poniedziałek, 1 maja 2023

Początek trasy, australijska jesień i smutna historia z happy endem. O koncercie Pearl Jam w Melbourne z Jackiem Ironsem w tle.

 

Eddie Vedder przyznał niegdyś, że perkusista Jack Irons uratował Pearl Jam przed więdnięciem pod presją supergwiazdy ery grunge. Postawiłbym tutaj mocną i dość odważną tezę, że zespół mógłby nigdy nie zaistnieć, gdyby nie rola Ironsa we wprowadzeniu nieznanego wówczas młodego człowieka ze San Diego swoim ewentualnym kolegom ze Seattle jesienią 1990 roku. Irons grał w zespole Pearl Jam w latach 1994-1998. Muzyk wywarł decydujący wpływ na niektóre z najbardziej uwielbianych przez fanów utworów. Niestety jego praca na scenie z Pearl Jam nigdy nie została oficjalnie udokumentowana. Dopiero od roku 2000 zespół wydawał oficjalne bootlegi niemal z każdego zagranego koncertu (wcześniejsze były wyłącznie zapiskami fanowskimi). Moim faworytem jest grający od 2000 roku Matt Cameron oraz nieco zapomniany Dave Krusen, który nagrywał partie na debiutanckim albumie Ten. Ale Irons - moim zdaniem - także wniósł do zespołu Pearl Jam coś oryginalnego: luźny, ziemisty groove, który często wyraźnie kontrastował z bardziej sztywnymi i potężnymi tendencjami jego poprzednika, nielubianego przeze mnie Dave'a Abbruzzese (czekam na lincz w komentarzach😈).


Na szczęście fani Pearl Jam z epoki Ironsa mają teraz niesamowitą gratkę. 24 kwietnia ukazał się oficjalny album koncertowy zatytułowany Give Way. Jest zapis występu z piątego marca 1998 roku z Parku Melbourne w Australii. Co ciekawe - występ był transmitowany na żywo w radiu i (kulejącym jeszcze wtedy) Internecie przez australijską stację Triple J, a później piracko bootlegowany. Planowano go także włączyć jako bezpłatną promocję dla fanów, którzy zakupili dokument Pearl Jam Single Video Theory na początku sierpnia 1998 roku. W ostatniej chwili okazało się, że zespół i jego wytwórnia, Epic Records, tak naprawdę nie podpisały się pod planem, co doprowadziło do zniszczenia prawie wszystkich z 50 000 egzemplarzy płyt CD, które zostały już wytłoczone. Wreszcie ktoś po 25 latach poszedł po rozum do głowy i naprawił ten burdel. Give Way jest kluczowym dokumentem pięciu koncertów Pearl Jam podczas ich pierwszej trasy koncertowej od półtora roku i nowego materiału z albumu Yield, który miał wtedy zaledwie miesiąc.


Należy zaznaczyć, że w tamtym czasie Irons zmagał się z kryzysem zdrowia psychicznego, ale słuchając koncertu wcale tego nie odczujemy. Wręcz przeciwnie - wielką radość sprawiło mi słuchanie gry Jacka wykonującego numery, w których bębnił na Yield i jego poprzedniku z 1996 roku - No Code - szalenie zróżnicowanym, ale nieco polaryzującym. Wersja Brain Of J jest chyba najlepszą, jaką zespół kiedykolwiek wydał na taśmę. Jej rytm napędza opadające riffy gitarowe Mike'a McCready'ego i Stone'a Gossarda, jak kłęby wydechu lokomotywy. Podobnie jest w Do The Evolution, gdzie pełny i gardłowy growl Veddera - będący aktem oskarżenia przeciwko samolubstwu wspóczesnej ludzkości - łączy się z jedną z najbardziej pamiętnych sześciostrunowych sekwencji Gossarda, który gra (jedną z niewielu w utworach Pearl Jam) solówkę. Irons dalej błyszczy na przemian w pogodnych ulubieńcach z Yield, tj Given To Fly i Faithfull oraz In My Tree z No Code. Ten ostatni jest absolutnym majstersztykiem ciężkich tomów, plemiennych rytmów perkusji, mimo iż Vedder maczał paluchy w tekście. I tu jest odpowiedź na to dlaczego ta piosenka zniknęła z koncertowej setlisty na pięć lat po tej trasie, po czym pojawiła się ponownie, ale w nowej aranżacji. Bowiem muzyczna esencja Ironsa jest tak oryginalna, że nie można oczekiwać, iż żaden inny perkusista naprawdę zrobi to tak dobrze jak on sam. Z całym szacunkiem dla Matta. W tamtym czasie niektórzy fani narzekali, że styl gry Ironsa pasuje do Pearl Jam jak wół do karocy, szczególnie w starszych nagraniach, w których nie brał udziału. Są gusta i guściki. Jego powściągliwość w przyspieszeniu tempa skutkuje tutaj kilkoma doskonałymi wykonaniami. State Of Love And Trust brzmi prawie tak, jakby był odtwarzany w przerwie, chociaż jest nieco wolniejszy, niż wersja studyjna. Immortality wykracza poza chaotyczne momenty, by zbudować zapalający, napędzany punkt kulminacyjny. 


