środa, 4 października 2023

Nowe, drastyczne kształty. Bob Dylan i jego świetny soundtrack koncertowy "Shadow Kingdom".

Za spokój duszy Boba Dylana! Bogu dzięki - jeszcze żyje! Siedzieliśmy razu pewnego z moją Przyjaciółką Ophie w jednej z krakowskich knajp, piliśmy piwo i cytowaliśmy dialogi z filmu Ogniem & Mieczem Jerzego Hoffmana. Jest tam scena, w której pijany jak bela Zagłoba wypowiada słowa za spokój duszy Bohuna, będąc święcie przekonanym, że ów szlachcic nie żyje. Chwilę później było coś o Dylanie i komuś z nas (chyba mnie) wymsknęło się za spokój duszy Boba Dylana. Oboje wybuchnęliśmy śmiechem, po czym ja szybko dodałem Bogu dzięki, jeszcze żyje! To z kolei cytat z Jacka Kaczmarskiego, który w swym programie Bankiet opowiadał o spotkaniu z Mistrzem. No, i tak już zostało. Ilekroć się spotykamy to wznosimy za Boba toast w taki sposób. Jakby jednak głębiej się nad tym zastanowić to słowa te mają sens. Facet jest jak wino - im starszy tym lepszy. Przekroczył dwa lata temu osiemdziesiątkę i nadal mu się chce. Nie bez kozery dziś o nim będzie. Bowiem na początku czerwca tego roku ukazał się znakomity soundtrack koncertowy zatytułowany Shadow Kingdom. Zacząć należy od tego, że Bob Dylan to typ włóczęgi. Przez całą połowę swojej kariery skupiał się na byciu w drodze. Od końca lat 80-tych dawał plus minus sto koncertów rocznie, za wyjątkiem pandemii. Po drodze przerabiał swój katalog, nadając klasykom nowe, drastyczne kształty. Oczywiście, że zawsze to robił, począwszy od przekształcenia swoich folkowych pieśni w elektryczny rock w połowie lat 60-tych, aż do swojego niesławnego speed-warczenia w utworze Masters Of War na rozdaniu Nagród Grammy w 1991 roku. To poczucie ciągłej ewolucji wydaje się również w odegraniu roli rozluźnienia jego procesu pisania piosenek i nagrywania płyt, poczynając od znakomitego The Time Out Of Mind z 1997 roku. Słuchanie Dylana wykonującego sztuczki jo-jo przy własnej muzyce stało się głównym powodem, dla którego warto go widzieć na żywo. Ech, nie było mi jeszcze dane, ale może kiedyś. 


Tym, co sprawia, że jego nowe i w pełni kameralne wydawnictwo Shadow Kingdom jest triumfem, jest to, że stanowi ostateczną wersję obu stron późnej kariery Boba. W genialny sposób odkrywa na nowo niektóre z jego najbardziej kultowych pieśni, a jednocześnie sprawia wrażenie ostatecznego nagrania. Shadow Kingdom był pierwotnie wydarzeniem transmitowanym on-line, dostępnym przez tydzień w lipcu 2021 roku. Jednak ten 54-minutowy występ na żywo nie był koncertem specjalnym, jakiego wielu się spodziewało. Zamiast tego był to film, w którym Bob Dylan i aktorzy w covidowych maskach odtwarzają na nowo niektóre z jego najbardziej kultowych kompozycji z gwiazdorską grupą muzyków wspierających, w skład której wchodzili między innymi Don Was (bas), T Bone Burnett (gitara) i Greg Leisz (stalowy pedał, mandolina). Czarno-biały film reżyserki Almy Har’el w piorunujący sposób ukazuje Mistrza i jego grupę na scenie. W większości ujęć każdy biorący udział w tym przedsięwzięciu jest obecny, a także spora publika, która wygląda tak, jakby kręciła się po barze w Casablance. Teraz na potrzeby tego albumu zebrano nagrania studyjne piosenek, które pojawiły się na Shadow Kingdom. Stanowi to dowód na to, że choć film jest uderzający to mimo wszystko jest to projekt stworzony typowo do słuchania. Te pieśni nawet łączą się ze sobą, każdy dryfuje w przypadkowe nuty, które szybko łączą się w nowe tematy, niczym set DJski lub wyjątkowo kompaktowy występ Grateful Dead. Materiał nawiązuje do lat 60-tych, z trzema wyjątkami -  Forever Young (album Planet Waves z 1974 roku), What Was It You Wanted? (album Oh, Mercy z roku 1989) i nowy instrumentalny utwór Sierra’s Theme. Wydaje się jednak, że te niezwykle dyskretne rozwiązania pochodzą z okresu między dwiema wojnami światowymi, jeśli nie sprzed początku XX wieku. 

