poniedziałek, 4 listopada 2024

Prawdziwe piękno życia tkwi w jego nietrwałości. The Cure powraca po szesnastu latach z arcydziełem - "Songs Of A Lost World".

 

Prawdziwe piękno życia tkwi w jego nietrwałości. Potrzeba troszkę czasu, aby to zrozumieć, ale taka jest prawda. Nic nie trwa wiecznie i nic nie jest i nie pozostaje takie samo I to bez względu na to jak bardzo staramy się stawiać czoła niepewności i zmianom. Niektóre elementy emanują długowiecznością, podczas gdy inne przemykają się jak krople deszczu, jeśli mamy wystarczająco dużo szczęścia, aby nauczyć się je puścić. Jedyną absolutną pewnością życia jest jego koniec. A najnowszy album zespołu The Cure Songs Of A Lost World dotyczy właśnie tego - śmiertelności i upływu czasu. Od razu napiszę, że jest to zdumiewający album, na którym Robert Smith głęboko tkwi w temacie, w którym sprawdza się najlepiej i co ciekawe, odsłaniając warstwy własnej wrażliwości jak nigdy dotąd. Minęło szesnaście od ukazania się dość przeciętnego albumi 4:13 Dream. Dokładnie szesnaście lat i pięć dni. Ale kto liczył? Ta płyta słusznie nie została przyjęta lepiej komercyjnie ani artystycznie, niż poprzednie dokonania. Na szczęście w końcu mamy płytę, którą śmiało można postawić obok takich dokonań jak Pornography, Kiss Me, Kiss Me, Kiss Me, Disintegration czy Bloodflowers. The Cure nie mają złych albumów, mają co najwyżej dobre, przeciętne, ale nie złe. Jednakże dla wielu fanów kreatywne szczyty zespołu tkwią w bardziej mrocznych zakamarkach ich twórczości – ponurej Faith, jeszcze bardziej ponurej Pornography i wspaniałej melancholii Disintegration


Krążek otwiera kompozycja Alone, która jest po prostu oszałamiająca pod każdym względem - lodowaty, emocjonalny i iście królewski. Sprawdźcie, czy nie ma w Was oznak życia, jeśli nie poczuliście tego ukłucia człowieczeństwa, gdy pierwszy raz słyszycie Smitha śpiewającego This is the end of every song that we sing. Chodzi tutaj o ustanie życia, przyjaźnie, zbliżającą się katastrofę klimatyczną, ustanie czasu. Także o wielkie idee, pozostając jednocześnie zdecydowanie intymnym i osobistym. Partia basu Simona Gallupa brzmi wybornie, a spokojne klawisze Rogera O’Donnella przepływają przez wydarzenia w zamyślony, żałobny sposób. Temat starzenia się, zwalniania tempa nie jest czymś nowym dla Roberta Smitha. Wszak pisał o takich sprawach od kiedy The Cure istnieje, ale teraz słucha się tego bardziej boleśnie. Jest tu poczucie surowej, wrażliwej szczerości zastępującej egzystencjalny niepokój minionych lat. Ten numer niemal natychmiastowo stanie się klasykiem. Bardziej spokojny nastrój daje And Nothing Is Forever, który podąża za tym samym strukturalnym szablonem, co Alone z przepięknym, przejmującym intro, które nie spieszy się, aby odejść na bok - pomysł powszechny na całej płycie. Wers Promise You’ll be with me in the end pokazuje Smitha w świetle, które podziwia i rzadko unika - infantylne poczucie bezradności , które splata czystą miłość z całkowitą potrzebą. Poczucie jaźni owiniętej w istnienie innej osoby jest centralnym punktem niezliczonych piosenek napisanych przez Smitha. Skupienie się na wyniku fazy lustrzanego odbicia Lacana w której ego jest kształtowane, aby niektórzy byli całkowicie zależni od innych, aby doznać jakiegokolwiek poczucia spełnienia. Powtarzanie w tej piosence frazy However far away, z jej oczywistym skojarzeniem z Lovesong z albumu Disintegration, jest kluczowym momentem dla albumu i takim, który pozostawia ślad na płycie, na który zwracasz większą uwagę przy każdym słuchaniu. To Smith patrzący wstecz,czasem w sposób samobiczujący, skupiający na straconych okazjach i zmarnowanym czasie, a gdzie indziej subtelnie świętujący własną twórczość. To intertekstualny, autoreferencyjny hołd. Forma akceptacji.