W innym miejscu Give Way dobitnie demonstruje opanowanie Veddera i wrodzoną zdolność do nawiązywania więzi z publicznością, dzięki licznym australijskim odniesieniom. - zagraniu intro do Beds Are Burning grupy Midnight Oil, w pozdrowieniu australijskiego koszykarza Luca Longleya przed Hail, Hail oraz złożeniu pokłonu grupie INXS w In My Tree. Jeśli chodzi o wykluczone utwory, nie jest jasne, dlaczego zniknęły z ostatecznej setlisty. Są to głównie kompozycje w wolniejszym tempie, takie jak Off He Goes, Elderly Woman Behind The Counter In A Small Town czy bardzo często kończący show numer Indifference. Ed wkleił kluczową część utworu Pebbles zespołu Shudder To Think do Daughter, a nawet wystukał 40-sekundowy fragment niezwykle rzadko granej wówczas kompozycji Crazy Mary, ale niestety nie usłyszymy ich na tym oficjalnym wydawnictwie. 


Tego chłodnego jesiennego wieczoru we wschodniej Australii nikt nie mógł przypuszczać, że Irons zagra swój ostatni koncert z Pearl Jam zaledwie 15 dni później. Jak sam później przyznał bardzo szczegółowo w książce Pearl Jam Twenty, od lat walczył z afektywną chorobą dwubiegunową i zdecydował się przesłać brać leki przed trasą, co tylko pogorszyło sprawę. Nie mógł spać, dostawał ataków paniki i był strasznie przytłoczony. Podjął decyzję, że nie może dalej kontynuować pracy w zespole kosztem własnego zdrowia psychicznego, a co za tym idzie - atmosfery między muzykami. Latem roku 1998 Matt Cameron wziął udział w trasie po USA jako muzyk sesyjny. Szybko jednak został stałym członkiem i gra w zespole do dziś. Jak na ironię niektóre z jego pierwszych występów na żywo z zespołem są opisane w oddzielnym wydawnictwie z 1998 roku, Live On Two Legs. Historia Jacka Ironsa kończy się jednak happy endem. Jego życie ustabilizowało się na tyle dobrze, że w ciągu ostatnich 15 lat wydał wiele interesującego solowego materiału. Co więcej - pozostaje w bardzo przyjacielskich stosunkach z byłymi kolegami z zespołu. Ba! Gościł nawet na koncertach Pearl Jam i solowych Eddiego, a także został  przyjacielem i mentorem sesyjnego członka obecnej trasy koncertowej Pearl Jam, Josha Klinghoffera, któremu podarował zestaw perkusyjny, na którym nagrał całą płytę No Code


Pearl Jam przetrwał jako jeden z najbardziej szanowanych zespołów rockowych wszechczasów w ciągu 25 lat od odejścia Jacka Ironsa. I bardzo dobrze, bo mają dalej grać! Fajnie też, że nie zapominają o koledze i w końcu zdecydowali się wydać oficjalny album koncertowy z jego udziałem. Mimo niewielkich uchybień w postaci wyrzucenia niektórych utworów z setlisty, płyty Give Way słucha się znakomicie. Ironsowi zaś za tę robotę należy się przybicie graby. Nie przegapcie! 😍 Bartas✌☮


niedziela, 30 kwietnia 2023

Thrashowa agresja, rockowy luz i własne brzmienie. Rzecz o nowym albumie OVERLILL - "Scorched".

 

Ten nazwany na cześć ich ulubionego utworu Motörhead amerykański zespół OVERKILL utrzymuje się na scenie metalowej już ponad 40 lat. Grupie skupionej skupionej wokół charyzmatycznego Bobby’ego “Blitza” Ellswortha udało się utrzymać nawet stabilny skład. Dokładnie tego samego dnia, co Metallica wydała swój album 72 Seasons, zespół OVERKILL zaprezentowali światu swój dwudziesty album zatytułowany Scorched. Celem mojej recenzji nie jest pokazanie, która z grup wypadła tego dnia lepiej. To dwie różne bajki, a oba zespoły pokazały siłę i klasę. No, ale po kolei, bo na podsumowanie przyjdzie czas. Jednym ze znaków rozpoznawczych szaleńców z New Jersey zawsze było łączenie thrashowej agresji z rockowym luzem, aby stworzyć własne brzmienie. Rozpoczynając proces pisania nowego albumu w szczytowym momencie pandemii w 2020 roku, zespół - chyba jak wszyscy artyści - w sytuacji, w której presja pisania, nagrywania, masteringu była wręcz idealna. Poświęcono czas i uwagę, aby stworzyć dzieło dopracowane do najmniejszych szczegółów dzięki swojemu doświadczeniu i pasji. Efektem tego jest właśnie album Scorched.

