sobota, 11 lutego 2023

Przyjaciel i wróg, prawda vs kłamstwo oraz naiwność wobec cyfrowego świata. Riverside powraca z rewelacyjnym albumem "ID.Entity".

 

Fanem tego zespołu jestem od niemal samego początku ich istnienia. Byłem w drugiej klasie liceum, gdy w programie Piotra Kaczkowskiego MiniMax, w starej dobrej Radiowej Trójce, usłyszałem pierwsze nagrania tego zespołu. Riverside (bo to o nich mowa) powstał na początku tego stulecia w Warszawie. Ich debiutancki album Out Of Myself miał swoją premierę 15 grudnia 2003 roku. Wydany został niezależnie i doprowadził do podpisania umowy przez zespół z wytwórnią Inside Out Music. Grupa bardzo szybko zdobyła fanów nie tylko w Polsce, ale i praktycznie na całej kuli ziemskiej, wydając kolejne bardzo udane płyty. Przyszedł rok 2016 i do wieczności w wieku 40 lat nagle odszedł gitarzysta Piotr Grudziński. Był to szok dla zespołu i fanów. Nastąpił później okres niepewności czy kontynuować działalność. Po okresie żałoby Riverside zdecydowało się kontynuować działalność jako trio. Wydali album Wasteland, na której to gościnnie na gitarze we wszystkich kompozycjach zagrał Maciej Meller, który to w roku 2020 został pełnoprawnym członkiem zespołu. Tak wygląda w pigułce historia grupy Riverside, gdyby ktoś z moich Czytelników nie znał. 

20 stycznia 2023 roku zespół wydał swój ósmy studyjny album zatytułowany ID.Entity. Pracę nad nim rozpoczął lider zespołu i wokalista, Mariusz Duda, który to zadał sobie kilka pytań - osobistych, o teraźniejszość, ale i o zespół. Główną siłą tej formacji są melodie oraz występy na żywo. Z tą ambicją wiąże się fakt, że najnowszy krążek jest mniej mroczny i melancholijny z ich poprzednimi dokonaniami.  ID.Entity to nowy początek dla zespołu, który zostawia za sobą mroczne dni. Pokazuje ze swej strony wszystko, co najlepsze. Rozpoczyna się kompozycją Friend Or Foe? Pejzaże dźwiękowe, interakcja klawiszy i gitar to świetny przykład dla współczesnej muzyki ze stylem, którego teksty symbolizują nierealny świat, w którym nic nie wydaje się takie, jakim się wydaje. Landmine Blast podąża podobną drogą, gdy Big Tech Brother zwraca uwagę na inny temat - ignorancja i naiwność wobec otaczającego nas cyfrowego świata. Kłamstwa i prawda to temat przewodni w kompozycji Post-Truth. Dźwięki podkreślają przesłanie piosenek, w których zespół skupia się na umiejętności tworzenia złożonej muzyki. Za pomocą świetnych melodii brzmi łatwo i przystępnie. Dzieje się tak również w przypadku kompozycji The Place Where I Belong. Utwór trwa 13 minut i jest muzycznym punktem centralnym tego longplaya. Ten epos łączy w sobie wszystkie znaki towarowe Riverside, dając w rezultacie coś, co jest ucztą dla uszu i umysłu. Album zamyka utwór Self-Aware, który przypomina mi nieco dokonania Rush. Kompozycja charakteryzuje się ciągłymi zwrotami akcji, które dadzą słuchaczowi masę ekscytacji, bowiem ciągle dzieje się tam coś nowego. 

ID.Entity to fantastyczny album zespołu, który jakby odrodził się po okresie mroku i żalu. Grudzień na zawsze pozostanie w naszych sercach. No, ale Maciej Meller to jednak właściwa osoba na właściwym miejscu. Riverside w 2023 roku jest tak samo mocne jak na początku i przenosi swoje brzmienie na wyższy poziom. Kwartet udowadnia, że muzyka progresywna to nie tylko możliwości muzyków. Chodzi o to, jak wykorzystać tę wiedzę do pisania i wykonywania doskonałych piosenek. Riverside jest mistrzem w tym rzemiośle, dzięki czemu ich najnowszy longplay jest prawdziwym hitem. Pozycja bardzo mocno polecana😍👍 Bartas✌


Refleksja nad starzeniem się zmieszana z agresywnym, rockowym łomotem. Iggy Pop i jego nowy album - "Easy Loser".

