czwartek, 2 stycznia 2025

Podsumowanie roku 2024. Płyty zagraniczne i polskie.

 

Witam Was w Nowym Ro(c)ku 2025 i życzę wszystkiego, co najpiękniejsze!😍


Nie jest prawdą, że dobra muzyka skończyła się w momencie, gdy do wieczności odeszły takie postaci kultowe jak Rysiek Riedel czy Kurt Cobain. Owszem, to wspaniałe i niesamowite kulturowe dziedzictwo i wielka spuścizna. No, ale life still goes on - jak to się mawia. Po śmierci tych wyżej wymienionych wielkich artystów każdy kolejny rok przynosił w muzyce coś dobrego i wartościowego. Trzeba tylko wiedzieć, gdzie szukać. Od wielu już lat sporządzam sobie listę najczęściej odsłuchiwanych płyt danego roku. Skrzętnie notuję i zachowuję. Mam wrażenie, że każdego roku muzycznych tych perełek jest coraz więcej. Dotyczy to zarówno starych wyjadaczy chleba, jak i tych, którzy dopiero stawiają swoje pierwsze kroki. A odkąd jestem redaktorem muzycznym i szefem działu muzycznego w e-Magazynie Muzyczny Zwierz, zauważam jeszcze więcej tych - jak to mówi Mistrz Piotr Kaczkowski - młodych rosnących na robocie artystów. Z wieloma jesteśmy - jako redakcja - w stałym kontakcie. W tym roku zestawiłem 15 albumów zagranicznych i 11 polskich w tym jedno największe polskie odkrycie. Bez owijania w bawełnę przejdę teraz do wyników.


Płyty zagraniczne:


15. Oranssi Pazuzu - Muuntautuja. W duchu Blut Aus Nord, Deathspell Omega i The Axis of Perdition, Oranssi Pazuzu rozkoszują się tworzeniem szokujących, niepokojących albumów; ale - moim zdaniem - tak właśnie powinien brzmieć death metal: sprawić, że będziesz się bać o własną duszę. Myślę, że album Muuntautuja powoli odsłoni wszystkie swoje walory. I chociaż jest to podróż pełna niebezpieczeństw, ryzyko jest tego warte. Doskonały album na długie jesienne wieczory🔥


14. Opeth - The Last Will And Testament. Ten album nie ma żadnego słabego punktu. Na swoim czternastym studyjnym albume Opeth po raz kolejny dostarczył coś wzorowego pod względem koncepcji, wykonania i produkcji. Utwory są zróżnicowane, ale skoncentrowane. Wydają się bowiem krótsze i bardziej zwarte, aniżeli poprzednie dokonania. Fani bez wątpienia wiele zyskają na tym doświadczeniu. W 2024 roku Szwedzi odnajdują nową harmonię w swoim brzmieniu, a znawcy muzyki progresywnej nie mogą tego przegapić. 


13. Kings Of Leon -  Can We Please Have Fun. Podróż przez ten album sprawiła, że poczułem się, jakbym siedział na werandzie domu na jakimś odludziu i wpatrywał się w świat, po prostu kontemplując. Dobro, zło, wspomnienia, przyszłość, wszystko, co kształtuje nasze życie tak, jak jest w teraźniejszości. Warto przesłuchać ten album od razu na jednym posiedzeniu i pozwolić sobie na rozkoszowanie się tymi pomysłami. Kings of Leon nie zawiedli swoich fanów płytą Can We Please Have Fun.


12. Bruce Dickinson - The Mandrake Project. Można śmiało powiedzieć, że jest to bez wątpienia klasyczny popis Bruce’a Dickinsona. Chociaż mamy tutaj zdecydowanie inny obrany kierunek niż ten, którego usłyszymy na płytach Żelaznej Dziewicy. The Mandrake Project jest pełen zwrotów akcji oraz epickich i czarujących przypływów. Krążek z pewnością zyska sobie sympatyków. To różnorodny, wciągający pokaz złożoności, atmosfery i tego typowego Bruce'a wizja, na którą (nie)cierpliwie czekaliśmy. Pozycja obowiązkowa! 🔥



11. Deep Purple - =1?. Niezależnie od tego, czy nam się to podoba czy nie, McBride, a zwłaszcza Airey, są duszą Deep Purple tak samo jak trzy gwiazdy autostrad, które rządzą bogatą paletą purpury. Jeśli ten odświeżony skład jest czymś, co może wywnioskować, to emerytura wydaje się być daleka od czyhającej za rogiem. Nie można pokonać klasy, a to doskonałe równanie melodyjnego hard rocka jest właśnie tym.


10. Linkin Park - From Zero. Rewelacyjny album i wielki comeback Linkin Park. I chociaż trochę cierpi z powodu kryzysu tożsamości, przez co wydaje się albumem składającym się z dwóch odrębnych połówek, to tak dobrze jest mieć grupę z powrotem w tak kapitalnej formie. Jak już napisałem, Emily Armstrong to strzał w dziesiątkę. Artystka udowadnia, że ​​jest więcej niż gotowa do zadania przejęcia połowy obowiązków wokalnych zespołu, a ten album naprawdę jest dla niej idealnym punktem zaczepienia, aby zabłysnąć. To album, który oddaje hołd całej karierze zespołu - przeszłości, teraźniejszości i przyszłości oraz wyznacza ścieżkę na ekscytującą nową erę.


9. Rotting Christ - Pro Xristou. Po kilkukrotnym przesłuchaniu Pro Xristou utwierdziłem się w przekonaniu, że jest to najlepszy album Greków od czasów mojego ulubionego ich albumu Theogonia z 2007 roku. Łączy bowiem różne wątki twórczości grupy, niż na poprzednich albumach, a każdy element jest tu pokazany z największym efektem. Chociaż pod względem czystej blackmetalowej dzikości nie zbliża się do albumów z lat 90. Jeśli black metal z lat 90-tych jest Twoją bajką lub jeśli jeszcze nie znasz, to te klasyczne albumy nadal istnieją. Tak więc… nie ma potrzeby narzekać na ekscytującą i wyrafinowaną twórczość, którą bracia Tolis wnieśli do swojej pracy po prawie czterdziestu latach niesłabnącej kreatywności. Jestem bardzo zachwycony tym albumem i… cieszę się niezmiernie, że mogłem ten zespół zobaczyć na żywo podczas 30. Edycji Najpiękniejszego Festiwalu Świata - Pol’and’Rock. 


