dixielandowym jazzie, ale wspaniale zaaranżowaną. Uwielbiał te skomplikowane, ale spontanicznie grane aranże. Inspiracje możemy dostrzec słuchając właśnie utworu Good Company. Ciekawostką jest fakt, że Brian używa tu amplifiera gitarowego skonstruowanego w 1972 roku przez .... inżyniera elektroniki samego Johna Deacona, a urządzenie to nazywa się Deacy Amp. Piosenka jest w tonacji F # major. Tonacja ta jest stosunkowo rzadka w katalogu utworów Queen. W utworze jest siedem wersetów, a trzy z nich są instrumentalne. Pierwszy instrumentalnie częściowo imituje melodię werset. Istnieją tylko dwa refreny, które mają głównie ten sam schemat akordów, co wersety. Zwrot B ma również tę samą wiodącą melodię. Piosenka zawiera również dwie solówki, które są głównie wersetami i mostem, który jest przez nie oddzielony. Brian gra też na ukulele.

O singlu, który uratował zespołowi tyłek przed rozpadem i zasadniczo przyczynił się do wielkiego sukcesu całej płyty, czyli Bohemian Rhapsody, powiedziałem już dość dużo w innym poście. Nie widzę więc większego sensu powtarzać tego samego. Odsyłam tych, co nie czytali, TUTAJ


Zbliżamy się do finału płyty. Guitar Layering to jedna z charakterystycznych technik Briana Maya. Przyznał w którymś z wywiadów, że technika ta została opracowana podczas szukania dźwięku skrzypiec. W roku 1974 muzyk - tuż przed trasą promującą album Sheer Heart Attack - nagrał własną wersję hymnu brytyjskiego God Save The Queen. Na początku zagrał go na pianinie, jednak później jednak zmienił koncepcję, nagrywając ścieżki gitarowe. Użył blisko 30 ścieżek przy pomocy wspomnianego wzmacniacza Deacy Amp, który potem został wprowadzony na rynek jako Brian May Vox. W ten sposób zaaranżowany hymn Wielkiej Brytanii trafił na płytę A Night At The Opera. Tradycją Queen stało się odtworzenie tej wersji z taśmy na sam koniec każdego z koncertów. Warto też odnotować, że 3 czerwca 2002 roku May zagrał go na dachu Pałacu Buckingham jako hołd dla Jimiego Hendrixa i jego wersji The Star-Spangled Banner.

Album ukazał się 21 listopada 1975 roku. Po wydaniu, album A Night At the Opera znajdował się na szczycie listy albumów w Wielkiej Brytanii przez cztery nie następujące po sobie tygodnie. Zadebiutował na czwartym miejscu na liście US Billboard 200 i stał się pierwszym albumem zespołu z certyfikatem platyny w USA. Światowa sprzedaż albumu to ponad sześć milionów egzemplarzy. Późniejsze recenzje A Night At The Opera były mieszane, ale głównie z pochwałami za jej produkcję i różnorodną tematyką muzyczną oraz uznaniem jako album, który uczynił Queen światowymi gwiazdami. Album był nominowany do Nagrody Grammy za najlepsze rockowo wykonanie wokalne duetu, grupy lub chóru oraz za najlepszą aranżację na głosy. Retrospektywne recenzje okrzyknęły go najlepszym albumem Queen i jednym z najlepszych albumów w historii muzyki rockowej. W 2020 roku Rolling Stone umieścił go na 128 miejscu na liście 500 najlepszych albumów wszechczasów. W 2018 roku został wprowadzony do Grammy Hall Of Fame.