Wkładamy płytę do odtwarzacza i słyszymy bijące dzwonki, riffy i grzmiącą perkusję. To utwór tytułowy, który charakteryzuje się napompowaną atmosferyczną eskalacją, zanim chrapliwy wokal Blitza przejmie pałeczkę. Szarżuje w dzikim headbangingowym tempie z szybkimi solówkami i chwytliwymi melodiami. Idąc dalej mamy Goin’ Home. To złowrogi utwór w średnim tempie, ale chwilę później nabiera większego tempa - riffy i solówki rozprzestrzeniają się po głośnikach, a wpadająca w ucho melodia sprawia jakbyś uczestniczył w koncercie zespołu na jakimś stadionie. The Surgeon zaskakuje masywnymi liniami basu i szybkimi oraz wokalami, które wydają się ścigać z czasem dzięki niesłabnącym riffom. Ten numer przykuł moja uwagę już przy pierwszym odsłuchu. Wyróżniającą się z pewnością na krążku kompozycją będzie Twist Of The Wick. Mroczny numer, który spokojnie mógłby nagrać choćby zespół Slayer (kurwa!). Z pewnością jest to klasyczny thrashowy kawałek, jednak zaskakuje Cię w ostatniej tercji, gdzie zwalnia, aby przejść do ponurego skandowania wspieranego przez duszne riffy. Wicked Place to nasycony groovem riff-fest o epickich proporcjach, skupiający się na uzależniających melodiach i szybujących solówkach. Zamyka się krótkim, ale uderzająco ponurym elementem orkiestrowym. Won’t Be Comin’ Back podąża za tym samym groovem w średnim tempie z godnymi do pośpiewania refrenami, podczas gdy Fever nawiązuje do bardziej doomowego stylu Black Sabbath z bardziej mrocznymi elementami i wolniejszym metrum, po czym przechodzi niejako w blues. Wokal Blitza jest znacznie bardziej melodyjny i wyraźny w porównaniu do chrapliwej barwy słyszanej do tej pory na płycie. Bębny byłego perkusisty Shadows Fall, Jasona Bittnera, są wyróżniającym się momentem w tym utworze, ukazując zróżnicowane umiejętności między nieustępliwą epicką thrashową a rytmiczną grzmotem w stylu bluesa.


Ostatnie trzy kawałki wywołały uśmiech na mojej twarzy, ale bardzo pozytywny. Harder They Fall z całą pewnością spodoba się publice na koncertach dzięki niesłabnącym riffom, grzmiącym bębnom i wpadającym w ucho stadionowym melodiom. Know Her Name jest chwytliwy, zabawny i skoczny z funkowymi liniami basu i bardziej gwałtownymi solówkami. Bag o’ Bones służy jako zamykacz o epickich proporcjach. Równie energetycznie dziki, co zabawny, wykorzystujący funkowy rytm i niesamowitą gitarę.


Scorched przykuwa uwagę i trzyma w napięciu od początku do końca. To absolutne riffowe, pełne zajebistych solówek, rytmiczne, ale bardzo grzmiące dzieło sztuki. Po czterdziestu latach ten zespół wie, jak zachować spójność i nie popaść w stagnację. 14 dzień kwietnia 2023 roku to dzień wydania dwóch świetnych płyt - Metalliki 72 Seasons i Scorched grupy OVERKILL. Oba różne, oba zajebiste! A to tylko pokazuje, że ciężka muzyka w 21 wieku ma się bardzo dobrze i broni się sama. Polecam gorąco🔥😈 Bartas✌☮

sobota, 15 kwietnia 2023

Prawdziwe i fałszywe oblicze człowieka. Metallica powraca ze świeżym, witalnym i spektakularnym dziełem - "72 Seasons".

 