8. Nick Cave And The Bad Seeds - Wild God. Wiele osób jest zdania, że ostatnie dokonania Cave’a są zbyt ambientowe i chaotyczne - piosenkom brakuje tradycyjnych haczyków i struktury. W całym Wild God, grzechoczący ogień bębnów Thomasa Wydlera i toczący się pod prąd basu Martyna Caseya podtrzymują ciepło pod wdzięcznie meandrującymi, melodyjnymi łukami fortepianu Cave'a, skrzypiec Ellisa, syntezatorów, fletu i pętli, mrożącego krew w żyłach rezonansowego wibrafonu Jima Sclavounosa i delikatnej gitary George'a Vjesticy. Melodie zalewają muzykę, a potem znikają jak prądy. “Wild God” może wydawać się niezgłębiony, ale pozostawia Cię unoszącym się. Nie daje spokoju ten album. Jazda obowiązkowa!


7. Fontaines D.C. - Romance. Po pięciu latach na szczycie sceny post-rockowej/post-punkowej Fontaines D.C. zdobywają albumem Romance pozycję jednego z najlepszych młodych zespołów gitarowych ostatnich piętnastu lat. I powiem szczerze, że jest naprawdę niewiele takich alternatywnych zespołów, które mogą zadać płycie Romance cios. Cały krążek jest kwintesencją tego, co potrafią z siebie wydobyć. Zrobili najlepszą rzecz w swojej dotychczasowej prężnie rozwijającej się karierze. Nie ma tu ani jednego słabego punktu, ani jednego niewypału, ani tej niezręcznej chwili ciszy czy pojedynczego momentu, który nie wydaje się być na swoim miejscu. Pewność siebie, wrażliwość i melancholia. Nie przegapcie!💥 


6. David Gilmour - Luck And Strange. Nowy album Davida Gilmoura dostarcza nam tego, co jest potrzebne i jeszcze więcej. Są tu wszystkie największe jego atuty - mistrzostwo gry na gitarze, z mieszanką spokojniejszych stylów, twardszych dźwięków i nowych podejść. Nie ma tu żadnego słabego momentu. Rattle That Lock z 2015 roku nie był, broń Boże, zły. Jednak brakowało w nim jakiejś spójności. Czy jest to jego najlepsze dzieło od czasów Ciemnej Strony Księżyca? Cóż, to wciąż odważna teza i spore żądanie, na której nie ma pełnej odpowiedzi. Potrzeba jeszcze sporo czasu. Ale nie przegapcie tej płyty! 


5. Johnny Cash - Songwriter. Na albumie Songwriter słyszymy znajome struktury instrumentalne traktowane sporadycznie przez klasyczne i atmosferyczne tekstury syntezatora. Miks obejmuje wokal Casha jako główny punkt ciężkości, nie przekraczając ani nie zaniżając granicy. Tak więc, pomimo przyjemnej różnorodności emocji, tempa i podejść stylistycznych, ten pięknie odrestaurowany wokal zachowuje silną tożsamość dźwiękową. Dla wszystkich zaangażowanych w odrestaurowanie tych nagrań praca była dziełem miłości. W swojej skrupulatnej i wymagającej pracy produkcyjnej John Carter Cash uhonorował pamięć ojca jedną z najlepszych pośmiertnych płyt XXI wieku.


4. Green Day - Saviors. Umówmy się: Saviors to ani nie jest American Idiot, ani Dookie czy też “Nimrod”. To odrębna jednostka, która czerpie z przeszłości, aby podsumować przyszłość. Jest otwarty, szczery do bólu, szybki, powolny, melancholijny i bardzo zaraźliwy. Niezależnie od tego na którym albumie rozpocząłeś swoją przygodę z muzyką Green Day lub nie miałeś okazji poznać ich muzyki, bo stroniłeś od tego wiedziony negatywnymi komentarzami… znajdziesz tu coś dla siebie. Pamiętaj jednak o zapięciu pasów, bo ta podróż prędko nie zwolni.


3. The Cure - Songs Of A Lost World. Jest arcydziełem, a jego słuchanie uzależnia, niczym liczne używki. Potrzeba jednak wielu dni nieustannego słuchania płyty, aby to powyższe stwierdzenie wytrzymało próbę czasu. Niemniej jednak jest tak bliski doskonałości, jakiej kiedykolwiek z nas mógł się spodziewać😍


2. Jerry Cantrell - I Want Blood. Z gwiazdorską obsadą i powrotem do warczącej, destrukcyjnej muzyki, I Want Blood jest najlepszym albumem, jaki Jerry Cantrell wydał co najmniej od Degradation Trip z 2002 roku, jeśli nie od wydanego w 1995 roku albumu Alice in Chains o tym samym tytule. Pokazuje, że Cantrell nadal rozwija się artystycznie, zwłaszcza jako wokalista, jednocześnie opierając się na muzycznych umiejętnościach, które uczyniły go bohaterem gitary pokolenia. Kolejna znakomita płyta tej jesieni. Nie przegapcie! 😉


1. Pearl Jam - Dark Matter. Nie można tego albumu określić jako powrót do formy, bo tak naprawdę ten zespół nigdy całkowicie formy nie stracił. Chociaż ich późniejsze albumy studyjne mogły nie mieć takiej siły i wpływu jak choćby Ten czy Vs, tak każda płyta dostarcza momentów świetności. Ich najnowsze wydawnictwo zapewnia jednak bardziej zwięzłą i spójną ofertę, w której każdy członek zespołu może zabłysnąć i wykorzystać swoje mocne strony. Warto było czekać te cztery lata. Album roku 2024? Zdecydowanie!💓 


Płyty polskie:

 

11. Toń - KorzeniePolskie odkrycie roku 2024. Szczerze? Ja przepadłem! To wspaniały album, który łączy w sobie najlepsze cechy postrocka, postmetalu, stonera, doomu i sludge. Warto jak najszybciej zajrzeć do tego krążka. Album jest dostępny na ich stronie wspomnianej na początku platformy Bandcamp, a także na serwisach streamingowych i wydaniu fizycznym. Nie przegapcie tego! 🔥

10. Krzysztof Zalewski - ZGŁOWY. Bardzo długo byłem fanem pierwszego albumu artysty “Pistolet”, mimo iż nie osiągnął on sporego rozgłosu i sukcesu komercyjnego. Po wielu latach, gdy powrócił na scenę jako dojrzały artysta, zaakceptowałem w pełni jego zmiany - zarówno w wizerunku, jak i w muzyce. “ZGŁOWY” jest swoistą spowiedzią tego czterdziestoletniego faceta z jego lat młodości. Nigdy wcześniej artysta nie był ze swym odbiorcą tak bardzo szczery w swoich tekstach. W warstwie muzycznej - mimo małych filtrów z rapowaniem - album utrzymany jest w mocniejszej i bardziej rockowej odsłonie, niż poprzednie płyty. Przebojowości też jej nie brakuje. Zdecydowanie najlepsza płyta w dorobku Zalewskiego!