Nawet instrumenty elektryczne wydają się być ledwo wzmocnione. Czasami gitary w utworze Most Likely You’ll Go Your Way (And I’ll Go Mine) brzmią jakby nie miały rezonatorów; to nieprzerwane brzdąkanie na samotnym (i bardzo galijskim) wyciskaczu Jeffa Taylora, który zwiewnie niesie akordy. Przez cały album wokal Dylana jest przebiegły i pełen mocy (pełna zgoda, Ophie! Im starszy ten nasz Bob, tym lepiej śpiewa), a jego frazowanie nieustannie znajduje nową jakość w tekstach, które kiedyś mogły wydawać się utwierdzone w miejscu. I’ll Be Your Baby Tonight brzmi bardziej jak pijacka prośba, niż przyjście kochanka. Nie jest to nieoczekiwany zwrot akcji, ale szkieletowa, opuszczona gra Jeffa Taylora, która dodaje głębi patosowi Boba. Najbardziej drastyczną zmianą może być nowa wersja Tombstone Blues. W roku 1965 utwór leciał w maniakalnym tempie, a występy Dylana prowokowały słuchacza, by dotrzymał kroku, wywoływał o zawrót głowy na tyle, że swoich fanów do tego zmuszał - nagrobek, o którym śpiewa jest wciąż daleko i jest słabo widoczny. Tutaj ta pieśń spowolniona jest do krzywego kraulu. Tam, gdzie w tekście pojawia się litania imion Dylana (Brother Bill, Ma Rainey, Cecil B. DeMille), które niegdyś błyszczały jak przydrożne znaki, tutaj sugerują zawiadomienie o pogrzebie. Ale to zjadliwe, przesiąknięte śmiertelnością uczucie nie obniża ani trochę poziomu muzycznego. To bezkompromisowe wykonanie absolutnie błyszczy. Tombstone Blues, który jest znacznie cichszy niż oryginał, ale tak żwawy, że nie można się mu oprzeć. Jest zupełnie samodzielny, podobnie jak album, na którym się znajduje. No, dla mnie album bomba. Został wydany w czerwcu, ale myślę iż doskonale sprawdzi się na długie, jesienne wieczory z kocykiem i herbatką. Samotne lub we dwoje. Graj Pan dalej, Panie Zimmerman. Nie przestawaj!😍 Bartas✌☮

wtorek, 3 października 2023

Radosne Jam Session i połączone siły. 40 lat temu ukazał się album "Genesis" grupy Genesis.

A teraz cofniemy się o czterdzieści lat. 3 października 1983 roku ukazał się dwunasty studyjny album grupy Genesis zatytułowany po prostu Genesis. W październiku 1982 roku grupa Genesis w składzie Phil Collins (wokal i perkusja), Tony Banks (klawisze) oraz Mike Rutherford (bas i gitara elektryczna) wraz z muzykami sesyjnymi Chesterem Thompsonem (perkusja) i Darylem Stuermerem (gitara) zakończyli dwumiesięczną trasę po Ameryce Północnej i Europie, czego wynikiem był koncertowy album Three Sides Live. Zagrali także jednorazowy koncert zatytułowany Six Of The Best z oryginalnym wokalistą Genesis, Peterem Gabrielem i byłym gitarzystą Stevem Hackettem, aby zebrać fundusze na festiwal muzyki światowej WOMAS Gabriela po tym jak popadł on w problemy finansowe. Następnie grupa weszła w okres bezczynności, podczas którego zespół realizował swoje solowe projekty. Wiosną roku 1983 Genesis zebrał się ponownie w swoim studiu The Farm w Chiddingfold w Surrey, by rozpocząć pracę nad nowym albumem studyjnym, pierwszym od Abacab. Nowy krążek miał stać się pierwszym albumem napisanym, nagranym i w całości zmiksowanym w pokoju studyjnym. Praca zespołu we własnej przestrzeni zaowocowała bardziej zrelaksowaną atmosferą. Dołączył do nich także inżynier dźwięku Hugh Padgham, który również pracował z Genesis przy poprzedniej płycie, ale tym razem sam wykonał obowiązki produkcyjne, a pomoc techniczną zapewnił Geoff Callingham. Mike Rutherford wspomina początkowy okres jako powolny postęp, ale szczególnie produktywnej sesji trzeciego dnia pracowali już nad dwoma, a nawet trzema piosenkami, co zwiększało ich zainteresowanie i podekscytowanie albumem oraz wykonaniem nowego materiału na scenie. Przed rozpoczęciem sesji grupa rozważała pomysł, by Tony lub Mike przejęli wokale główne. Szybko jednak zrezygnowano z tego pomysłu, bowiem opracowali materiał z myślą o wokali Phila. Bank powiedział, że on i Rutherford odgrywają bardziej znaczącą rolę w chórkach na Genesis niż na poprzednich albumach. Muzyk wyjaśnił, że album był wynikiem decyzji grupy o napisaniu albumu i nagraniu go na setkę od początku do końca. Grupa uznała, że ich najmocniejszy materiał został założony wspólnie, więc postanowili nagrać cały album w taki sposób, aby opracować czyjeś wcześniej ustalone pomysły. Wcześniej było tak, że każdy członek wnosił w całości lub częściowo zaaranżowane piosenki. To ograniczało rozwój lub sugestie pozostałych członków. Tym razem utwory powstały w wyniku jammowania i improwizacji w studiu, a następnie zostały nagrane na taśmę, zapewniając zespołowi spójność i świeżość kompozycji. Banks zauważył też, że dzięki temu nagrywanie stało się bardziej ekscytujące i spontaniczne. Ten wspólny wysiłek oznaczał powrót do tego, że grupa przyznała każdemu członkowi autorstwo albumu, zamiast wymieniać indywidualne zapisy, czego nie robili od czasu The Lamb Lies Down On Broadway. Wspólny wysiłek miał również wpływ na tytuł albumu, ponieważ grupa nie była w stanie wymyślić odpowiedniej nazwy, więc wykorzystali Genesis, aby podkreślić fakt, że album został napisany wspólnie. Główne instrumenty klawiszowe, których Banks użył na albumie, to Prophet 10, Synclavier, emulator E-mu, fortepian elektryczny Yamaha CP-70 i ARP Quadra w Mama. W pewnym momencie albumu wykorzystano fragment ścieżki dźwiękowej do filmu 2001: A Space Odyssey (1968). Collins powiedział: Grasz półtora akordu, grasz z połową szybkości, a część z dwukrotnie większą szybkością, brzmi pięknie. Collins gra na elektronicznej perkusji Simmons.