Metallica skończyła się na Kill'em All. Ten żart (dla jednych żart, a dla innych pożywka do drwin) już od kilkunastu lat krąży po Sieci. Oczywiście, że to nieprawda! Chociaż różnie z nimi bywało, ale na debiucie się nie skończyli. Ride The Lightning, Master Of Puppets czy ...And Justice For All to albumy pierwszorzędne. Mimo, że na tym ostatnim Newstedowi wyciszyli bas. Black Album to złoty środek między ambicją, a komercją, ale jednak klasyka. Load i Reload to albumy, które przetrwały próbę czasu. Garage Inc. to dobrze zrobione covery. Do St. Anger do dziś nie mogę się przekonać, poza dwoma pierwszymi numerami. Death Magnetic przeleżał pięć lat na mojej półce, by go posłuchać i docenić. Hardwired .. To Self Destruct - bardzo dobry. W końcu przyszła pora na 72 Seasons. Też JEST BARDZO DOBRZE  Ale po kolei. Minęło siedem lat, zanim pojawił się następca Hardwired… To Self-Destruct, czyli jedenasty album studyjny Metalliki - 72 Seasons. Stało się to w piątek (piąteczek, piątunio) 14 kwietnia 2023 roku. Produkcją zajęli się Greg Fidelman, James Hetfield i Lars Ulrich. Co oznacza tytuł? Hetfield sam wyjaśnia: Pierwsze 18 lat naszego życia, w których kształtują się nasze prawdziwe lub fałszywe oblicza. W listopadzie 2022 roku mieliśmy pierwszą zapowiedź albumu, a kulminacją były cztery single. Album otwiera utwór tytułowy, który zaczyna się riffami ładującymi baterię do albumu i pokazuje wciąż energiczną Metallikę. Ukazał się na singlu jako trzeci i muszę Wam napisać, Drodzy Czytelnicy, że musiałem ze cztery razy go przesłuchać, by przekonać się do niego w pełni. Teraz, mając cały album, stwierdzam, że jest to znakomite otwarcie. Idąc dalej mamy Shadows Follow, który błyszczy chrapliwym głosem Hetfielda i jest kontynuacją tej samej wysokoenergicznej linii starych wyg z San Francisco Bay Area. Screaming Suicide, ostatnia zajawka nowego albumu, ma wiele chwytliwego refrenu i potężnego basu Roba Trujillo. Sleepwalk My Life Away rozpoczyna się galopującą perkusją Larsa, której towarzyszy świetnie uwypuklony bas wspomnianego już wyżej muzyka. You Must Burn! przy pierwszym odsłuchu kompletnie nakopał mi do dupy. Ma z jednej strony coś z grunge’u, a z drugiej - brzmi jak Sad But True ze słynnego Czarnego Albumu, ale polany sosem produkcji z czasów Load. W połowie albumu znajdziemy pierwszy promujący album utwór Lux Æterna. Przypomniał mi on wspaniałe lata Kill’em All i Ride The Lightning. To mega szybki kawałek, godny pierwszych albumów grupy, ale z niezwykle świeżym i przestrzennym brzmieniem. W zwierzęco brutalnym Crowed Of Barbed Wire Ulrich daje po garach w taki sposób, że mógłby spokojnie stoczyć z innymi pałkerami drum battle, choć numer nie jest aż tak do końca szybki. Chasing Light to jedna z tych kompozycji, które nie próbują naśladować żadnego z poprzednich dzieł Mety. Tak samo świeżość brzmienia zapewnia Too Far Gone?. If Darkness Had A Son ma intro w stylu … And Justice For All i ze wszystkich singli zapowiadających album spodobał mi się najbardziej. Witalnością, świeżością i spektakularnością - zwłaszcza w refrenach - odznacza się Room Of Mirrors. Album zamyka zaś mój absolutny faworyt - Inamorata. To ponad 11 - minutowy utwór, który zaczyna się powoli i mocno z bardzo precyzyjnym tempem. Momentami ociera się o bluesowe tematy i inspiracje Sabbathowym Hand Of Doom. Głównie za sprawą Roba. Solówka Kirka Hammetta zaś grana jest z takim wyczuciem, że udaje mu się odbyć nostalgiczną podróż do lat minionych. No, ok… może za wyjątkiem St. Anger. 72 Seasons nie jest może arcydziełem na miarę pierwszych klasycznych albumów Metalliki. Ale jest to dzieło, które pokazuje, że zespół wciąż ma energię i kreatywność do komponowania riffów, które mogą stać się za parę lat klasykami i stałym punktem ich koncertów. A my? Nadal możemy się cieszyć ich nową muzyką. Bardzo dobra pozycja. Polecam mocno! 🔥👍 Bartas✌☮

niedziela, 9 kwietnia 2023

Wznieść się ponad opresyjny reżim. Stoned Jesus i ich nowe dzieło "Father Light".

 

Ukraińska scena metalowa ma się naprawdę bardzo dobrze, czego najlepszym tego przykładem może być grupa Stoned Jesus. Z ich twórczością zetknąłem się 10 lat temu za sprawą ich debiutanckiego albumu Seven Thunders Roar. Zainteresowałem się tym zespołem, ponieważ ich muzyka wyznaczyła dla mnie nowy kierunek w rozumieniu cięższego brzmienia i poziomu intensywności, jakiego wcześniej w nowej fali ciężkiego grania było niewiele. Album Pilgrims był jedną z moich najbardziej ulubionych płyt roku 2018. Z płyty na płytę stawali się coraz lepsi i dojrzalsi pod względem brzmienia i kompozycji. Najnowsze dzieło Ukraińców zatytułowane Father Light jest zaskoczeniem nie tylko pod względem samej zawartości muzycznej, ale także sytuacji, jaka od ponad roku panuje w ich ojczyźnie - inwazja wojsk rosyjskich. Tym bardziej, że najeźdźcy - co warto podkreślić - przez jakiś czas okupowali studio nagraniowe muzyków. Na szczęście niedawno zostało wyzwolone przez naród ukraiński, więc teraz miejmy nadzieję, że pozostanie w rękach prawowitego właściciela, a nie armii tego skurwiela Putina. 


