niedziela, 9 kwietnia 2023

Wznieść się ponad opresyjny reżim. Stoned Jesus i ich nowe dzieło "Father Light".

 

Ukraińska scena metalowa ma się naprawdę bardzo dobrze, czego najlepszym tego przykładem może być grupa Stoned Jesus. Z ich twórczością zetknąłem się 10 lat temu za sprawą ich debiutanckiego albumu Seven Thunders Roar. Zainteresowałem się tym zespołem, ponieważ ich muzyka wyznaczyła dla mnie nowy kierunek w rozumieniu cięższego brzmienia i poziomu intensywności, jakiego wcześniej w nowej fali ciężkiego grania było niewiele. Album Pilgrims był jedną z moich najbardziej ulubionych płyt roku 2018. Z płyty na płytę stawali się coraz lepsi i dojrzalsi pod względem brzmienia i kompozycji. Najnowsze dzieło Ukraińców zatytułowane Father Light jest zaskoczeniem nie tylko pod względem samej zawartości muzycznej, ale także sytuacji, jaka od ponad roku panuje w ich ojczyźnie - inwazja wojsk rosyjskich. Tym bardziej, że najeźdźcy - co warto podkreślić - przez jakiś czas okupowali studio nagraniowe muzyków. Na szczęście niedawno zostało wyzwolone przez naród ukraiński, więc teraz miejmy nadzieję, że pozostanie w rękach prawowitego właściciela, a nie armii tego skurwiela Putina. 


No, dobrze. Przejdźmy już do rzeczy. Krążek Father Light to sześć zupełnie nowych kompozycji, wypełnionych wszystkim, czego oczekiwałem od tego zespołu. Niewiele brakuje do czterdziestu pięciu minut czystej błogości słuchacza, która gwarantuje, że jego mózg zamieni się w gąbkę. Zaczynając od utworu tytułowego, natychmiast przenoszę się z powrotem do świata Stoned Jesus i nawet po pierwszych taktach mam świadomość tego, że jestem już na pokładzie statku. Grupa jednak potrzebuje chwili, aby się ustawić, zanim wkroczy przyjemny, akustyczny pasaż w średnim tempie. Rozpoznawalny wokal Igora Sydorenko nadaje melodii. Wydaje się czysty i wrażliwy, ale szczery i fantastycznie brzmi. To dopiero początek tej fantastycznej podróży, przygotowujący na to, co ma się wydarzyć za chwilę. Drugi numer Season Of The Witch, naprawdę się rozkręca. Rozpoczynający się od znaku towarowego Stoned Jesus, ciężkiego i powolnego drudge, jest równie rozgrzewający, co zatrzymuje serducho. Zawiera w sobie to wilgotne spod znaku Black Sabbath bogactwo, w którym grupa się wyróżnia i naprawdę satysfakcjonujące jest przebywanie z nim w każdej sekundzie. Kompozycja podskakuje w tempie przed środkową częścią, przechodząc w bardziej zabawną sekcję. Pomiędzy mrocznymi liniami basu, Sabbathowym klimatem, intensywnym dawaniem po garach, jest w tym prawdziwy klimat retro i zajmuje mi chwilę, zanim przypomnę sobie, że słucham czegoś nowego. Thoughts And Prayers, czyli kompozycja numer trzy, ma bardziej optymistyczny ton i interesujący klimat z lat siedemdziesiątych, z kilkoma chwytliwymi zwrotami akcji, które naprawde powinny wciągnąć słuchacza. W ich przypadku jest to zdecydowanie krok naprzód, a może bardziej dodatkowy sznurek do smyczy, ale bardzo podoba mi się ten dodatek na płycie. To nie jest mniej Stoned Jesus, ale bardziej ulepszenie.

Idąc dalej mamy Porcelain. Ta kompozycja przywraca zespołowi to, co robi najlepiej. Rozpoczynająca się tocząca linia basu jest naprawdę niesamowita, a gdy towarzyszy mu chłodne pełzanie perkusji i słodki pasaż gitary to wszystko pięknie się łączy. Kiedy dołącza wokal, jest już mrok, a wszystkie elementy razem tworzą coś naprawdę bogatego w dźwięk. CON ma w sobie porywające piękne i coś z bardzo wczesnego Genesis. Jest tu zdecydowanie progresywny klimat wczesnych lat siedemdziesiątych, który jest oszałamiająco hipnotyzujący. Płytę zamyka ponad dziesięciominutowa kompozycja Get What You Deserve. Ma w sobie chyba wszystko, z czego słynie Stoned Jesus. Każda część jest tak wymowna jak to tylko możliwe. Gitarowe solówki są bardzo emocjonalne i za każdym razem wydają się spontaniczne i improwizowane. Cała atmosfera jest monumentalna i zdecydowanie pieczętuje wszelkie wątpliwości co do tego, jak epickie jest to nowe dzieło Ukraińców. . 