Album Genesis pokazuje, że grupa zmierza w kierunku krótkich, prostszych i przyjaznych dla radia piosenek. Rutherford powiedział, że zespół posunął się tak daleko, jak tylko mógł, w swoim kierunku progresywnego i artystycznego rocka, który przyjmował od wczesnych lat 70-tych. Tony uznał muzykę i ogólne brzmienie na płycie Genesis a coś, za czym zespół tęsknił wiele lat wcześniej. Zwłaszcza za jego bardziej agresywną stylistykę. Najbardziej znanym utworem z tej płyty jest kompozycja otwierająca krążek - Mama. Utwór powstał podczas jam session, podczas którego Rutherford eksperymentował z elektronicznym automatem perkusyjnym Linn LM-1 zasilanym przez bramkowany pogłos i wzmacniacz Mesa Boogie. Stał się niesamowicie głośny do tego stopnia, że wzmacniacze skakały po podłodze w studiu. Phil zdecydował się zaśpiewać stylem przypominającym Johna Lennona z jego coveru Be-Bop-A-Lula w zwrotkach piosenki. Charakterystyczny i złowieszczy śmiech został zainspirowany utworem The Message z 1982 roku autorstwa hiphopowego zespołu Grandmaster Flash And The Furious Five, która charakteryzuje się podobnym brzmieniem. Padgham przyniósł ten numer zespołowi i po jego usłyszeniu Collins roześmiał się podczas kolejnej sesji improwizacyjnej do Mama. Spodobało to się reszcie zespołu i chcieli to wykorzystać w kompozycji. Mike i Tony mieli wątpliwości czy Phil będzie w stanie odtworzyć ten śmiech podczas występów na żywo, ale nie miał żadnych problemów. Rutherford spodziewał się, że manager Genesis, Tony Smith oraz pracownicy wytwórni wybiorą inny utwór na singiel, niż Mama. Muzyk uznał później tę kompozycję  za jedną z najlepszych piosenek na albumie i był bardzo zadowolony z jej komercyjnego sukcesu po tym, jak zespół odnosił sukces na listach przebojów singli dzięki piosence, która zaprezentowała to, o co chodziło wówczas w polityce zespołu. Podczas jednej sesji zespół miał w studiu koto, które zostało nagrane za pomocą emulatora E-mu i użyte jako próbka efektu perkusyjnego utworu, częściowo dlatego, że Banks próbował innych opcji i nie mógł dopasować innego brzmienia. Idąc dalej mamy kompozycję That’s All. Wywodzi się ona z prostego riffu fortepianowego Banksa, po którym nastąpił motyw perkusyjny, który natychmiast wytworzył nastrój, jaki zespół chciał dalej rozwijać. Każdy członek cytował Beatlesów jako inspirację do piosenki. Collins przyznał, że jego gra na perkusji była hołdem dla stylu Ringo Starra, jednego z jego perkusyjnych inspiracji. Solówka organowa jest odtwarzana przy użyciu presetu na Synclavier imitującego organy Hammonda B-3, pomimo rewersu widocznego w teledysku do utworu. Riff Banksa powstał w wyniku pobrania próbki w emulatorze E-mu i zagrania dwóch jej nut jednocześnie, co wygenerowało nową. Home By The Sea opowiada historię włamywacza, który zakrada się do domu, by odkryć, że ten dom jest nawiedzony przez duchy, które przechwytują włamywacza, a następnie zmuszają do wysłuchania historii ich życia. Collins powtórzył frazę Home By The Sea, odkładając wokal w czasie, gdy Banks pisał pomysły liryczne, i użył tego wyrażenia, aby wyczarować historię. Kompozycja powstała, gdy zespół grał na automacie perkusyjnym Linn, podczas którego Bank i Rutherford opracowali motyw przewodni odpowiednio na klawiaturze i gitarze, a Collins zarys wokalu. Mając już przygotowane fragmenty przewodnie, zespół ustalił nastrój i kształt, jaki przyjmie utwór, po czym rozwinął ją w kompletną kompozycję  Kiedy cała trójka była zadowolona z tego, co wyszło, ponownie nagrali piosenkę indywidualnie na taśmę, a Collins zastąpił ścieżki perkusyjne Linna własnymi. Żeby było ciekawiej Home By The Sea przechodzi płynnie w Second Home By The Sea. Jest to utwór w większości instrumentalny. Powstał na podstawie grupowej improwizacji, która rozpoczęła się od gry Collinsa na perkusji. Spodobało się to Banksowi i Rutherfordowi i dołączyli do kolegi. Roboczy tytuł brzmiał Heavy Simmonds, nawiązując do gry Collinsa. Banks powiedział, że jednego dnia grupa spędziła około dwóch godzin na jamowaniu nad pomysłem, a następnego dnia muzycy nagrali drugi jam o tej samej długości. Następnie wzięli części z obu jamów, które najbardziej im się podobały i ułożyli je w jeden spójny układ, co wymagało od nich ponownego nauczenia się tego, co napisali, aby nagrać to jako jeden utwór. Banks powiedział, że luźny pomysł sekcji instrumentalnej polegał na przedstawieniu poprzedniego życia duchów. Utwór kończy się powtórką Home By The Sea. Piątym utworem na albumie jest Illegal Alien z tekstem Rutherforda traktującym o nielegalnych imigrantach i ich próbach przekroczenia granicy Stanów Zjednoczonych w poszukiwaniu lepszego życia. Warto tu zaznaczyć, że Phil Collins dążył do bardziej ryzykownego stylu gry na perkusji i przeszedł przez wiele różnych stylów, zauważając iż to, co ostatecznie zagrał, było prawdopodobnie więcej, niźli miała wymagać tego piosenka. Wybrany styl brzmiał: podstawowa część rock and rolla, część druga i czwarta na werblu oraz jedna i trzecia na basie. To właśnie sprawiło, że melodia zadziałała. Rozpoczyna się efektami dźwiękowymi klaksonów samochodowych i telefonów, które Banks odtwarza na swoim syntezatorze E-mu Emulator. Nagrywanie ich i włączanie do muzyki wydawało się szczególnie ekscytujące. Collins był bardziej zadowolony ze swojej gry na perkusji w Mama i Illegal Alien, niż w bardziej skomplikowanych utworach zespołu, takich jak Los Endos z albumu Trick Of The Tail. Padły oskarżenia w stronę zespołu o rasizm. Tony Banks zaprzeczył jakimkolwiek rasistowskim konsekwencjom, jakie piosenka ta wydawała się mieć wobec Meksykanów. Stwierdził, że jest to żart i w rzeczywistości wyraża więcej współczucia dla imigrantów. Tekst Silver Rainbow napisał Tony Banks. Jest to rzecz o ludziach pozbawionych zdrowego rozsądku, gdy się zakochują w kim. Phil Collins opisał kompozycję jako romantyczną i bujną. Jej roboczy tytuł brzmiał Adam, ponieważ zawierał rytm, który w odczuciu muzyków przypominał utwór artysty Adama Anta. Trio uznało, że najlepiej będzie do niego pasował tekst pasujący do młodzieńczej muzyki. Zamykający album utwór It’s Gonna Get Better zawiera wprowadzenie na klawiaturę, które Banks samplował z albumu z muzyką klasyczną na wiolonczelę po nieudanej próbie wykorzystania go do uzyskania wysokiej jakości brzmienia smyczków na klawiaturze.  Następnie zagrał cztery nuty jednocześnie, korzystając z tej samej próbki, co nieoczekiwanie stworzyło dźwięk przeplatających się harmonii, który zachował i wykorzystał. 