No, dobrze. Przejdźmy już do rzeczy. Krążek Father Light to sześć zupełnie nowych kompozycji, wypełnionych wszystkim, czego oczekiwałem od tego zespołu. Niewiele brakuje do czterdziestu pięciu minut czystej błogości słuchacza, która gwarantuje, że jego mózg zamieni się w gąbkę. Zaczynając od utworu tytułowego, natychmiast przenoszę się z powrotem do świata Stoned Jesus i nawet po pierwszych taktach mam świadomość tego, że jestem już na pokładzie statku. Grupa jednak potrzebuje chwili, aby się ustawić, zanim wkroczy przyjemny, akustyczny pasaż w średnim tempie. Rozpoznawalny wokal Igora Sydorenko nadaje melodii. Wydaje się czysty i wrażliwy, ale szczery i fantastycznie brzmi. To dopiero początek tej fantastycznej podróży, przygotowujący na to, co ma się wydarzyć za chwilę. Drugi numer Season Of The Witch, naprawdę się rozkręca. Rozpoczynający się od znaku towarowego Stoned Jesus, ciężkiego i powolnego drudge, jest równie rozgrzewający, co zatrzymuje serducho. Zawiera w sobie to wilgotne spod znaku Black Sabbath bogactwo, w którym grupa się wyróżnia i naprawdę satysfakcjonujące jest przebywanie z nim w każdej sekundzie. Kompozycja podskakuje w tempie przed środkową częścią, przechodząc w bardziej zabawną sekcję. Pomiędzy mrocznymi liniami basu, Sabbathowym klimatem, intensywnym dawaniem po garach, jest w tym prawdziwy klimat retro i zajmuje mi chwilę, zanim przypomnę sobie, że słucham czegoś nowego. Thoughts And Prayers, czyli kompozycja numer trzy, ma bardziej optymistyczny ton i interesujący klimat z lat siedemdziesiątych, z kilkoma chwytliwymi zwrotami akcji, które naprawde powinny wciągnąć słuchacza. W ich przypadku jest to zdecydowanie krok naprzód, a może bardziej dodatkowy sznurek do smyczy, ale bardzo podoba mi się ten dodatek na płycie. To nie jest mniej Stoned Jesus, ale bardziej ulepszenie.

Idąc dalej mamy Porcelain. Ta kompozycja przywraca zespołowi to, co robi najlepiej. Rozpoczynająca się tocząca linia basu jest naprawdę niesamowita, a gdy towarzyszy mu chłodne pełzanie perkusji i słodki pasaż gitary to wszystko pięknie się łączy. Kiedy dołącza wokal, jest już mrok, a wszystkie elementy razem tworzą coś naprawdę bogatego w dźwięk. CON ma w sobie porywające piękne i coś z bardzo wczesnego Genesis. Jest tu zdecydowanie progresywny klimat wczesnych lat siedemdziesiątych, który jest oszałamiająco hipnotyzujący. Płytę zamyka ponad dziesięciominutowa kompozycja Get What You Deserve. Ma w sobie chyba wszystko, z czego słynie Stoned Jesus. Każda część jest tak wymowna jak to tylko możliwe. Gitarowe solówki są bardzo emocjonalne i za każdym razem wydają się spontaniczne i improwizowane. Cała atmosfera jest monumentalna i zdecydowanie pieczętuje wszelkie wątpliwości co do tego, jak epickie jest to nowe dzieło Ukraińców. . 


Byłem, jestem i zawsze będę po stronie pokoju na świecie✌☮. Żadna wojna nie jest święta i słuszna. Jak śpiewał kiedyś Sting w utworze Russians: There's no such thing as a winnable war / It's a lie we don't believe anymore. Agresorem jest armia Putina i nie ma dwóch zdań. Moje serce jest po stronie Ukrainy. Tulę do serca wszystkich, których to piekło dosięgło. Także i zespół Stoned Jesus, którzy nie tylko wydali znakomity album, ale pokazali, że najlepszym sposobem na pokonanie opresyjnego reżimu jest wzniesienie się ponad niego i pozostanie niepokonanym. Tym nowym albumem Stoned Jesus udowadniają, że nie kłaniają się nikomu. Nie przegapcie 😎 Bartas✌

poniedziałek, 3 kwietnia 2023

Cynizm dojrzałej bałaganiary. Miley Cyrus i jej do bólu cyniczny "Endless Summer Vacation".

 

Wbrew powszechnemu przekonaniu nie uważam się za człowieka, który zjadł wszystkie rozumy i posiada wszechmocną wiedzę na temat muzyki popularnej, a już tym bardziej jeśli chodzi o twórczość artystów i artystek, którzy byli mi całkowicie przez lata obojętni. Takie w stylu nie znam się, ale się wypowiem. Twórczość Miley Cyrus znałem wybiórczo. Coś tam o niej wiedziałem, ale nie interesowałem się tym zbytnio tym, co tworzy. Kiedy jednak singiel Flowers zawojował światowymi listami przebojów, zwróciłem na jej muzykę większą uwagę. I żeby napisać cokolwiek o jej nowej płycie Endless Summer Vacation musiałem dokonać porządnego i bardzo wnikliwego researchu katalogu jej płyt. Artystka z bardzo dużym powodzeniem nagrywa je od 2007 roku. Każdy jej nowy album był inny od poprzedniego, sygnalizował zapowiedź nowej, bardziej dojrzałej Miley Cyrus i mnóstwo nowych wizualnych metafor tej dojrzałości: asymetryczna fryzura, gitara akustyczna, markowa prezerwatywa czy kolejna asymetryczna fryzura. Pozostała jednocześnie jedną z najbardziej ujmująco niewinnych gwiazd popu. W kompozycjach takich jak Malibu czy High śpiewa o prawdziwej miłości z niekłamaną niewinnością. W takim np Bad Karma i Night Crawling z 2020 roku, we współpracy z Joan Jett i Billym Idolem, przybrała postać gwiazdy rocka.. Nadała swojej muzyce ciekawą, pociągającą otwartość, która wyróżnia się we współczesnym popowym krajobrazie.