Pozycja absolutnie obowiązkowa! Ogromny wstyd nie znać! i JA Wam to mówię. Kumacie? JA 😊








Bartas✌


środa, 18 listopada 2020

Krok milowy naprzód. 18 lat temu ukazał się przełomowy album "Escapology" Robbiego Williamsa

Każdy szanujący się fan dobrych rockowych czy metalowych brzmień ma albo przynajmniej powinien mieć swoje
guilty pleasures. Nigdy nie ukrywałem faktu, że poza wielkimi rockowym klasykami uwielbiam też Abbę, Michaela Jacksona, Tinę Turner, George’a Michaela czy choćby Prince’a. Nie wspominając już o solowym Philu Collinsie, którego płyty o typowym tanecznym popowym zabarwieniu sięgają wyżyn. Bardzo doceniam Madonnę, Eminema, Alicie Keys, czy choćby Lady Gagę (wbrew pozorom ma laska talent i ponadprzeciętny muzyczny gust). Na liście tych grzesznych przyjemności znajduje się także... Robbie Williams. Odkąd pamiętam mam niezwykłą słabość do jego muzyki. I nawet nie przeszkadza mi fakt, że w przeszłości śpiewał w gównianym boysbandzie o nazwie Take That. Ogarnął się, odszedł z zespołu i z ogromnym powodzeniem zaczął prowadzić karierę solową. Już pierwszym albumem zatytułowanym Life Thru A Lens oraz singlem go promującym Angels pokazał, że mamy do czynienia z czymś naprawdę już nieprzeciętnym. Z czymś, czego nie powstydziłyby się największe gwiazdy popu z przeszłości: produkcja, melodia, tekst i bardzo dobry wokal. Do tego jest to koleś, który - mimo statusu gwiazdy - ma niesamowity dystans do swojej osoby. Wiele przeszedł w życiu w związku ze sławą. Trudno go nie lubić. Ale dlaczego dzisiaj akurat o nim? Ano, bo dziś mija 18 lat od wydania jego przełomowego albumu Escapology. Ciekawe, że po tylu latach dziś zdecydowałem sie napisać recenzję tej płyty. 

Jest to ostatni album Robbiego, na którym artysta pisał teksty wraz z Guyem Chambersem. Na okładce widzimy Robbiego zwisającego głową w dół. To zdjęcie zostało zrobione w Los Angeles, gdzie mieszkał artysta podczas nagrywania albumu. Miejsce owo odgrywa mega ważną rolę w tekstach na płycie. Tytuł albumu Robbie wymyślił przejeżdżając przez Hollywood Hills, rozmyślając o słynnym sztukmistrzu Houdinim. Sama zaś płyta zaskakuje różnorodnością brzmienia i gatunków. Zaczyna się utworem How Peculiar. Mocna rzecz, rockowy numer z modulowanym wokalem Robbiego, przypominający nieco South Of The Border czy Let Love Be Your Energy. Idąc dalej mamy wielki hit Feel z cudownym wstępem fortepianu. Gdy się go słucha to przychodzą na myśl tacy artyści jak Elton John, George Michael czy Sting. To najbardziej intymna piosenka Robbiego, jaką kiedykolwiek nagrał. Nie sposób przejść obojętnie obok tego numeru, poruszy nawet największego twardziela i nie dziwota, że został wybrany na singiel promujący album. Słuchając zaś radosnego i skocznego Something Beautiful na myśl przychodzą Tom Jones czy Billie Joel. 