Okładka została zaprojektowana przez angielskiego artystę Billa Smitha, który był także producentem grafiki do Abacab. Zdjęcie z przodu pochodzi z kształtów z zabawki do sortowania kształtów jego rocznego syna, które pozostawił na dywanie, gdy poszedł spać. Album Genesis był największym komercyjnym sukcesem w momencie wydania. Stał się trzecim albumem zespołu, który osiągnął pierwsze miejsce na brytyjskiej liści przebojów. Uplasował się również na dziewiątym miejscu na amerykańskiej liście Billboard 200, gdzie sprzedał się w ponad czterech milionach egzemplarzy. W latach 1983-1984 wydano aż pięć singli. Mama był głównym singlem promującym album i pozostaje najwyżej notowanym singlem Genesis w Wielkiej Brytanii, uplasowując się na czwartej pozycji. Kolejnym był That’s All i osiągnął szóste miejsce w Wielkiej Brytanii. W tym samym czasie zespół odbył spektakularną trasę Genesis Live: The Mama Tour. W 1985 roku album otrzymał nominację do nagrody Grammy w kategorii Najlepsze wykonanie rockowe duetu lub grupy z wokalem, a Second Home By The Sea był nominowany w kategorii Najlepsze rockowe wykonanie instrumentalne. W 2007 roku album został ponownie wydany z nowymi miksami dźwięku stereo i surround 5.1. 40 lat minęło, a ten krążek wciąż brzmi świeżo. Klasyk i pozycja absolutnie obowiązkowa👍 Bartas✌☮

