piątek, 13 września 2024

Wszystko, co potrzebne i jeszcze więcej. David Gilmour powraca po 9 latach z nowym albumem - "Luck And Strange".

Temu Panu się w ogóle nie spieszy do niczego. Z jednej strony to dobrze, bo on już niczego nie musi udowadniać. Jest muzykiem i gitarzystą światowej czołówki. Z drugiej jednak strony - fani głosu i gitary Kamandy Pinka Floyda czekali parę ładnych lat na trochę jego nowej muzyki. I w końcu jest. W piątek, 6 września, ukazał się  piąty w solowym dorobku Davida Gilmoura album zatytułowany Luck And Strange. Piszę to szczerze - jest to album, który zasługuje na trochę czasu, aby się nim delektować, a nie spieszyć z napisaniem recenzji, która może być nijaka. Natychmiastowa opinia jest jak najbardziej ok, a pierwsze wrażenia się liczą. Z czasem jednak potrzeba kilku odtworzeń, aby naprawdę zachwycić się i zakochać w tej nowej muzyce. Dlatego potrzebowałem przynajmniej z tygodnia (mamy piątek, 13 września, 2024, a więc tydzień po premierze), by móc podzielić się z Wami, Drodzy Czytelnicy, wrażeniami. Ten krążek był mocno promowany latem przed wydaniem. Mieliśmy okazję posłuchać kilku utworów promujących, takich jak The Piper’s Call, Between Two Points czy Dark And Velvet Nights. Zostały one udostępnione za pośrednictwem mediów społecznościowych artysty i kanale YouTube jako single. Usłyszeliśmy także próbkę instrumentalnego otwieracza Black Cat. Gilmour również mówił o tym, że w nagraniach pojawią się partie klawiszy nagrane przez nieżyjącego już Ricka Wrighta. Wszystko to wskazywało, że czeka nas uczta. Muzyk zasugerował również, że warto było czekać na jego nowe dzieło, zarówno latem, jak przez dziewięć lat od wydania poprzedniego krążka Rattle That Lock. Postawił również bardzo odważną i kontrowersyjną tezę, że Lucky And Strange będzie jego najlepszym dokonaniem od czasów klasycznego The Dark Side Of The Moon z 1973 roku. No, cóż… bardzo odważna teza, Panie Gilmour.


Jak rzeczywiście z tą płytą jest? Napiszę od razu: album jest znakomity! Pełen charakterystycznych dla Gilmoura dźwięków, a duch Pink Floyd przewija się przez cały niemal krążek. Jest w nim jednak świeżość, nowoczesność i spora różnica w stosunku do poprzednich dzieł Maestro. To także rodzinny album, w którego zaangażowali się córka Romany, syn Charlie i żona artysty, pisarka, Polly Samson. Nadaje to dodatkowego smaku. Krążek otwiera kompozycja Black Cat. To króciutki, łatwy i instrumentalny numer, który wprowadza nas w album, nadając przyjemny ton. Chwilę później mamy utwór tytułowy. Gdy pierwszy raz go usłyszałem to miałem skojarzenia z Dogs z płyty Floydów Animals. Przenika przez niego bluesowy klimat. Wszystko buduje się do znakomitego zakończenia i wznoszącej się partii gitary obok klawiszy nieodżałowanego Wrighta. Idąc dalej mamy The Piper’s Call - kompozycję, która wspaniale buduje od cichego akustycznego początku. Ciekawostką jest fakt, że Gilmour napisał ją początkowo a ukulele, chociaż pojawia się ten instrument. Jest tu też więcej bluesowych solówek, troszkę gitary slide oraz solidne crescendo przy końcu. Nieco ciszej jest przy A Single Spark. Dave kończy ją płynnym i wznoszącym się gitarowym solo. To spokojniejsza i łagodniejsza piosenka, ale z piętnem Gilmoura. Zanim przejdziemy do prawdziwej perełki na albumie, mamy drugi instrumentalny utwór, Vita Brevis, który zgrabnie łączy utwory. Tytuł oznacza Krótkie Życie, co jest tematem albumu. Jaką perełkę mam na myśli? Wspomniałem we wstępie, że Luck And Strange to w pewnym sensie album rodzinny. Tak. W nagraniu Between Two Points udział bierze córka Dave’a, Romany. Śliczny i bardzo liryczny głos młodej dziewczyny nadaje romantycznego klimatu. To oczywiście cover, bo w oryginale wykonywał ją indie-dream popowy duet The Montgolfier Brothers. Ale mimo tych różnic spokojnie byście rozpoznali w nim klasyczną rękę Gilmoura. Brakuje komuś prawdziwego kopa? Znajdzie go w numerze Dark And Velvet Nights. Charakteryzuje się przyspieszonym tempem i bardziej przyziemnym stylem. Bardziej chropawa gitara napędza do przodu i nie brakuje charakterystycznych dla Gilmoura solówek. Bardzo przypadł mi do gustu. Sings jest znów spokojny, łagodny, ale przemyślany i wyróżnia się na tle innych. A jeśli komuś brakuje ducha starych dobrych Floydów to z pewnością odnajdzie go w wieńczącym całość utworze Scattered. Tak kończy się podstawowa wersja tego albumu. Jeśli ktoś zakupi wersje niestandardową będzie miał okazję rozkoszować się smacznymi dodatkami. Pierwszym z nich jest Yes, I Have Ghosts - singiel wydany w 2020 roku. Romany powraca do duetu ze swym ojcem, a także gra na harfie. Głosy ich łączą się zgrabnie, zaś tło gitary akustycznej jest bardzo klasyczne i dodaje lekkiego folkowego akcentu. Drugim jest Luck And Strange (Original Barn Jam) czyli oryginalnie nagrany w 2007 roku z udziałem Ricka Wrighta na pianinie elektrycznym. To 14-minutowa alternatywa dla wersji finalnej. W niektórych miejscach brzmi jak późnowieczorny, płynny, nowoczesny jazz. Uprzedzam, że jest to rzecz dla wytrwałych, niektórzy mogą uznać go za zbyt monotonny. Ale warto posłuchać. 