9.  Gorgonzolla - Zabawne? Po bardzo dobrze przyjętych albumach Eksploatowani i Konsumpcja warszawski zespół Gorgonzolla powrócił z trzecim albumem zatytułowanym Zabawnie?. Ze znakiem zapytania! Pyta tym samym swoich słuchaczy, fanów czy życie jest zabawne? Moim zdaniem jest to ich najlepsze wydawnictwo do tej pory. Nie tylko z uwagi na to muzykę, która oscyluje wokół rocka, metalu czy bardzo zgrabnie wplecionych elementów hip-hopowych (a to już nie pierwszy taki zabieg muzyczny grupy), ale także z uwagi na tematykę poruszaną w tekstach, które mocno dotykają innych. Coś, co jest z pozoru zabawne dla kogoś i śmieszne, dla innej osoby może być niezwykle traumatycznym przeżyciem. Bardzo często boimy się o tym powiedzieć wprost, gdyż jest ryzyko, że zostaniemy zhejtowani. Wszystkie kompozycje mają ogromny ładunek emocjonalny - od otwierającego “Nieobecność” przez z lekkim przymrużeniem oka Wujka z Ameryki po ostatni numer Przejście. Moim faworytem jest Skafander, który płynnie przechodzi w Podróżnika. Bardzo mnie cieszy, że ci muzycy z płyty na płytę robią się coraz dojrzalsi artystycznie!

8. Tides From Nebula - Instant Rewards. To nie jest tylko epicka fantastyka naukowa. Na tym albumie bowiem jest też sporo miejsca na zabawę. Tempo jest podkręcone na drugim singlu Rhino - szybkim, warczącym riffie gitarowym, który przechodzi w porywający werbel, zakończony rytmami bębnów conga. Nieregularne zmiany akordów w całym utworze mogłyby wywołać poczucie złowrogiego przeczucia, gdyby nie były tak zabawne. Później The Haunting daje słuchaczowi około 45 sekund bębnienia i spokoju, zanim zanurzy się w szaleństwie. Śpiewane linie prowadzące na tle grzmiących bębnów i basu są sprzeczne z tytułem utworu; ekscytujące, a nie nawiedzające. Doskonały album i powrót w wielkim stylu.

7. Daria Ze Śląska - Na Południu Bez Zmian. Po Kaśce Sochackiej Daria ze Śląska jest kolejnym muzycznym objawieniem na polskim rynku. Na Południu Bez Zmian to już drugi studyjny album artystki po bardzo dobrze przyjętym debiucie Tu Była. Podczas debiut dał nam portret dziewczyny pełnej lęków, zmagającej się z własnymi lękami i złamanym sercem, “Na Południu Bez zmian” wkracza w nowy rozdział w muzyce - dojrzalszy i narracyjnie mniej żałosny. W jej muzyce niepokój nie spotyka się już z beznadzieją. Wydaje się, że Daria wróciła silniejsza i można to łatwo usłyszeć w jej stylowym pisaniu piosenek. Fajne jest u niej też to, że otworzyła się muzycznie na takie gatunki jak soul, hip-hop czy troszkę bluesa, zaś współpraca z Czarnym HIFI, Małpą czy Młodym pozytywnie wpłynęła na jakość płyty.


6.  Sokołowski - Taki, Jak Ja. To pierwsza solowa płyta Krzyśka Sokołowskiego - wokalisty zespołu Nocny Kochanek. Z Nocnym Kochankiem mam od lat ten problem, że o ile bardzo doceniam walory techniczne zespołu (świetny wokal, gitary, perkusja), o tyle irytują mnie coraz bardziej ich teksty. Na początku może to było śmieszne, ale później zahaczało mocno o seksizm. Albo może to ja mam kija w dupie, dziadzieje? Nie wiem. Swoim solowym krążkiem Sokołowski udowodnił, że potrafi wznieść się ponad te głupoty i napisać bardzo dobre, refleksyjne teksty o życiu. W warstwie muzycznej jest również interesująco!


5. The Bill - The Kada Ponad 30 lat grania i wciąż niezmiennie podążają swoją drogą, wciąż są bezkompromisowi. The Kada to pierwsza od 10 lat płyta kultowej grupy z Pionek. Tym razem dostajemy 10 kompozycji utrzymanych w klasycznym punkowym dla The Billa stylu. Teksty traktują jednak o czasach obecnych, a produkcja płyty jest bardziej nowoczesna. Nie zmienia to jednak faktu, iż przesłanie jest szczere i prawdziwe. Zespół nie ucieka od takich tematów jak polityka, korupcja, wszechogarniający jad i hejt czy media społecznościowe, które mają zarówno dobry, jak i zły wpływ na ludzi. The Bill zawsze na czasie!


4.  Izzy And The Black Trees - Go On, Test The System! Iza i Czarne Drzewa nie zwalniają tempa. Po niesamowitym debiucie jakim był zeszłoroczny “Revolution Comes In Waves” najnowsze EP Go On, Test The System jest niezwykle eksperymentalne i coś czuję, że zespół podąży tą drogą na kolejnej płycie długogrającej płycie.  Ogromne zaskoczenie, ale niesamowicie udana podróż na muzyczne terytoria, których zespół jeszcze nie eksplorował. Go On, Test The System to pozycja obowiązkowa!

3. 2TM2,3 - Sursvm Corda. Nie ma czegoś takiego jak muzyka chrześcijańska i niechrześcijańska. Muzyka jest uniwersalna. To przekaz może być albo pozytywny albo negatywny. W przypadku zespołu 2TM2,3 jest to przekaz jak najbardziej pozytywny i prawdziwa uczta nie tylko dla ciała, ale także dla ducha. Litza, Maleo, Budzy i spółka nie wstydzą się swojej wiary chrześcijańskiej, a dają temu wyraz w tym, co potrafią w życiu robić najlepiej - grać ostro i konkretnie na Chwałę Bożą. I co jest ważne, że nikogo przy tym nie moralizują. Z ogromnym sukcesem artystycznym powrócili do grania z czadem. Svrsvm Corda to pierwszy taki cięższy materiał zespołu od czasu znakomitej i niezwykle przebojowej płyty 888 z roku 2006. Wydaje mi się, że ich najnowsze dzieło zawiera jeszcze cięższy materiał. W otwierającym krążek Zwiąż Mnie mamy nisko osadzone, przesterowane gitary i charczący wokal Litzy. A brzmi to tak, że aż o ciary przyprawia. Budzy także nie zawodzi swoim Amen, Odwagi czy zamykającym płytę Psalmem 150, który po pierwszym odsłuchu jeszcze długo chodził mi po głowie. Dużo na tej płycie thrashu, a takie utwory jak Woda & Krew czy Miłość Chrystusa muzycznie czerpią inspiracje z takich zespołów jak Slayer czy Sepultura z czasów Arise. Jestem osobą, która ma ogromny problem z kościołem jako instytucją i nienawidzę, gdy ktoś mówi mi jak mam żyć i co robić. Nie mam jednak problemu z samą wiarą w Boga i dobrym biblijnym przesłaniem. Gdy potrzebowałem w tym roku jakiegoś ukojenia duchowego, z wielką radością sięgałem po tę płytę! Pozytywny i mocny kop, by iść dalej!