Jednym z najpiękniejszych aspektów tej płyty jest fakt, że Smithowi udało się zachować dokładnie ten sam charakterystyczny lamentowy głos przez lata. Nigdzie nie jest to bardziej słyszalne, niż w A Fragile Thing. Weźmy na ten przykład tak wielkich artystów jak David Bowie czy Scott Walker - zmieniali swoje style wokalne wraz z wiekiem. Frontman The Cure zaś wydaje się być zamknięty w jakimś dziwnym pakcie w stylu Doriana Graya, który trzyma jego struny głosowe w ryzach od około 1982 roku. A Fragile Thing to lśniąca piosenka, z zestawieniem między żwawym aranżem, a tematem z przeplatającymi się liniami fortepianu na pierwszym planie. Warsong opowiada o pogarszających się relacjach i można ten numer odczytywać w skali mikro lub makro. Dla tych, którzy naprawdę czują, że świat jest stracony, ta pieśń zostanie zinterpretowana jako traktat o ludobójstwie, truciźnie politycznej i otaczających nas przejawach faszyzmu. Dla tych, co mają odrobinę więcej nadziei w ludzi dobrej woli, może być odczytana jako zaniepokojenie nieuniknionymi wadami dynamiki interpersonalnej. To duszna piosenka, z nieustannymi minimalistycznymi klawiszami O’Donnella, które otulają utwór ciepłymi teksturami, podczas gdy gitary meandrują nad nimi, bez kierunku. Najbardziej chwytliwą kompozycją jest Drone: NoDrone - element wpadający w ucho jest dobrze ukryty za ścianą hałasu i zawodzących gitar. Solo Reevesa Gabrelsa jest pięknie rozłączne i odporne na osadzenie refrenu na płycie, która czerpie przyjemność z wydłużonych, powtarzających się wzorców. Brzmienie perkusji Jasona Coopera jest surowe i muskularne, podbudowujące wszystko drobiazgową starannością. Te dwie kompozycje dobrze pasują do siebie na płycie i mają ten sam mały problem - mogłyby trwać i trwać.  


Zawsze istniało takie poczucie, że Robert Smith po prostu chce być trzymany, nawet po raz ostatni, aby uspokoić się słowami i obecnością kogoś innego. To poczucie bezradności przenika płytę nigdzie bardziej wyraźniej, niż I Can Never Say Goodbye, który w warstwie lirycznej jest autobiograficzny, jak nigdy dotąd w twórczości The Cure. Jest pisarzem osobistych prawd, ale są one często zaciemniane przez rozbudowane metafory, które opierają się na dadaistycznych bzdurach lub “pocięte” stwierdzenia, które z czasem tworzą fragmentaryczną całość. I Can Never Say Goodbye to opowieść o starszym bracie Roberta umierającym na raka. Jego głos się łamie, gdy wypowiada kwestie, a w tekście jawi się naiwność, która mocno uderza. jeśli kiedykolwiek doświadczyłeś takiego poziomu straty lub przynajmniej byłeś od niej przerażająco blisko. W chwilach traumy tracimy zdolność do bycia poetyckim. Przez całą swoją karierę Smith był symbolem izolacjonistycznego lęku, bawiąc się byciem nieuważnym. Tutaj jest po prostu bezbronny. Ba! Jest tu jak dziecko - w niektórych miejscach jest pełen podziwu dla świata, a gdzie indziej rozdziera sobie serducho z powodu niesprawiedliwości. Przypomina się w tym momencie utwór sprzed 24 lat Where The Birds Always Sing, w którym śpiewa: The world is neither fair nor unfair / The idea is just a way for us to understand. Teraz buntuje się przeciwko temu, na co nigdy nie ma wpływu, z niewypowiedzianymi słowami i nigdy nie pozwalającymi na pożegnanie. Jest to dowód na to, że Smith potrafi pozwolić sobie na to, by postrzegano go w taki sposób, robi to tak, że nigdy nie wydaje się wyzyskujący i przesadzony. Najpłytsze spojrzenie na dorobek The Cure jasno pokazuje, że jest to człowiek, który zawsze widział jak cenne i niepewne jest życie. Jak ważne są najdrobniejsze chwile w definiowaniu tego, co czyni nas ludźmi i jak gryząca obecność śmiertelności jest zwykle niemożliwa do zignorowania. Smith skupiał większość swojej twórczości na pożegnaniach, na byciu pozostawionym samemu sobie w rozpaczy i na samej śmierci. Dla zagorzałych fanów zespołu The Cure (a jest wśród Czytelników Muzycznego Zwierza od groma) trudno będzie nie znaleźć powiązań w ośmiu kompozycjach na Songs Of A Lost World z wcześniejszymi dokonaniami zespołu, czy to w błaganiu o przebudzenie w I Can Never Say Goodbye, czy w atmosferycznych dźwiękach foley, które wprowadzają piosenkę i nawiązują do najlepszego utworu na Desintegration - The Same Deep Water As You - ale są to wszystko punkty styczne, a nie oznaki, że artysta po prostu recyklinguje.