Jest takie powiedzenie, że przyjaciele naszych przyjaciół są naszymi przyjaciółmi. Ku mojej wielkiej uciesze, Robbie nie ukrywa swej wielkiej miłości do grupy Queen i wokalu Freddiego. Twórczość zespołu, jak i zachowanie sceniczne zmarłego przed 29 laty wokalisty miało ewidentny wpływ na Williamsa. Słychać to szczególnie w utworze Monsoon i tym bardzo u mnie zyskuje. Absolutną perełką na albumie jest Sexed Up. Tego typu piosenki dają Robbiemu energii i mocy. Piękna i poruszająca melodia. Tekst opowiada o byłej dziewczynie artysty Nicole Appleton, która stwierdziła, że z nim zerwała. Jednak Williams twierdzi, że było odwrotnie. Niezależnie od tego na czym opiera się piosenka jest to uniwersalny przekaz dla wszystkich, którzy nie potrafią żyć w monogamii. Love Somebody podąża tym samym śladem. Jednak tu muzyka przebija tekst, ale to wszystko in plus. Robbie nie stoi w miejscu, Robbie się rozwija i każda kolejna piosenka na płycie pokazuje jego wszechstronność. Revolution nagrany w duecie z Rose Stone utrzymany jest w klimacie starego dobrego rhythm and blues z imponującą słodką melodią. To drugi taki jego challenge po Something Beautiful. Fajnym numerem w rockowym klimacie jest także Handsome Man, w którym słychać odniesienia do innych utworów artysty, takich jak  Let Me Entertain You (nie mylić z tym z Królewskiego Jazzu) i Old Before I Die. Wspomniałem na początku wpisu, że Robbie ma ogromny dystans do siebie. Tak, ale jak to się zwykle mawia: nobody’s perfect. Poza dystansem ma też świadomość swojego gwiazdorstwa, czego wyraz daje w singlowym Come Undone, śpiewając I come undone/ I am scum/ Love Your son. Urocze jak cholera.


Najbardziej wybitnym utworem zarówno na płycie, jak i w całej dotychczasowej karierze Williamsa jest Me And My Monkey. Kolejny muzyczny challenge dla Williamsa. Tak, challenge, którego nigdy wcześniej nie pokonywał, ale zawsze marzył. To parodia ze współczesnej popkultury, w której głównymi gwiazdami są … małpy. Słuchając go mam wrażenie jakbym słuchał A Day In The Life Beatlesów. I te skojarzenia z Wielką Czwórką z Liverpoolu nie są bezpodstawne. Nie chodzi tu o długość utworu (ponad siedem minut), ale o zawartość muzyczną jak i tytuł. Me And My Monkey to zrzynka z piosenki Johna Lennona Everybody's Got Something To Hide Except For Me And My Monkey. Mało tego - pojawia się tam również fabuła z Rocky Raccoon Paula McCartneya. Oba te utwory znajdują się na słynnym Białym Albumie. Jeśli ktoś nie zna to odsyłam i polecam. Zaskoczeń jednak nie ma końca. Song 3 ma coś z Blura. Nie jest tak dobry jak Song 2 Blur, ale warto posłuchać. W utworze Hot Fudge, który miał być kolejnym potencjalnym hitem, artysta wyraża swoją ekscytację przeprowadzką do Los Angeles. Ta radocha przejawia się niemal w każdym wersie oraz w refrenie: Come on, sing it / Take me to the place where the sunshine flows / Oh my sunset rodeo. Zabawne, a zarazem cyniczne. Przedostatni utwór na płycie Cursed to ciekawe połączenie rocka, disco oraz orkiestry symfonicznej. Szczerze powiedziawszy jebać to czy odnosi się w jakikolwiek sposób do tej rudej laski ze Spice Girls [sic!]. Fajnie brzmi.


Robbie się bardzo mocno rozwinął jako artysta, a także i autor tekstów. W finalnym Nan’s Song składa hołd zmarłej babci. Piękna i poruszająca akustyczna ballada, która skruszy najtwardsze serca. Album Escapology jest absolutnie przełomowy. Zakochałem się w nim bez pamięci. Dzięki niemu Robbie wyrósł na dynamicznego artystę estradowego. Muzycznie poszedł o krok dalej i z każdą kolejną płytą stawał się coraz lepszy. Żałuję, że nigdy nie miałem okazji być na jego koncercie. Jak to całe pandemiczne gówno się skończy, a Robbie znów zacznie występować, to choćby koncert miał się odbyć w innym kraju … kupię bilet i pojadę. Dla niego warto, bo robi dobrą muzykę. A Escapology to pozycja absolutnie obowiązkowa😉








Bartas✌


wtorek, 17 listopada 2020

Ciężkie czasy się skończyły. Czy aby na pewno? 40 lat temu ukazał się "Double Fantasy" - ostatni album Johna Lennona