 2. Kaśka Sochacka - Ta Druga. Nikt nie pisał w ostatnich kilku latach tak pięknie o rozstaniach i tęsknotach jak Kaśka Sochacka. Jako artystka osiągnęła ogromny progres w swej twórczości w stosunku do swego debiutu. Jej drugi studyjny album "Ta Druga" w warstwie muzycznej jest szczytem kompozytorskich zdolności, choć mocno wierzę, że to nie jest jeszcze ostatnie słowo. Jeśli chodzi o teksty, mamy do czynienia niemal z tym samym tematem, co wcześniej - nieprzepracowany ból po rozstaniu z ukochanym mężczyzną. Przez Sochacką przemawiają skrajne stany emocjonalne. Z jednej strony zazdrości, że jej były jest już z inną kobietą, analizuje cały ich związek i cieszy się, że jest już w innym miejscu, z drugiej - strasznie za nim tęskni i życzy mu, by zdobywał życiowe szczyty i był w tym najlepszy, ale żeby czasem pomyślał o niej i zatęsknił. Wyobraża sobie też jakby to było się razem zestarzeć, mieć dzieci czy wnuki. Niby znamy to wszystko z poprzednich wydawnictw (debiutu i dwóch EPek), ale na drugiej płycie ujęte jest to w bardziej górnolotne słowa, analogie czy metafory. I co ciekawe - to, że Sochacka pisze w pierwszej osobie liczby pojedynczej to nie oznacza wcale, że są to jej osobiste przeżycia. Sama jest w szczęśliwym związku z mężczyzną, który ją bardzo kocha i wspiera. Jej opowieści pisane są oczami innych kobiet i par, które przeżyły rozstanie.

1. Horta - Moonlight Express. Horta to najwięksi muzyczno-zwierzowi przyjaciele młodego pokolenia dla Redaktora Bartasa. Nie tylko z uwagi na muzykę i teksty, ale i na wizualny aspekt koncertowy, który inspirowany jest najważniejszym zespołem świata - Queen. To niezwykle płodna i pomysłowa na muzykę grupa. Debiutancki album Księżyc i Mars był niesamowitą podróżą po zakamarkach duszy, ale pozostawił we mnie spory niedosyt. Na szczęście zbyt długo nie musiałem czekać na kolejne dzieło zespołu. Moonlight Express ukazał się 28 czerwca i z miejsca stał się soundtrackiem po moim nowym rozdziale życia (mała prywata: 8 czerwca 2024 przeprowadziłem się z wielkopolski do Królewskiego Miasta). Muzycznie album zapewnił mi jeszcze większą radość, niż debiut. Poczynając od świetnego wejścia She’s The One (utrzymanego w klimatach Queen i Def Leppard), doorsowy klawisz w Moonlight Express i klimatów grozy czyli Giallo, po tak niesamowity killer rockowy i zajebisty w nim riff  Together (brawa dla gitarzysty Łukasza Kufy), leciutki, aczkolwiek urzekający Birthday, wbijający w fotel Faith oraz poruszający do głębi Lonely. Żonglowanie emocjami jak na mojej ukochanej płycie “Innuendo” Queen. Utwory są tak różnorodne, a przy tym niesamowicie spójne. Oprócz poruszających do głębi tekstów, silną stroną są partie klawiszy Tomka Jagiełowicza. One właśnie definiują tak unikalne brzmienie i styl Horty. Tak, ten zespół wyrobił sobie swój własny i niepowtarzalny styl oraz markę. Nie chce być porównywany do nikogo. Słusznie z resztą, choć każdy szanujący się dziennikarz bardzo dobrze osłuchany w różnych gatunkach muzycznych bez trudu odnajdzie inspiracje. Moonlight Express zespołu Horta to zdecydowanie moja ulubiona polska płyta roku 2024. Panowie, znów wygrywacie w moim rankingu. Czekam z niecierpliwością na kolejne nagrania i do zobaczenia na koncertach😍

A jak będzie wyglądał muzycznie rok 2025? Zobaczymy. Czekamy na najnowszą płytę Ringo Starra, która ukaże się 10 stycznia💓








Bartas✌☮

czwartek, 5 grudnia 2024

Nie tylko epicka fantastyka naukowa. Post-rockowe trio Tides From Nebula powraca z nowym albumem - "Instant Rewards".

 

Pięć lat minęło od wydania ostatniego albumu warszawskiego tria Tides From Nebula - From Voodoo To Zen. Muzycy unikają zewnętrznego wsparcia, stawiając wszystko na samodzielną produkcję i wydawanie pod własnym szyldem. Rezultatem jest bardzo udany, szósty już w karierze zespołu album o wdzięcznej nazwie Instant Rewards. Utwór otwierający i singiel promujący Burned To The Ground nadaje ton całemu albumowi. Tides From Nebula to muzycy, którzy potrafią doskonale przejść od atmosferycznego spokoju do palącej ogniem ciężkości, a formuła jest tu właśnie przedstawiona. Nieziemsko nastrojowe dzwonki ustępują miejsca wznoszącym się syntezatorom w stylu science fiction i kopnięciom automatu perkusyjnego, zanim trio zaprezentuje się przy pełnej przesterowanej głośności. To zapadający w pamięć, muskularny riff - napędzane akordy mocy i nas wzmocnione jaskiniowym tremolo i linią gitarową brzmiącą niczym odbijanie piłeczki pingpongowej. W prawdziwym stylu post-rockowym zespół  powstrzymuje energię na chwilę, zachowując kilka pomysłów melodycznych oraz kilka nowych składników dodanych za pomocą akordów fortepianu w tonacji durowej. Pulsujący four-to-the-floor popycha utwór do przodu w ciężką powtórkę riffu na zakończenie.


