środa, 3 lutego 2021

Ustąpić miejsce naturze. Pearl Jam - "Yield"

Jeśli miałbym wybrać swój drugi ulubiony album Pearl Jam zaraz po Ten - albumie debiutanckim, który wywrócił świat do góry nogami i sprawił, że grupa ze Seattle stała się tym, kim się stała dla muzyki rockowej - to z pewnością wskazałbym
Yield. Wielu moich znajomych było zdziwionych tym wyborem. No, co Ty, Bartas? Poważnie? Nudny album. Żadnego PJerdolnięcia. Ok, te singlowe numery może tak, ale całość? Daj spokój. Ja myślałem/myślałam, że wskażesz Versusa albo Vitalogy. A jednak nie. Uwielbiam go właśnie za to, że jest inny. Z resztą jak już kiedyś pisałem - panowie nigdy w miejscu nie stali i zawsze próbowali czegoś nowego, innego. To jest album, który w dużej mierze … uratował mi życie w tamtym czasie. Był to zły okres między końcem podstawówki, a początkiem gimnazjum. W szczegóły wchodzić nie chcę, bo wiem jaki Internet potrafi być złośliwy i bezlitosny. W każdym razie - nie byłem wtedy tym Bartasem, jakim jestem teraz, czyli otoczony licznymi znajomymi, z garstką przyjaciół, dla których jestem ważny. Yield to także przepiękne wspomnienia z okresu, gdy byłem ze wzajemnością zakochany w dziewczynie, która zmarła rok temu. Razem słuchaliśmy tej płyty szczególnie wieczorami. Bardzo długo czekałem na ten dzień, aż w końcu coś o nim napiszę. Dziś jest 23 rocznica wydania, więc nie ma lepszej okazji, by napisać parę słów o niej. Mam nadzieję, że zachęcę  tych, którzy nie są do niej przekonani oraz tych, którzy o niej kompletnie nie słyszeli. Niejednokrotnie przeczytałem lub usłyszałem, że potrafię zachęcić i doprowadzić moich Czytelników do zmiany myślenia o danej muzyce. No, ale przejdźmy już do konkretów.

Jest to piąty album Pearl Jam, wydany 3 lutego 1998 roku. Produkcją jego zajął się stary wyga, sprawdzony już i zaprzyjaźniony z grupą producent Brendan O’Brien. Panowie pracowali nad tym krążkiem niemal cały rok 1997 Seattle w stanie Waszyngton w Studio X oraz Studio Litho należącym do Stone'a Gossarda. Album został następnie zmiksowany przez O'Briena u niego w w Southern Tracks w Atlancie w stanie Georgia. W przeciwieństwie do dwóch poprzednich albumów - Vitalogy i No Code - Yield  charakteryzuje się większym zaangażowaniem poszczególnych członków zespołu. Na wspomnianych dwóch poprzednich krążkach ostateczne słowo miał Eddie. Jednakże pod koniec sesji do No Code Edek zasugerował Jeffowi, że byłoby lepiej gdyby pozostali członkowie napisali pełniejsze utwory, tak aby on był pod mniejszą presją ich dokończenia. Wszyscy wzięli sobie tę radę dość mocno do serca. Poskutkowało. Każdy wiedział, co ma robić. Zmianę w nastawieniu zauważył Mike McCready, który do niedawna jeszcze bał się jakichkolwiek konfrontacji z wokalistą. Vedder stawał się coraz lepszym kompozytorem i wizjonerem całości nagrywanego materiału, bardziej pewnym siebie i to niestety zaważyło negatywnie na procesie twórczym. Pozostali mieli mniej do powiedzenia. Na Yield każdy z członków miał swój znaczący wkład. Nie było też żadnych presji i ograniczeń czasowych. Zespół uznał, że jak skończą nagrywanie to skończą i będzie z tego dobra płyta. W wywiadzie z czerwca 1997 roku Vedder powiedział, że zespół prawie skończył nagrywanie albumu. Jednak Gossard spędził kilka następnych miesięcy skupiając się na swoim pobocznym projekcie. W październiku 1997 roku potwierdzono, że album został ukończony. 