Refleksja nad rozwojem. O nowej płycie "Back To The Water Below" duetu Royal Blood słów kilka.

 

W ciągu ostatniej dekady brytyjski duet Royal Blood wypracował sobie pozycję jednego z najważniejszych zespołów współczesnego rocka alternatywnego. Ich rewelacyjny debiutancki album z 2014 roku trafił do muzycznego świata w najlepszym możliwym momencie. Bez studyjnych gadżetów i elementów elektronicznych zespół przybliżył nam prawdziwe rdzennie muzyki rockowej, skupiając się na mocnych riffach i wpadających w ucho melodiach. Koncepcja ta była kontynuowana na drugim krążku grupy How Did We Get So Dark? z 2017, ale ostatecznie rozpadła się na Typhoons, wydanym dwa lata temu przesiąkniętym elementami funku i disco. Niektórzy fani oskarżyli zespół o zdradę. Jednak wydanie samodzielnego singla Honeybrains w 2022 roku dało tym fanom nadzieję na powrót do korzeni. Pomimo punkowości i wkurwu, jakie można znaleźć na Mountains To The Midnight, główny singiel mógł wspaniale wpasować się w ich pierwsze dwa albumy. Ostatecznie jednak całe dzieło ujawnia (na szczęście) nieco więcej. Bluesowy drugi singiel Pull Me Through, wijący się wokół fortepianu przypominającego klawesyn, był obiecujący. W przypadku Royal Blood cofnięcie się o krok w bok nie wchodzi w grę. 


Back To The Water Below to pierwsza płyta, którą Mike Kerr i Ben Thatcher wyprodukowali sami całkowicie samodzielnie w własnym studio. W wywiadzie dla NME Brytyjczycy podkreślili, że ten sposób pracy pozwala całkowicie zaufać własnym naturalnym impulsom. Dziesięć kompozycji, które stworzyli, przynajmniej w dużej mierze nowy rozdział, którego akcja rozgrywa się z dala od ścieżki obranej na Typhoons. Jak już wspomniałem, nie ma czystego powrotu do brzmienia ich pierwszych dwóch płyt, z silnym naciskiem na riffy i haczyki. Duet stara się stworzyć szerszy obraz całości poprzez bardziej melodyjne riffy, zwiększone użycie klawiszy i częściowo zmniejszoną obecność basu. Szczególnie interesująca jest integracja wpływów lat 60-tych i 70-tych XX wieku. The Firing Line i There Goes My Cool pod względem melodii bardzo mocno przypominają Beatlesów i pokazują Royal Blood od zupełnie innej, nowej strony. How Many More Times (nie, to nie jest cover Zeppelinów) okazuje się być jednym z najmocniejszych momentów na płycie. Charakteryzuje się całkowicie udanym zestawieniem wszystkich elementów i nosi śladu takich zespołów jak The Who czy Supertramp. Niemniej jednak na krążku znajduje się kilka numerów, które zostały zaprojektowane jako stosunkowo klasyczne utwory Royal Blood, ale wyróżniają się na tle starszego materiału wieloma drobnymi ozdobnikami i nową metodą produkcji. Nie należy lekceważyć wpływu, jaki pozostawiła po sobie jej współpraca z Joshem Homme. Pull Me Through, Tell Me When It’s Too Late czy Triggers nie mogą zaprzeczyć powiązaniu zespołu z Queens Of The Stone Age (dziś też napisałem recenzję ich nowej płyty), które jest wszechobecne w rytmie, riffach i melodiach wokalnych. Shiner On The Dark przyjmuje podobne podejście i zachwyca w przejściu mocną gitarową solówką, która nie zastępuje gitary rytmicznej jak dawniej, ale jest dodana.  Od albumu How Did We Get So Dark? zwiększenie rozmiarów aranżacji naprawdę nie jest czymś, za co można winić Royal Blood wyłącznie dla zasady. Podobnie jak w przypadku Typhoons, Brytyjczycy w rozsądny sposób integrują nowe elementy. Niezależnie od tego, że wiąże się to z rozbudową ich live setupu. Sprawa staje się trudniejsza, gdy te nowe komponenty nie są odpowiednio osadzone w miksie. Tell Me When It’s Too Late, który już ma dziwną strukturę, sprawia wrażenie bardzo hałaśliwego i przytłaczającego, szczególnie w głośnych momentach. W refrenie Triggers także nie brakuje elementów rywalizujących o uwagę słuchacza. Ostatecznie Back To The Water Below stanowi ciekawe połączenie refleksji i dalszego rozwoju. Zespół pozwala nam wziąć udział w muzycznej podróży odkrywczej i pokazuje mniej kolejny cel, a bardziej fragmenty wspólnych poszukiwań. Jako zestaw dziesięciu piosenek nadal dobrze ze sobą współgra, pomimo sporadycznych przerw stylistycznych. Więcej, niż warto posłuchać😊 Bartas✌☮