W kompozycji The Great Survey dostrzec można kinowy styl, a gitara grająca jeden dźwięk przypomina nowoczesny zwiastun filmowy, zanim przeplatające się i ewoluujące gitary przedzierać się będą przez ruff na 7/4. Pod nimi jest pełno ambientowych tekstur: wszystkie wzloty i atmosfera oraz dźwięk kosmicznego przemysłu i celu. Crescendo jest słusznie zagrane, riffy są mocne, ale bardziej ekscytujące, niż złowieszcze. Nawet pośród kłócącej się chromatyki. Ten temat science fiction jest stalowym wątkiem w całym numerze, wyrażony w rozszerzonych akordach i ćwierkających syntezatorach. Utwory, które skłaniają się ku temu, aby wywołać określone atmosfery, należą do najbardziej kreatywnych. Fearflood dobrze to realizuje, z odbijającą się kosmiczną paletą dźwięków i napiętymi falami uziemionymi przez brudną, jednonutową linię basową Przemka Węgłowskiego. Później wyciąga obcą odpowiedź-pytanie między obciążonymi efektami i suchymi gitarami, zanim osiada na bardziej bezpośrednim terytorium post-rockowym. Wydaje się, że jest to ścieżka dźwiękowa do pościgu przez galaktykę, napędzana wzbierającymi gitarami i dudniącymi tomami zajętego zestawu perkusyjnego Tomasza Stołowskiego.


To nie jest tylko epicka fantastyka naukowa. Na tym albumie bowiem jest też sporo miejsca na zabawę. Tempo jest podkręcone na drugim singlu Rhino - szybkim, warczącym riffie gitarowym, który przechodzi w porywający werbel, zakończony rytmami bębnów conga. Nieregularne zmiany akordów w całym utworze mogłyby wywołać poczucie złowrogiego przeczucia, gdyby nie były tak zabawne. Później The Haunting daje słuchaczowi około 45 sekund bębnienia i spokoju, zanim zanurzy się w szaleństwie. Śpiewane linie prowadzące na tle grzmiących bębnów i basu są sprzeczne z tytułem utworu; ekscytujące, a nie nawiedzające. Doskonały album i powrót w wielkim stylu🔥 Bartas✌☮

niedziela, 24 listopada 2024

33. rocznica śmierci Freddiego i 50 lat od występu Queen w londyńskim Rainbow Theatre.

 

Dziś mija 33 lata od odejścia Freddiego Mercury’ego do wieczności. Od kilku lat mam taką tradycję, że raczej nie powielam faktów o jego życiu, bo to byłoby nudne pisać co rok to samo. Zamiast tego opisuję jakiś koncert. Tak będzie i dziś. 19 listopada minęło 50 lat od drugiego z dwóch występów Królowej w Rainbow Theatre w Londynie. Pierwszy miał miejsce w marcu tego samego roku. Oba pokazy zostały odpowiednio sfilmowane i nagrane. Wydanie Live At The Rainbow ‘74 z 2014 roku dokumentuje te pokazy w najbardziej definitywny sposób. Roger Taylor, noszący opaski na rękawie, przedstawia Freddiego i utwór Seven Seas Of Rhye, komentując to całkiem dobry numer. Podczas występów polewał swój floor tom piwem, by uzyskać ciekawy efekt wizualny za każdym razem, gdy w niego uderzał. Szczególnie widać to podczas solówki w Keep Yourself Alive. Później Freddie oświadcza damy Wam trochę rock’n’rolla! Co o tym myślicie? Ok, ale musicie dołączyć. Powiem Wam, że to numer z naszej nowej płyty Sheer Heart Attack, a nazywa się Stone Cold Crazy. Po zabójczym wykonaniu tego speed-metalowego numeru Brian nieśmiało mówi: a ten jest dość delikatny. W rozszerzonej instrumentalnej części Liar Brian i Roger w sposób brawurowy nawiązują do smaczków z Great King Rat. Podczas tej trasy Freddie śpiewał pierwszą zwrotkę In The Lap Of The Gods...Revisited falsetem, tak jak na płycie. Tego wieczoru postanowił dla klimatu zaśpiewać oktawę niżej. Mama Briana była obecna na tym koncercie wśród publiczności i nawet udało jej się co nieco nagrać. Zarówno w wywiadzie dla Record Mirror z 7 grudnia, jak i w wydaniu International Musician z kwietnia roku 1975 gitarzysta stwierdza, że zespół nie był zadowolony z występu, głównie z powodu produkcji filmu, która stanęła im na drodze. W wydaniu dla wspomnianego International Musician z marca 1975 roku podano, że zespół Queen nagrał kilka numerów i wykonał także kilka overdubbingów z inżynierem dźwięku Hugh Jonesem, co z pewnością odnosi się do koncertu w Rainbow. Przed wyjazdem w trasę po USA na początku 1975 roku May napisał wiadomość dla fanklubu Queen, że zespół był bardzo zajęty pracą nad filmowaniem tego występu - miksowali go i edytowali do odpowiedniej formy dla Old Grey Whistle Test. Jednakże taka transmisja nigdy by się nie zmaterializowała. Półgodzinny film, będący kompilacją obu wieczorów zatytułowany po prostu Live At The Rainbow został po raz pierwszy wyświetlony w 1976 roku jako otwieracz filmu Led Zeppelin The Song Remains The Same w niektórych kinach w USA. W 1978 roku zaś w kinach w Wielkiej Brytanii w Jaws II oraz w 1979 roku przed Pink Floyd Live In Pompei i przed The Wall w 1982 roku. Oto lista utworów w teledysku, przy czym kursywą oznaczono utwory, które zostały zmontowane w fałszywy „medley”: Procession, Now I'm Here, White Queen, Killer Queen, The March Of The Black Queen, Bring Back That Leroy Brown, Father To Son [cięcie], Keep Yourself Alive [cięcie], Liar [cięcie], Stone Cold Crazy, In The Lap Of The Gods...Revisited, God Save The Queen. Utwór Now I'm Here został wyświetlony w 1977 roku we włoskim programie telewizyjnym o zespole nakręconym przez BBC 7. Narratorem odcinka specjalnego był Roger Taylor. W 1989 r. utwór Stone Cold Crazy z tego wieczoru został wydany jako strona B The Miracle - na singlu 7" w Wielkiej Brytanii i Australii, singlu 12" w Wielkiej Brytanii, singlu kasetowym w Wielkiej Brytanii i singlu CD w Wielkiej Brytanii i Austrii. 52-minutowa wersja koncertu została później oficjalnie wydana na kasetach VHS w 1992 r. jako część Box Of Trix (produkt zamawiany pocztą, wydany przez firmę o nazwie Star Direct), z wieloma oczywistymi edycjami i dogrywkami wokalnymi. Czasami dźwięk i obraz pochodzą z dwóch różnych nocy, chociaż zdecydowana większość z nich pochodzi z drugiej nocy - mimo to jest wiele momentów, w których dźwięk i obraz są niezsynchronizowane, co ostatecznie sprowadza się do słabej edycji. I z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu dźwięk jest mono. Oto lista utworów: Procession, Now I'm Here, Ogre Battle, White Queen, In The Lap Of The Gods, Killer Queen, The March Of The Black Queen, Bring Back That Leroy Brown, Son And Daughter, gitarowa solówka, Father To Son [cięcie], Keep Yourself Alive [cięcie], Liar [cięcie], Son And Daughter (powtórka), Stone Cold Crazy, In The Lap Of The Gods...Revisited, Jailhouse Rock [cięcie], God Save The Queen. Zaś Now I'm Here (w doskonałej jakości i z większością usuniętych dogrywek wokalnych) został wydany na DVD Greatest Video Hits 1 w 2002 roku. W listopadzie 2009 roku zespół zamieścił na swojej stronie internetowej kilka nagrań koncertowych z lat 70. w związku z wydaniem kompilacji Absolute Greatest, w tym White Queen. W 2011 roku świetnej jakości White Queen, Stone Cold Crazy i Liar (te same wersje, co na wydaniu VHS z 1992 roku) zostały udostępnione na iTunes w związku z ponownymi wydaniami pierwszych pięciu albumów Queen. Stone Cold Crazy został również wydany jako dodatek do japońskiego DVD i brytyjskiego Blu-ray dokumentu Days Of Our Lives w 2011 roku, ale z nowym miksem stereo (gitara Briana ma opóźnienie dodane cyfrowo dla całej piosenki zamiast analogowego opóźnienia, które było używane tylko do gitarowego solo na żywo). Cała pierwsza noc w Rainbow została pokazana na wystawie Stormtroopers in Stilettoes Queen w Londynie na początku 2011 roku. Dźwięk był monofoniczny i miał kilka drobnych nieścisłości, a wielu, którzy go widzieli, wspominało, że Freddie nie miał szczególnie dobrego głosu. 8 września 2014 roku na półki trafiło właściwe wydanie Live At The Rainbow, w wielu formatach - CD, DVD, LP i box set. Większość dogrywek wokalnych obecnych w wersji z 1992 roku pozostała, ale po raz pierwszy uwzględniono wszystkie wykonane utwory. Chociaż nadal jest to kompilacja obu nocy, jest wiele miejsc, zarówno w dźwięku, jak i w wideo, gdzie wersje z 2014 i 1992 roku różnią się, najbardziej zauważalnie jest główny wokal Freddiego w In The Lap Of The Gods...Revisited. Interesujące jest również to, że Freddie wspomina chorobę Briana po Son And Daughter. Dodatkowe materiały filmowe do tych, które zostały oficjalnie wydane, najwyraźniej znajdują się w rękach kolekcjonerów. Brian May stwierdził, że pokaz został prawidłowo sfilmowany, ale może to wynikać z faktu, że film Live At The Rainbow został zapisany na taśmie 16 mm lub 35 mm, aby wyświetlać go w kinach w latach 70. Występy zostały faktycznie nakręcone na taśmie 2-calowej. To zdjęcie na okładce ujawnia typową kamerę telewizyjną z tamtego okresu. Jedyne prawidłowo sfilmowane koncerty Queen to dwa wieczory w Montrealu '81 i Budapeszcie '86. Zdjęcia zza kulis zostały wykonane głównie przez Johnny'ego Dewe Mathewsa. Ujęcia na żywo mogą pochodzić z obu wieczorów w Rainbow. Jak widzicie - droga do wydania tego wyjątkowego koncertu była długa i kręta, ale w końcu się udało. Nie pozostaje mi nic innego jak w tę smutną rocznicę odpalić sobie ten koncert na dowolnym formacie i cieszyć się tą muzyką. Queen to nie tylko największe hity, ale też i mniej znane utwory. Przykładem jest choćby koncert Live At Rainbow.