Byłem, jestem i zawsze będę po stronie pokoju na świecie✌☮. Żadna wojna nie jest święta i słuszna. Jak śpiewał kiedyś Sting w utworze Russians: There's no such thing as a winnable war / It's a lie we don't believe anymore. Agresorem jest armia Putina i nie ma dwóch zdań. Moje serce jest po stronie Ukrainy. Tulę do serca wszystkich, których to piekło dosięgło. Także i zespół Stoned Jesus, którzy nie tylko wydali znakomity album, ale pokazali, że najlepszym sposobem na pokonanie opresyjnego reżimu jest wzniesienie się ponad niego i pozostanie niepokonanym. Tym nowym albumem Stoned Jesus udowadniają, że nie kłaniają się nikomu. Nie przegapcie 😎 Bartas✌

poniedziałek, 3 kwietnia 2023

Cynizm dojrzałej bałaganiary. Miley Cyrus i jej do bólu cyniczny "Endless Summer Vacation".

 

Wbrew powszechnemu przekonaniu nie uważam się za człowieka, który zjadł wszystkie rozumy i posiada wszechmocną wiedzę na temat muzyki popularnej, a już tym bardziej jeśli chodzi o twórczość artystów i artystek, którzy byli mi całkowicie przez lata obojętni. Takie w stylu nie znam się, ale się wypowiem. Twórczość Miley Cyrus znałem wybiórczo. Coś tam o niej wiedziałem, ale nie interesowałem się tym zbytnio tym, co tworzy. Kiedy jednak singiel Flowers zawojował światowymi listami przebojów, zwróciłem na jej muzykę większą uwagę. I żeby napisać cokolwiek o jej nowej płycie Endless Summer Vacation musiałem dokonać porządnego i bardzo wnikliwego researchu katalogu jej płyt. Artystka z bardzo dużym powodzeniem nagrywa je od 2007 roku. Każdy jej nowy album był inny od poprzedniego, sygnalizował zapowiedź nowej, bardziej dojrzałej Miley Cyrus i mnóstwo nowych wizualnych metafor tej dojrzałości: asymetryczna fryzura, gitara akustyczna, markowa prezerwatywa czy kolejna asymetryczna fryzura. Pozostała jednocześnie jedną z najbardziej ujmująco niewinnych gwiazd popu. W kompozycjach takich jak Malibu czy High śpiewa o prawdziwej miłości z niekłamaną niewinnością. W takim np Bad Karma i Night Crawling z 2020 roku, we współpracy z Joan Jett i Billym Idolem, przybrała postać gwiazdy rocka.. Nadała swojej muzyce ciekawą, pociągającą otwartość, która wyróżnia się we współczesnym popowym krajobrazie.

Na jej ósmym albumie, Endless Summer Vacation, sprawy niejako ulegają zmianom. Jego zwiewna, w większości bardzo bezpretensjonalna pop-rockowa produkcja jest podszyta różem i czerwienią letniego zachodu słońca. Emocjonalnie nosi cętkowany purpurowy odcień siniaka. W utworze Jaded wyje do swojego byłego - I'm sorry that You're jaded. W kompozycji Island śpiewa o swojej własnej bezduszności, niezdolności do ustatkowania się i zastanawia ją jedno: Am I stranded on an island? / Or have I landed in paradise? Jezusie Nazarejski! Przecież ta dziewczyna ma dopiero 30 lat, ale słyszymy jak ten najnowszy jej krążek naznaczony jest dosadnym cynizmem. Wydaje się być pokłosiem jej niedawnego rozwodu, jak i życia, w którym widziała, jak jej własny wizerunek jest wypaczony i hejtowany przez media. Czystym przykładem tego jest wspomniany i zaraźliwie uzależniający Flowers, który - nawiasem mówiąc - brzmi jak I Will Survive Glorii Gaynor. W większości tych kompozycji Cyrus wyraża żal, a nawet żałobę: Rose Colored Lenses traktuje pozornie o błogości po odbytym stosunku seksualnym, ale pogrąża się w świadomości, że taki spokój nigdy nie może trwać. You to wspaniała soulowa ballada, która oddaje całą surowość i napięcie z poszarpanego głosu Cyrus i przeciwstawia się pobożnemu tekstowi refrenem, który lamentuje nad zerwaniem jako z góry przesądzonym wnioskiem: I am not made for no horse and a carriage / You know I'm savage, You're looking past it