Na jej ósmym albumie, Endless Summer Vacation, sprawy niejako ulegają zmianom. Jego zwiewna, w większości bardzo bezpretensjonalna pop-rockowa produkcja jest podszyta różem i czerwienią letniego zachodu słońca. Emocjonalnie nosi cętkowany purpurowy odcień siniaka. W utworze Jaded wyje do swojego byłego - I'm sorry that You're jaded. W kompozycji Island śpiewa o swojej własnej bezduszności, niezdolności do ustatkowania się i zastanawia ją jedno: Am I stranded on an island? / Or have I landed in paradise? Jezusie Nazarejski! Przecież ta dziewczyna ma dopiero 30 lat, ale słyszymy jak ten najnowszy jej krążek naznaczony jest dosadnym cynizmem. Wydaje się być pokłosiem jej niedawnego rozwodu, jak i życia, w którym widziała, jak jej własny wizerunek jest wypaczony i hejtowany przez media. Czystym przykładem tego jest wspomniany i zaraźliwie uzależniający Flowers, który - nawiasem mówiąc - brzmi jak I Will Survive Glorii Gaynor. W większości tych kompozycji Cyrus wyraża żal, a nawet żałobę: Rose Colored Lenses traktuje pozornie o błogości po odbytym stosunku seksualnym, ale pogrąża się w świadomości, że taki spokój nigdy nie może trwać. You to wspaniała soulowa ballada, która oddaje całą surowość i napięcie z poszarpanego głosu Cyrus i przeciwstawia się pobożnemu tekstowi refrenem, który lamentuje nad zerwaniem jako z góry przesądzonym wnioskiem: I am not made for no horse and a carriage / You know I'm savage, You're looking past it

Endless Summer Vacation jest luźno podzielony na tzw utwory dzienne i nocne, czyli AM i PM. Warto podkreślić, że te nocne piosenki, które z grubsza zaczynają się od Handstand, są najlepsze. Wildcard bezskutecznie powtarza żal, ale z mniejszym rozmachem niż wspomniane You czy I’m Jaded. Muddy Feet, z gościnnym udziałem Sia, ma na celu twardą rozmowę i kończy się niezręcznie. De facto każda z tych kompozycji mogłaby być tematem na artykuł w tabloidach, bowiem wyjaśniają w jaki sposób odnoszą się do życia osobistego artystki. Bogu dziękować - większość albumu nie podsyca impulsu do spekulacji. W moim ulubionym, bardzo wampirzym i lubieżnym kawałku River, Miley skutecznie pokazuje, kim jest na tym etapie swojej kariery: jest dojrzałą, ale ma w sobie też coś z bałaganiary. Wers You could be the one, have the honor of my babies / Hope they have Your eyes and that crooked smile został wrzucony w sam środek tanecznego bitu i jest niespodzianką. W sumie jak całe Endless Summer Vacation – która nie jest obiecanym albumem oszołomionej słońcem imprezy, ale eksploracją tego, jak to jest, kiedy impreza się kończy. Bardzo dobra i dojrzała muzycznie oraz tekstowo płyta. Wysoko w moim notowaniu👍 Bartas✌

niedziela, 26 marca 2023

Celebruj życie i kochaj tych, co są blisko. Depeche Mode i ich nowy, przepiękny album "Memento Mori".