Zarówno w wywiadzie dla Record Mirror z 7 grudnia, jak i w wydaniu International Musician z kwietnia roku 1975 gitarzysta stwierdza, że zespół nie był zadowolony z występu, głównie z powodu produkcji filmu, która stanęła im na drodze. W wydaniu dla wspomnianego International Musician z marca 1975 roku podano, że zespół Queen nagrał kilka numerów i wykonał także kilka overdubbingów z inżynierem dźwięku Hugh Jonesem, co z pewnością odnosi się do koncertu w Rainbow. Przed wyjazdem w trasę po USA na początku 1975 roku May napisał wiadomość dla fanklubu Queen, że zespół był bardzo zajęty pracą nad filmowaniem tego występu - miksowali go i edytowali do odpowiedniej formy dla Old Grey Whistle Test. Jednakże taka transmisja nigdy by się nie zmaterializowała. Półgodzinny film, będący kompilacją obu wieczorów zatytułowany po prostu Live At The Rainbow został po raz pierwszy wyświetlony w 1976 roku jako otwieracz filmu Led Zeppelin The Song Remains The Same w niektórych kinach w USA. W 1978 roku zaś w kinach w Wielkiej Brytanii w Jaws II oraz w 1979 roku przed Pink Floyd Live In Pompei i przed The Wall w 1982 roku. Oto lista utworów w teledysku, przy czym kursywą oznaczono utwory, które zostały zmontowane w fałszywy „medley”: Procession, Now I'm Here, White Queen, Killer Queen, The March Of The Black Queen, Bring Back That Leroy Brown, Father To Son [cięcie], Keep Yourself Alive [cięcie], Liar [cięcie], Stone Cold Crazy, In The Lap Of The Gods...Revisited, God Save The Queen. Utwór Now I'm Here został wyświetlony w 1977 roku we włoskim programie telewizyjnym o zespole nakręconym przez BBC 7. Narratorem odcinka specjalnego był Roger Taylor. W 1989 r. utwór Stone Cold Crazy z tego wieczoru  został wydany jako strona B The Miracle - na singlu 7" w Wielkiej Brytanii i Australii, singlu 12" w Wielkiej Brytanii, singlu kasetowym w Wielkiej Brytanii i singlu CD w Wielkiej Brytanii i Austrii.