 

No, i jesteśmy już w 2023 roku. Znów za późno, bo już mamy luty. Od stycznia pojawiło się wiele bardzo ciekawych wydawnictw i rzeczywiście - jest o czym pisać. Niestety nie mam tyle czasu, by każde wydawnictwo, warte naszych uszu, napisać w czasie rzeczywistym. Nie obiecuję, że to się rychło zmieni. Pracuję na co dzień w godzinach 7 - 16. Ponadto nadal z wielką ochotą redaguję w Muzycznym Zwierzu, a od niedawna działam również na falach Radia Odzew. Tak, spełniło się moje marzenie - nie tylko pisanie w gazecie, ale także prowadzenie audycji radiowych, na które zapraszam w każdy czwartek między godziną 19:05 a 21:00.  Taki mam ostatnio biegły tryb życia. Niemniej jednak nie zamierzam porzucać prowadzenia swojego bloga. Chcę pisać na nim o płytach, o muzyce tak często jak to tylko możliwe. Z drugiej strony - pisanie jakiejkolwiek recenzji pod presją również dobre nie jest. Wtedy recenzja jest tylko dobra. Ja chcę, by była jak najlepsza i najbardziej zachęcająca. No, dobra! Dość gadania i tłumaczeń. Przejdźmy do sedna sprawy. 


Początek nowego roku 2023 rozpoczął się bardzo pozytywnie. Iggy Pop dał o sobie znać swoim dziewiętnastym studyjnym albumem zatytułowanym Every Loser. Pop to absolutna ikona. Jest jednym z największych ocalałych dinozaurów rocka, ale jego fanów można podzielić na dwie kategorie: ci, którzy twierdzą, że nie zrobił nic wartościowego od późnych lat siedemdziesiątych i ci, którzy znajdują wiele frajdy w jego twórczości także i we współczesnych czasach. Jego muzyka jest czasami trudna do sklasyfikowania ponieważ różni się stylem muzycznym.

Najnowszy krążek również do wyjątków nie należy. Rozpoczyna się od utworu Frenzy. Kompozycja jest pełna żółci i gniewu. Zdecydowanie nie nadaje się do tego, by w biały dzień odtwarzać go na w radiu. Got a dick and 2 balls, that's more than You all / My mind i'll be sick if You I suffer the pricks. Tymi słowami Pop wita się ze słuchaczem. Utwór przypomina mi Stoogie i to bardzo mocno. To rewelacyjny początek płyty i naprawdę zgrabne tempo. Iggy ma 75 lat, a nie złagodniał ani trochę. Jest dla wszystkich nadzieja. Dalej wcale nie jest gorzej. Strung Out, Johnny co prawda spowalnia, ale przyciąga ciosy. Artysta porusza kwestie swojego uzależnienia i wszystkich jego konsekwencji. To wyjątkowy numer na płycie, a jego wokal brzmi tu fantastycznie. New Atlantis utrzymuje tempo powolne i nastrojowe. To rodzaj listu miłosnego Popa do swojego adoptowanego miasta Miami, ale przypomina nam też o podnoszącym się poziomie zagrożeń wśród społeczeństwa - gangsterka, ubóstwo itp. 

Poziom energii ponownie rośnie wraz z utworem Modern Day Rip Off. Szyderczy i agresywny wokal Iggy’ego oraz tempo sprawiają, że nogi same proszą się o ruszenie w pogo. Tak miałem przy pierwszym odsłuchu, choć jestem już trochę na to za stary, a i zdrowie nie takie jak kiedyś. Chwilę później Pop ostudza nas z tych emocji za sprawą Morning Show. Z jednej strony nie stracił swojej agresywności, a z drugiej - pokazuje też refleksyjną duszę. To rzecz o nieuchronnym starzeniu się. Nikt z nas nie jest ze stali. Kompozycje The News For Andy oraz My Animus Interlude to eksperymentalne utwory typu wypełniacz. Mogą słuchacza zabawić, a może nie! No Punk zaś brzmi jak ta cała fala pop-punka, która narodziła się w latach 90-tych. Na pierwszy rzut ucha rzuca się tutaj Green Day ze swoim albumem Dookie z 1994 roku. Może nie każdy lubi ten klimat, ale słychać, że Iggy bawi się przy tym naprawdę przednio. All The Way Down przypomina mi na krótko wokal Alice Coopera, zanim skręci w typowe terytorium wokalne Iggy'ego. To świetna melodia ze świetną przerwą na solo gitarowe. W Comments Iggy nuci przy wtórze syntezatorów, gitar i perkusji. To wszystko tworzy zachwycające fale dźwiękowe jakby z początków lat 90-tych. The Regency to kolejny utwór, który nie jest przyjazny dla radia, pełen gniewu i wypowiedzi, ale w niektórych miejscach dźwięk przywodzi mi na myśl Teardrop Explodes. Iggy drwi sobie, jak tylko potrafi.

Muzyk przez lata współpracował z wieloma wspaniałymi muzykami. Podczas gdy David Bowie jest najczęściej wymieniany, Andy McCoy (Hanoi Rocks) i Steve Jones (Sex Pistols, Professionals i nie tylko) znajdują się na długiej liście tych, z którymi połączył siły, by tworzyć muzykę. Na Easy Loser również mamy całą śmietankę znakomitych gości, takich Duff McKagan z Guns N’ Roses, Chad Smith z Red Hot Chilli Peppers oraz świętej pamięci Taylor Hawkins z Foo Fighters. Producentem albumu jest Andrew Watt (odpowiedzialny za ostatnie solowe wydawnictwa Ozzy'ego), który również gra na gitarze iw obu przypadkach sprawdza się znakomicie.