Nowy album Davida Gilmoura dostarcza nam tego, co jest potrzebne i jeszcze więcej. Muzyk opowiadał w wywiadach, jakie zadanie miał producent Charlie Andrew. Sednem sprawy jest to, że Andrew nie był zbyt zaznajomiony z twórczością Gilmoura i wiele kwestionował, w tym zanikające solówki gitarowe w końcowych numerach. Zaprosił więcej muzyków jazzowych i aranżera Willa Gardnera, by z czasem rozciągnąć ten kierunek. Wszystko to działało naprawdę dobrze. Gilmour ma delikatną przewagę w Luck And Strange. Są tu wszystkie największe jego atuty - mistrzostwo gry na gitarze, z mieszanką spokojniejszych stylów, twardszych dźwięków i nowych podejść. Nie ma tu żadnego słabego momentu. Rattle That Lock z 2015 roku nie był, broń Boże, zły. Jednak brakowało w nim jakiejś spójności. Czy jest to jego najlepsze dzieło od czasów Ciemnej Strony Księżyca? Cóż, to wciąż odważna teza i spore żądanie, na której nie ma pełnej odpowiedzi. Potrzeba jeszcze sporo czasu. Ale nie przegapcie tej płyty! 😍 Bartas✌☮ 


wtorek, 10 września 2024

Przemieniająca moc miłości. Nick Cave i jego nowe dzieło "Wild God".

 

Nick Cave - punkowiec, który stał się prorokiem - często opisuje swoją muzykę jako “świętą”. Występ jest dla niego aktem komunii z publicznością. No, ale Wild God, czyli jego 18 album w karierze z zespołem The Bad Seeds, bardziej przypomina chrzest: ekstatyczne zanurzenie w rwących, wzburzonych wodach miłości i straty, których sześciesięcioletni artysta doświadczył od śmierci swoich synów - Arthura Cave’a (15 l. w roku 2015 roku) i Jethro Lazenby’ego (31 l. w 2022 roku). W dziewięciu narastających, tonących i wirujących pejzażach dźwiękowych, obrazy albumu zanurzają Słuchacza w jeziorach i morzach Dzikiego Boga, zanim wynurzą nas byśmy mogli zaczerpnąć powietrza i gapić się na gwiazdy. Następnie uziemiają nas na ciepłej Ziemi i kołyszą nas do snu przytłumioną balladą fortepianową As The Waters Cover The Sea. Artysta opisał każdą piosenkę na tym albumie jako indywidualną konwencję, ale nie musisz wyznawać żadnej wiary czy religii, by uwierzyć w przemieniającą moc miłości, która jest tu opiewana. Jako wokalista Cave od dawna doskonalił styl dynamicznego, modlącego się kaznodziei, który pozwala jego opowieściom namiętnie wędrować po konturach muzyki. Został on ponownie wykorzystany w Song Of The Lake, czyli skromnej opowieści o starcu nad brzegiem morza, zafascynowany widokiem kobiety kąpiącej się w złotym świetle. Ta przemijająca przyjemność prowadzi Cave’a do nawiązania do swojej żałoby, gdy recytuje rymowankę Humpty Dumpty - o jajku, które upadło, tak jak Arthur zginął w wyniku upadku z klifu. Oryginalny wers brzmi: All the King's horses and all the King's men couldn't put Humpty together again, ale Cave porzuca go w połowie: Ah, never mind, never mind. Starzec na brzegu znajduje spokój w nieuchronności śmiertelności: And he knew that he would dissolve / If he followed her into the lake / But he also knew that if he remained upon the shore. Chór podnosi głos za nim, gdy nasz bohater powtarza pocieszający refren Never mind niczym Amen