Endless Summer Vacation jest luźno podzielony na tzw utwory dzienne i nocne, czyli AM i PM. Warto podkreślić, że te nocne piosenki, które z grubsza zaczynają się od Handstand, są najlepsze. Wildcard bezskutecznie powtarza żal, ale z mniejszym rozmachem niż wspomniane You czy I’m Jaded. Muddy Feet, z gościnnym udziałem Sia, ma na celu twardą rozmowę i kończy się niezręcznie. De facto każda z tych kompozycji mogłaby być tematem na artykuł w tabloidach, bowiem wyjaśniają w jaki sposób odnoszą się do życia osobistego artystki. Bogu dziękować - większość albumu nie podsyca impulsu do spekulacji. W moim ulubionym, bardzo wampirzym i lubieżnym kawałku River, Miley skutecznie pokazuje, kim jest na tym etapie swojej kariery: jest dojrzałą, ale ma w sobie też coś z bałaganiary. Wers You could be the one, have the honor of my babies / Hope they have Your eyes and that crooked smile został wrzucony w sam środek tanecznego bitu i jest niespodzianką. W sumie jak całe Endless Summer Vacation – która nie jest obiecanym albumem oszołomionej słońcem imprezy, ale eksploracją tego, jak to jest, kiedy impreza się kończy. Bardzo dobra i dojrzała muzycznie oraz tekstowo płyta. Wysoko w moim notowaniu👍 Bartas✌

niedziela, 26 marca 2023

Celebruj życie i kochaj tych, co są blisko. Depeche Mode i ich nowy, przepiękny album "Memento Mori".

Zespół Depeche Mode - ku pewnie zdziwieniu wielu moich znajomych, czytelników czy słuchaczy moich audycji czy podcastów - pełni dość ważną rolę w mojej świadomości i duszy. Szczególnie za sprawą tak świetnych płyt jak Music For The Masses, Violator czy Songs Of Faith And Devotion. Ten ostatni obchodził niedawno swoje trzydzieste urodziny. To jedna z tych niezawodnych grup, która czuje, że może wydawać w swoje misterialne płyty w nieskończoność. Kruche jednak jest to nasze życie. W 2022 nastąpił nieoczekiwany zwrot akcji. Zmarł członek i założyciel Andy Fletcher. To bardzo smutne wydarzenie, a także rosnąca przerwa czasowa między albumem Spirit stały się powodem, by sądzić, że już więcej możemy nie usłyszeć nowych nagrań zespołu. Na szczęście dwaj pozostali członkowie - Dave Gahan i Martin Gore - zdecydowali się przegrupować, aby jeszcze raz pokazać wszystkim dlaczego są zespołem klasy absolutnie światowej klasy po ponad czterech dekadach od swojej kariery. 24 marca 2023 roku ukazał się 15 album Depechów zatytułowany znamiennie Memento Mori. Płyta została wyprodukowana przez Jamesa Forda. Chociaż pisanie piosenek i prace demo nad albumem rozpoczęły się przed śmiercią Fletchera, Dave Gahan stwierdził w wywiadzie dla NME, że Fletcher nie nagrał żadnego materiału na album. W tym samym wywiadzie dla NME Gore wyjaśnił również, w jaki sposób Richard Butler był współautorem siedmiu piosenek na album. W kwietniu 2020 roku Butler skontaktował się z Gore'em, aby wspólnie napisać piosenki. Wysłał kilka tekstów, Gore dodał muzykę i poszli tam iz powrotem. Gore powiedział, że piosenki są zbyt dobre, aby mogły być pobocznym projektem, więc Depeche Mode umieścił je na albumie, chociaż Butler nigdy nie zamierzał dołączyć do zespołu. W sierpniu 2022 roku w mediach społecznościowych udostępniono zdjęcie Martina Gore'a i Dave'a Gahana w studiu, wskazując, że pracują w studiu nad nowym materiałem. Krążek otwiera kompozycja My Cosmos Is Mine. Jest to najmroczniejszy utwór od dziesięcioleci. W sposób odpowiedni otwiera Memento Mori dudniącymi bitami i raczej złowieszczymi i industrialnymi syntezatorami. Szczerze powiem, że to dość zaskakujące, bowiem z łatwością mógłby to być ścieżka dźwiękowa do dalszych poszukiwań, zwłaszcza na albumie z takim żałobnym klimatem. Liryczne powtórzenia i rozwijające się warstwy stają hipnotyzujące jeszcze zanim się rozpłyną w niesamowitych pejzażach dźwiękowych pod sam koniec utworu. Ghosts Again to słodko-gorzka piosenka skupiająca się na śmiertelności ludzkiej, chociaż prowadząca gitara odwraca z łatwością uwagę od smutku zawartego w tekście. Jest to chyba najbardziej chwytliwy singiel, jaki grupa stworzyła od czasów Precious z 2005 roku. Ale pomimo ciemności otaczającej album Memento Mori, większość piosenek jest tutaj lżejsza, niż można się było spodziewać. Żyjący członkowie Depeche Mode też chcą celebrować życie i doceniać tych, którzy są im bliscy. Wagging Tongue przechodzi od nastrojowych arpeggio do stałych rytmów i każą nam się zrelaksować i cieszyć życiem. Później pojawia się My Favorite Stranger, którego rytm idzie naprzód z minuty na minutę. Różne warstwy dźwiękowe lokują się w kilku śpiewanych zwrotkach, prowadząc do pełnego sprzężenia zwrotnego, dysonansowego gitarowego solo na sam koniec. To znajomy utwór Depeche Mode, ale bardzo satysfakcjonujący. Ponadto kompozycja People Are Good to bardzo interesujący powrót do ery Music For The Masses, ale ogólnie z mroczniejszym akcentem, podczas gdy Always You nawiązuje do dyskoteki lat 80-tych z zastosowanymi filtrami HEALTH. Nawiedzone syntezatory w elegancki sposób upiększają prosty i jednoznaczny numer. Never Let Me Go bezwstydnie każe mi tańczyć. To całkowita zmiana tempa w stosunku do najbardziej ponurej pierwszej połowy Memento Mori. Struktury melodyczne są podobne nieco do Spirit, ale tym razem korzystają z szerszej palety dźwiękowej. Nie są zagracone, zwykle napędzane rytmem lub syntezatorem z kilkoma z kilkoma szczegółami wokół nich. Gitara Martina jest tutaj jednak bardziej obecna, czy to przesterowana, czy czysta, co jest plusem. Nie wspomniałem jeszcze o utworze Before We Down, do którego chętnie wracałem przy pierwszych odsłuchach. Album wieńczy kompozycja Speak To Me, która - można tak powiedzieć - jest repryzą otwierającego płytę My Cosmos Is Mine. To przepiękna oda Martina do zagubionych, a także rozważanie celu istnienia. Od głównej melodii stopniowo przechodzi w zsekwencjonowaną kodę z lodowatymi syntezatorami wokół. Końcowe bity mają ten sam dźwięk, co w otwieraczu. Są ze sobą w jakiś sposób powiązani, ci pierwsi patrzą w głąb siebie, podczas gdy Speak To Me szuka wskazówek na podobny temat. To kolejny solidny album Depeche Mode z kilkoma najważniejszymi momentami, które fani zdecydowanie powinni dodać do swoich playlist. Jeśli to jest ostatni, jaki od nich otrzymujemy, to jest to odpowiednie zakończenie. Cokolwiek nastąpi później, będzie to mile widziany bonus. Pozycja bardzo wysoko polecana😍 Bartas✌