Zespół - jak wspomniałem kilkakrotnie - nigdy nie stał w miejscu, a pod kątem brzmienia każdy album jest inny. Utwory na Yield są dużo bardziej przystępne. Pierwszym singlem promującym był Given To Fly inspirowany utworem Led Zeppelin Going To California oraz twórczością grupy U2, jeśli wziąć pod uwagę sposób frazowania podniosłych partii wokalnych. Jeśli chodzi o teksty, zespół kontynuował bardziej kontemplacyjny styl pisania, jaki można znaleźć już na No Code. Sam Vedder przyznał, że jest to już kwestia wieku. Dorastasz, mija bunt i przestajesz myśleć to jest do dupy albo daj spokój, nic tylko się pochlastać. Całą swoją energię skupiasz na pozytywnym rozwiązaniu problemów. Wiesz, że jest światełko w tunelu. I mimo, iż zespół do dnia dzisiejszego nie przestał poruszać trudnych i ważnych spraw, wyrażając swoje niezadowolenie, to jednak przedstawia to wszystko w pozytywnym świetle. Kilka piosenek zostało zainspirowanych dziełami literackimi. Napisany przez Jeffa Pilate to nawiązanie do Mistrza i Małgorzaty Michaiła Bułhakowa. Do The Evolution inspirowany jest powieścią Ishmael Daniela Quinna, zaś In Hiding pisarstwem Charlesa Bukowskiego. Stone Gossard napisał teksty do No Way i All Those Yesterdays. Low Light to przepiękny utwór, który pomógł mi przetrwać ciężki okres w szkole. Słuchając tekstu i sposobu wykonania ma się wrażenie, że jest to dziecko Eda. A jednak nie. Autorem jest Jeff. To był swego rodzaju liryczny eksperyment. Basista koniecznie chciał zobaczyć jak kolega frontman zinterpretuje jego utwór. Ament przyznał później, że to było doświadczeniem, którego nie potrafię wyrazić słowami. Wspomniany No Way Gossarda wyraża ideę, że ludzie muszą po prostu żyć tu i teraz i przestać próbować cokolwiek udowodnić innym. Given To Fly to nic innego jak wznieść się ponad durnymi komentarzami na temat tego, co kochasz robić, oddając temu całe serce (skąd my to znamy). Do The Evolution jest o kolesiu, który zachłysnął się technologią i myśli, że może kontrolować wszystko i wszystkich. In Hiding jest o tym, jak oderwać się od życia, zrobić wszystko, by odzyskać kontakt z czymś prawdziwym. Powstrzymywanie się od wszystkiego jest fajne, ponieważ normalność życia jest zwodnicza. Jest przyjemnie, ale tylko przez chwilę i są to dobre chwile, ale czasami to nie wystarcza. Pilate dotyczył pytania, które Jeff zadawał sobie bardzo często i powtarzającego się snu - on sam jako staruszek siedzący na werandzie ze swoim psem. Zaś Low Light było tego odpowiedzią i wyrazem wdzięczności za znalezienie spokojnego miejsca i zaufanej osoby. 


Bardzo podoba mi się okładka albumu. Przedstawia pustą drogę pod jasnym, błękitnym niebem ze znakiem ustąpienia po prawej stronie drogi. Zdjęcie zostało wykonane przez Jeffa w Montana Highway 200 między Lincoln a Great Falls w stanie Montana. To była droga prowadząca do jego domu. Zawiera pewne przesłanie fajnie mieć znak ustąpienia tam, gdzie nie ma się przed czym ustąpić. To także przestroga i dla mnie: Bartas, ustąp czasem! Szkoda nerwów, nie przekonasz idiotów. Tytuł albumu zaś jest zakorzeniony w idei poddania się naturze, która jest głównym tematem powieści Ishmael Daniela Quinna. Podczas pracy nad albumem członkowie zespołu byli zanurzeni w lekturze. Tytuł okazał się być bardzo spójny z zawartością liryczną. Chodziło nie tyle o to, by z problemów wyciągnąć pozytywne rozwiązania, ale też czasem ustąpić i nie próbować walczyć o wszystko za wszelką cenę. Muzyka powinna być najważniejsza, ona powinna nas wszystkich napędzać. Taki właśnie jest Yield. I dlatego pozostał moim ulubionym albumem Pearl Jam, zaraz po TEN. Za każdym razem, słuchając go, odnajduję w nim coś nowego i bardzo istotnego dla mojego ja. Z resztą - u Pearl Jam to nie nowość. 


Yield zebrał pozytywne recenzje i zadebiutował na drugim miejscu listy Billboard 200. Podobnie jak No Code, album wkrótce zaczął spadać z listy przebojów, ale ostatecznie Yield wyprzedziło swojego poprzednika. Warto też zaznaczyć, że album miał większy aspekt promocyjny, niż No Code. Głównie za sprawą powrotu do pełnowymiarowych tras koncertowych i wydania teledysku do Do The Evolution. Płyta otrzymała platynę od RIAA w Stanach Zjednoczonych. Album jest ostatnim wydawnictwem Pearl Jam z perkusistą Jackiem Ironsem, który opuścił zespół podczas trasy promocyjnej albumu. Zastąpił go perkusista Soundgarden, Matt Cameron, który gra z zespołem do dzisiaj.


Drogi Czytelniku! Gdy jest Ci smutno i źle. Gdy nie widzisz światełka w tunelu, gdy tak trudno Ci czasem ustąpić miejsca kretynom, którzy wiedzą lepiej … odpal sobie Yield i … spróbuj zmienić myślenie. Znajdź pozytywy. Zastanów się czy aż tak warto zbawiać ten świat …. ?










Bartas✌

piątek, 15 stycznia 2021

Narkotyki, sport, seks i ... obsesyjna miłość do psów. Viagra Boys - Welfare Jazz.