Nick Cave znakomicie równoważy swoją słowną wzniosłość z potocznym językiem, takim jak ten. Jest również genialny w przechodzeniu od fikcji i metafory do bezpośredniej prawdy, jak w utworze Joy. Przechodzi tu bowiem od klasycznego bluesowego tekstu otwierającego - I woke up this morning with the blues all around my head - do brutalnej rzeczywistości I felt like someone in my family was dead. Wahając się między wątpliwościami a wiarą, Artysta przyspiesza tempo bardziej rockowym utworem tytułowym, w którym schorowane bóstwo przelatuje przez umierające miasto jak prehistoryczny ptak. Kompozycja Wild God wznosi się triumfalnie, gdy chór rzuca się w radosny refren. Jednak zbiorowe crescendo zostaje wkrótce rozmyte przez bardziej intymne, płynnie smyczkowe deszcze w utworze Frogs, w którym to tytułowe płazy są przedstawione jako skaczące w rynnach/ Zdumione miłością/ Zdumione bólem/ Zdumione powrotem do wody/ W niedzielnym deszczu. A teraz, Słuchaczu, zamknij oczy a zobaczysz te rozstawione, mokre i błotniste stopy oraz śliskie i zawrotne skoki. Co ciekawe - później w swoim świętym bestiariuszu Cave przywołuje króliki, a konkretnie w Joy i Cinnamon Horses.


Wiele osób jest zdania, że ostatnie dokonania Cave’a są zbyt ambientowe i chaotyczne - piosenkom brakuje tradycyjnych haczyków i struktury. Ten album nie próbuje przekonać żadnego z tych niedowiarków. W trzech filmach Making Of Wild God na YouTube zespół żartuje o pisaniu muzyki do jogi - ale filmy, kręcone w przestrzennych studiach Miraval na południu Francji, pomagają jasno pokazać wielkoduszne człowieczeństwo, które wlewa się w muzykę. Nasz bohater przechadza się w czerni i bieli jak wycior do fajki, podczas gdy współproducent Warren Ellis chichocze w brodę czarodzieja, szukając momentów spontaniczności, które ożywiają te piosenki. W całym Wild God, grzechoczący ogień bębnów Thomasa Wydlera i toczący się pod prąd basu Martyna Caseya podtrzymują ciepło pod wdzięcznie meandrującymi, melodyjnymi łukami fortepianu Cave'a, skrzypiec Ellisa, syntezatorów, fletu i pętli, mrożącego krew w żyłach rezonansowego wibrafonu Jima Sclavounosa i delikatnej gitary George'a Vjesticy. Melodie zalewają muzykę, a potem znikają jak prądy. Wild God może wydawać się niezgłębiony, ale pozostawia Cię unoszącym się. Nie daje spokoju ten album. Jazda obowiązkowa!😊 Bartas✌☮

sobota, 7 września 2024

Pewność siebie i żadnego niewypału! O czwartym albumie Fontaines D.C. - "Romance" - słów kilka.

 

Fontaines D.C. zadebiutowali w roku 2019 albumem Dogrel i stali się objawieniem dla muzyki gitarowej. Ten powstały w Dublinie zespół w mgnieniu oka i z niezachwianą  jakością zdobył irlandzką i brytyjską scenę alternatywną. W  Niezmiennie wysokiej jakości melodie, które utrwalają Fontaines D.C., pozwoliły im się rozwinąć: od korzeni post-punkowych do bardziej nastrojonego, gotyckiego i eksperymentalnego terytorium. A Hero’s Death był mocny, ale Skinty Fia z 2022 roku poważnie ugruntował reputację zespołu jako jednego z najbardziej szanowanych w Irlandii i Wielkiej Brytanii. Muzycy czuli, że już są na szczycie fali, ale - jak się za chwilę przekonacie - to najnowszy, czwarty studyjny album zatytułowany Romance podnosi wszystko o poziom wyżej. Nowa wytwórnia, nowy image i współpraca z jednym z najlepszych producentów współczesnej dekady, Jamesem Fordem (współpracował między innymi z Arctic Monkeys czy The Last Dinner Party) sprawiły, że FDC osiąga kolejne szczyty. 