Złośliwość i słodka zemsta. Paramore powraca z nową płytą - "This Is Why".

 

Dwadzieścia lat temu Hayley Williams była skromną, choć bardzo dojrzałą jak na swój wiek nastolatką - pilną uczennicą i bardzo pobożną chrześcijanką, która podpisała kontrakt z dużą wytwórnią płytową. Najpierw jako artystka solowa, a później jako wokalistka grupy Paramore. Teraz ma 34 lata, jest po rozwodzie, zaciekle walczy o prawo do aborcji (oj, Hayley, chyba muszę zrobić z Tobą wywiad😍) i jawi się jako wzór do naśladowania dla nowej generacji gwiazd muzyki popularnej. Połowę swojego życia poświęciła muzyce i jako taka stała się znana. W takiej sytuacji pozycja może zarzucić zarówno nastoletnim idolom przedwczesną dorosłość, jak i uchronić ich przed światem zewnętrznym. Grupa, w której występuje, czyli Paramore, właśnie wydała swój szósty studyjny album zatytułowany This Is Why. Muzycy zawsze rozumieli, że nawet świetna popowa pioseneczka nie może naprawić najgorszych uczuć. Podczas gdy After Laughter z 2017 roku wyświetlał kontrastujące obrazy przerażenia i uzdrowienia za pomocą melodii inspirowanych grupą Talking Heads, tak This Is Why skupia się na rekordowym momencie: niepewnym świecie po kwarantannie. Nawet jeśli to trio z Nashville zrobiło dużą przerwę podczas pandemii, przez ten cały niefajny czas powracało to do nich jako punkt inspiracji. Płyta Riot! z roku 2007 stała się kamieniem milowym dla artystów pokolenia, którzy dorastali w nurcie pop-punkowym. Jednakże wpływ Paramore wykracza poza ten nurt. This Is Why jest w równym stopniu zgodny z teksturami dzisiejszego przyszłościowego rocka, jak i listem miłosnym do genialnie zjadliwych początków istnienia grupy. W rozwoju artystycznym Amerykanów panuje duża zmienność, co widać w ich ewolucji prowadzącej do otwierającego krążek utworu tytułowego, jak i brzmieniu samego albumu. Tam, gdzie ich wcześniejsza muzyka była. Tam, gdzie ich wcześniejsza muzyka była fluorescencyjna, wybuchowa i pochłonięta stłumionymi frustracjami, tak tu wyróżniające się Big Man Little Dignity i Figure 8 rozciągają spektrum emocji na zewnątrz. Na tym pierwszym wokalistka eksperymentuje z kadencją i tonem w żartobliwy sposób, podczas gdy gorączkowa gitarowa pętla utworu wydaje się fachowo zaprojektowana, aby zaradzić czystej oraz bardziej niespokojnej ekspresji teraźniejszości. The News to najgłośniejszy utwór, jaki Paramore nadało swojej nazwie od lat, bowiem numer jedzie linią basu do teatralnej, nasyconej horrorem gitary. Są chwile, w których ich skłonności do ciekawych riffów mogą dać z siebie absolutnie wszystko. Mega niewiarygodne i postrzępione gitary, które rozpoczynają C’est Comme Ça mógłby uchodzić za cover Hard To Beat Hard-Fi, ale dobra równowaga między bezpośrednim pisaniem piosenek a nadmiarem utrzymuje się w sposób idealny. I’m off caffeine on doctor’s orders / Said it was gonna help to level out my hormones - intonuje Williams z martwym spojrzeniem, zanim trafia w dziesiątkę wersem, który z pewnością zainspiruje dziesiątki podpisów na Instagramie: Lucky for me, I run on spite and sweet revenge.