Dawno nie słyszałem równie idiotycznej nazwy dla zespołu robiącego hałas. Viagra Boys?
Viagra, viagra! Działała na szwagra! Uważaj, staruszku, nie szalej w tym łóżku! - jak niegdyś śpiewał w programie Disco Relax pewien stary kabareciarz Stan Tutaj. Pfff, szkoda, że nie nazwali się Prostamol Boys albo Testosteron Boys. No, ale najważniejsza powinna być zawartość muzyczna. Powiem Wam, że o istnieniu tego zespołu dowiedziałem się dopiero na początku tego roku. To grupa ze Szwecji, która pojawiła się na muzycznej scenie w roku 2015, a trzy lata później wydała debiutancki album Street Worms. Na początku tego roku na rynku ukazał się ich drugi album zatytułowany Welfare Jazz. Żeby cokolwiek napisać o tej płycie, która mi się bardzo spodobała (abstrahując od tej kretyńskiej nazwy) musiałem sprawdzić wszelkie informacje na ich temat oraz przesłuchać debiutanckiego albumu. Co ciekawe - muzyka wydawała mi się bardzo interesująca. Na Street Worms, w bardzo zuchwałym stylu grupa połączyła post-punk, industrial, jazz oraz elektronikę z krzykliwym wokalem Sebastiana Murphy'ego. Teksty traktują raczej o przyziemnych sprawach, takich jak psy, narkotyki, sport czy seks, co czyni jest ciekawymi, gdy chytrze obalali koncepcje męskości i innych społecznych oczekiwań. No, ciekawa sprawa. A jaki jest ten drugi album?.

Słuchając Welfare Jazz nie mam poczucia zmarnowanego czasu. Otwierający krążek  Ain't Nice uderza atakiem gęstych linii basu i rozmytej gitary, a wokalista wyrzuca się z siebie perwersyjnie wyzywający wokal. Tutaj umiejętności zespołu w nakładaniu na siebie zniekształconych dźwięków saksofonu, syntezatora i perkusji są w pełni widoczne, co sprawia, że ​​jest to mocny otwieracz, który jest równie chytry, jak taneczny. Pomiędzy piosenkami pojawiają się dziwne przerywniki, które pokazują miłość zespołu do jazzu i  poezji. Toad to mieszanka rockabilly, ciężkiego syntezatorowego groove polana sosem bluesowego frazowania Murphy’ego, podczas gdy Into The Sun to mglisty i meandrujący stomper, który przywodzi na myśl Toma Waitsa, ze smacznie brzmiącym fletem przy końcu utworu. Creatures to popowe, mroczne brzmienie, wypełnione syntezatorem i soczystym, szeptanym saksofonem. Jest to również jedna z najbardziej chwytliwych piosenek na albumie i prawdopodobnie najbardziej zbliżona do przeboju radiowego grupy. 


Muzycznie zespół funkcjonuje bardziej jako jednostka, decydując się na zbudowanie ściany dźwięku, która pochłania słuchacza w sposób bardzo podobny do Devo, co jest ewidentnie inspiracją. Przykładem tego jest instrumentalny 6 Shooter - utwór, który oddaje pulsującą intensywność, którą zespół jest w stanie wzbudzić, szczególnie podczas występów na żywo. Obejrzałem ich występy na YouTubie i naprawdę robią wrażenie. Może namówię Jurka Owsiaka, by ich ściągnął na nasz Festiwal. Mamy też szaleńczy Secret Canine Agent traktujący o obsesyjnej miłości do czworonogów. Radość z używania narkotyków (radość, bo się ćpa? dziwne, ale ok) pojawia się w kawałku I Feel Alive, w którym fortepian, saksofon i flet tańczą wokół totalnie nahajowanego Murphy’ego. Girls & Boys wydaje się być utworem najbliższym Street Worms, dzięki ciężkiemu industrialnemu rytmowi z płaczącymi tekstami i ochrypłym psim szczekaniem. To The Country brzmi jak wypaczone i maniakalne podejście do przeboju prezydentów Stanów Zjednoczonych Ameryki z lat 90-tych Peaches, z osobliwym wiejskim brzmieniem, które utrzymuje złowrogą przewagę zawsze czającą się w cieniu, jak pewnego rodzaju gotycka Americana. Jeden z najdziwniejszych kawałków na płycie, ale fajny.