Bez wątpienia jest to najbardziej wykwintnie wyprodukowany album The Cure. Warstwowa instrumentalizacja, wokalne modulację i oddechy są głęboko ukryte w miksie, a coś nowego przyciąga uwagę przy każdym odsłuchu w sposób, który niespodziewanie wzbogaca paletę dźwiękową zespołu. Produkcją zajął się sam Smith wespół z Paulem Corkettem, który wcześniej pracował z zespołem jako wspóproducent przy znakomitym, wspomnianym na początku albumem Bloodflowers z 2000 roku. Krążkiem, który ma wiele wspólnego z Songs of a Lost World, zarówno pod względem ogólnej estetyki, jak i motywów lirycznych. Nawet w leniwie tworzonych utworach, w strukturze płyty można wyczuć żywotność, co jest imponujące i podkreśla pragnienie Smitha, aby zawsze wkraczać na nowe tereny. Otwarcie All I Ever Am ma coś z My Bloody Valentine z ery Loveless; jest w równym stopniu pełne dźwięku i oszołomienia. Kompozycja jest wyjątkiem na płycie, bowiem skupia się na wznoszącej sekwencji akordów w porównaniu z bardziej ponurymi utworami, obok których się znajduje. Dzieli podobne wątki narracyjne z resztą Songs Of A Lost World pod względem spojrzenia wstecz z pewną dozą żalu z powodu dokonanych wyborów, późniejszych konsekwencji i jakoś nigdy nie czując się wystarczająco z tym dobrze. Muzycznie panuje tu nerwowy nastrój i wydaje się bardziej lekko przygnębiający niż tarzający się pesymizm, który otacza płytę jako całość. To coś w rodzaju piosenki na szerokim ekranie na albumie, który zostałby nakręcony w formacie 4:3, gdyby był filmem. To tylko wytchnienie przed uwolnieniem kolejnej ściany nieszczęścia.


Robert Smith zawsze miał talent do pisania absolutnie zabójczych utworów końcowych. Endsong może być najlepszym z nich wszystkich. Od samego początku jesteśmy na znanym terytorium z długim, krętym intro, które pozwala na małe zmiany w aranżacji, tak aby każdy muzyk mógł być usłyszany. Gabrels wchodzi z rozległym brzmieniem gitary, które wydaje się chaotyczne, ale zawsze ma kontrolę. I'm outside in the dark wondering how I got so old / It's all gone, it's all gone w zasadzie podsumowuje cały nastrój płyty, a gdy pojawiają się wokale, instrumenty siadają, wiedząc, gdzie skupić naszą uwagę w zasadzie podsumowuje cały nastrój płyty, a gdy pojawiają się wokale, instrumenty siadają, wiedząc, gdzie powinniśmy skupić naszą uwagę. Pozostaje tylko skąpa perkusja Coopera i kilka uderzeń klawiszy. Smith jest znów odsłonięty. To wspaniałe oświadczenie końcowe nie jest dla osób o słabych nerwach lub tych, co łatwo się nudzą. Gdy pierwsza część tekstu jest skończona, zespół wraca, aby stworzyć kakofonię pięknego hałasu, a słowa Smitha stają się bardziej wrzaskliwe, bardziej intensywne i wyczerpane, gdy nadchodzi koniec. Jest równie imponujący, złowieszczy i fascynujący. 