Coś między "Era Vulgaris", "Like Clockwork" i "Lullabies To Paralyse". Kilka słów o płycie "In Times New Roman" grupy Queens Of The Stone Age.

 

Kiedy Era Vulgaris uważana jest za najgorszy moment w twórczości Queens Of The Stone Age, pokazuje to, jak niesamowicie grupa jest konsekwentna. Gdy posłucha się ich albumów jeden po drugim, naprawdę można usłyszeć całą gamę utworów oraz to, jak Josh Homme rozwijał się i ewoluował jako artysta. Jednak w tamtym czasie dla wielu fanów grupy Era Vulgaris nie przyjęła się dobrze. Wpływ na to miało wiele czynników. Josh brał na siebie zbyt dużo. Poza QOTSA występował także w innych projektach i przechodził problemy osobiste (nieudana operacja kolana, rozwód i walka z depresją oraz nowotworem). Po długim okresie przezwyciężania tych trudności udało mu się skierować swoją kreatywność i stworzyć w roku 2013 album Like Clockwork - wielką zmianę w podejściu i stylu dla QOTSA i to tak dobrą, że prawdopodobnie uważany jest za ich opus magnum. Należy sobie w tym miejscu postawić pytanie - kiedy odbijesz się tak mocno i stworzysz swoje największe dzieło to jak będziesz to kontynuował? W przypadku Villains z 2018 roku było to przeciwieństwo genezy Like Clockwork. Solidna produkcja, która rozwija i wykorzystuje ich cudowny nowy szablon, ale brakuje mu tej samej pilności i nienasycenia, by odkrywać i rzucać wyzwania zarówno Homme’owi, jak i jego kolegom z grupy. To jasne jak Słońce, że po obciążającej energii, która wpłynęła na ich arcydzieło z 2013 roku, Homme chciał po prostu dobrze się bawić i napisać beztroską płytę rockową z elementami disco i to bez większych konsekwencji. Oczywiście przez ostatnich kilka lat pojawiało się wśród fanów pytanie: dokąd oni idą? Mówiąc szczerze i najprościej - nie sądzę, aby zespół mógł dalej podążać tą wydeptaną ścieżką bez poczucia lekkiego zmęczenia. Całe szczęście grupa Queens Of The Stone Age wykazała się na tyle pragmatyzmem, by uniknąć tej pułapki w swoim nowym rozdziale i zamiast tego dostarczyła nam coś bardzo znajomego, ale z wystarczającą ilością nowych rzeczy, by uczynić go nieco świeżym. 