Jest to świetny album, wart czasu i inwestycji. Fani Iggy'ego powinni go natychmiast kupić. Mieszanka muzycznych stylów daje albumowi trochę oddechu i sprawia, że całość jest ciekawsza. Lirycznie Iggy jest refleksyjny na temat wieku, narkotyków i stanu szerszego świata, ale muzycznie wciąż ma czas, by chwycić Cię za kark i wstrząsnąć Tobą porządnie. Bardzo udany początek roku 2023👍 Bartas✌

niedziela, 22 stycznia 2023

Rewolucja nadchodzi! Rewolucja jest kobietą! O fenomenalnym albumie "Revolution Comes In Waves" grupy Izzy And The Black Trees słów kilka...

Jest już prawie koniec miesiąca nowego roku, a bartasowy blog świeci pustkami. Ostatni raz odwiedziłem go 19 listopada przy okazji recenzji albumu Droga rewelacyjnych debiutantów z Krakowa - grupy Besto. Od tamtej chwili działo się właściwie niewiele poza pracą rzecz Muzycznego Zwierza, której od prawie roku jestem oddany bez reszty (bardziej niż blogowi, co trzeba będzie w tym roku troszkę zbalansować) czy podsumowaniem muzycznym, który już się w tamtym czasie układał. No, właśnie. Wydawało mi się, że nic się już nie dzieje i nie stanie, więc nie było za bardzo o czym pisać na blogu. Kiedy zestawienie było skończone i zatwierdzone, dowiedziałem się o grupie z Poznania, której najnowsza płyta jest w ścisłych czołówkach polskich płyt roku 2022. Ta grupa nazywa się Izzy And The Black Trees. Zespół tworzą Izabela “Izzy” Rekowska na wokalu, Mariusz Dojs na gitarze i wokalu, Łukasz Mazurkowski na gitarze basowej oraz Mateusz Pawlukiewicz na perkusji. Określają siebie jako nieślubne dziecko Patti Smith i Roisin Murphy ze szczyptą fuzzzzzz. Ściślej mówiąc jest to polski post-punkowy kwartet, który ma w swoim dorobku kilka singli. W roku 2020 wydał swój debiutancki album Trust No One z ośmioma świetnymi numerami.



7 października 2022 roku nakładem wytwórni Antena Krzyku ukazał się drugi album grupy zatytułowany bardzo nośnie Revolution Comes In Waves. Już przy pierwszym odsłuchu ma się to uczucie, że poprzednie nagrania nie dorównują tym, co zespół zaprezentował na najnowszym krążku. Revolution Comes In Waves zawiera dziesięć energicznych post-post punkowych kawałków. Jednakże pierwszą rzeczą, jaką zauważamy to fakt, że Izzy And The Black Trees nie jest kolejnym zespołem post-punkowym. Takiego grania jest dzisiaj bardzo dużo i pewnie nie zwróciłbym swojej uwagi na nich, gdyby nie fakt, że oprócz dominującej estetyki zapożyczonej z tego konkretnego gatunku, można odnaleźć wiele innych świetnie uzupełniających się gatunków i elementów. Odnajdziemy tu najlepsze właściwości noise rocka, garażowego brzmienia, rocka alternatywnego, jak również wpływów indie rocka. Można by rzec, że Izzy And The Black Trees to zderzenie post-punka z noise rockiem, podczas gdy reszta wymienionych gatunków muzycznych to więcej niż konieczne dodatki, ulepszenia i dekoracje. Ale to wszystko jest bardzo spójne. Każdy numer oferuje sprytnie zmontowane melodie, harmonie, progresje akordów, riffy i inne dźwiękowe smakołyki. Bardzo ciekawie i interesująco brzmi linia basu, podczas gdy umiarkowane sekwencje rytmiczne utrzymują resztę grupy w ryzach. Największe jednak wrażenie zrobił na mnie wokal Izy, która akcentuje poszczególne momenty na całym albumie.