Duch odzyskania w tych piosenkach jest jeszcze silniejszy dzięki sile, z jaką Williams wydobywa i uwalnia swoje uczucia. W drugiej połowie albumu This Is Why panuje śliska dwuznaczność. Z jednej strony wokalistka zastanawia się, dlaczego spośród globalnych trudności czuję jak emocjonalny wampir (Crave), z drugiej zaś zbiera się na odwagę, aby stawić czoła niepowodzeniom (Thick Skull). Obnażając swoją wiedzę bardzo zręcznie ujawnia, w jaki sposób ludzie podatni na zmiany mogą absorbować swój strach i ranić innych w rewanżu. Chociaż Hayley Williams jest nieustępliwa w przedstawianiu natrętnych myśli, bada swoje lata niepokoju z prawdziwą troską. Dzięki niektórym z najbardziej nieustraszonych tekstów utworów album This Is Why jest odważnym przypomnieniem jakim nieograniczonym zespołem może być to trio z Nashville. Dla każdego riffu, który wznosi się do wybuchowego finału, jest pełen przygód wokalny odjazd lub lekko psychodeliczny moment. Jest to zespół, który przeszedł przez wyżymaczkę, pokonując konflikty wewnętrzne i niezliczone zmiany w składzie, jednocześnie ewoluując w jeden z najbardziej szanowanych zespołów swojego pokolenia.


Paramore docierają tam, gdzie wreszcie ich muzyka chciała dotrzeć przez większą część ostatniej dekady. Zamiast próbować przebić swoje niezrównane hymny, zespół odkrył nowe ciepło w This Is Why, a efekt jest naprawdę triumfalny. Nie przegapcie😊 Bartas✌

sobota, 11 lutego 2023

Przyjaciel i wróg, prawda vs kłamstwo oraz naiwność wobec cyfrowego świata. Riverside powraca z rewelacyjnym albumem "ID.Entity".

 

Fanem tego zespołu jestem od niemal samego początku ich istnienia. Byłem w drugiej klasie liceum, gdy w programie Piotra Kaczkowskiego MiniMax, w starej dobrej Radiowej Trójce, usłyszałem pierwsze nagrania tego zespołu. Riverside (bo to o nich mowa) powstał na początku tego stulecia w Warszawie. Ich debiutancki album Out Of Myself miał swoją premierę 15 grudnia 2003 roku. Wydany został niezależnie i doprowadził do podpisania umowy przez zespół z wytwórnią Inside Out Music. Grupa bardzo szybko zdobyła fanów nie tylko w Polsce, ale i praktycznie na całej kuli ziemskiej, wydając kolejne bardzo udane płyty. Przyszedł rok 2016 i do wieczności w wieku 40 lat nagle odszedł gitarzysta Piotr Grudziński. Był to szok dla zespołu i fanów. Nastąpił później okres niepewności czy kontynuować działalność. Po okresie żałoby Riverside zdecydowało się kontynuować działalność jako trio. Wydali album Wasteland, na której to gościnnie na gitarze we wszystkich kompozycjach zagrał Maciej Meller, który to w roku 2020 został pełnoprawnym członkiem zespołu. Tak wygląda w pigułce historia grupy Riverside, gdyby ktoś z moich Czytelników nie znał. 