Jak jest zaś z najnowszym krążkiem In Times New Roman? Okazuje się, że album nadal wykorzystuje pomysłową strukturę Like Clockwork. Jednak w przeciwieństwie do Villains, która była bardzo chwytliwa o ograniczająca swoją szczerością dźwiękową, najnowsze dzieło Amerykanów ucieleśnia szeroką gamę dźwięków z arsenału zespołu wielkości magazynu. Najbardziej zaskakujące jest to, że album szczególnie nawiązuje do epok Lullabies To Paralyze i (jak na ironię) Era Vulgaris. Wykorzystuje gorączkową estetykę Lullabies To Paralyse i mroczne wybory produkcyjne w połączeniu ze zwięzłością i skupionym na rytmie eksperymentalnym pisaniem piosenek Era Vulgaris. Wiele kompozycji nawiązuje do koszmarnych kołysanek z Lullabies To Paralyse, gdzie Homme spędza sporo czasu, nucąc i sycząc w ciemnych kącikach uszu, otulony kołdrą wielowarstwowych efektów wokalnych i gitarowych. Tak po prawdzie, Homme jest tutaj jednym z głównych pozytywów, naprawdę rozwija skrzydła i dodaje świeżych barw do brzmienia Queensów. Przykładem może być zamykający album numer Straight Jacket Fitting. Lider QOTSA ucieleśnia osobowość typu Oogie Boogie. Władający piosenką jak aktor w przedstawieniu teatralnym, ostentacyjnie zmagający z uwagą odbiorcy, podczas gdy jego ponury zespół chowa się w cieniu. Podobnie jak ten “zamykacz”, album wydaje się chwilami bardzo imponujący i kinowy. Założę się nawet, że oniryczny motyw, który przenika każdy aspekt tego albumu, jst tutaj wykonany znacznie skuteczniej, niż na poprzedni płytach. Zdaję sobie z tego sprawę, że niektórzy z Was mogą się krzywić na widok porównania z Era Vulgaris, ale jest to album, który zawsze podobał mi się tak samo jak reszta ich twórczości. Skupia się bowiem na dziwnych dźwiękach i mocnych rytmach. W Times New Roman jest pod tym względem bardzo podobnie. Przez cały czas partie basu znajdują się w czołówce albumu i czasami wybijają kilka porażająco skutecznych rytmów. Choćby taki Negative Space daje Michaelowi Shumanowi mnóstwo miejsca na wytchnienie, aby wypuszczać swoje skuteczne rytmy nad przestronnymi i precyzyjnymi uderzeniami Jona Theodore’a. Wersy i wirujące refreny Sicily przynoszą hipnotyczne przypływy i odpływy, podczas gdy wahadło kołyszące w Made To Parade sprawia, że ciężko usiedzieć na dupie. Z pewnością obok wokalu centralnym punktem jest rytm, a gitary pełnią rolę pomocniczą, ale taką, że dyktuje, rozwija smak i ton albumu. Wykorzystuje mnóstwo funkowych i nastrojowych efektów fuzz. Całość to ponura zabawa, która bez wątpienia potwierdza swoją tożsamość, mimo że wywodzi się niemal całkowicie z poprzednich epok zespołu – dodając, a nawet ulepszając wypróbowane pomysły z przeszłości.

Brzmi to całkiem nieźle, prawda?. Są jednak też i minusy. Brak jakichkolwiek śladów rozstrzygających za wyjątkiem Negative Space. Jeśli chodzi o moje własne uprzedzenia związane z tym to nie sądzę, aby istniały utwory z najwyższej półki, które można by umieścić na kwintesencji playlisty Queens. Nie oznacza to wcale, że album jest zły lub zawarte na nim kompozycje pozbawione są świetności.Jest to dalekie od prawdy. In Time New Roman wydaje się zamieniać wzloty i upadki na niezachwiane pisanie piosenek, prawdopodobnie w celu lepszego udoskonalenia ich niepowtarzalnego pejzażu dźwiękowego. Rezultatem tego gambitu jest spójność, ale prawdę mówiąc - nie ma tu  niczego nadwyraz wyróżniającego się. Można by rzec, że In Times New Roman gra bardzo bezpiecznie. To solidna dawka z mnóstwem świetnych momentów, ale...jeśli szukasz czegoś z nieco większym zacięciem i ambicjami to niestety możesz być nieco zawiedziony tym, co zespół Ci oferuje. Mimo to jest to bez wątpienia jeden z najmocniejszych albumów rockowych, jakie ukazały się dotychczas w 2023 roku. A jeśli jesteś fanem zespołu lub ogólnie lubisz ten gatunek to z pewnością ta płyta zaspokoi Twoje potrzeby😊 Bartas✌☮


Poczucie osobistej straty. Kim jest Darren? Blur powraca z pięknym albumem "The Ballad Of Darren".

 