Piosenka musi posiadać tekst - jak nam kiedyś śpiewała Kasia Nosowska. A teksty na albumie są absolutnie bezkompromisowe. Weźmy na przykład taki otwierający album kawałek I Can't Breathe, którego interpretacja może być rozumiana zarówno w kontekście historii czarnoskórego George’a Lloyda, uduszonego przez funkcjonariuszy policji, jak również w kontekście wszystkich kobiet w Polsce i na całym świecie, które walczą o prawo do stanowienia o własnym ciele. Liberate to opowieść o kobiecie, która od wieków walczy o swoje prawa, tocząc tę samą, starą i żmudną bitwę. Inspiruje też inne kobiety i daje nadzieję na lepsza przyszłość. I ja, facet, tak bardzo utożsamiam się z tymi tekstami, że aż mnie ponosi, by napisać: spierdalać, dziady cholerne, od kobiet i ich macic!  Mamy też świetny numer Petty Crimes, który przedstawia obraz społeczno-polityczny w krajach, w których odbywają się wybory prezydenckie i rządowe - sfałszowane. To numer o braku poszanowania demokracji. Autorka tekstu, czyli Iza, mówiła o tym utworze tak: Pisząc piosenkę myślałam o sytuacji politycznej w Polsce, gdzie jest tzw. wybór, podczas gdy w rzeczywistości tak nie jest. Obecny stan demokracji w naszym kraju jest postrzegany jako wadliwy nie tylko przez inne kraje, ale także przez wielu młodych ludzi, którzy nie popierają partii rządzącej, sposobu, w jaki traktują środowiska LGBT+ i ograniczają prawa do aborcji. To nie jest w porządku, nie tak powinno wyglądać współczesne społeczeństwo, zmiana jest potrzebna i musi nastąpić szybko, bo inaczej będziemy ptakami na linie. Trudno się z Tobą nie zgodzić, Iza! W pełni popieram Twoje słowa👏
Być może Izzy And The Black Trees są stosunkowo nowym zespołem na scenie, ale sądząc po ich nagraniach, brzmią jak profesjonaliści. Revolution Comes In Waves to pozycja absolutnie obowiązkowa. Biję się w piersi, pluję sobie w brodę, że odkryłem ten zespół i tę płytę tak późno. Z pewnością byłaby w ścisłej czołówce top 10 płyt polskich. No, trudno - się mówi. Potraktuję to jako dobry appendix i suplement do top 10. A Ty, Drogi Czytelniku, jeśli jesteś fanem takiego brzmienia i tekstów z pełnym zaangażowaniem, nie zwlekaj. Odwiedź sklep Antena Krzyku i zdobądź najnowszy album grupy Izzy And The Black Trees. Satysfakcja gwarantowana! 💣💥😍








Bartas✌

sobota, 19 listopada 2022

"...Tylko zielony nadziei płomień..." Fantastyczny debiut krakowskiej grupy Besto - "Droga".

 

Młodzi rosną na robocie. Tak zwykł niegdyś mawiać wielopokoleniowy radiowy guru - Piotr Kaczkowski. I coś w tym jest. Choć zespół, którego dzisiaj Wam przedstawię dopiero debiutuje, można śmiało powiedzieć, że wpisuje się w te ramy. Jako stary grunge’owiec i Wybitny Queenolog uwielbiam odkrywać nowe zespoły. Także z naszego rodzimego podwórka, mimo iż polskiej muzyki słucham mniej. Dzięki mojej serdecznej koleżance redakcyjnej Annie Wilkoń z e-magazynu Muzyczny Zwierz odkryłem w tym roku muzykę krakowskiej grupy Besto. Zespół powstał w 2019 roku. Tworzy go sześciu ludzi, których wielką miłością i pasją jest muzyka, połączenie stylu i zabawa dźwiękami. To bardzo umiejętne połączenie ostrych gitarowych riffów z rapowanymi wstawkami i świetnym żeńskim wokalem. W skład zespołu wchodzą: Karolina “Lola” Kuś na wokalu, Grzegorz Woźniak wokal rapowany, na gitarach zasuwa dwóch Bartłomiejów - Gil i Wróbel - na gitarze basowej Michał “Młody” Wróbel, zaś na perkusji Mateusz “Koza” Kozaczka. Bardzo ciekawa jest historia powstania zespołu, ale nie będę jej tutaj przytaczał. Odsyłam Was, Drodzy Czytelnicy, do naszego specjalnego festiwalowego wydania Muzycznego Zwierza. Tam znajdziecie wywiad, którego przeprowadziła z grupą wspomniana wyżej koleżanka z naszej reakcji. Przeczytajcie, bo naprawdę jest to bardzo ciekawy wywiad. A zespół - mega sympatyczny. 


19 lutego 2022 roku ukazała się ich debiutancka płyta pt Droga. Na początku muszę bardzo mocno podkreślić, że Besto urzekli mnie nie tylko zajebistym połączeniem dwóch światów, czyli rocka/metalu i rapu, które są mi dość bliskie. Urzekł mnie także warstwą liryczną, ważnymi tekstami, które bardzo mocno trafiają do mojego serducha. Tytuł albumu Droga jest bardzo adekwatny do całości treści albumu. Pokuszę się o stwierdzenie, że jest to concept-album. Rozpoczyna się niedługim Intro, który muzycznie bardzo przypomina mi starą dobrą Paktofonikę. Powolne flow Grzegorza uświadamia nam z czym będziemy mieli do czynienia podczas całej naszej muzycznej wędrówki - z poszukiwaniem własnej drogi życiowej. Warto mieć marzenia i do nich dążyć, ale nie po trupach, nie kosztem innych. Wtedy bowiem rodzi się w nas agresja, popadamy w nałogi i zamiast piąć się w górę ciężką pracą to spadamy w dół. Idąc dalej mamy kompozycje Arywista. Tu już wchodzi ostre gitarowe granie i mocny, pełen zaangażowania w treść wokal Loli, co jakiś czas przeplatany z rapem Grzegorza. Refren utworu tytułowego, czyli Droga, po pierwszym odsłuchu tłukł się bardzo długo w mojej głowie i nie chciał wyjść: W moich marzeniach nie ma czasu / Tylko zielony nadziei płomień / Pytam się celu, znam już drogę / Ale wpadam prosto w ogień. Tekst jest mi bardzo bliski, a to dlatego, że tak bardzo odzwierciedla to, co działo się w moim życiu jeszcze parę ładnych lat temu. Poczekalnia Dusz był singlem zapowiadającym album. Rzeczywiście - każdy z nas w niej bywał.