52-minutowa wersja koncertu została później oficjalnie wydana na kasetach VHS w 1992 r. jako część Box Of Trix (produkt zamawiany pocztą, wydany przez firmę o nazwie Star Direct), z wieloma oczywistymi edycjami i dogrywkami wokalnymi. Czasami dźwięk i obraz pochodzą z dwóch różnych nocy, chociaż zdecydowana większość z nich pochodzi z drugiej nocy - mimo to jest wiele momentów, w których dźwięk i obraz są niezsynchronizowane, co ostatecznie sprowadza się do słabej edycji. I z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu dźwięk jest mono. Oto lista utworów: Procession, Now I'm Here, Ogre Battle, White Queen, In The Lap Of The Gods, Killer Queen, The March Of The Black Queen, Bring Back That Leroy Brown, Son And Daughter, gitarowa solówka, Father To Son [cięcie], Keep Yourself Alive [cięcie], Liar [cięcie], Son And Daughter (powtórka), Stone Cold Crazy, In The Lap Of The Gods...Revisited, Jailhouse Rock [cięcie], God Save The Queen. Zaś Now I'm Here (w doskonałej jakości i z większością usuniętych dogrywek wokalnych) został wydany na DVD Greatest Video Hits 1 w 2002 roku. W listopadzie 2009 roku zespół zamieścił na swojej stronie internetowej kilka nagrań koncertowych z lat 70. w związku z wydaniem kompilacji Absolute Greatest, w tym White Queen. W 2011 roku świetnej jakości White Queen, Stone Cold Crazy i Liar (te same wersje, co na wydaniu VHS z 1992 roku) zostały udostępnione na iTunes w związku z ponownymi wydaniami pierwszych pięciu albumów Queen. Stone Cold Crazy został również wydany jako dodatek do japońskiego DVD i brytyjskiego Blu-ray dokumentu Days Of Our Lives w 2011 roku, ale z nowym miksem stereo (gitara Briana ma opóźnienie dodane cyfrowo dla całej piosenki zamiast analogowego opóźnienia, które było używane tylko do gitarowego solo na żywo). Cała pierwsza noc w Rainbow została pokazana na wystawie Stormtroopers In Stilettoes Queen w Londynie na początku 2011 roku. Dźwięk był monofoniczny i miał kilka drobnych nieścisłości, a wielu, którzy go widzieli, wspominało, że Freddie nie miał szczególnie dobrego głosu.


8 września 2014 roku na półki trafiło właściwe wydanie Live At The Rainbow, w wielu formatach - CD, DVD, LP i box set. Większość dogrywek wokalnych obecnych w wersji z 1992 roku pozostała, ale po raz pierwszy uwzględniono wszystkie wykonane utwory. Chociaż nadal jest to kompilacja obu nocy, jest wiele miejsc, zarówno w dźwięku, jak i w wideo, gdzie wersje z 2014 i 1992 roku różnią się, najbardziej zauważalnie jest główny wokal Freddiego w In The Lap Of The Gods...Revisited. Interesujące jest również to, że Freddie wspomina chorobę Briana po Son And Daughter. Dodatkowe materiały filmowe do tych, które zostały oficjalnie wydane, najwyraźniej znajdują się w rękach kolekcjonerów. Brian May stwierdził, że pokaz został prawidłowo sfilmowany, ale może to wynikać z faktu, że film Live At The Rainbow został zapisany na taśmie 16 mm lub 35 mm, aby wyświetlać go w kinach w latach 70. Występy zostały faktycznie nakręcone na taśmie 2-calowej. To zdjęcie na okładce ujawnia typową kamerę telewizyjną z tamtego okresu. Jedyne prawidłowo sfilmowane koncerty Queen to dwa wieczory w Montrealu '81 i Budapeszcie '86. Zdjęcia zza kulis zostały wykonane głównie przez Johnny'ego Dewe Mathewsa. Ujęcia na żywo mogą pochodzić z obu wieczorów w Rainbow.


Jak widzicie - droga do wydania tego wyjątkowego koncertu była długa i kręta, ale w końcu się udało. Nie pozostaje mi nic innego jak w tę smutną rocznicę odpalić sobie ten koncert na dowolnym formacie i cieszyć się tą muzyką. Queen to nie tylko największe hity, ale też i mniej znane utwory. Przykładem jest choćby koncert Live At Rainbow😍 Bartas✌☮


niedziela, 17 listopada 2024

Nowa era i kolejny, logiczny krok w ewolucji. Linkin Park powraca w świetnym stylu z albumem "From Zero".

 

Przyznam się szczerze, że na początku nie lubiłem tego zespołu. To były czasy liceum, gdy wydali swoją druga płytę Meteora. Zawojowali światowym rynkiem muzycznym aż sześcioma singlami promującymi: Somewhere I Belong, Numb, Faint, From The Inside, Lying From You czy Breaking The Habit. Nie kupiłem tego wtedy! Mój mózg, moja wrażliwość muzyczna i rzetelna edukacja muzyczna w domu nie przyjmowały takich konwencji. Taki mainstream, taka pokazówka, taka moda wśród młodzieży gimnazjalno-licealnej, chwalącej się tym, że słucha rocka/metalu. Porzuca rapsy i zaczyna interesować się metalem. Ja pierdzielę! Toż to ni metal, i rock, i rap. Dopiero ich trzecia płyta Minutes To Midnight, wydana w 2007 roku, otworzyła mi oczy i wtedy zrozumiałem, że się bardzo co do tego zespołu myliłem. Teraz, gdy nie ma już Chestera wśród żywych, dochodzi do Ciebie jak bardzo ten człowiek cierpiał. Depresja to straszna choroba i takie pierdolenie weź się w garść, inni mają gorzej sprawia, że cały mój wewnętrzny pacyfizm idzie w cholerę i mam ochotę zasadzić temu komuś kopa w dupę. W 2017 roku Bennington odebrał sobie życie. Po tym tragicznym wydarzeniu wydawało się, że ten dzień wielkiego comebacku Linkin Park może nigdy nie nadejść. Ciężko jest zastąpić tak charyzmatycznego wokalisty kimś innym. Naciśnięcie przycisku odtwarzania nowego albumu From Zero to bardzo surrealistyczne doświadczenie i poczucie niepewności do tego, co ma nadejść.


Krążek wydaje się jednocześnie świeżym początkiem i logicznym kolejnym krokiem w ewolucji Linkin Park, a pierwsza połowa albumu jest bardziej zgodna ze starymi Linkinami, przyciągając nowych słuchaczy znajomym brzmieniem. Do tej pory prawdopodobnie, Drogi Czytelniku, słyszałeś single: wpadające w ucho The Emptiness Machine, kolosalne Heavy Is The Crown oraz refleksyjne Over Each Other. Ten ostatni daje nowej wokalistce Emily Armstrong jej jedyny solowy popis wokalny na albumie. Cut The Bridge przypomina Bleed It Out dzięki swojemu porywającemu rytmowi i znanemu refrenowi wokalnemu. Casualty to najcięższy moment albumu z ostrym thrashowym riffem i większym tupotem niż stado słoni w czasie karmienia łupanego. From Zero siada najlepiej w drugiej połowie, kiedy Armstrong naprawdę wznosi się na wyżyny wokalne. Wylało się na nią mnóstwo hejtu. Na nią i na Mike’a Shinodę, także ze strony rodziny zmarłego Chestera. Ta pochodząca z Los Angeles współzałożycielka grupy Dead Sara, moja rówieśniczka, to absolutny strzał w dziesiątkę. Wiadomo, że Chestera nie zastąpi nikt, ale jeśli już chcą kontynuować działalność to Emily jest najlepszym z możliwych wyborów. Overflow ma w sobie trip hopowy klimat i coś z ery A Thousand Suns. Two Faced jest bezczelny i wścibski, ma bowiem wznoszący się refren, zabawną interakcję wokalną między Mike'iem i Emily i myślę sobie, że stanie się koncertowym hitem. Stained to świetna piosenka, w której przetworzone bity odbijają się od rapowanego wokalu Mike'a, torując drogę wznoszącemu się refrenowi Emily. Też może fajnie sprawdzi się na koncertach. Dwa ostatnie momenty albumu, IGYEIH, to kolejny ciężki utwór, który dodaje albumowi energii w jego końcowych momentach. Good Things Go to ponury sposób na zakończenie albumu i pasuje do tradycji zespołu, aby zakończyć wszystko zamyśloną nutą. To moja ulubiona piosenka na albumie i doskonały przykład tego, jak dobrze Emily i Mike współpracują wokalnie.