Welfare Jazz to postęp dla zespołu, który oszałamił dźwiękiem niepodobnym do niczego innego, nie wspominając o naprawdę genialnych teledyskach. Ich ząbkowane i niekonwencjonalne podejście do rock and rolla równoważy czarny humor i nieoczekiwane emocje z rodzajem niebezpiecznej krawędzi, której niestety brakuje w większości muzyki w dzisiejszych czasach. Jako jedno z pierwszych wydawnictw tego roku, Viagra Boys postawili poprzeczkę wysoko. Polecam😉









Bartas✌

poniedziałek, 11 stycznia 2021

Żyj szybko, umrzyj młodo. Pięćdziesiąt lat temu ukazała się słynna pośmiertna płyta Janis Joplin - "Pearl"

Kochani, od 11 dni mamy nowy 2021 rok. Nie wiem jak u Was, ale u mnie zaczął się całkiem spoko. No, i tak sobie pomyślałem, że najwyższy czas wrócić do pisania na blogu. Co prawda niewiele się w muzyce jeszcze dzieje. Przesłuchałem do tej pory tylko jednej płyty. Wrażeniami podzielę się prawdopodobnie w ciągu najbliższych kilku dni. Dzisiaj natomiast chciałbym kontynuować cykl światem rządzą kobiety / kobiety ten świat zmieniają, przenosząc się w zamierzchłe czasy, do początku lat 70-tych XX wieku.  Dziś głos zabierze Janis Joplin. Nie bez powodu, bowiem 11 stycznia 1971 roku ukazał się kultowy album Pearl. Był ostatnim, pośmiertnym albumem w jej krótkiej, ale jakże wybuchowej karierze. Ta nieśmiała i zakompleksiona dziewczyna z Beaumont w Teksasie, odcisnęła swoje piętno w czasie i przestrzeni, które musiało wydawać się innym wszechświatem - San Francisco pod koniec lat sześćdziesiątych. 


Z jednej strony zakompleksiona, a z drugiej mocno nieustraszona w tym sensie, że nigdy nie pozwoliła na jakąkolwiek płytką kategoryzację ze strony dorastających rówieśników. Znalazła swoje miejsce, które pozostawiło ślad w nieskruszony, nieugięty sposób. Była osobą dość skrajną. Z jednej strony poszukiwała prawdziwej miłości, chciała mieć rodzinę, męża i dzieci. Jednak silniejsze było przywiązanie do muzyki, sceny, dragów, alkoholu i przygodnego seksu. W przeciwieństwie jednak do wielu innych gwiazd show businessu wizerunek wcześniejszych i późniejszych dekad, wizerunek Janis był szorstki, ale i prawdziwy. Nie był to obraz wykreowany przez management. Żyła chwilą z każdą śpiewaną nutą, głęboko zakorzeniona w emocjach, które emanowały z każdego napiętego wokalu.


Album Pearl to drugi solowy album artystki, a czwarty ogólnie. Ma o wiele bardziej dopracowany klimat, niż poprzednie dokonania, które nagrała z Big Brother and the Holding Company i Kozmic Blues Band dzięki doświadczeniu producenta Paula A. Rothchilda i jej nowych muzyków wspierających. Rothchild był najbardziej znany jako producent nagrań zespołu The Doors. Współpraca między nim a Janis była jak marzenie. Artystka zawsze słynęła z nieprzeciętnej skali głosu, ale na tym albumie zaprezentowała szczyt swoich możliwości wokalnych. Towarzyszył jej zespół Full Tilt Boogie Band to muzycy, z którym to nawiązała współpracę podczas Festival Express, czyli takiej trasy koncertowej po Kanadzie latem 1970 roku. Utwory zostały zarejestrowane w Sunset Sound Recorders, Hollywood, California między lipcem, a październikiem 1970 roku. Album składa się z dziewięciu utworów, które oscylują wokół blues rocka, muzyki soul, wczesnego R&B oraz funk rocka. Najbardziej znanymi utworami są Cry Baby autorstwa Jerry’ego Ragovoya i Berta Bernsa oraz Me And Bobby McGee, który stał się przebojem numer jeden, a jego autorstwo przypisane jest Krisiowi Kristoffersonowi oraz Fredowi Fosterowi. Ciekawostką jest fakt, że Joplin zagrała w tym numerze na gitarze akustycznej. Trust Me zaś to utwór napisany specjalnie dla artystki przez Bobby'ego Womacka. Wspomniałem o niesamowitej formie wokalnej Joplin na tym albumie. Przykładem tego jest choćby Get It While You Can czy też  mój ulubiony utwór na krążku A Woman Left Lonely. Takiego emocjonalnego wykonania z pewnością nie powstydziłby się żeńskie wokale późniejszych dekad muzycznych. W pełni autorską jej kompozycją jest otwierający krążek numer Moon Over. Nie zdążyła niestety nagrać partii wokalnych do utworu Buried Alive In The Blues. Autorowi piosenki, Nickowi Gravenitesowi, zaoferowano możliwość zaśpiewania jej w hołdzie Joplin, ale ten odmówił. 