Na tej płycie jest też chwila intymności. Jak choćby utwór Upojona, którego tekst traktuje o tęsknocie za ukochaną osobą i kryzysie w związkach. Liryzm Loli wręcz urzeka i ciężko obok tej kompozycji przejść obojętnie. Muzycznie zaś ma w sobie coś z Evanescence i ich wielkiego hiciora Bring Me To Life. Chwilą oddechu od tych trudnych życiowych tematów jest instrumentalny utwór zatytułowany Oddech, w którym to możemy podziwiać ciekawy warsztat gitarowy i niezłą sekcję rytmiczną. Niezwykle motywuje i pobudza mnie do działania utwór Decyzje, zaś Strefa odzwierciedla moje poczucie przynależności do kameralnego grona osób, z którymi czuje się dobrze i pewnie i którym mogę zaufać. 

"Dla Bartasa. Spełniaj marzenia!" 

Dziękuję 😍

Czym jest Besto? W języku esperanto oznacza po prostu zwierzęta. Zdecydowanie jest to zwierzyna muzyczna, która ma ogromne szanse podbić rynek i zjednać ze sobą dwa - czasem i nawet skłócone - światy: metal i rap. Swoją debiutancką płytą udowodnili, że mają coś ludziom do przekazania. Z jednej strony te tematy w utworach mogą się wydawać dość oklepane i oczywiste. Z drugiej zaś jest coś w tym, co przyciąga i nie pozwala się uwolnić - świetny i pełen emocji wokal Karoliny i rapowane wstawki Grzegorza. Świetnie się razem uzupełniają. Ponadto świetnie brzmią gitary, sekcja rytmiczna i cała produkcja. Słyszałem, że zespół jest w trakcie nagrywania kolejnej płyty, która ma być inna od debiutu. No, jestem bardzo ciekawy jaką teraz drogę obiorą - muzyczną i życiową. Dziękuję z całego serducha za masę pozytywnego przekazu oraz za piękną dedykację na płycie, którą dostałem od Was za pośrednictwem Ani (której też bardzo dziękuję): Dla Bartasa. Spełniaj marzenia! I będę spełniał, ale ciężką pracą, a nie po trupach. Mocno Wam kibicuję i życzę wszystkiego dobrego. Besto to mój zdecydowany faworyt wśród tegorocznych debiutantów. A Wy, Drodzy Czytelnicy, nie traćcie czasu. Odpalcie płytę Droga. To lek na skołataną duszę😍







Bartas✌

niedziela, 13 listopada 2022

Biała Toyota na dachu, melancholia oraz geniusz liryzmu. Arctic Monkeys i ich najnowsze (arcy)dzieło - "The Car".

 

Spoglądam na okładkę tej płyty i… co tam widzę? Na dachu parkingu w Los Angeles stoi samotnie biała Toyota Corolla. Cholera wie skąd się tam znalazła, co jest w bagażniku lub w schowku, i czy wcześniej jej właściciel nie spowodował jakiegoś wypadku i nie uciekł z miejsca zdarzenia. Myślę jednak, że dekodowanie okładki The Car, czyli siódmego studyjnego albumu Arctic Monkeys, przypomina próbę dostania się pod maskę samego zespołu. Owiana jest tajemnicą, niezwykłością i - co najważniejsze - stanowi część zabawy. Dotychczasową historię kariery Arktycznych Małp podsumować możemy nieustającymi innowacjami i niezłomną pracą zespołu. Moja przygoda z ich muzyką zaczęła się w 2013 roku, gdy światło dzienne ujrzał ich piąty studyjny album zatytułowany AM. Singiel promujący Do I Wanna Know? do porzygu był grany w Radiowej Trójce. A przecież było tyle innych świetnych kawałków na tej płycie. Spodobało mi się to granie i niemal natychmiast sięgnąłem po wcześniejsze ich dokonania. Szósty album studyjny zespołu Tranquility Base Hotel & Casino został wydany w maju 2018 roku i spotkał się z uznaniem krytyków, ale jego stylistyczne odchylenie polaryzowało słuchaczy. 