W tym roku w muzyce było wiele niespodzianek, ale wydanie nowego albumu Blur po serii wyprzedanych koncertów na całym świecie nie było chyba w ofercie muzycznego bingo. Jednak po wysłuchaniu krążka The Ballad Of Darren, pierwszego albumu zespołu od czasu wydanego w 2015 roku albumu The Magic Whip, fani grupy z Colchesteru nie mogli być bardziej szczęśliwi, że ich niezłomni artyści niezależni powracają z przysłowiowym hukiem. No, ale to nie jest podróż nostalgiczna. To jeden z najbardziej eksperymentalnych i odkrywczych albumów, jakie kiedykolwiek zespół nagrał. Od nawiązań do postaci z poezji rzymskiej po egzystencjalną kontemplacje - oto, czego możesz się spodziewać po The Ballad Of Darren, dziewiątego studyjnego albumu grupy Blur. Ale po kolei. Kim jest ów Darren?  To jest prawdziwa osoba. Darren “Smoggy” Evans był wieloletnim szefem ochrony zespołu i regularnie zachęcał Damona Albarna, aby dokończył piosenkę, którą zaczął pisać kilka lat temu. Co jest intrygujące - postać Darrena reprezentuje także nas wszystkich. Lider Blur tak skomentował: Darren to wielu ludzi, choć bezpośrednio to jedna osoba. Nie zadaje pytań, ale używa tego zbioru nagrań, by przemówić w imieniu nas wszystkich. I to z pewnością jest prawda, gdy album porusza się wokół głębokiego poczucia straty, którego wszyscy doświadczyliśmy. Jest to całkowicie autorefleksyjny, odkrywczy i bez wysiłku ukazujący wyjątkową muzykalność każdego członka grupy, który ma szerokie możliwości zaprezentowania swoich umiejętności - indywidualnie i zbiorowo. Basista Alex James i perkusista Dave Rowntree są świetni przez cały czas trwania albumu. Szczególnie James, gdy bierze udział w swoich radosnych akrobacjach na fretworkach. Jest niezaprzeczalnie wysublimowany, co współgra z delikatną, ale dynamiczną grą na perkusji Rowntree. Choć Blur zawsze byli zwolennikiem zmian w brzmieniu, historycznie ugruntowali swoją reputację dzięki popularnemu w latach 90-tych nurtowi brit-pop. Ów gatunek pomógł im stać się jednym z największych brytyjskich kapel tamtego okresu. Jeśli spodziewasz się lirycznych odniesień do Brewer’s Droop czy Pork Life, pomyśl jeszcze raz: ta muzyczna propozycja Blur jest bardziej refleksyjna i ogólnie przepojona poczuciem melancholii, refleksją nad osobistą stratą i egzystencjalną kontemplacją. 

Krążek otwiera utwór The Ballad. To poruszająca i sugestywna kompozycja, pogłębiająca poczucie straty, szczególnie w wersach: I just looked into my life / And all I saw was that You’re not coming back. Ten temat jest szerzej kontekstualizowany w utworze Barbaric,  którym Albarn śpiewa: feeling that I thought I’d never lose, now where am I going?. Ta kontemplacja trwa w oszałamiającym Goodbye Albert, w którym pojawia się prawdziwe poczucie rezygnacji. Zaś w Russian Strings lider Blur pochyla się nad ludzką śmiertelnością za pomocą głębokiego i znaczącego muzycznie tematu, uwydatnionego przez połyskujące gitary Grahama Coxona. Promujący album singiel The Narcissist składa subtelny hołd Metamorfozie Owidiusza, który stworzył postacie Narcyza i Echo. Przy czym ten pierwszy wyrzekł się Echo i zakochał się w samym sobie, co zaowocowało powstaniem terminu narcyzm. Narcyz rozluźnia się dzięki marzycielskiemu i niemal transcendentalnemu otwarciu, które przechodzi w poruszające crescendo. Na całym albumie słychać prawdziwe poczucie spokoju i wrażliwości w wokalu Albarna, który jest całkowicie autorefleksyjny. Pomimo tego, że ogólnie brzmienie jest stosunkowo stonowane i refleksyjne, wciąż pojawiają momenty żywiołowości i energii. Szczególnie w postaci ryczącego St. Charles Square, który przypomina twórczość takich legend jak Talking Heads, T. Rex czy David Bowie z okresu Scary Monsters oraz...rozmycie z ekscytujących dni lat 90-tych. Wersy Cause there is something down here / And it’s living under the floorboards…It’s grabbed me by the ankle / And pulled me under są porywające i ściskają żołądek poczuciem paranoi i samotności. Choć album jest ich najbardziej imponującym i zróżnicowanym dziełem ostatnich lat, St. Charles Square z nonszalanckim wykonaniem Albarna oraz porywającym i odurzającymi riffami Grahama Coxona sprawia wrażenie czegoś, co mogłoby zostać wydane na ich debiutanckim krążku Leisure. Absolutnie wyjątkowy produkt i mamy nadzieję, że stanie się ulubieńcem fanów. Jak więc The Ballad Of Darren wypada w dyskografii Blur? Bardzo dobrze! Ten znakomity dorobek jest urzekającym obrazem tego, gdzie obecnie znajduje się zespół. Nadal są tu odcienie ujmującego, niezgodnego artpopowego stylu, ale The Ballad Of Darren to ich najbardziej intymne dzieło od czasu choćby albumu 13, co było ich pierwszą prawdziwą stylistyczną zmianą od brzmienia britpop, które tworzyli przez lata dziewięćdziesiąte. Emocjonalny, emocjonalny i pełen intencji Darren zabiera nas w podróż w poszukiwaniu duszy, która jest świadectwem tego, jak przezwyciężenie straty może pomóc Ci odnaleźć siebie, swoje brzmienie i przyjaciół dzięki mocy muzyki. Bardzo mocna pozycja muzyczna tego roku.  Bartas✌☮

35 lat temu ukazał się jeden z najlepszych debiutów w historii muzyki - "Ten" grupy Pearl Jam.

  Po śmierci Andy’ego Wooda Gossard i Ament zawiesili działalność. W czasie tej separacji Gossard spędził swój czas na pisaniu materiałów, k...