Songs Of A Lost World jest arcydziełem, a jego słuchanie uzależnia, niczym liczne używki. Potrzeba jednak wielu dni nieustannego słuchania płyty, aby to powyższe stwierdzenie wytrzymało próbę czasu. Niemniej jednak jest tak bliski doskonałości, jakiej kiedykolwiek z nas mógł się spodziewać😍 Bartas✌☮


niedziela, 27 października 2024

Gniew, smutek, zachwyt, gorycz i świadomość siebie. The Linda Lindas i ich drugi album - "No Obligation".

 

You don’t owe no demonstration / Who cares about their validation?! Warczy tytułowy numer z drugiego albumu żeńskiej kapeli, pochodzącej z Los Angeles, The Linda Lindas zatytułowanego No Obligation. Dwuminutowy, mocny hymn nie traci czasu na potwierdzenie nieugiętego stanowiska politycznego grupy: nie jesteśmy tu po to, aby robić to, co nam każecie, ale jako młodym kobietom mówicie nam wiele. Szybkim, podobnym do Amyl And The Sniffers riffem prowokują słuchaczy, aby nawet spróbowali zakwestionować swoje samostanowienie. Zanim przejdę do płyty recenzji płyty, muszę się Wam przyznać, Drodzy Czytelnicy, że o istnieniu zespołu dowiedziałem się dopiero w tym miesiącu na kilka dni przed wydaniem tej ich drugiej płyty. Wokalista Green Day, Billie Joe Armstrong, podsumowując gigantyczną trasę po Stanach Zjednoczonych, podziękował paniom za wsparcie i świetne występy przed nimi jako headlinerami. Postanowiłem czym prędzej posłuchać debiutanckiego albumu Growing Up. I bardzo mi się spodobało to, co usłyszałem na ich nagraniach. 


Sentencja No Obligation jest bardzo podobna, choć znacznie ewoluowała. Stała się bardziej odważna, ale i świadoma siebie. Panie wyróżniają się tym, jak łączą polityczne slogany Riot Grrrl z emo wrażliwością pop-punku, symbolizując bardziej kreatywne podejście do tego pierwszego i konieczną polityczną zmianę w tym drugim. Kompozycje takie jak All In My Head i I Don’t Think przyjmują słuszną perspektywę wkurzonych nastoletnich dziewcząt próbujących odnaleźć się w swoim życiu, podczas gdy białe sypremacyje i patriarchalne mocarstwa kopią je i wpychają do pudełka. W swoich bardziej wrażliwych momentach zadają sobie pytania o to, jak kształtować tożsamość poza tym, czego się od nich oczekuje, jak żyć zgodnie ze swoimi wartościami politycznymi jako młode feministki. Weźmy chociaż taki łagodniejszy numer jak Once Upon A Time, w którym zespół stwierdza: I'm good at being angry / I'm good, zanim wybucha refren: It's not about screaming / It's not about trying to hide / I'm trying to see how they see me / I'm trying to see what they like. Innymi słowy te młode kobiety pytają: Jak możemy na przykład pozwolić sobie na bycie wyrozumiałymi i miłymi, nie będąc wykorzystywanymi z powodu naszego pozycjonowania jako młodych kobiet? Podczas gdy inne odradzające się się żeńscy wykonawcy pop-punkowi - jak choćby Olivia Rodrigo - mogłyby jedynie nawiązać do warunków politycznych, które sprawiają, że jest to doświadczenie bycia młodą kobietą, The Linda Lindas są o wiele bardziej bezpośrednie, przeplatając każde doświadczenie, o którym piszą, z szerszym obrazem. Przykładem tego choćby może być Too Many Things, gdzie jednym tchem narzekają na ilość presji, pod którą są: Too many creases, I'm too small / Soon I won't be nothing at all, zanim stwierdzą - Can't You see I'm trying to be awake. Zastanawiają się, ile zmian możemy wywołać jako jednostki. To orzeźwiające spojrzenie i rodzaj mądrego nastoletniego niepokoju - trochę emo, ale bardzo inteligentnego, świadomego siebie i sarkastycznego. 