Zaraz po zakończeniu południowoamerykańskiej części trasy koncertowej związanej z poprzednim albumem, lider zespołu, Alex Turner, zaczął myśleć o nowej muzyce z pomysłem napisania „piosenki, która mogłaby zamknąć koncert”. Jego zamiarem był powrót do bardziej gitarowego, ciężkiego brzmienia, choć nie takiego, jakie widzieliśmy na poprzednim albumie AM. Pierwsze próby do napisania materiału na album rozpoczęły się na przełomie kwietnia i maja 2019 roku. Nagrania zaś - pod koniec roku 2019 w La Frette. Z konsoletą ponownie zasiadł James Ford. Te wersje jednak zostały odrzucone, a przetrwała tylko wczesna wersja utworu Hello You. Turner wrócił do nagrywania w 2020 roku w swoim domowym studiu w Los Angeles. Początkowo był nastawiony na ostre brzmienie gitar, ale słabo mu to wychodziło. Napisał i nagrał utwory na gitarze akustycznej i pianinie. Kierunek albumu został ugruntowany. 21 października 2022 roku ukazał się długo oczekiwany nowy album Arctic Monkeys - The Car.



Album otwiera kompozycja There’d Better Be A Mirrorball - senna, nostalgiczna, z gładkim brzmieniem gitary i pianina. Powolny, ale niezwykle doskonały początek - płynne przejście muzyczne z ich poprzedniej płyty i mocne i liryczne wprowadzenie do nowej, w której Alex Turner rozpoczyna muzyczną podróż, mówiąc słuchaczowi: Don't get emotional, that ain't like You. Następny utwór, I Ain’t Quite Where I Think I Am, podąża za odważną, funkową linią basu, która niemal natychmiast zmienia klimat albumu. Funk i rock psychodeliczny z lat 70-tych sprawiają, że jest to uderzająco wyjątkowe, podczas gdy elementy barokowego popu są kontynuowane w optymistycznym, jakże uzależniającym Hello You, znajdującej się w drugiej części albumu. Kolejnym wyróżnikiem jest Sculptures Of Anything Goes. Jest to prawdopodobnie najbardziej ekscytująca kompozycja na albumie. Zawiera bowiem mroczne, posępne brzmienie przypominające (znienawidzone przeze mnie) Do I Wanna Know? z płyty AM wraz ze złowieszczym liryzmem. Mamy też nieco retro popu w postaci Jet Skis On The Moat. Jest to piękna, powolna ballada z wybuchowym punktem kulminacyjnym, co czyni ją tak fascynującą. Kompozycja tytułowa chatakteryzuje się meandrującą gitara akustyczną, tworząc niesmowicie kinowa atmosferę. Wspomniany dwukrotnie już Hello You to optymistyczny barokowy pop, podczas gdy Mr Schwartz jest dziełem niezwykle spokojnym i intymnym. Album zamyka kompozycja Perfect Sense - to soczyste muzyczno-liryczne zakończenie, w którym Turner nuci z nieskrywaną satysfakcją: Sometimes, I wrap my head around it all / And it makes perfect sense


The Car urzekł mnie nie tylko warstwą muzyczną, ale i geniuszem liryzmu Alexa Turnera. Pokazał na tym albumie, że jest nieprzeciętnym autorem piosenek swojego pokolenia. Opowiada historie, dostarcza mnóstwa refleksji i pozwala swojemu umysłowi wędrować po drogach, które często są niejasne, nieco enigmatyczne, ale zawsze poetyckie i intrygujące. The Car w dużej mierze służy jako sposób na pokazanie mroczniejszych elementów lirycznych albumu. Atmosferę vintage glamour przenika uczucie przemieszczenia, melancholii i tęsknoty. Można by spędzić wiele dni na rozkładaniu na czynniki pierwsze tekstów utworów na The Car, ale jednym z jego najważniejszych tematów lirycznych są niewątpliwie refleksje Turnera na temat zespołu i jego nieustannie ewoluującego stylu muzycznego. W szczególności obejmuje to krytykę Tranquility Base Hotel And Casino z 2018 roku ze względu na znaczne odejście od “zwykłego” alternatywnego brzmienia rockowego zespołu. Mam też wrażenie, że w Sculptures Of Anything Goes Turner wydaje się mówić wprost do swoich krytyków: Guess I'm talking to You now / Puncturing Your bubble of relatability / With Your horrible new sound. To nawiązanie do krytyki jego ruchu w kierunku bardziej niejasnego liryzmu i odejście zespołu od popularnego brzmienia. Podobnie jest z Big Ideas, który odnosi się do trudności i niemożności odtworzenia ich dawnego brzmienia: I had big ideas, the band was so excited  / The kind You'd rather not share over the phone / But now the orchestra's got us all surrounded / And I cannot for the life of me remember how they go.