20 stycznia 2023 roku zespół wydał swój ósmy studyjny album zatytułowany ID.Entity. Pracę nad nim rozpoczął lider zespołu i wokalista, Mariusz Duda, który to zadał sobie kilka pytań - osobistych, o teraźniejszość, ale i o zespół. Główną siłą tej formacji są melodie oraz występy na żywo. Z tą ambicją wiąże się fakt, że najnowszy krążek jest mniej mroczny i melancholijny z ich poprzednimi dokonaniami.  ID.Entity to nowy początek dla zespołu, który zostawia za sobą mroczne dni. Pokazuje ze swej strony wszystko, co najlepsze. Rozpoczyna się kompozycją Friend Or Foe? Pejzaże dźwiękowe, interakcja klawiszy i gitar to świetny przykład dla współczesnej muzyki ze stylem, którego teksty symbolizują nierealny świat, w którym nic nie wydaje się takie, jakim się wydaje. Landmine Blast podąża podobną drogą, gdy Big Tech Brother zwraca uwagę na inny temat - ignorancja i naiwność wobec otaczającego nas cyfrowego świata. Kłamstwa i prawda to temat przewodni w kompozycji Post-Truth. Dźwięki podkreślają przesłanie piosenek, w których zespół skupia się na umiejętności tworzenia złożonej muzyki. Za pomocą świetnych melodii brzmi łatwo i przystępnie. Dzieje się tak również w przypadku kompozycji The Place Where I Belong. Utwór trwa 13 minut i jest muzycznym punktem centralnym tego longplaya. Ten epos łączy w sobie wszystkie znaki towarowe Riverside, dając w rezultacie coś, co jest ucztą dla uszu i umysłu. Album zamyka utwór Self-Aware, który przypomina mi nieco dokonania Rush. Kompozycja charakteryzuje się ciągłymi zwrotami akcji, które dadzą słuchaczowi masę ekscytacji, bowiem ciągle dzieje się tam coś nowego. 

ID.Entity to fantastyczny album zespołu, który jakby odrodził się po okresie mroku i żalu. Grudzień na zawsze pozostanie w naszych sercach. No, ale Maciej Meller to jednak właściwa osoba na właściwym miejscu. Riverside w 2023 roku jest tak samo mocne jak na początku i przenosi swoje brzmienie na wyższy poziom. Kwartet udowadnia, że muzyka progresywna to nie tylko możliwości muzyków. Chodzi o to, jak wykorzystać tę wiedzę do pisania i wykonywania doskonałych piosenek. Riverside jest mistrzem w tym rzemiośle, dzięki czemu ich najnowszy longplay jest prawdziwym hitem. Pozycja bardzo mocno polecana😍👍 Bartas✌


Refleksja nad starzeniem się zmieszana z agresywnym, rockowym łomotem. Iggy Pop i jego nowy album - "Easy Loser".

 

No, i jesteśmy już w 2023 roku. Znów za późno, bo już mamy luty. Od stycznia pojawiło się wiele bardzo ciekawych wydawnictw i rzeczywiście - jest o czym pisać. Niestety nie mam tyle czasu, by każde wydawnictwo, warte naszych uszu, napisać w czasie rzeczywistym. Nie obiecuję, że to się rychło zmieni. Pracuję na co dzień w godzinach 7 - 16. Ponadto nadal z wielką ochotą redaguję w Muzycznym Zwierzu, a od niedawna działam również na falach Radia Odzew. Tak, spełniło się moje marzenie - nie tylko pisanie w gazecie, ale także prowadzenie audycji radiowych, na które zapraszam w każdy czwartek między godziną 19:05 a 21:00.  Taki mam ostatnio biegły tryb życia. Niemniej jednak nie zamierzam porzucać prowadzenia swojego bloga. Chcę pisać na nim o płytach, o muzyce tak często jak to tylko możliwe. Z drugiej strony - pisanie jakiejkolwiek recenzji pod presją również dobre nie jest. Wtedy recenzja jest tylko dobra. Ja chcę, by była jak najlepsza i najbardziej zachęcająca. No, dobra! Dość gadania i tłumaczeń. Przejdźmy do sedna sprawy. 


Początek nowego roku 2023 rozpoczął się bardzo pozytywnie. Iggy Pop dał o sobie znać swoim dziewiętnastym studyjnym albumem zatytułowanym Every Loser. Pop to absolutna ikona. Jest jednym z największych ocalałych dinozaurów rocka, ale jego fanów można podzielić na dwie kategorie: ci, którzy twierdzą, że nie zrobił nic wartościowego od późnych lat siedemdziesiątych i ci, którzy znajdują wiele frajdy w jego twórczości także i we współczesnych czasach. Jego muzyka jest czasami trudna do sklasyfikowania ponieważ różni się stylem muzycznym.

Najnowszy krążek również do wyjątków nie należy. Rozpoczyna się od utworu Frenzy. Kompozycja jest pełna żółci i gniewu. Zdecydowanie nie nadaje się do tego, by w biały dzień odtwarzać go na w radiu. Got a dick and 2 balls, that's more than You all / My mind i'll be sick if You I suffer the pricks. Tymi słowami Pop wita się ze słuchaczem. Utwór przypomina mi Stoogie i to bardzo mocno. To rewelacyjny początek płyty i naprawdę zgrabne tempo. Iggy ma 75 lat, a nie złagodniał ani trochę. Jest dla wszystkich nadzieja. Dalej wcale nie jest gorzej. Strung Out, Johnny co prawda spowalnia, ale przyciąga ciosy. Artysta porusza kwestie swojego uzależnienia i wszystkich jego konsekwencji. To wyjątkowy numer na płycie, a jego wokal brzmi tu fantastycznie. New Atlantis utrzymuje tempo powolne i nastrojowe. To rodzaj listu miłosnego Popa do swojego adoptowanego miasta Miami, ale przypomina nam też o podnoszącym się poziomie zagrożeń wśród społeczeństwa - gangsterka, ubóstwo itp. 