W warstwie muzycznej przyspieszone gitary i szybkie rytmy perkusji to oczywiste hołdy dla najlepszych zespołów z ich wybranych gatunków, takich jak: Babes In Toyland, Bikini Kill, The Breeders i Paramore. Lose Yourself i Resolution/Revolution wydają się rozszerzeniem politycznego pop-punku, który do perfekcji opanowali koledzy z Kalifornii - wspomniany na początku zespół Green Day. Łącząc ze sobą skate-punkowe bębny z zapierającą dech w piersiach paranoją i upiornym wokalem gangowym, zespół uosabia horror my-kontra-oni amerykańskich okoliczności politycznych w utworach, które mogłyby spokojnie pasować do arcydzieła Zielonych - American Idiot. Słyszymy jak śpiewają: They think we cannot / To scared to give thought / Us and them, we're not on the same wavelength


Album No Obligation nie jest tylko przedstawieniem beznadziejnej sytuacji Stanów Zjednoczonych. Jest ekscytującym albumem punkowym, którego celem jest mobilizacja tych, którzy go będą chcieli posłuchać. W każdym dźwięku, sylabie słychać gniew, smutek, zachwyt i gorycz, a z tej mieszanki uczuć płynie pełne oddania tworzeniu zmian. Nie dziwię się więc, dlaczego Billie Joe Armstrong jest tymi młodymi dziewczętami tak zachwycony. Zmiana tego świata zaczyna się od nas samych.  Polecam gorąco! 🔥😊 Bartas✌☮

czwartek, 24 października 2024

Dobra zabawa i nowatorski humor. The Offspring i ich nowy album "Supercharged".

 

It’s a lot of work for that 15 minutes of fame śpiewa Dexter Holland w Get Some, który to - nomen omen - na początku ku mej ogromnej uciesze zawiera intro z utworu Stone Cold Crazy Queen. I zachodzisz w głowę ileż to pracy potrzeba na 40 lat istnienia. No, bo prawda jest taka, że zespół The Offspring został założony w 1984 roku jako Manic Subsidal, ale prawdziwą sławę zyskał dopiero dziesięć lat później, wydając swój trzeci studyjny album Smash. To wciąż szmat czasu, by być i pozostać produktywnym i istotnym w branży muzycznej zespołem. Swoim najnowszym dokonaniem, zatytułowanym Supercharged udowadniają, że wciąż potrafią potrafią tworzyć elektryzującą muzę. Jest to płyta, która zawiera mnóstwo klasycznego, napędzającego punk rocka, którego fani zespołu kochają od ponad trzech dekad. Utwory takie jak choćby apokaliptyczny singiel Light it Up (Prometheus to Armageddon, we’re right on track), The Fall Guy i Truth In Fiction pędzą z prędkością kilku mil na minutę z klasycznymi refrenami whoa. I co ciekawe, Truth In Fiction równie dobrze mógłby być utworem Bad Religion, z tekstami takimi jak Society’s a fiction when we replace the truth with it. To piosenki z circle pit, które doprowadzą festiwalową publiczność do szaleństwa. Jednak zespół nigdy nie spoczywa na laurach. 