Romance od samego początku jest po prostu sensacyjny. Utwór tytułowy otwiera płytę i pokazuje, że zespół, z którym mamy do czynienia, wychodzi z zupełnie inną propozycją w 2024 roku: niespokojny sythowy strach wypełnia przestrzeń, a frontman Grian Chatten powtarza refren: And maybe romance is a place, yeah / Maybe romance is a place, yeah / Maybe romance is a place / For me and You / And You zanim post-rockowe syntezatory powrócą z pewnym zapałem. Wydaje się, że to krok w nieznane dla Dublińczyków, ale taki, który robią z ogromną pewnością siebie. I ta pewność przepływa przez album, a gdy wyskakuje nam Starbuster, uczucie staje się bardziej powszechne. Jak dla mnie jest kandydat na rockowy singiel roku 2024. jest to napędzający, rytmiczny banger, który brzmi równie świeżo, jak w wersji singlowej. Refren przerywa wytchnienie Chattena wywołane aktem paniki na stacji metra. Gitary utrwalają ostre uczucie grozy, które są głęboko zakorzenione, a nieustępliwe bębny są stonowane w swoich ozdobnikach, ale rytm wydaje się skrojony na miarę, aby pasował do pewnego kroku. Jest coś, co w tym numerze ucieleśnia wrażenie właśnie wypiłem dwa kufle i wyszło słońce i pewność tego odblokowanego uczucia, które po prostu sączy się ze Starbuster. Fontaines w najlepszej formie! Here’s The Thing to kolejna najwyższej klasy praca Dublinersów - skrzypiące grunge’owe brzmienie gitar tonące w fuzz wybuchają w każdym momencie tego numeru, z bardziej muskularną perkusją i kolejnymi oddechowymi partiami wspierającymi, co sprawia, że ta rzecz jest ogromna. Fontaines są po prostu nieustępliwi w swoim dążeniu do powalenia Cię na łopatki z każdym kolejnym numerem. W Desire jest trochę łagodniej, ale do czasu, bowiem piękne intro smyczkowe zostaje rozerwane przez bardziej monstrualną perkusję. Produkcja na całym albumie jest najwyższej jakości, a James Ford dorównuje zespołowi umiejętnościami i ambicją cios za ciosem. W miarę jak numer przybiera tempa, wokal Chattena brzmi fantastycznie, gdy wypowiada słowa ponad własnymi harmoniami. 


Krążek wydaje się być bardzo kinowy i jest to wygląd, który naprawdę pasuje do Fontaines D.C. Jest tego najwięcej w moim ulubionym In The Modern World i Bug. Każdy cal, każdy róg, każdy rytm perkusji, linia basowa, elektroniczny styl lub tekst jest po prostu doskonały. Najbardziej wyróżniającym się utworem jest Motorcycle Boy. To wyczyn trudny do osiągnięcia przy tak poważnej jakości. Więcej elektronicznych dziwactw i błysków na zapętlonym tle, przeplatanych minimalną gitarą, maszerującymi bębnami i różnych smaczków wokalnych Chattena. Każdy członek zespołu podniósł tutaj swoją grę, a zespół podjął się nowych obowiązków w postaci gry na klawiszach, syntezatorach i innych takich, aby uzupełnić ich już sprawdzone umiejętności jako muzyków. Są tu też prawdziwe odcienie Procelain Moby’ego, a także Dummy Portishead czy Massive Attack z ery Mezzanine - coś w ponurej atmosferze i przytłaczającym poczuciu wielkości na tych albumach wycieka z każdego niemal kąta w Romance. Horseness Is The Whatness łagodniejszy numer, a akompaniament szczotkowanych bębnów i wrażliwych smyczków sprawia, że ​​jest to kolejny moment nieustępliwej jakości. Numer wydaje się być kinowym zamknięciem tego albumu, a partie smyczkowe zgrabnie owijają kokardę na Romance. Death Kink jest niewątpliwie szczytem tego albumu, z Fontaines poważnie nawiązującym do szczytowych osiągnięć Pixies, z minimalnymi riffami przekształconymi w utwór o ogromnej wielkości. W solówce są odcienie grunge'u i Nirvany, a brzmienie gitary przywołuje na myśl produkcję Nevermind w niektórych częściach. Drugi singiel Favourite to kolejny hit, który ładnie wieńczy ten album. Po pragnieniu i desperacji Death Kink, Favourite jest jak wspaniały promień słońca po burzy. Jest tu optymistyczny i pełen nadziei temat, który nie pojawia się w żadnym innym numerze na nowym krążku Dublinersów.


Po pięciu latach na szczycie sceny post-rockowej/post-punkowej Fontaines D.C. zdobywają albumem Romance pozycję jednego z najlepszych młodych zespołów gitarowych ostatnich piętnastu lat. I powiem szczerze, że jest naprawdę niewiele takich alternatywnych zespołów, które mogą zadać płycie Romance cios. Cały krążek jest kwintesencją tego, co potrafią z siebie wydobyć. Zrobili najlepszą rzecz w swojej dotychczasowej prężnie rozwijającej się karierze. Nie ma tu ani jednego słabego punktu, ani jednego niewypału, ani tej niezręcznej chwili ciszy czy pojedynczego momentu, który nie wydaje się być na swoim miejscu. Pewność siebie, wrażliwość i melancholia. Nie przegapcie!💥 Bartas✌☮

sobota, 17 sierpnia 2024

Peace, love and happiness. 55 lat temu odbył się słynny Festiwal Woodstock.