Poziom energii ponownie rośnie wraz z utworem Modern Day Rip Off. Szyderczy i agresywny wokal Iggy’ego oraz tempo sprawiają, że nogi same proszą się o ruszenie w pogo. Tak miałem przy pierwszym odsłuchu, choć jestem już trochę na to za stary, a i zdrowie nie takie jak kiedyś. Chwilę później Pop ostudza nas z tych emocji za sprawą Morning Show. Z jednej strony nie stracił swojej agresywności, a z drugiej - pokazuje też refleksyjną duszę. To rzecz o nieuchronnym starzeniu się. Nikt z nas nie jest ze stali. Kompozycje The News For Andy oraz My Animus Interlude to eksperymentalne utwory typu wypełniacz. Mogą słuchacza zabawić, a może nie! No Punk zaś brzmi jak ta cała fala pop-punka, która narodziła się w latach 90-tych. Na pierwszy rzut ucha rzuca się tutaj Green Day ze swoim albumem Dookie z 1994 roku. Może nie każdy lubi ten klimat, ale słychać, że Iggy bawi się przy tym naprawdę przednio. All The Way Down przypomina mi na krótko wokal Alice Coopera, zanim skręci w typowe terytorium wokalne Iggy'ego. To świetna melodia ze świetną przerwą na solo gitarowe. W Comments Iggy nuci przy wtórze syntezatorów, gitar i perkusji. To wszystko tworzy zachwycające fale dźwiękowe jakby z początków lat 90-tych. The Regency to kolejny utwór, który nie jest przyjazny dla radia, pełen gniewu i wypowiedzi, ale w niektórych miejscach dźwięk przywodzi mi na myśl Teardrop Explodes. Iggy drwi sobie, jak tylko potrafi.

Muzyk przez lata współpracował z wieloma wspaniałymi muzykami. Podczas gdy David Bowie jest najczęściej wymieniany, Andy McCoy (Hanoi Rocks) i Steve Jones (Sex Pistols, Professionals i nie tylko) znajdują się na długiej liście tych, z którymi połączył siły, by tworzyć muzykę. Na Easy Loser również mamy całą śmietankę znakomitych gości, takich Duff McKagan z Guns N’ Roses, Chad Smith z Red Hot Chilli Peppers oraz świętej pamięci Taylor Hawkins z Foo Fighters. Producentem albumu jest Andrew Watt (odpowiedzialny za ostatnie solowe wydawnictwa Ozzy'ego), który również gra na gitarze iw obu przypadkach sprawdza się znakomicie.


Jest to świetny album, wart czasu i inwestycji. Fani Iggy'ego powinni go natychmiast kupić. Mieszanka muzycznych stylów daje albumowi trochę oddechu i sprawia, że całość jest ciekawsza. Lirycznie Iggy jest refleksyjny na temat wieku, narkotyków i stanu szerszego świata, ale muzycznie wciąż ma czas, by chwycić Cię za kark i wstrząsnąć Tobą porządnie. Bardzo udany początek roku 2023👍 Bartas✌

niedziela, 22 stycznia 2023

Rewolucja nadchodzi! Rewolucja jest kobietą! O fenomenalnym albumie "Revolution Comes In Waves" grupy Izzy And The Black Trees słów kilka...

Jest już prawie koniec miesiąca nowego roku, a bartasowy blog świeci pustkami. Ostatni raz odwiedziłem go 19 listopada przy okazji recenzji albumu Droga rewelacyjnych debiutantów z Krakowa - grupy Besto. Od tamtej chwili działo się właściwie niewiele poza pracą rzecz Muzycznego Zwierza, której od prawie roku jestem oddany bez reszty (bardziej niż blogowi, co trzeba będzie w tym roku troszkę zbalansować) czy podsumowaniem muzycznym, który już się w tamtym czasie układał. No, właśnie. Wydawało mi się, że nic się już nie dzieje i nie stanie, więc nie było za bardzo o czym pisać na blogu. Kiedy zestawienie było skończone i zatwierdzone, dowiedziałem się o grupie z Poznania, której najnowsza płyta jest w ścisłych czołówkach polskich płyt roku 2022. Ta grupa nazywa się Izzy And The Black Trees. Zespół tworzą Izabela “Izzy” Rekowska na wokalu, Mariusz Dojs na gitarze i wokalu, Łukasz Mazurkowski na gitarze basowej oraz Mateusz Pawlukiewicz na perkusji. Określają siebie jako nieślubne dziecko Patti Smith i Roisin Murphy ze szczyptą fuzzzzzz. Ściślej mówiąc jest to polski post-punkowy kwartet, który ma w swoim dorobku kilka singli. W roku 2020 wydał swój debiutancki album Trust No One z ośmioma świetnymi numerami.