Krążek zaczyna się jednym z ich najbardziej ambitnych numerów w karierze Looking Out For #1. Zakończony niesamowitą melodią, która brzmi jak z jakiegoś klasycznego horroru. Kompozycja narasta po refrenie, z wieloma mostkami, śpiewem, gitarowymi solówkami, bulgoczącymi liniami basowymi, a nawet… ksylofonem dla dobrej odmiany. Pomimo tych wszystkich elementów utwór, jak i zespół, pozostaje spójny. Przynajmniej nie starają się być jak Queen, choć ich uwielbiają. W utworze Make It All Right, który był pierwszym singlem promującym, The Offspring brzmi jak The Beach Boys w wydaniu punkowym. To może być jeden z najbardziej pełnych nadziei pop-punkowych utworów w ich katalogu. Opowiada bowiem historię dziewczyny, która pociesza swojego chłopaka, który chce, by świat dał mu czarne chmury w letni dzień. Jest to rodzaj dobrej zabawy, która wywindowała utwór na koniec lata na pierwsze miejsce w alternatywnym radiu, Jeszcze bardziej wyjątkowy Ok, But This Is The Last Time, który brzmi jak interpolacja zespołu popowej piosenki z lat 80-tych. Wokal Hollanda nigdy jeszcze nie brzmiał tak gładko i szczerze, a chociaż nadal jest tu skoczny pop-punkowy refren, produkcja jest bujna (nawet z kilkoma akompaniamentami smyczkowymi), która może sprawić, że zapomnisz, że słuchasz płyty wyprodukowanej przez Boba Rocka. I chociaż w warstwie lirycznej jest w tym numerze trochę humoru to jest on napisany z myślą o dzieciach wokalisty The Offspring. Protagonista kompozycji jest frajerem, który ciągle się poddaje i jest frajerem dla kogoś, kogo bardzo kocha. W przeciwieństwie do niektórych poprzednich albumów, humor tutaj jest troszkę nowatorski. Dexter brzmi tak, jakby pisał bardziej z naturalnego miejsca, niż na poprzednich albumach, więc te piosenki wydają się bliskie, a nie wyrzucane.


Brzmieniowo zespół szuka inspiracji wstecz, zamiast próbować podchwycić brzmienie czasów obecnych. Kiedy składają hołd Brazylii za pomocą prawdziwego head-bangera Come To Brazil, grzmiąco toczące się bębny i ciężkie riffy (z pewnością mające na celu doprowadzenie brazylijskich fanów do szaleństwa) są wyjęto prosto z ppodręcznika od hair metalu. Zaś w zamykającym krążek album You Can’t Get There From Here jest prawdopodobnie najbardziej nastrojowym utworem w katalogu zespołu, czerpiącym z Pink Floyd i klasycznej rockowej wzniosłości, nawet gdy powraca do punkrockowego refrenu.


Myślę, że zespół The Offspring są już na takim etapie, że nie muszą udowadniać za wiele i wywalone mają na negatywne recenzje. Ich fani na całym świecie doskonale wiedzą czego się spodziewać i chętnie kupią płytę czy pójdą na koncert. Ale do tych, którzy są zainteresowani i dla tych, którzy być może położyli na nich krzyżyk mówię: możecie się czuć bezpiecznie. Holland spółka nadal potrafią dostarczyć zwarte, klasyczne hymny punkowe, jednocześnie zajebiście się bawiąc i rozszerzając zasięg pisania swoich piosenek. Więcej, niż warto posłuchać!😊 Bartas✌☮

środa, 23 października 2024

Powrót do źródeł. Jerry Cantrell i jego czwarty solowy album "I Want Blood".

 

Po zaskakująco ciepłym i łagodnym albumie Brighten z 2021 roku Jerry Cantrell powraca do tego, do czego został stworzony. Artysta Sceny Seattle, gitarzysta i założyciel kultowego Alice In Chains oraz pionier rocka alternatywnego zawsze eksperymentował ze swoim brzmieniem, np grając głównie akustyczne numery na Jar Of Flies Alicji, dodając troszkę twangu na drugiej solowej płycie Degradation Trip i bawiąc się różnymi technikami harmonii wokalnej przez całą swoją karierę swojej macierzystej formacji. No, ale przez cały ten czas jego najbardziej rozpoznawalna muzyka zawierała pewne podstawowe elementy - była ciężka, mulista i ponura. Nie inaczej jest przy okazji jego najnowszego dzieła, czwartego już w dorobku solowego albumu - I Want Blood. Bez zbędnych zbędnych słów przejdźmy do zawartości muzycznej. 