Zespół Depeche Mode - ku pewnie zdziwieniu wielu moich znajomych, czytelników czy słuchaczy moich audycji czy podcastów - pełni dość ważną rolę w mojej świadomości i duszy. Szczególnie za sprawą tak świetnych płyt jak Music For The Masses, Violator czy Songs Of Faith And Devotion. Ten ostatni obchodził niedawno swoje trzydzieste urodziny. To jedna z tych niezawodnych grup, która czuje, że może wydawać w swoje misterialne płyty w nieskończoność. Kruche jednak jest to nasze życie. W 2022 nastąpił nieoczekiwany zwrot akcji. Zmarł członek i założyciel Andy Fletcher. To bardzo smutne wydarzenie, a także rosnąca przerwa czasowa między albumem Spirit stały się powodem, by sądzić, że już więcej możemy nie usłyszeć nowych nagrań zespołu. Na szczęście dwaj pozostali członkowie - Dave Gahan i Martin Gore - zdecydowali się przegrupować, aby jeszcze raz pokazać wszystkim dlaczego są zespołem klasy absolutnie światowej klasy po ponad czterech dekadach od swojej kariery. 24 marca 2023 roku ukazał się 15 album Depechów zatytułowany znamiennie Memento Mori. Płyta została wyprodukowana przez Jamesa Forda. Chociaż pisanie piosenek i prace demo nad albumem rozpoczęły się przed śmiercią Fletchera, Dave Gahan stwierdził w wywiadzie dla NME, że Fletcher nie nagrał żadnego materiału na album. W tym samym wywiadzie dla NME Gore wyjaśnił również, w jaki sposób Richard Butler był współautorem siedmiu piosenek na album. W kwietniu 2020 roku Butler skontaktował się z Gore'em, aby wspólnie napisać piosenki. Wysłał kilka tekstów, Gore dodał muzykę i poszli tam iz powrotem. Gore powiedział, że piosenki są zbyt dobre, aby mogły być pobocznym projektem, więc Depeche Mode umieścił je na albumie, chociaż Butler nigdy nie zamierzał dołączyć do zespołu. W sierpniu 2022 roku w mediach społecznościowych udostępniono zdjęcie Martina Gore'a i Dave'a Gahana w studiu, wskazując, że pracują w studiu nad nowym materiałem. Krążek otwiera kompozycja My Cosmos Is Mine. Jest to najmroczniejszy utwór od dziesięcioleci. W sposób odpowiedni otwiera Memento Mori dudniącymi bitami i raczej złowieszczymi i industrialnymi syntezatorami. Szczerze powiem, że to dość zaskakujące, bowiem z łatwością mógłby to być ścieżka dźwiękowa do dalszych poszukiwań, zwłaszcza na albumie z takim żałobnym klimatem. Liryczne powtórzenia i rozwijające się warstwy stają hipnotyzujące jeszcze zanim się rozpłyną w niesamowitych pejzażach dźwiękowych pod sam koniec utworu. Ghosts Again to słodko-gorzka piosenka skupiająca się na śmiertelności ludzkiej, chociaż prowadząca gitara odwraca z łatwością uwagę od smutku zawartego w tekście. Jest to chyba najbardziej chwytliwy singiel, jaki grupa stworzyła od czasów Precious z 2005 roku. Ale pomimo ciemności otaczającej album Memento Mori, większość piosenek jest tutaj lżejsza, niż można się było spodziewać. Żyjący członkowie Depeche Mode też chcą celebrować życie i doceniać tych, którzy są im bliscy. Wagging Tongue przechodzi od nastrojowych arpeggio do stałych rytmów i każą nam się zrelaksować i cieszyć życiem. Później pojawia się My Favorite Stranger, którego rytm idzie naprzód z minuty na minutę. Różne warstwy dźwiękowe lokują się w kilku śpiewanych zwrotkach, prowadząc do pełnego sprzężenia zwrotnego, dysonansowego gitarowego solo na sam koniec. To znajomy utwór Depeche Mode, ale bardzo satysfakcjonujący. Ponadto kompozycja People Are Good to bardzo interesujący powrót do ery Music For The Masses, ale ogólnie z mroczniejszym akcentem, podczas gdy Always You nawiązuje do dyskoteki lat 80-tych z zastosowanymi filtrami HEALTH. Nawiedzone syntezatory w elegancki sposób upiększają prosty i jednoznaczny numer. Never Let Me Go bezwstydnie każe mi tańczyć. To całkowita zmiana tempa w stosunku do najbardziej ponurej pierwszej połowy Memento Mori. Struktury melodyczne są podobne nieco do Spirit, ale tym razem korzystają z szerszej palety dźwiękowej. Nie są zagracone, zwykle napędzane rytmem lub syntezatorem z kilkoma z kilkoma szczegółami wokół nich. Gitara Martina jest tutaj jednak bardziej obecna, czy to przesterowana, czy czysta, co jest plusem. Nie wspomniałem jeszcze o utworze Before We Down, do którego chętnie wracałem przy pierwszych odsłuchach. Album wieńczy kompozycja Speak To Me, która - można tak powiedzieć - jest repryzą otwierającego płytę My Cosmos Is Mine. To przepiękna oda Martina do zagubionych, a także rozważanie celu istnienia. Od głównej melodii stopniowo przechodzi w zsekwencjonowaną kodę z lodowatymi syntezatorami wokół. Końcowe bity mają ten sam dźwięk, co w otwieraczu. Są ze sobą w jakiś sposób powiązani, ci pierwsi patrzą w głąb siebie, podczas gdy Speak To Me szuka wskazówek na podobny temat. To kolejny solidny album Depeche Mode z kilkoma najważniejszymi momentami, które fani zdecydowanie powinni dodać do swoich playlist. Jeśli to jest ostatni, jaki od nich otrzymujemy, to jest to odpowiednie zakończenie. Cokolwiek nastąpi później, będzie to mile widziany bonus. Pozycja bardzo wysoko polecana😍 Bartas✌

Złośliwość i słodka zemsta. Paramore powraca z nową płytą - "This Is Why".