 

Temat Woodstocku Amerykańskiego przewija się przez naszą Domową Orkiestrę. Nieustannie proszę/namawiam Jurka na zrobienie kartkówki z wiedzy o tym Festiwalu, przez co jestem uznawany przez Niego za kujona. Mój Przyjaciel Jakub zwany “Sponsorem” pięknie pisze na swoim blogu o naszym Najpiękniejszym Festiwalu Świata. Poczytajcie. Powiem Wam, że zainspirował mnie do tego, bym ja mógł napisać co nieco o  Woodstocku '69, bo strasznie się nim jaram, o czym i Jurek i inni pewnie wiedzą Jesteście gotowi? Usiądźcie wygodnie, zaparzcie sobie dobrej kawy lub herbaty i … przenieście się razem ze mną do Lata Miłości ‘69.


Twórcy Woodstocku

Twórcami festiwalu byli: Michael Lang, John Roberts, Joel Rosenman i Artie Kornfeld. Z początku nie miał być to darmowy festiwal, lecz jakiś dobry biznes muzyczny. W prasach pojawiły się ogłoszenia, które miały na celu zachęcenie ludzi do podjęcia współpracy w tym projekcie. Na ogłoszenie odpowiedzieli Artie Kornfeld oraz Michael Lang. Mieli już spore doświadczenia w tym zakresie, będąc promotorami i organizatorami choćby Miami Pop Festival, gdzie frekwencja odbiorców wynosiła 100 tysięcy osób. Jak wspomniałem - nie miał być to od razu festiwal. Zaproponowano utworzenie studia nagrań. Stwierdzono jednak, że lepszym rozwiązaniem będzie organizacja festiwalu, na którym wystąpiliby bardzo popularni, jak i ci nieznani artyści. Zaczęli. Pierwszym zespołem, który na to poszedł był Creedence Clearwater Revival. Podpisał kontrakt w kwietniu 1969 roku, zgadzając się, żeby zagrać za 10 tysięcy dolarów.

Bilety kosztowały 18 USD w przedsprzedaży i 24 USD w dniu koncertu. Kupowano je głównie w sklepach muzycznych lub  poprzez skrzynkę pocztową w Radio City Station Post Office, na Manhattanie. Sprzedano 186 tysięcy biletów. Co się stało później? Młodzież hippisowska staranowała ogrodzenia, nie mając biletów. Organizatorzy byli totalnie w ciemnej dupie. Liczba uczestników sięgała ponad 400 tysięcy. Wtedy stała się rzecz niezwykła, która ... zmieniła oblicze muzyki, Ameryki i świata: "OD TEJ CHWILI TEN KONCERT JEST DARMOWY". a tym, którzy zakupili bilety pieniądze zostały zwrócone. Proszę, jaka sprawiedliwość społeczna.


Nie tylko darmowy festiwal, ale ogromna troska organizatorów o uczestników. Dlaczego? Choć festiwal, mimo braku logistyki i regulaminu, przebiegał ze względnym pokoju i zgodzie, nie obyło się bez tragedii. Ktoś został pobity, jedna osoba zmarła po przedawkowaniu dragów, ktoś został rozjechany przez traktor, ktoś spadł ze sceny, trzy kobiety poroniły. No, cóż... ludzie są różni i to może wydarzyć się wszędzie.


Cofnijmy się nieco wstecz, bo warto nadmienić, że Festiwal pierwotnie miał odbyć się 15 lipca 1969 roku na 120 ha Mills Industrial Park w mieście Wallkill, w stanie Nowy Jork. Wynajem kosztował organizatorów 10 tysięcy dolarów. Niestety warunek urzędników był taki, że w imprezie wziąć udział może mniej niż 50 tysięcy osób. Nie zgodzono się na to. Mieszkańcy zażądali, by urzędnicy uchwalili akt prawny wymagający pozwolenia na większą ilość uczestników. Kuriozalną sprawą okazały się przenośne toalety. Stwierdzono, że koncert się nie odbędzie. No, i co teraz? Na wariackich papierach szukali miejscówki.  I znaleźli poczciwego człowieka, których przygarnął. Był to niejaki Max Yasgur, który był hodowcą bydła mlecznego, miał swoją farmę w Bethel, w stanie Nowy York. Udało się! Uf! Warunki były naprawdę dogodne. Klimatem przypominał ogromny amfiteatr. Czasu na organizacje nie mieli za wiele. Na szczęście - udało się!