Ostatnia sesja nagraniowa artystki miała miejsce w czwartek, 1 października 1970 roku. Wtedy to przyniosła na sesję swój słynny utwór zaśpiewany a cappella Mercedes Benz. Była to jej ostatnia sesja nagraniowa. Zmarła 4 października 1970 roku, na skutek przedawkowania heroiny. Miała zaledwie 27 lat. Pozostała muzyka. Wiele późniejszych artystek otwarcie przyznaje się do inspiracji jej twórczością i jej głosem. Także i tu, w Kraju Nad Wisłą. Kiedy w 2015 roku uczestniczyłem w oglądaniu wielkiego projektu Flower Power - Ania Rusowicz i Goście na Najpiękniejszym Festiwalu Świata, miałem wrażenie, że słucham Janis, podczas gdy na scenie stała Natalia Sikora. Nieprawdopodobne jak ta dziewczyna brawurowo wykonała utwór Try (Just A Little Bit Harder). Również Natalia Przybysz sięgała nieraz po ten repertuar na Woodstocku, choć to już zupełnie inna barwa głosu. 


Janis była u szczytu sławy, miała wszystko. Myślę, że mogłaby nagrać jeszcze wiele znakomitych płyt. Perła, która dzisiaj kończy 50 lat, jest pozycja obowiązkową w katalogu artystki i jedną z najlepszych płyt w historii muzyki, jeśli idzie o żeński wokal. Dobra okazja, by dziś sobie ten album odtworzyć. Niesamowity ładunek emocjonalny. To cała Janis - poszukująca miłości i ustatkowanego życia, a jednocześnie - nie mogąca usiedzieć na jednym miejscu. Bardzo gorąco polecam😍








Bartas✌

środa, 30 grudnia 2020

Podsumowanie muzyczne roku 2020. Oj, ale się działo!

Nadszedł wielki czas na podsumowanie muzyczne roku 2020. Ktoś kiedyś bardzo słusznie powiedział, że jeśli czasy są ciężkie to muzyka kwitnie. I to potwierdziło się tym roku, Niejednokrotnie pisałem o artystach, którzy zamykali się w swoich domach podczas kwarantanny i nagrywali naprawdę świetne albo przynajmniej bardzo udane albumy. Przesłuchałem w tym roku około 250 płyt, z czego wybrałem najlepszych 25 albumów polskich i 40 zagranicznych. Bez zbędnego pierdolenia - przechodzę do rzeczy. Nie wyjaśniam dlaczego, bo to nie ma sensu. Albo się ze mną zgodzicie albo nie 😉 Po prostu zapraszam do zapoznania się z moją listą osobistą najlepszych utworów ro(c)ku 2020.



Albumy polskie to: 

25. Millenium - The Sin

24. Mikromusic - Kraksa

23. Hunter - Najczarniejsza Płyta Świata (XXXV)  

22. Maleńczuk - Klauzula Sumienia

21. Maciej Meller - Zenith

20. Fren - Where Do You Want Ghosts To Reside

19. Vader - Solitude In Madness

18. Igor Herbut - Chrust

17. Pejzaż - Blues

16. Kapela Ze Wsi Warszawa - Uwodzenie

15. Wojciech Waglewski - Waglewski Gra-Żonie (Reedycja)

14. Mariusz Duda - Lockdown Spaces

13. Renata Przemyk - Live Pol'And'Rock 2019 

12. Majka Jeżowska - Live Pol’and’Rock 2019

11. Lonker See - Hamza

10. Me And That Man - New Man, New Songs, Same Shit, Vol. 1

09. Kazik - Zaraza

08. Krzysztof Zalewski - Zabawa

07. Luxtorpeda - Anno Domini MMXX

06. EABS - Discipline Of Sun Ra

05. Waglewski, Fisz, Emade - Duchy Ludzi I Zwierząt

04. Pink Freud - Piano, Forte, Brutto, Netto

03. Various Artists - The Best Of Najpiękniejsza Muzyka Świata - Podsumowanie 25 lat Festiwalu Woodstock / Pol’and’Rock

02. Lunatic Soul - Through Shaded Woods

01. Kult - Live Pol’and’Rock Festival 2019


Albumy zagraniczne:

40. Fiona Apple – Fetch the Bolt Cutters 

(dosłownie przesłuchana wczoraj, rzutem na taśmę)