Kruche jest to nasze życie i takie nieprzewidywalne. Zwłaszcza, gdy mówimy o życiu i twórczości absolutnego Geniusza przez Duże G. Dziś, 17 listopada 2020 roku, mija 40 lat, odkąd John Lennon wydał swój ostatni za życia studyjny album zatytułowany
Double Fantasy. Artysta odradzał się na nowo psychicznie i fizycznie oraz twórczo. Powstał niczym feniks z popiołu. Pięć lat wcześniej urodził się synek, Sean. Ależ to była radość. Muzyk wstrzymał karierę, by go wychowywać. Pogodził się z Yoko, z którą był w separacji. Już nie jest istotne to, że cholernie nie znoszę tej wrednej wiedźmy za rozpad Beatlesów. Przeogromnie żal mi Johna. Nie tylko jako Muzycznego Geniusza, ale jako człowieka, który poczuł się w końcu szczęśliwy. Miał rodzinę, synka i był znów gotowy do pracy. Miał sporo pomysłów w głowie i snuł dalsze plany. Nikt się nie spodziewał, że trzy tygodnie po wydaniu tego albumu nie będzie go na tym świecie. Dzisiaj chciałbym Wam opowiedzieć co nieco o tej pięknej, jakże optymistycznej, radosnej płycie Johna Lennona. Ale po kolei. Jesteście pewnie bardzo ciekawi genezy powstania.

W połowie 1980 roku wyruszył w rejs po Bermudach. Podczas rejsu jego oraz jego załogę spotkała silna burza. Część jego załogi nabawiła się choroby morskiej, więc Lennon sam musiał kierować jachtem. Było to niezwykle przerażające, ale i twórcze. Nabrał dzięki temu jeszcze większej pewności siebie. W rezultacie zaczął pisać nowe piosenki i przerobił wcześniejsze dema, które sporadycznie nagrywał w swoim domu podczas przerwy w karierze muzycznej. Skomentował to później: Byłem tak skoncentrowany na doświadczeniu na morzu, że dostroiłem się do przestrzeni - i wszystkie te piosenki przyszły same! Genialny był. Ono również napisała wiele piosenek, zainspirowanych nową pewnością siebie w odbudowaniu wzajemnych relacji z Johnem.


Para zdecydowała, że będzie pracować nad albumem wspólnie. Był to pierwszy raz (i ostatni) od czasu wydania ich wspólnej i bardzo mocno politycznie zaangażowanej płyty Some Time In New York z 1972. W przeciwieństwie do tego albumu, Double Fantasy (nosił podtytuł A Heart Play) był zbiorem piosenek, w których mąż i żona prowadzili muzyczny dialog. Tytuł został zaczerpnięty od gatunku frezji, które znaleźć można było w Ogrodach Botanicznych na Bermudach. Lennon uznał, że będzie to doskonały tytuł opisujący jego małżeństwo z Yoko Ono. Warto też nadmienić, że do powrotu do tworzenia muzyki zainspirował Lennona jego stary kumpel z czasów Beatlesowskich i wspólnik w komponowaniu największych hitów - Paul McCartney swoim singlem Coming Up. John uznał to za świetną robotę. Wieść gminna głosi, że Artysta wrócił do tworzenia usłyszawszy także … Crazy Little Thing Called Love grupy Queen. Tak przynajmniej twierdzi perkusista grupy, Roger Taylor, który po wysłuchaniu Double Fantasy przyznał, że Lennon wyczuł podobny grunt. Nadskakująca nad tym biednym Johnem Yoko skontaktowała się z producentem Jackiem Douglasem, z którym para wcześniej już pracowała. Dała mu dema męża do wysłuchania. Douglas miał dylemat czy cokolwiek z tym zrobić. Utwory były pełne intymności.