Żeby Festiwal mógł się odbyć, a artyści na nim wystąpić, potrzebne było dobre nagłośnienie i światło na scenie. Dźwięk został opracowany przez inżyniera Billa Hanleya. Zbudował specjalne kolumny głośnikowe na wzgórzach i miał 16 zestawów głośnikowych na kwadratowej platformie prowadzącej na wzgórze na 21 metalowych wieżach. Za sceną znajdowały się trzy transformatory dostarczające prąd o natężeniu 2000 amperów do zasilania układu wzmacniającego. Oświetlenie zaś zostało zaprojektowane przez projektanta oświetlenia i dyrektora technicznego E.H. Beresforda „Chip” Moncka. Monck został zatrudniony do zaplanowania i zbudowania inscenizacji i oświetlenia. Harował nad tym jak wół przez 10 tygodni, inkasując za to 7000 dolarów. Niestety wiele z jego planów zostało odrzuconych, gdy promotorom nie pozwolono korzystać z oryginalnej lokalizacji w Wallkill w stanie Nowy Jork. Dach sceny, który został zbudowany w krótszym czasie, nie był w stanie utrzymać wynajętego oświetlenia, które nie było używane pod sceną. Jedyne światło na scenie pochodziło z reflektorów. Monck pełnił nie tylko rolę oświetleniowca, ale także mistrza ceremonii Festiwalu. To właśnie z jego ust padły słowa o darmowym Festiwalu. Prosił także o bezpieczeństwo, dbanie o siebie oraz przestrzegał przed tymi, którzy handlują dragami. Woodstockowicze, coś Wam to przypomina? 😉 Bartas ✌☮


środa, 7 sierpnia 2024

Zastrzyk młodej krwi. Deep Purple i ich nowy album - "=1".

 

Kiedy Deep Purple wydali swój debiutancki krążek w 1968 roku chyba nikt - zarówno oni sami, jak i fani - nie spodziewał się, że 56 lat późnej będą nadal istnieć, nie mówiąc już o tym, że nadal będą silni. Chociaż ich dni chwały nieuchronnie zostaną przypięte do karbowanego Mark II zespołu, ważne jest, abyśmy docenili ich ostatnią dobrą passę, która doprowadziła do uzyskania statusu złotej płyty dla dwóch krążków - Now What?! z 2013 roku oraz inFinite wydanego cztery lata później. Nie można pominąć ich ostatniego dzieła Whoosh! z 2020 roku, który był świetną zabawą pod każdym względem. Nie tylko krzyczał stadionowymi odcieniami starego Deep Purple, ale także zasłużył w pełni na uznanie jako świetny, nowoczesny album rockowy. Jest też kandydatem do najlepszego albumu kadencji producenta Boba Ezrina, a także gitarzysty Steve’a Morse’a, który odszedł z zespołu w 2022 roku, by zająć się chorą żoną.  Jak wszyscy dobrze wiemy, niektóre stare zespoły nie starzeją się dobrze. Deep Purple są dalekie od wyczerpania i wytrzymałości - w rzeczywistości są przeciwieństwem. Ich najnowszy nabytek, gitarzysta Simon McBride, koncertuje z zespołem już od jakiegoś czasu i jest nazwiskiem znanym wielu fanom blues-rocka. Ten doświadczony 45-letni muzyk z Irlandii Północnej jest jednak niemowlęciem w porównaniu z resztą paczki Purple. No, ale czy zastrzyk młodej krwi w tym ponad półwiecznym zespole powstrzyma Ojca Czasu przed podniesieniem swojej pomarszczonej twarzy na nowym albumie Deep Purple, osobliwie zatytułowanym =1? McBride wnosi świeżość, chociaż dłuższy format został nieco wydestylowany, a większość z 13 kompozycji trwa od trzech do czterech minut. Nie jest to koniecznie zła rzecz. Weźmy na ten przykład taki bezwysiłkowy, prosty, napędzający rockowy Lazy Sod, który w mniej niż cztery minuty udaje się wcisnąć dwa genialne gitarowe solo i dwa rewelacyjne solo klawiszowe Aireya. Głos Iana Gillana nie stracił nic ze swego koloru, uroku i tożsamości, nawet jeśli te fajerwerki nie mają już takiego huku jak kiedyś, gdy jego skala głosu sięgała poza czwartą oktawę. Z drugiej strony - dajmy facetowi spokój! Zbliża się nieuchronnie do osiemdziesiątki, a nadal przyćmiewa wielu swoich współczesnych, młodszych kolegów po fachu.