Otwierająca krążek kompozycja Vilified nakłada główny, dudniący riff gitarowy Cantrella na licki grane za pomocą pedału wah-wah i talk boxa. Jego wokal waha się między zniechęceniem, a pięknym i złowieszczym napięciem, gdy śpiewa o sztucznej inteligencji, która niczym zaraza zalewa nas zewsząd: Simulate the feel / Of all that's true and real / Hey-a, schadenfreude crescendo / Hey-a, skew the innuendo. Agresywny rocker w utworze tytułowym jest mniej mulisty. Basista Guns N’ Roses Duff McKagan i perkusista Faith No More Mike Bordin nadają porywający rytm, podczas gdy Jerry śpiewa chrapliwym wyciem o ulotnej naturze życia: You only rent the crown. Kompozycja jest potężna i skupiona, uderza z precyzją i kończy się piętnastoma sekundami sprzężenia zwrotnego. Mamy też blues-rockowy groove w Throw Me A Line, który osiąga trudną równowagę, bowiem jest zarówno taneczny, jak i świetny do machania łbem. Najcięższym numerem na albumie jest Off The Rails. Mocne gitarowe akordy uderzają niczym młot pneumatyczny, synchronizując z perkusją Gila Sharone’a i dudniącym basem Roba Trujillo z Metalliki.  


Największym atutem tego krążka, szczególnie dla wszystkich fanów Alice In Chains, jest Let It Lie. Rozpoczyna się jednym z najbardziej charakterystycznych dla Cantrella cech - złowrogim riffem z podciągnięciem strun na obniżonym tonie gitary. Ma w sobie złośliwość Stone czy It Ain’t Like That AIC. Jerry jest wkurwiony i buntuje się przeciwko nienawiści i podziałom politycznym. Bezkompromisowo śpiewa: Can You see Yoursеlf in the other? / Relеase the need to be so right / Oh, won't You let it lie? To ponura alternatywna piosenka z warczącymi gitarami, solówkami rockowego bohatera i aurą zmienności. Chociaż mulisty i agresywny alt-rock stanowi większość albumu, ma on również kilka solidnych i lżejszych momentów. W żałobnym utworze It Comes przejmujący głos Cantrella unosi się nad niesamowitym arpeggio gitary. Tekst jest nieco tajemniczy, ale ma aurę śmierci - Not only scars I see / Notes in a symphony, it comes. W mrocznej balladzie Echoes Of Laughter nasz bohater śpiewa o zmaganiach po stracie ukochanej osoby: I don't believe in a heaven or a hell / Could be both in the now, baby, it's hard, hard to tell. Śpiewa bardzo przejmująco, a jego żałobny woal jest uzupełniony harmonią wokalną byłego wokalisty Dillinger Escape Plan - Grega Puciato. Słyszymy jak panowie razem w refrenie śpiewają: The canyons echo of Your laughter in the light of day / I ran all night, a call I answered, You went away.


Z gwiazdorską obsadą i powrotem do warczącej, destrukcyjnej muzyki, I Want Blood jest najlepszym albumem, jaki Jerry Cantrell wydał co najmniej od Degradation Trip z 2002 roku, jeśli nie od wydanego w 1995 roku albumu Alice in Chains o tym samym tytule. Pokazuje, że Cantrell nadal rozwija się artystycznie, zwłaszcza jako wokalista, jednocześnie opierając się na muzycznych umiejętnościach, które uczyniły go bohaterem gitary pokolenia. Kolejna znakomita płyta tej jesieni. Nie przegapcie! 😉 Bartas✌☮

I Piąty Anioł zatrąbił tam, gdzie nic nie jest takim, jakim się wydaje. Oranssi Pazuzu - "Muuntautuja".

 