Sesje nagraniowe rozpoczęły się w The Hit Factory w Nowym Jorku 7 sierpnia do 19 października 1980 roku. Para nagrywała w tajemnicy przed światem, ponieważ nie podpisali jeszcze kontraktu z żadną wytwórnią. Sami zapłacili za pierwsze sesje. Gdy jednak uznali, że materiał trzyma poziom, jest dość mocny, wtedy ich publicysta Bruce Replogle ujawnił wiadomość, że para znowu wróciła do studia. Natychmiast niemal  Lennon został zalany ofertami wszystkich głównych wytwórni. Branża muzyczna była zszokowana, gdy para podpisała kontrakt z nowo powstałą wytwórnią Geffen Records w dniu 22 września 1980 roku. David Geffen sprytnie nalegał na rozmowę z Ono jako pierwszy i uznał jej wkład za równy wkładowi Lennona. Podpisali kontrakt przed przesłuchaniem któregokolwiek z utworów. Mieli bardzo dużo nowego materiału. Na tyle dużo, by wystarczyło na wydanie kolejnego planowanego wspólnego albumu
Milk And Honey (ukazał się cztery lata po śmierci Lennona). Lennon chciał pracować z innymi muzykami, niż to bywało wcześniej. Poprosił Douglasa o zebranie i próby bez mówienia im z kim będą nagrywać. Kiedy sesje były toku producent zaprosił zaprosił Ricka Nielsena i Buna E. Carlosa z zespołu Cheap Trick (którego był również producentem), aby zagrali w I'm Losing You Johna  i I'm Moving On Yoko. Ostatecznie jednak zostały one ponownie nagrane z muzykami studyjnymi, a wersje z Cheap Trick znalazły się w kolekcji Anthology wydanej w 1998 roku.


Album otwiera przeradosny (Just Like) Starting Over. Ciekawą rzeczą jest fakt, że zarówno pierwsza płyta Lennona jak i ostatnia zaczynają się bardzo podobnie - od dzwonów. O ile na pierwszej płycie symbolizowały emocje negatywne w życiu Johna o tyle tym razem to nie dzwony, ale dzwonki, które symbolizują radość, szczęście i spokój w życiu Lennona i jego ustatkowane życie u boku Yoko oraz syna Seana. Co do samego utworu Lennon mówił tak: Naprawdę nazywał się Starting Over, ale gdy nagrywaliśmy ktoś mi wciąż przypominał, że był już taki tytuł. Był już nawet taki country western, więc dodałem w ostatniej chwili Just Like. To był prościutki rock'n'roll. Wszyscy zagrali na totalnym luzie, było zero problemów. Został wydany na singlu 20 października 1980 roku w Stanach Zjednoczonych, a cztery dni później w Wielkiej Brytanii. Pierwotnie osiągnął 8 miejsce na brytyjskiej liście przebojów, po śmierci Lennona singiel osiągnął numer jeden. W Stanach Zjednoczonych singiel wspinał się w górę w pierwszej dziesiątce, zanim osiągnął numer jeden po śmierci Lennona. 


Idąc dalej mamy Kiss, Kiss, Kiss. Pisałem, że ta płyta jest dialogiem małżeńskim? Owszem! Lennon zaczął, a odpowiada na to Yoko. Tak mówiła w roku 1980 na łamach Playboya: John mówi w swojej piosence (Starting Over), że ok mieliśmy energię w latach 60tych, w 70tych byliśmy w separacji, ale zacznijmy na nowo i wejdźmy w lata 80 te. Mając to wszystko w pamięci co się wydarzyło, jest to trudne. Ale z drugiej strony w jednej z moich piosenek na płycie <<Kiss, Kiss, Kiss>>, jest druga strona tego problemu. To dźwięk kobiety, która zbliża się do punktu kulminacyjnego w nim. Ona woła z płaczem, pragnie przytulenia, kochania, bliskości. To zbyt kontrowersyjne, bowiem dla ludzi wciąż wydaje się mniej naturalne słyszeć odgłosy kobiecego kochania niż, powiedzmy, odgłosy concorde, zabijających atmosferę natury. To swoistego rodzaju modlitwa o lepsze lata 80 te