Arktyczne Małpy nagrały najlepszy album w całej dotychczasowej karierze Podczas gdy Tranquility Base Hotel And Casino był wyjątkowo zunifikowanym, spójnym albumem, tak na The Car słyszymy, jak Arctic Monkeys zapuszcza się dalej w różne dźwięki i podejmuje nieoczekiwane, ekscytujące zwroty na jednym nagraniu. Krążek przypomina twórczość i style takich artystów jak David Bowie, Pink Floyd i The Beatles. The Car to oszałamiający dorobek zespołu, który nieustannie ewoluuje i prezentuje niesamowitą muzykę i z pewnością stanie się jednym z ich klasyków. Jasne, że ta ich nowa odsłona nie wszystkim przypadnie do gustu. Ale dla tych, którzy ją pokochają będzie to absolutna rozkosz duszy i ciała. To perfekcyjnie płynny postęp zespołu. Podczas gdy Tranquility Base Hotel And Casino był uderzającym punktem zwrotnym od swojego rockandrollowego poprzednika, AM, The Car wydaje się naturalną ewolucją. Jak dla mnie to jedna z czołowych wydawnictw 2022 roku. Bardzo gorąco polecam😍








Bartas✌




sobota, 12 listopada 2022

Niezbadana dusza. Bruce Springsteen w coverach swoich idoli z lat młodzieńczych - "Only The Strong Survive".

 

Krótko po wydaniu swojego 20 studyjnego albumu Letter To You w 2020 roku, Bruce Springsteen powrócił do studia. Był to czas głębokiej pandemii Covid-19 i - jak to bywało u wielu artystów - zaszył się swoim w domowym studio w Colts Neck w USA i wziął się do pracy. Wraz z producentem Ronem Aniello i inżynierem dźwięku Robem Lebretem ochrzcili się Nocną Zmianą z powodu nietowarzyskich godzin pracy. Zabrali się do kompilacji coverów, ale ostatecznie wyrzucono pierwszy szkic. Podczas drugiej próby Boss znalazł płodny temat, który chciał zbadać. Tak właśnie powstał album Only The Strong Survive, który jest głębokim zanurzeniem się w świat soulu i r’n’b. Bruce Springsteen i muzyka soul? Ależ oczywiście. Zawsze był fantastycznym wokalistą soulowym, ale zawsze skłaniał się ku własnej marce hymnowego rocka granego z serca. Tak, były flirty z innymi gatunkami na albumie We Shall Overcome: The Seeger Sessions z 2006 roku. Ale, tak prawdę mówiąc, jego korzenie duszy nigdy nie zostały w pełni zbadane, aż do teraz. 

Nowy album Bruce'a to starannie wyselekcjonowana kolekcja jego ukochanych utworów soul i R&B, która jest uosobieniem różnorodności. To nie jest prosta składanka best of Motown. Jest to bardzo wnikliwa dźwiękowa podróż przez gatunek, który zawsze w nim rezonował. Tylko silni przetrwają. I to jest prawda. Niewielu jest artystów, którzy mogą przetrwać w głównym nurcie zmieniających się trendów muzycznych. Boss nie ma z tym problemu. To nostalgiczne wspomnienie koncentruje się na wykonywaniu piosenek niektórych wielkich artystów soul, w tym Dobiego Graya, Jerry'ego Butlera, Davida Ruffina, Roya Orbisona, The Commodores i innych. Jednoznacznie jasne jest, że pasją Bossa do tego gatunku jest entuzjazm. Only The Strong Survive to rodzaj listu miłosnego do gatunku amerykańskiego śpiewnika soul, który ukształtował go w latach jego wczesnej młodości. To także idealna okazja dla bardzo młodych odbiorców, by ci mogli dokonać wspaniałego odkrycia pierwszych kilku lat istnienia rock’n’rolla. Chrapliwe tony Bossa wciąż są bardzo mocno wyeksponowane, ale są w nim także emocje, wrażliwość i nieokiełznana pasja.  Album otwiera kompozycja tytułowa autorstwa Jerry'ego Butlera. Jej tekst niemal uosabia uczucia Springsteena do tego stylu muzycznego. Już od pierwszych taktów możemy się przekonać jaką miłością i szacunkiem ten 73 letni muzyk darzy te piosenki. To nie jest tylko album z coverami. To coś więcej, to hołd złożony ty artystom. To głębokie uczucie można znaleźć także w takich utworach jak choćby Soul Days Dobiego Greya, a bogactwo i frazowanie głosu Bruce’a sprawia, że momentami jest on lepszy od oryginału. Artysta zabiera nas w żywą i radosną, bardzo swobodną eksplorację przestudiowanych coverów soul. Jednym z najbardziej wyróżniających się momentów na albumie jest klasyczna kompozycja Davida Ruffina - What Becomes Of The Brokenhearted. Wybór jest oczywisty, ale wykonanie naprawdę znakomite, a szybująca i majestatyczna aranżacja w połączeniu z namiętnym wokalem Bruce'a naprawdę nadaje ton albumowi i jest dopracowanym, ale delikatnym przeobrażeniem piosenki. Sami posłuchajcie. Krążek kończy się optymistycznym Someday We’ll Be Together Diany Ross i The Supremes, zgodnie z ogólnym tematem albumu i ponadczasową magią Motown, która sprawia, że złamane serce i tęsknota stają się celebrowane. Album Only The Strong Survive nie tylko rzuca światło na to, co inspiruje jednego z największych żyjących amerykańskich autorów piosenek, ale także działa na rzecz zachowania wielkich przeszłości i zapewnia, że najlepsza muzyka i historie przetrwają. Bez wątpienia Only The Strong Survive jest przykładem niesłabnącego zaangażowania Springsteena w najwyższej klasy muzykę i produkcję. Polecam gorąco😍 Bartas✌