39. King Gizzard & The Lizard Wizard - K.G.

38. Witchcraft - Black Metal

37. Fleet Foxes - Shore

36. Haken - Virus

35. Lianne La Havas - Lianne La Havas

34. Motorpsycho - The All Is One

33. Eminem - Music To Be Murdered By

32. Ozzy Osbourne - Ordinary Man

31. Samsara Blues Experiment - End Of Forever

30. Taylor Swift - Evermore

29. Pendragon - Love Over Fear

28. The Waterboys - Good Luck, Seeker

27. My Dying Bride - The Ghost Of Orion

26. Oranssi Pazuzu - Mestarin Kyns

25. Onségen Ensemble - Fear

24. Greg Dulli - Random Desire

23. The Strokes – The New Abnormal

22. Dool – Summerland

21. Ringo DeathStarr - Ringo DeathStarr

20. Metallica & The San Francisco Symphony - S&M2

19. All Them Witches - Nothing as The Ideal

18. Airbag - A Day At The Beach

17. Robert Plant - Digging Deep Subterranea

16. Paradise Lost - Obsidian

15. Deep Purple - Whoosh!

14. Nothing But Thieves - Moral Panic

15. Nick Cave And The Bad Seeds - Idiot Prayer

14. AC ⚡️DC - Power Up

13. Alanis Morissette - Such Pretty Forks In The Road

12. Norah Jones - Pick Me Up Off the Floor

11. Black Stone Cherry - The Human Condition

10. Siena Root - The Secret Of Our Time

09. METZ - Atlas Vending

08. Stone Temple Pilots - Perdida

07. Deftones - Ohms

06. Kalandra - The Line

05. The War On Drugs - Live Drugs

04. Paul McCartney - III

03. Bob Dylan - Rough And Rowdy Ways

02. Bruce Springsteen - Letter To You

01. Pearl Jam - Gigaton  


Odkrycie roku: Kalandra - The Line

Zawiedzenie roku: Green Day - Father Of … All Motherfuckers 

Ulubione piosenki: Seven O’Clock oraz Dance Of The Clairvoyants Pearl Jam oraz Song For Orphans Bruce'a Springsteena.

Singiel, który najbardziej zaskoczył: Dance Of The Clairvoyants Pearl Jam



Wszystkim moim Czytelnikom w nadchodzącym roku 2021 życzę, żebyśmy wszyscy wraz z Nowym Rokiem, wstali silniejsi do walki z tym złym w imię pokoju, miłości i dobra oraz równości w różności. I żeby każdy z nas wywalczył w końcu to, co mu się należy! Także dużo fajnych, nowych dźwięków. Trzymajmy kciuki, by odbyły się w końcu festiwale i koncerty, bo bez tego wszystkiego … no, jakoś słabo. Do siego ro(c)ku!








Bartas✌

sobota, 19 grudnia 2020

Kosmiczna wyobraźnia i życiowe rozkminy starego Beatlesa na kwarantannie. Paul McCartney - III

Jest koniec roku 1969. Za chwilę nastąpi definitywny koniec Beatlesów. Paul McCartney zaszywa się w swoim domu w Londynie i nagrywa cztery utwory, zupełnie sam. W przeważającej części nagrania były na tyle surowe i fundamentalne, by można je było zakwalifikować jako dema i główny punkt zwrotny wynikający z wyszukanych prac studyjnych
Abbey Road i nakładek z Let It Be. Wiosną muzyk wydał swój pierwszy solowy debiut zatytułowany McCartney. Opinie były różne, ale koniec końców album znajdował się na szczycie amerykańskich list przebojów przez trzy tygodnie, a później został uznany przez niektórych za punkt zwrotny nurtu lo-fi pop. Później powstał The Wings, w którym śpiewała jego żona Linda. Kariera tego zespołu trwała prawie 10 lat. Kiedy jednak dobiegła końca, ex-beatles powrócił do solowego grania. Efektem czego był wydany w roku 1980 album II. Na fali modny był wówczas synth-pop, więc idąc z duchem czasu Macca otoczył się w swoim domu w Sussex gamą syntezatorów i miał niezłą zabawę. Album był jednak przyjęty znacznie gorzej od debiutanckiego wydawnictwa sprzed dekady, choć utwór Temporary Secretary po dzień dzisiejszy nosi miano kultu i jest bardzo chętnie wykonywany przez muzyka na koncertach jak również z entuzjazmem przyjmowany przez publiczność. I tak przez te czterdzieści lat te dwa albumu były bliźniaczymi osobliwościami w katalogu McCartneya, kamieniami milowymi, które pomogły nakreślić nową dekadę jego przebogatej solowej kariery. 

I pewnie nie poznalibyśmy kolejnej, właśnie dziś wydanej części III, gdyby nie ta cała cholerna globalna pandemia, która zmusiła Paula do zamknięcia się w domu. A co ma robić muzyk w domu, jak nie nagrywać. W tym momencie każdy jego nowy materiał jest chciwie pożądany przez fanów. Po części pewnie też dlatego, że ten facet nieuchronnie zbliża się do osiemdziesiątki. Młody już nie będzie i nigdy nie wiadomo czy nie będzie to jego ostatni album. Po niemal sześciu dekadach pracy twórczej ludzie są po prostu zajebiście szczęśliwi, że słyszą jego głos. Sam Macca sprawia wrażenie takiego, że nie jest to jeszcze czas na muzyczną emeryturę, bo nie powiedział jeszcze ostatniego słowa: Let It Be. Brzmienie McCartneya - legendarnego talentu do pisania piosenek z nieograniczoną sentymentalną historią po swojej stronie - bawiącego się w swoim wymyślnym domowym studio jest w rzeczywistości jedną z bardziej atrakcyjnych opcji na tym etapie jego katalogu. Jednak tym razem nie podąża za trendami. 