7 października 2022 roku nakładem wytwórni Antena Krzyku ukazał się drugi album grupy zatytułowany bardzo nośnie Revolution Comes In Waves. Już przy pierwszym odsłuchu ma się to uczucie, że poprzednie nagrania nie dorównują tym, co zespół zaprezentował na najnowszym krążku. Revolution Comes In Waves zawiera dziesięć energicznych post-post punkowych kawałków. Jednakże pierwszą rzeczą, jaką zauważamy to fakt, że Izzy And The Black Trees nie jest kolejnym zespołem post-punkowym. Takiego grania jest dzisiaj bardzo dużo i pewnie nie zwróciłbym swojej uwagi na nich, gdyby nie fakt, że oprócz dominującej estetyki zapożyczonej z tego konkretnego gatunku, można odnaleźć wiele innych świetnie uzupełniających się gatunków i elementów. Odnajdziemy tu najlepsze właściwości noise rocka, garażowego brzmienia, rocka alternatywnego, jak również wpływów indie rocka. Można by rzec, że Izzy And The Black Trees to zderzenie post-punka z noise rockiem, podczas gdy reszta wymienionych gatunków muzycznych to więcej niż konieczne dodatki, ulepszenia i dekoracje. Ale to wszystko jest bardzo spójne. Każdy numer oferuje sprytnie zmontowane melodie, harmonie, progresje akordów, riffy i inne dźwiękowe smakołyki. Bardzo ciekawie i interesująco brzmi linia basu, podczas gdy umiarkowane sekwencje rytmiczne utrzymują resztę grupy w ryzach. Największe jednak wrażenie zrobił na mnie wokal Izy, która akcentuje poszczególne momenty na całym albumie.


Piosenka musi posiadać tekst - jak nam kiedyś śpiewała Kasia Nosowska. A teksty na albumie są absolutnie bezkompromisowe. Weźmy na przykład taki otwierający album kawałek I Can't Breathe, którego interpretacja może być rozumiana zarówno w kontekście historii czarnoskórego George’a Lloyda, uduszonego przez funkcjonariuszy policji, jak również w kontekście wszystkich kobiet w Polsce i na całym świecie, które walczą o prawo do stanowienia o własnym ciele. Liberate to opowieść o kobiecie, która od wieków walczy o swoje prawa, tocząc tę samą, starą i żmudną bitwę. Inspiruje też inne kobiety i daje nadzieję na lepsza przyszłość. I ja, facet, tak bardzo utożsamiam się z tymi tekstami, że aż mnie ponosi, by napisać: spierdalać, dziady cholerne, od kobiet i ich macic!  Mamy też świetny numer Petty Crimes, który przedstawia obraz społeczno-polityczny w krajach, w których odbywają się wybory prezydenckie i rządowe - sfałszowane. To numer o braku poszanowania demokracji. Autorka tekstu, czyli Iza, mówiła o tym utworze tak: Pisząc piosenkę myślałam o sytuacji politycznej w Polsce, gdzie jest tzw. wybór, podczas gdy w rzeczywistości tak nie jest. Obecny stan demokracji w naszym kraju jest postrzegany jako wadliwy nie tylko przez inne kraje, ale także przez wielu młodych ludzi, którzy nie popierają partii rządzącej, sposobu, w jaki traktują środowiska LGBT+ i ograniczają prawa do aborcji. To nie jest w porządku, nie tak powinno wyglądać współczesne społeczeństwo, zmiana jest potrzebna i musi nastąpić szybko, bo inaczej będziemy ptakami na linie. Trudno się z Tobą nie zgodzić, Iza! W pełni popieram Twoje słowa👏
Być może Izzy And The Black Trees są stosunkowo nowym zespołem na scenie, ale sądząc po ich nagraniach, brzmią jak profesjonaliści. Revolution Comes In Waves to pozycja absolutnie obowiązkowa. Biję się w piersi, pluję sobie w brodę, że odkryłem ten zespół i tę płytę tak późno. Z pewnością byłaby w ścisłej czołówce top 10 płyt polskich. No, trudno - się mówi. Potraktuję to jako dobry appendix i suplement do top 10. A Ty, Drogi Czytelniku, jeśli jesteś fanem takiego brzmienia i tekstów z pełnym zaangażowaniem, nie zwlekaj. Odwiedź sklep Antena Krzyku i zdobądź najnowszy album grupy Izzy And The Black Trees. Satysfakcja gwarantowana! 💣💥😍








Bartas✌

35 lat temu ukazał się jeden z najlepszych debiutów w historii muzyki - "Ten" grupy Pearl Jam.

  Po śmierci Andy’ego Wooda Gossard i Ament zawiesili działalność. W czasie tej separacji Gossard spędził swój czas na pisaniu materiałów, k...