czwartek, 3 listopada 2022

Jesteśmy zespołem rockowym. 25 lat temu ukazał się album kompilacyjny grupy Queen pt: "Queen Rocks".

 

Zespół Queen ma na swoim koncie kilka składanek z największymi przebojami. Najważniejsze z nich to oczywiście Greatest Hits I (1981) oraz Greatest Hits II (1991). I właściwie na tym można by było zakończyć, bowiem właściwie niczego nowego nie nagrają. Ok, w 1995 roku ukazała się płyta Made In Heaven, która (absolutnie zasłużenie) odniosła ogromny sukces. Poznaliśmy nowe utwory i znane w nowszych aranżacjach. Ale to miało sens. Czy wystarczy to na tyle, aby dalej podsumować ten niesamowity katalog Królowej? Zdania są podzielone. W roku 1999 ukazała się kolejna kompilacja z tego cyklu z dopiskiem Queen +. Ja jednak dzisiaj chciałbym pochylić się nad zupełnie inna kompilacją, która została wydana dwa lata wcześniej. Pamiętacie zapewne mój poprzedni wpis o singlu No-One But You (Only The Good Die Young) dedykowanym Freddiemu. Wspomniałem wówczas, że pozostała trójka muzyków Queen starała się, by nagrać go na czas i dołączyć do specjalnej kompilacji zatytułowanej Queen Rocks. Właśnie dziś, 3 listopada, mija dokładnie 25 lat od jej wydania. Album ukazał się 3 listopada 1997 roku. 


Ta kompilacja jest szczególna w katalogu Queen. Nie zawiera w sobie sztandarowego formatu the best of. Oczywiście - hity są. Jednakże postawiono tutaj na wybór utworów z pazurem. Zespół miał wrażenie, że niektóre z tych wczesnych albumów Queen nieco odeszły w zapomnienie i chciał przypomnieć swoim fanom, że zawsze był zespołem rockowym. Dlatego miło by było im dać to, co nie do końca dostali na poprzednich składankach. Wszystkie albumy Queen składają się zarówno z mocnych brzmień, jak i z łagodnych. Made In Heaven zaś był dość spokojny, balladowy. Dlatego właśnie powstał ten pomysł wydania albumu z mocniejszym brzmieniem. Przecież to właśnie za to fani Queen polubili ich od samego początku. 


Koncepcja albumu jest godna pochwały, ale ostateczna realizacja pozostawia wiele do życzenia. Najbardziej dominuje tu Brian. Właściwie trzy czwarte składanki to jego utwory. Dwa kawałki należą do Rogera, tylko jeden do Freddiego i dwa podpisane jako Queen. Ciekawostką jest nowa wersja I Can’t Live With You z mojego ukochanego po wsze czasy albumu Innuendo. O ile pierwotna wersja jest piękna i poruszająca, o tyle … nie ma w niej aż takiego rockowego pazura. Widocznie Brian i Roger uznali, że kompozycja jest na tyle znakomita (bo jest!), że warto dać jej drugie życie. Panowie (bez Johna Deacona) weszli do studia, by nagrać nowe partie gitary i perkusji, przekształcając utwór w godnego rocka. Mamy też zupełną w tamtym czasie nowość - wspomniany No-One But You (Only The Good Die Young), o którym możecie przeczytać tutaj. Oczy przykuwa także okładka płyty. Jest to klasyczne logo, które pierwotnie zaprojektował oczywiście Freddie. Ten wybuchający herb to dzieło grafika Richarda Greya.


Album dla wielu był rozczarowaniem. Sami też muzycy nie są zadowolenie z efektu końcowego. May przyznał na konferencji prasowej: Szczerze mówiąc, zrobiono to w pośpiechu, a koncepcja, która za tym stoi, to eksplozja herbu. Myślę, że wszyscy czuliśmy, że może nie do końca tak to sobie wyobrażaliśmy, ale czasu było bardzo mało. Mimo wszystko... warto mieć tę składankę😊








Bartas✌

35 lat temu ukazał się jeden z najlepszych debiutów w historii muzyki - "Ten" grupy Pearl Jam.

  Po śmierci Andy’ego Wooda Gossard i Ament zawiesili działalność. W czasie tej separacji Gossard spędził swój czas na pisaniu materiałów, k...