Album rozpoczyna się utworem Long Tailed Winter Bird - pięciominutową uwerturą, która z mocno rytmicznego riffu przekształca się w coś wspanialszego, co jest genialnym przykładem nagrywania albumu w warunkach domowych podczas pandemiii.. W końcu dostajemy bas, perkusję, mocno dotknięty wokal i wiele więcej. Od strony tekstowej jest dość ubogi, jest niczym powtarzającą się mantrą Do You, do-do, do You miss me? / Do You, do-do, do You feel me? Zabieg jest celowy - pamiętajmy w jakiej sytuacji się wszyscy znaleźliśmy To uderzające wprowadzenie sugeruje, że McCartney III będzie lepszy, niż powinien. Artysta oferuje nam przyjemny dobór piosenek, ballad i eksperymentów. Teksty w  innych utworach są dość osobiste. W utworze Deep Down zwierza się ze swojej obsesji na punkcie seksu (Paul, Ty stary zbereźniku). Muzycznie na pozór nic specjalnego się tam nie dzieje, ale piosenka ma w sobie jakiś niesamowity trans, który sprawia, że chcesz jej wysłuchać do końca. Sir Paul świetnie zawsze wypadał w balladach fortepianowych, a jego progresja akordów i linie melodyczne zawsze chwytały za serducho. Mamy na albumie piękny Women And Wives, który jest opisem jego burzliwego życia uczuciowego, zwłaszcza po śmierci Lindy. Hear me, women and wives / Hear me, husbands and lovers / What we do with our lives / Seems to matter to others. To brzmi nieco jak slogan. Find My Way to jeden z najlepszych rockerów, jakie Paul kiedykolwiek napisał. Podobnie jest z resztą z utworem Lavatory Lil, który jest okraszony gęstym i fajnym riffem. Akustyczne zaś The Kiss Of Venus i When Winter Comes przywodzą na myśl słynny Beatlesowski Biały Album i myślę, że mógłby się tam spokojnie znaleźć. Mamy też coś dla fanów bluesa i stoner rocka - Slidin, który przy pierwszym odsłuchu skojarzył mi się z Queens Of The Stone Age. Pretty Boys zaś to bardzo przyjemna akustyczna piosenka, fajna niespodzianka, która jakby zamyka ten nurt lo-fi popowy. 


Moim ulubionym utworem jest centralny punkt albumu, czyli utwór Deep Deep Feeling. Osiem i pół minuty niesamowitej eksperymentalnej podróży. Macca lamentuje w nim jak cudownie, a zarazem jak chujowo jest żyć z intensywnymi myślami i emocjami w związku. Budowa utworu się zmienia, odzwierciedlając emocjonalne wzorce nastrojowe, które towarzyszą każdemu długoterminowemu związkowi. To mieszanka wybuchowa: bluesa, progu, soulu, klasycznej, wczesnej elektroniki i kto wie, co jeszcze. Można doszukać się w niej kontynuacji beatlesowskiego I Want You (She's So Heavy). Absolutny majstersztyk! 


Album może nie jest aż tak spójny jak poprzednio wydany Egypt Station. Niemniej jednak chyba nie mogliśmy się spodziewać lepszego zakończenia roku 2020. Roku, który był usłany smutkiem i tragediami. Muzycznie jednak lśnił jak diament. Tym albumem Macca pokazał, że wciąż mu się chce, że zatęsknił za muzyką, za fanami oraz występami. Siedział na dupie w domu i rozmyślał o życiu, a owocem tego jest świetny III, który w doskonały sposób zamyka trylogię. Ten prawie osiemdziesięcioletni Beatles próbował jakby dogonić starego przyjaciela, który próbuje zrozumieć ten nowy świat. Rzeczywistość, w której wszyscy się znaleźliśmy. I nie powiem - album III nie jest aż tak wielkim odważnym odkryciem jak pożegnalna płyta Bowiego Blackstar, ale jest dowodem na to jak kosmiczną wyobraźnie muzyczną ma facet, który sześćdziesiąt lat temu, wraz z trzema innymi kolegami podbił cały świat. Pozycja bardzo mocno polecana. Coś mi się wydaje, że zamknie pierwszą dziesiątkę moich ulubionych płyt tego roku 😊








Bartas✌

poniedziałek, 14 grudnia 2020

Zdrowa rywalizacja i problemy współczesnego świata. Siena Root - "The Secret Of Our Time"

Dzisiaj zabiorę Was, Drodzy Czytelnicy do Szwecji.
I cóż, że ze Szwecji? - jak to się mawia zwykle w ramach ćwiczeń na dykcję  No, właśnie - i co? A to, że szwedzka scena rockowa ma się wyśmienicie. Jednym z najlepszych tego przykładów jest zespół o nazwie Siena Root. Grupa ta powstała w 1997 roku w Sztokholmie jako trio, ale do 2017 roku składało się z pięciu członków: Samuel Björö (wokal), Matte Gustavsson (gitara solowa), Sam Riffer (gitara basowa, efekty i wokal), Erik Petersson (organy, clavinet oraz syntezator Rhodes) oraz Love „Billy” Forsberg (perkusja, wokal, efekty). W 2004 wydali swój debiutancki album A New Day Dawning. Skład zespołu zmieniał się latami. Przez lata wielu muzyków grało z zespołem na żywo i lub w studiu, w tym KG West z Öresund Space Collective, który wraz z Love Forsberg i Dr. Space stworzył album West, Space & Love i West, Space & Love Vol. II