Kolejną piosenką jest Cleanup Time autorstwa Johna. Inspiracją do jego powstania była telefoniczna rozmowa, jaką odbył ze wspomnianym Jackiem Douglasem. Rozmowa toczyła się wokół nałogów, w jakie wpadał muzyk w latach 70-tych (narkotyki i alkohol). Konwersacja skończyła się słowami Douglasa: No, cóż John, czas się oczyści, nie?. Lennon był wtedy zainspirowany, by zagrać boogie na pianinie i zaczął procesowo pisać słowa. Muzyk opisał ten utwór jako lizanie pianina z dodanymi słowami. Po tym jak powstała muzyka do utworu i gotowy tytuł, Lennon zaczął układać słowa wokół atmosfery, jaka panowała w jego domu, w Dakocie, w Nowym Jorku. Miejsce to było dla niego czymś metafizycznym. Give Me Something zostało napisane przez Yoko Ono, podczas gdy muzykę, podobnie jak pozostałe piosenki na Double Fantasy, wyprodukowali John Lennon, Ono i Jack Douglas. Tym razem słowa utworu nie są skierowane do męża, ale są wyrazem poczucia, jakie Ono miała wbez społeczeństwa. Wszyscy byli zimni (ha, odezwała się!) jako społeczeństwo. Yoko, pisząc utwór, wyobraziła sobie zimne miasto, w którym ludzie chodzą z rękami w kieszeniach i zakładają kołnierze płaszczy.


Podczas rejsu po Bermudach John Lennon miał wiele czasu na różne przemyślenia o sobie, jak i o związku z Yoko. I’m Losing You napisał po rozmowie telefonicznej. Przyznaje w nim jak bardzo zranił żonę, ale z drugiej strony nie chcę by pozwoliła mu żyć z tymi błędami. Stwierdził także, że te błędy to jednak już przeszłość. Według historyka muzyki popularnej, Roberta Rodrigueza, szczerość poszukiwań Lennona nawiązuje do utworów z pierwszego albumu Plastic Ono Band oraz Walls And Bridges. Z kolei krytyk muzyczny Johnny Rogan także widzi podobieństwa do utworów z lat 70-tych, gdy John był w separacji z Yoko. Co na to nasz bohater? Przyznał, że pierwotnie zainspirowana była tą nieudaną rozmową telefoniczną, ale też osiemnastomiesięczną rozłąką z Yoko oraz utratą matki. Stąd te podobieństwa tekstowe do wcześniejszych płyt. Yoko nie pozostaje mu dłużna i w I’m Moving On odnosi się do ewentualnej utraty związku, ale zaznacza też niezależność. Poza tym Yoko odpowiadając na lament Johna wyznaje, że jest fałszywy w tym, co mówi i że nie ma wcale ochoty na bliskość w stylu nie trzymaj palca w moim torcie. 


Wspólne urodziny Johna i Seana, 9.10.1980r.
Ogromnym szczęściem dla Johna był jego synek Sean. Beautiful Boy (Darling Boy) jest właśnie dla Seana. Utwór został napisany z myślą o piątych urodzinach młodego, które obchodzi tego samego dnia, co ojciec, czyli 9 października. Muzyk napisał go w swoim domu podczas samodzielnego pieczenia chleba. Mały był z nim razem w kuchni. Na początku pisanie utworu szło mu ciężko, bo koniecznie chciał, by było to coś niezwykłego. Prawie to olał, gdy piosenka przyszła mu do głowy sama. Piosenka ukazała się na singlu po śmierci Johna, 11 kwietnia 1981 roku. Jest to jedna z ulubionych piosenek Paula McCartneya. Kiedy w 1982 roku roku Macca pojawił się w programie radiowym Desert Island Discs uznał za swój ulubiony w dorobku starego przyjaciela i kompana w pisaniu hitów The Beatles.