Pierwszy singiel Portable Door przypomina trochę Black Night i Strange Kind Of Woman, bez szaleństwa. Jest tu niezniszczalny shuffle Deep Purple, z napędzanymi organami Aireya wijącymi się przez zawiasy. Wielki i nieodżałowany Jon Lord patrzy teraz gdzieś tam z Góry na to wszystko i się uśmiecha. Intensywność i pomysłowość McBride’a są również godne podziwu w tym chwytliwym numerze, podczas gdy sprawdzona i zaufana sekcja rytmiczna Rogera Glovera i Iana Paice’a jest równie zwarta jak zawsze. Sharp Shooter pokazuje McBride’a wnoszącego kolejny potężny riff do imprezy Purpli. Dla dobrej miary wrzucono kilka typowo szalonych tekstów Gillana. Nie sposób nie pokochać cudownie zatytułowanej igraszki Old-Fangled Thing z jej improwizowanym, niemal funkowym klimatem,  współgraniem gitary i klawiszy, które cenią zagorzali fani. Ian Gillan śpiewa przepięknie w jedynej balladzie na albumie If I Were You, wspartej znakomita melodią i gustownie stonowanym gitarowym solo. Wiele utworów przywołuje minione ery Purpli, ale nadal brzmią współcześnie, klarownie i przede wszystkim - pewnie. Pictures Of You jest jego uosobieniem, uchwycającym groove, ton i klasyczny hard rock oraz organowy hałas. Szczególnie podoba mi się refren, ton gitary oraz intro, ale pozostawiam Wam, Drodzy Czytelnicy, posmakowanie najnowszej wersji tego legendarnego zespołu. 


Niezależnie od tego, czy nam się to podoba czy nie, McBride, a zwłaszcza Airey, są duszą Deep Purple tak samo jak trzy gwiazdy autostrad, które rządzą bogatą paletą purpury. Jeśli ten odświeżony skład jest czymś, co może wywnioskować, to emerytura wydaje się być daleka od czyhającej za rogiem. Nie można pokonać klasy, a to doskonałe równanie melodyjnego hard rocka jest właśnie tym. Ja jestem zachwycony i polecam😍 Bartas✌☮

wtorek, 2 lipca 2024

Dzieło miłości i uhonorowanie pamięci. Johnny Cash powraca z zaświatów nowym albumem - "Songwriter".

 

Jako wieloletni wielki fan Johnny’ego Casha, jego innowacyjnej i niezwykle wpływowej muzyki country, cieszyłem się bardzo na wiadomość o tym, że ukaże się krążek z niepublikowanym wcześniej materiałem. Nie jest to pierwszy taki zabieg. Albowiem równo 10 lat temu ukazał Out Among The Stars, który do dziś jest bardzo chętnie słuchanym przeze mnie albumem w katalogu króla muzyki country. Zwykle takie pośmiertne wydania często sprawiają, że fani czują się oszukani z powodu nieharmonijnego zestawu poszarpanych ścinków w kompilacji tylko dla pieniędzy. Na szczęście najnowszy album Casha zatytułowany Songwriter nie jest niczym takim. W trakcie swojej kariery Johnny Cash prosperował dzięki własnemu pisaniu piosenek, ale nigdy nie stronił także od używania tekstów innych, by wzmocnić swoją pozycję. Najbardziej znane tego przykłady to Ring Of Fire autorstwa jego żony, June Carter-Cash oraz Hurt Trenta Reznora z Nine Inch Nails. Jednym z wielu pięknych aspektów trafnie zatytułowanego krążka Songwriter jest fakt, że każda piosenka zawiera teksty napisane wyłącznie przez Casha z doskonałym, dźwięcznym wykonaniem. Artysta nagrał jedenaście utworów podczas sesji demo w roku 1993. Działo się to tuż przed podpisaniem kontraktu płytowego z American Recordings i ostatecznym rozkwitem kariery we współpracy z producentem Rickiem Rubinem. Ostatnie albumy, takie jak Man In Black składały się głównie z coverów, a sesje demo przepadły w archiwach studyjnych. Na całe szczęście John Carter Cash - jedyny syn i jedyne dziecko Johnny’ego i jego drugiej żony June Carter - odkrył te nagrania i był niezwykle zachwycony jakością tekstów i wokali swojego ojca. Współpracując z Davidem “Fergie” Fergusonem, Carter Cash wyizolował kultowe partie wokalne bas-barytonu i gitary akustycznej, a następnie pieczołowicie odtworzył utwory ze starannie dobraną grupą muzyków - Marty Stuart, Pete Abbott, nieżyjący już Dave Roe i Dan Auerbach z The Black Keys, który zagrał partie gitarowe w Spotlight.