Oranssi Pazuzu to fiński zespół, który gra psychodeliczny death metal. 11 października 2024 roku wydał swój szósty studyjny album zatytułowany Muuntautuja (tłum. zmiennokształtny) i kontynuuje swoją nieustającą podróż przez mroczną awangardę, którą rozpoczęli w roku 2007. Traktując tytuł dosłownie, Finowie stworzyli płytę, która jest zmienna do głębi. Tu nic nie jest takim, jak się wydaje i chociaż fundamenty są bardzo blackmetalowe, nazwanie Muuntautuja w ten sposób byłoby znacznym niedocenieniem tego, co tu się dzieje. Otwierający album utwór Bioalkemisti rozpoczyna się delikatną elektroniką i nadaje to całemu albumowi. To nie będzie prosta żegluga, o czym dość szybko poświadczają rozmyte riffy i industrialne klawisze. Lovecraftowskie pejzaże dźwiękowe wznoszą się i opadają, zwiększając atmosferę i napięcie w z każdym zgrzytem i każdym krzykiem. Wokal jest demoniczny, a muzyka niczym wiatr w Transylwanii - wirująca. Najbliżej uziemienia jest środkowa część w stylu Mayhem, która mówi wszystko, co musisz wiedzieć. Tytułowy numer nabiera industrialnej elektroniki, zastępując warczące wiry niskim buczeniem; demonicznego narratora zastępuje głos androida. Nurkujace riffy i postmetalowy klimat w połączeniu z dziwną instrumentacją dodają niepokoju, ale nie sposób tu nie pomyśleć o Pink Floyd. Nietypowa instrumentacja znów podnosi głowę w kompozycji Hautatuuli, która szuka bardziej ambientowego aspektu. Na tle uproszczonej linii basowej i trelowej gitary wita nas szeptany wokal, rzucający zaklęcia i inwokacje na tle powolnej i stałej progresji. Dopiero w połowie powściągliwości ustępują, a melodia wbija się w powietrze na skrzydłach wirujących klawiszy. 

Każdy z utworów na Muuntautuja to zupełnie inne doświadczenie, dodające warstw kreatywności z każdym utworem. Czy to szybki i wściekły riff w Voitelu, gdzie bardziej bezpośrednie podejście muzyków do ich sztuki jest tak samo niepokojące, czy wirowanie i miotanie się Valotus w burzy kakofonii black metalu. Surowy i instynktowny Valotus bije i karze w równym stopniu i jest tak piekielnie zły, że może konkurować z każdą pomalowaną trupem hordą, jaką ziemia może mieć do zaoferowania. Beztroski fortepian znajduje dziwnego towarzysza w postaci niskiego buczenia, zanim młotkujące riffy wygenerują diabelską atmosferę, prowadząc do podejrzeć, że Piąty Anioł zatrąbił w trąbkę i otworzyła się bezdenna otchłań. Najdłuższa kompozycja na albumie - Ikik​ä​ä​rme - to także Oranssi Pazuzu w szczytowej formie. Trwa niecałe dziesięć minut i łączy wszystkie dotychczas usłyszane pomysły. Lekkie linie fortepianu i niski szum sugerują maszynę wirującą o życia. Proteuszowa natura płyty jest szeroko opisana: industrialne BM staje się hałasem, a piekielne zaśpiewy zabierają nas w podróż do Strefy Mroku, gdzie nic nie jest takie, jakim się wydaje. Przywołując niepokojącą atmosferę MoRT czy Blut Aus Nord, Ikikäärme jest także najbardziej awanturniczym amalgamatem pejzaży dźwiękowych na Muuntautuja. W swoim centralnym punkcie zaczyna łączyć się w rozpoznawalną całość, a jego własny dysk akrecyjny wiruje w ogromnej pustce kosmosu. W punkcie kulminacyjnym obce głosy słyszane, gdy melodia dobiega końca, nie są już Innymi, raczej, podobnie jak my, stały się częścią całości. Ostatni utwór, instrumentalny Vierivä Usva, działa jak rozszerzona koda albumu, ponieważ Ikikäärme powiedział już wszystko, co Oranssi Pazuzu chciał, aby powiedział o Muuntautuja.


W duchu Blut Aus Nord, Deathspell Omega i The Axis of Perdition, Oranssi Pazuzu rozkoszują się tworzeniem szokujących, niepokojących albumów; ale - moim zdaniem - tak właśnie powinien brzmieć death metal: sprawić, że będziesz się bać o własną duszę. Myślę, że album Muuntautuja powoli odsłoni wszystkie swoje walory. I chociaż jest to podróż pełna niebezpieczeństw, ryzyko jest tego warte. Doskonały album na długie jesienne wieczory🔥 Bartas✌☮

35 lat temu ukazał się jeden z najlepszych debiutów w historii muzyki - "Ten" grupy Pearl Jam.

  Po śmierci Andy’ego Wooda Gossard i Ament zawiesili działalność. W czasie tej separacji Gossard spędził swój czas na pisaniu materiałów, k...