 

Dwadzieścia lat temu Hayley Williams była skromną, choć bardzo dojrzałą jak na swój wiek nastolatką - pilną uczennicą i bardzo pobożną chrześcijanką, która podpisała kontrakt z dużą wytwórnią płytową. Najpierw jako artystka solowa, a później jako wokalistka grupy Paramore. Teraz ma 34 lata, jest po rozwodzie, zaciekle walczy o prawo do aborcji (oj, Hayley, chyba muszę zrobić z Tobą wywiad😍) i jawi się jako wzór do naśladowania dla nowej generacji gwiazd muzyki popularnej. Połowę swojego życia poświęciła muzyce i jako taka stała się znana. W takiej sytuacji pozycja może zarzucić zarówno nastoletnim idolom przedwczesną dorosłość, jak i uchronić ich przed światem zewnętrznym. Grupa, w której występuje, czyli Paramore, właśnie wydała swój szósty studyjny album zatytułowany This Is Why. Muzycy zawsze rozumieli, że nawet świetna popowa pioseneczka nie może naprawić najgorszych uczuć. Podczas gdy After Laughter z 2017 roku wyświetlał kontrastujące obrazy przerażenia i uzdrowienia za pomocą melodii inspirowanych grupą Talking Heads, tak This Is Why skupia się na rekordowym momencie: niepewnym świecie po kwarantannie. Nawet jeśli to trio z Nashville zrobiło dużą przerwę podczas pandemii, przez ten cały niefajny czas powracało to do nich jako punkt inspiracji. Płyta Riot! z roku 2007 stała się kamieniem milowym dla artystów pokolenia, którzy dorastali w nurcie pop-punkowym. Jednakże wpływ Paramore wykracza poza ten nurt. This Is Why jest w równym stopniu zgodny z teksturami dzisiejszego przyszłościowego rocka, jak i listem miłosnym do genialnie zjadliwych początków istnienia grupy. W rozwoju artystycznym Amerykanów panuje duża zmienność, co widać w ich ewolucji prowadzącej do otwierającego krążek utworu tytułowego, jak i brzmieniu samego albumu. Tam, gdzie ich wcześniejsza muzyka była. Tam, gdzie ich wcześniejsza muzyka była fluorescencyjna, wybuchowa i pochłonięta stłumionymi frustracjami, tak tu wyróżniające się Big Man Little Dignity i Figure 8 rozciągają spektrum emocji na zewnątrz. Na tym pierwszym wokalistka eksperymentuje z kadencją i tonem w żartobliwy sposób, podczas gdy gorączkowa gitarowa pętla utworu wydaje się fachowo zaprojektowana, aby zaradzić czystej oraz bardziej niespokojnej ekspresji teraźniejszości. The News to najgłośniejszy utwór, jaki Paramore nadało swojej nazwie od lat, bowiem numer jedzie linią basu do teatralnej, nasyconej horrorem gitary. Są chwile, w których ich skłonności do ciekawych riffów mogą dać z siebie absolutnie wszystko. Mega niewiarygodne i postrzępione gitary, które rozpoczynają C’est Comme Ça mógłby uchodzić za cover Hard To Beat Hard-Fi, ale dobra równowaga między bezpośrednim pisaniem piosenek a nadmiarem utrzymuje się w sposób idealny. I’m off caffeine on doctor’s orders / Said it was gonna help to level out my hormones - intonuje Williams z martwym spojrzeniem, zanim trafia w dziesiątkę wersem, który z pewnością zainspiruje dziesiątki podpisów na Instagramie: Lucky for me, I run on spite and sweet revenge.

Duch odzyskania w tych piosenkach jest jeszcze silniejszy dzięki sile, z jaką Williams wydobywa i uwalnia swoje uczucia. W drugiej połowie albumu This Is Why panuje śliska dwuznaczność. Z jednej strony wokalistka zastanawia się, dlaczego spośród globalnych trudności czuję jak emocjonalny wampir (Crave), z drugiej zaś zbiera się na odwagę, aby stawić czoła niepowodzeniom (Thick Skull). Obnażając swoją wiedzę bardzo zręcznie ujawnia, w jaki sposób ludzie podatni na zmiany mogą absorbować swój strach i ranić innych w rewanżu. Chociaż Hayley Williams jest nieustępliwa w przedstawianiu natrętnych myśli, bada swoje lata niepokoju z prawdziwą troską. Dzięki niektórym z najbardziej nieustraszonych tekstów utworów album This Is Why jest odważnym przypomnieniem jakim nieograniczonym zespołem może być to trio z Nashville. Dla każdego riffu, który wznosi się do wybuchowego finału, jest pełen przygód wokalny odjazd lub lekko psychodeliczny moment. Jest to zespół, który przeszedł przez wyżymaczkę, pokonując konflikty wewnętrzne i niezliczone zmiany w składzie, jednocześnie ewoluując w jeden z najbardziej szanowanych zespołów swojego pokolenia.


Paramore docierają tam, gdzie wreszcie ich muzyka chciała dotrzeć przez większą część ostatniej dekady. Zamiast próbować przebić swoje niezrównane hymny, zespół odkrył nowe ciepło w This Is Why, a efekt jest naprawdę triumfalny. Nie przegapcie😊 Bartas✌

35 lat temu ukazał się jeden z najlepszych debiutów w historii muzyki - "Ten" grupy Pearl Jam.

  Po śmierci Andy’ego Wooda Gossard i Ament zawiesili działalność. W czasie tej separacji Gossard spędził swój czas na pisaniu materiałów, k...