Krążek zaczyna się od bardzo mocnego akcentu - Hello, Out There. Autor wspomina i pozdrawia tych, którzy są już na tamtym świecie. Zanim dobrze poznałem cały album, ten utwór zapętlił mi się chyba z 15 razy i do tej pory nie mogę oderwać od niego uszu. Z jednej strony słyszymy, że jest to Johnny Cash, z drugiej zaś jest to coś innego. Produkcja tej kompozycji to wyrafinowana mieszanka tonów country i nowoczesnych efektów echa, które pozwalają na eteryczną spójność. Idąc dalej mamy wspomniany Spotlight z gościnnym udziałem Dana Auerbacha z The Black Keys na gitarze. Wytwórnia wybrała ten numer jako singiel zapowiadający całość i łatwo zrozumieć dlaczego. Kultowy, dźwięczny wokal Casha przenika, wymieniając momenty uwodzenia z wyrafinowanymi bluesowymi solówkami gitary elektrycznej i partią organów. Jak się okazuje nie wszystkie kompozycje tak naprawdę są premierowe. Wierni fani Artysty bez problemu rozpoznają aż trzy znane kompozycje w innych wersjach. Pierwszym z nich jest Drive On, który znalazł się oficjalnie na American Recordings. W innej inspirowanej produkcji tradycyjne brzmienie country Casha zostaje przeniesione do XXI wieku przez dobrze umiejscowione dźwięki syntezatora. Kinowy widok amerykańskiego Zachodu wpada do umysłu, gdy głos z zaświatów błaga nas, byśmy jechali dalej. Troszkę różnorodności w zestawieniu dodaje I Love You Tonite. Ta piosenka to klasyczna akustyczna progresja napędzana akordami fortepianu i gitarą hawajską, a wokal Casha jest wzbogacony o ciepłą harmonię. Najbardziej głębokim instrumentalnym elementem jest śmiała progresja gitary w Have You Ever Been To Little Rock. Ale pod spodem starannie dobrana praca rytmiczna nadaje głębie. Tekstowo Johnny zapewnia nieco bardziej żywych obrazów wiejskich. A jeśli komuś brakuje starego Casha z ery Sun Records, to odnajdzie w go kompozycji Well, Alright. W warstwie lirycznej Artysta snuje opowieść o interakcji między sobą, a… nieznaną kobietą w pralni. To z pewnością nie jest jakaś szczególnie wzruszająca opowieść, ale doskonały przykład wyjątkowej zdolności Casha do opowiadania historii. 


Album country nie byłby kompletny bez żałobnej ballady. She Sang Sweet Baby James to idealna ścieżka dźwiękowa do ponurego, zapomnianego saloonu na Dzikim Zachodzie. Ta kompozycja skupia się na próbach matki małego Jamesa, która patrzy w niebo i zastanawia się czy nie ma dla niej nieba. W Poor Valley Girl Cash wprowadza kolejną tragiczną postać kobiecą lub potencjalne prequel do historii matki małego Jamesa. Żeby jednak nie było tak smutno zaraz po tym mamy Soldier Boy, która przypomni nam klasyczny styl Casha zawarty w jego starych hitach, takich jak Get Rhythm czy I Walk The Line. Muzyk wydaje się ostrzegać chłopca-żołnierza, by nie był tak pochopny w zostawianiu dzieciństwa za sobą, by dołączyć do wojska. Wspomniałem już, że na albumie znalazły się trzy znane kompozycje w innych aranżacjach. Poza Drive On mamy także dwa ostatnie utwory na płycie - Sing It, Pretty Sue oraz Like A Soldier. Tego pierwszego można usłyszeć na albumie The Sound Of Johnny Cash z 1962 roku. Lirycznie nie jest to analogia do słynnego, zabawnego utworu Chłopiec Imieniem Zuzia. Johnny raczej namawia piękną i romantyczną kobietę do kontynuowania kariery w światowym show-biznesie, mimo jego niechęci zamieszkania z nią. Like Soldier koniec końców doczekał się - tak samo jak Drive On - publikacji na pierwszej odsłonie nagrań z cyklu American Recordings. Wersja na Songwriterze biją tamtą o głowę. W tym mocnym zakończeniu Johnny Cash staje przed lustrem, aby zbadać swoje własne uczucia. Dobrze skonstruowany tekst zdaje się odzwierciedlać szalone dni młodości Cash. Najwyraźniej okazuje on wdzięczność June Carter za okazanie mu miłości (która na początku była bardzo trudna) i zapewnienie stabilności w ostatnich dekadach jego życia. 


Na albumie Songwriter słyszymy znajome struktury instrumentalne traktowane sporadycznie przez klasyczne i atmosferyczne tekstury syntezatora. Miks obejmuje wokal Casha jako główny punkt ciężkości, nie przekraczając ani nie zaniżając granicy. Tak więc, pomimo przyjemnej różnorodności emocji, tempa i podejść stylistycznych, ten pięknie odrestaurowany wokal zachowuje silną tożsamość dźwiękową. Dla wszystkich zaangażowanych w odrestaurowanie tych nagrań praca była dziełem miłości. W swojej skrupulatnej i wymagającej pracy produkcyjnej Carter Cash uhonorował pamięć ojca jedną z najlepszych pośmiertnych płyt XXI wieku. Serdecznie polecam!💗








Bartas✌☮

35 lat temu ukazał się jeden z najlepszych debiutów w historii muzyki - "Ten" grupy Pearl Jam.

  Po śmierci Andy’ego Wooda Gossard i Ament zawiesili działalność. W czasie tej separacji Gossard spędził swój czas na pisaniu materiałów, k...