Odwracamy longplay na drugą stronę i mamy Watching The Wheels. To swoistego rodzaju list otwarty Johna do wszystkich przyjaciół, znajomych i fanów, którzy mieli mu za złe to, że na pięć lat odłożył muzykę na półkę, zajął się rodziną, synem i ... pieczeniem chleba Przyznał sam: Przez pierwsze pół roku czy rok byłem spanikowany, że nie ma mnie w <<Musical Express>> czy <<Billboardzie>, nie pokazuje się w Studio 54 z Jaggerem i jego żoną. Nagle po prostu przestałem istnieć. To był strach bliski paranoi, ale potem zająłem się dzieckiem i innymi rzeczami, a po dziewięciu miesiącach zorientowałem się, że po prostu jest życie po życiu albo życie bez tego wszystkiego. Każdy prędzej czy później odczuje głód braku rodziny. No, jak w każdej rodzinie i w każdym zgodnym małżeństwie żona na męża pokrzyczy, pokrzyczy, by później oboje wpadli sobie w ramiona, a ona mogła mu powiedzieć Yes, I'm Your Angel.


John Lennon nie tylko stracił głowę dla Yoko, będąc w niej bez pamięci zakochany i oddany, ale był też bardzo zaangażowany w walkę na rzecz praw kobiet. Jeden z największych hitów i najcudowniejszych popowych ballad ever Woman muzyk napisał pewnego słonecznego dnia na Bermudach. Nagle olśniło go, ile wspaniałych rzeczy robią dla świata kobiety. Nie tylko jego ukochana Yoko. Na trzy dni przed tragiczną śmiercią udzielił dla magazynu Rolling Stone wywiadu, w którym wyznał, że  Kobiety naprawdę są drugą połową nieba, jak szepcze na początku piosenki: For the other half of the sky. W tym samym wywiadzie Lennon kontynuował, że Woman była jego najbardziej beatleskową piosenką na Double Fantasy i że jest to dorosła wersja jego piosenki Beatlesów Girl.


Beautiful Boys to piosenka Yoko i zarazem odpowiedź na piosenkę Johna, którą napisał dla Seana. Yoko w swoim zaś utworze wyraża miłość do obu chłopców. W pozostając w tym miłosnym klimacie John pisze list Dear Yoko (można wyczuć w nim analogię do Oh, Yoko! z albumu Imagine). Album kończą dwa utwory napisane przez Yoko Ono. Pierwszy z nich to Every Man Has A Woman Who Loves Him. Wersja albumowa wydana była jako singiel. Zaś na kompilacji Every Man Has A Woman przypisana została Lennonowi I odarta z wokalu wiodącego Yoko. Strona B-Singla uzupełnia nagranie It’s Allright autorstwa Yoko i Seana. Ostatnia piosenka Lennona nie przyniosła żadnego sukcesu na Wyspach ani w Stanach Zjednoczonych.


Śpieszmy się kochać ludzi, bo tak szybko odchodzą. Album został wydany 17 listopada 1980 roku w Wielkiej Brytanii i USA. Niestety zebrał nienajlepsze recenzje. W dużej mierze były one bardzo negatywne. Wielu skupiło się na idealizacji małżeństwa Lennona i Ono, a nie na zawartości muzycznej. Wszystko zmieniło się po tragicznym wydarzeniu z dnia ósmego grudnia 1980 roku. Album stał się komercyjnym sukcesem na całym świecie i zdobył nagrodę Grammy. W kolejnych dziesięcioleciach album był pozytywnie oceniany. W szczególności utwory Lennona, które są uznawane za jedne z jego najlepszych.



Podobało się? Ciąg dalszy nastąpi... 😉






Bartas✌

35 lat temu ukazał się jeden z najlepszych debiutów w historii muzyki - "Ten" grupy Pearl Jam.

  Po śmierci Andy’ego Wooda Gossard i Ament zawiesili działalność. W czasie tej separacji Gossard spędził swój czas na pisaniu materiałów, k...