From Zero to rewelacyjny album i wielki comeback Linkin Park. I chociaż trochę cierpi z powodu kryzysu tożsamości, przez co wydaje się albumem składającym się z dwóch odrębnych połówek, to tak dobrze jest mieć grupę z powrotem w tak kapitalnej formie. Jak już napisałem, Emily Armstrong to strzał w dziesiątkę. Artystka udowadnia, że ​​jest więcej niż gotowa do zadania przejęcia połowy obowiązków wokalnych zespołu, a ten album naprawdę jest dla niej idealnym punktem zaczepienia, aby zabłysnąć. To album, który oddaje hołd całej karierze zespołu - przeszłości, teraźniejszości i przyszłości oraz wyznacza ścieżkę na ekscytującą nową erę. Jedna z płyt roku 2024. Bardzo gorąco polecam🔥








Bartas✌☮

wtorek, 5 listopada 2024

Gdzie granice między dobrem, a złem są zatarte. God Dethroned i ich dwunasty studyjny album "The Judas Paradox".

 

God Dethroned to holenderski zespół grający ekstremalny death metal. Początki jego sięgają wczesnych lat 90-tych. Na przestrzeni czasu odnieśli spory sukces, występując na takich festiwalach jak Wacken, Summerbreeze, 70.000 Tons Of Metal i wielu innych. Tej jesieni zespół wyruszy w trasę po Europie, supportując polskich gigantów - Batushkę. Trasa ta zbiega się z wydaniem ich najnowszego, dwunastego studyjnego albumu The Judas Paradox. Krążka koncepcyjnego, w którym to ludzka kondycja jest centralnym punktem tekstów. Jak sami mówią - to dźwiękowe zejście w samo serce ciemności i oszustwa, gdzie granice między dobrem a złem są zatarte. Grupa nawiązała współpracę z producentem Tonym Lindgrenem, aby zapewnić słuchaczy, że krążek zostanie wydany zgodnie z najwyższymi standardami. Lindgren to solidna firma, bowiem współpracował już z takimi zespołami jak Sepultura czy Opeth. Można więc śmiało powiedzieć, że zespół God Dethroned był w dobrych rękach. 


Album rozpoczyna się utworem tytułowym - melodyjną i ponurą nutą, przy którym Henri “T.S.K." Sattler już wściekle krzyczy, wspierany przez instrumentalne partie swoich kolegów z zespołu, podczas gdy Frank 'Skillpero' Schilperoort dyktuje tempo za pomocną swoich uderzeń i blackmetalowych wypełnień. Rat Kingdom przynosi nam ostrą dawkę ich charakterystycznego brzmienia, a przenikliwe riffy Henriego i Dave’a Meestera brzmią szalenie od początku do końca. The Hanged Man prezentuje cztery minuty siarkowej, ekstremalnej muzyki dla naszej całkowitej rozkoszy, z podłymi rytmami Schilperoorta idącymi ręka w rękę z dudniącym basem Jeroena Pompera. Numer płynnie przechodzi do kinowego interludium Black Heart, który przygotowującego Słuchaczy miażdżącego Asmodeusa. Ten to numer oferuje wszystko to, za co fani pokochali brzmienie tej grupy - od ostrych ryków Henriego po blast beaty Franka, nie wspominając o ich riffach i liniach basowych, które wydzielają czystą magię, obejmując nas wszystkich w czarnej jak smoła ciemności. Kashmir Princess to kolejna skazana na zagładę, diabelska aria tej kultowej holenderskiej hordy. Gitary brzmią melodyjnie, ale demonicznie, zapewniając wokaliście wszystko, czego potrzebuje, aby ryczeć w podły sposób. Mamy też Hubris Anorexia - kompozycję idealną do zaciemniania nieba w imię zła. The Eye Of Providence może i nie jest zbyt mocna, bo brakuje jej tej samej energii co reszcie kompozycji na albumie, ale nadal brzmi ponuro i złowrogo. Powrotem do bardziej szalonego tempa jest numer Hailing Death, w którym Henri niemal rozrywa płuca, krzycząc wspierany przez piekielne dźwięki swoich kolegów z grupy. Trzeba przyznać, że mają jeszcze dużo demonicznego paliwa do spalenia w headbangingowym i pełnym natarcia Broken Bloodlines, gdzie dźwięk ich gitar obejmie Twoją duszę, zanim wciągnie Cię do podziemi na całą wieczność. Ich czarna msza zaś osiąga swój koniec wraz z równie niepokojącym War Machine, przynosząc ostatni wybuch ich firmowego black metalu, gdzie Henri mrocznie deklamuje niesamowite słowa piosenki w świetnym stylu.


Nowy album God Dethroned jest muzyczną podróżą do najciemniejszych zakątków religii, a Ty możesz pozwolić, aby ich muzyka pochłonęła Twoją zgniłą duszę. Muzycy po raz kolejny nie biorą jeńców w swoim dążeniu do ekstremalnej muzyki dzięki The Judas Paradox. Podczas gdy religia nadal niszczy nasz zepsuty i rozpadający się świat, ci holenderscy metalowcy będą czerpać inspirację ze wszystkiego, co złe jest w niej, aby otworzyć nasze oczy i umysły na wszystko to przy dźwiękach ich jadowitej muzyki, zanim będzie za późno. Nie przegapcie! 😈 Bartas✌☮

35 lat temu ukazał się jeden z najlepszych debiutów w historii muzyki - "Ten" grupy Pearl Jam.

  Po śmierci Andy’ego Wooda Gossard i Ament zawiesili działalność. W czasie tej separacji Gossard spędził swój czas na pisaniu materiałów, k...