Szwedzi powrócili właśnie z siódmym studyjnym albumem zatytułowanym The Secret Of Our Time. Trzy lata przyszło nam czekać na kolejne wydawnictwo. Poprzedni album A Dream Of Lasting Peace z 2017 roku namieszał w mojej świadomości dość mocno. Był to dla mnie najlepszy krążek zespołu w karierze. A jak jest przy okazji najnowszego albumu? Okazuje się, że dobre rzeczy przychodzą do tych, którzy czekają, ale w tym przypadku cholernie niesamowite rzeczy przychodzą do tych, którzy czekają. 


Zaskoczeniem jest utwór otwierający płytę, czyli Final Stand. Spodziewałem się mocnej, ziemistej muzyki, bo do tego przyzwyczaiła mnie ta kapela, a tymczasem mamy do czynienia z prostym hard rockowym graniem. To bardzo fajnie, że pokazują swą zdolność do przekraczania moich oczekiwań. Zaskoczenia są nie tyle muzyczne, co wokalne. Do zespołu dołączyła tym razem kobieta, która nazywa się Zubaida Solid. Jej głos bardzo dużo wnosi do tej muzyki. Idąc dalej mamy inspirowany twórczością Deep Purple z tych najlepszych czasów, utwór Siren Song. Cała jego konstrukcja mocno może wryć się w banię. Jest to też kolejna piosenka, która prezentuje wspomnianą wokalistkę od jak najlepszej strony. Potrafi ona połączyć charakter byłych męskich głosów w zespole i stworzyć coś unikatowego. Ma pewne zadatki na liderkę, która może poprowadzić ten zespół w konkretnym celu. 


Rządzi na tym albumie niewątpliwie, ale nie jest aż taką znowu zepsutą egoistką. Jest w tej kapeli druga wokalistka, której głos stanowi bardzo dobre uzupełnienie - Lisa Lystam. Przykładem czego jest kompozycja Organic Intelligence. Zajebista wręcz, a słuchając jej ma się wrażenie jakby panie rzucały sobie pojedynek na głosy. Wers po wersie. Niemniej jednak efekt tego jest o tyle znakomity, że jest to zdrowa rywalizacja, która tworzy harmonie wokalne obu pań. Słuchasz i masz ochotę kibicować obu. Jeśli jednak miałbym wybrać między Lystam, a Solid to chyba jednak wygrywa ta druga. Ma potężną skalę głosu. Uwielbiam to, jak jest w stanie przejść z niższego, gładkiego dolnego rejestru aż do nieco uduchowionego, szorstkiego górnego rejestru. Nie zrozumcie mnie źle, Lystam jest absolutnie znakomitą wokalistką. Przykładem czego jest choćby absolutna perełka z partią sitaru -  Daughter of the Mountains. Jest to jej najlepsze wykonanie na albumie. Jednak to Solid wygrywa wszystko. Co jest jeszcze warte uwagi? Subtelnie rozpoczynający się Mender, który ciekawie kontrastuje z popisami gitarowymi. In Your Head, który przyprawia o zawrót głowy przez szaleńczą partię organów Hammonda czy instrumentalny pełen bluesa i psychodeli przełomu lat 60-tych i 70-tych. Najbardziej zaś przebojowym numerem jest When A Fool Wears The Crown, a wieńczący album Imaginary Borders zawiera wspaniałe partie fletu i delikatny wokal. 


Trzeba przyznać, że po wydaniu A Dream Of Lasting Peace poprzeczka została podniesiona dość wysoko. I jak dla mnie The Secret Of Our Time detronizuje poprzednie dokonania o głowę. Nie ma tu ani jednej złej piosenki. To nie jest tylko świadectwo rozwoju Siena Root, ale dowód na to, że w tym zespole nie brakuje pomysłów, także w warstwie tekstowej. Krążek jest koncept albumem i opowiada o współczesnych problemach ludzi, którzy są rozdarci między światem cyfrowym, a tym naturalnym. Wszystko się układa w jedną całość. Zespół nie stoi w miejscu, myśli przyszłościowo, ale tez nie poddaje się naciskom komercyjnym i robi swoje. Nie wiem jak Wy, Drodzy Czytelnicy, ale ja będę do tej płyty bardzo często wracał nawet w kolejnych latach. Polecam 😊








Bartas✌


35 lat temu ukazał się jeden z najlepszych debiutów w historii muzyki - "Ten" grupy Pearl Jam.

  Po śmierci Andy’ego Wooda Gossard i Ament zawiesili działalność. W czasie tej separacji Gossard spędził swój czas na pisaniu materiałów, k...