niedziela, 8 listopada 2020

Wreszcie coś się ruszyło, czyli rzecz o trzecim albumie Queen - "Sheer Heart Attack".

Listopad Królową stoi. Przedwczoraj wspomniałem o płycie
Made In Heaven, ostatnim wielkim i prawdziwym albumie Queen. Natomiast dziś cofam się daleko, daleko wstecz, by opowiedzieć Wam o ich trzecim albumie w karierze. Tak, Sheer Heart Attack jest trzecim studyjnym albumem grupy Queen, który został wydany ósmego listopada 1974 roku przez wytwórnię EMI Records w Wielkiej Brytanii oraz Elektra Records w stanach Zjednoczonych. Album ten charakteryzuje się odejściem od dotychczasowych progresywnych motywów przedstawionych na dwóch pierwszych krążkach zespołu. Pojawiły się na nim bardziej popowe i konwencjonalne utwory rockowe. Był to krok dalej jeśli idzie o klasyczne brzmienie Queen. Producentem był sam zespół oraz Roy Thomas Baker. Album był pierwszym małym sukcesem grupy. No, ale po kolei. Po wydaniu wspaniałego albumu Queen II grupa Queen wyruszyła w trasę promocyjna jako suport zespołu Mott The Hoople. Koncertowali bardzo intensywnie po całej Wielkie Brytanii. O ile oba zespoły bardzo się ze sobą zaprzyjaźniły o tyle Queen nie do końca byli zadowoleni z roli supportu. Zwłaszcza Freddie. Mówił:  Wspieranie innych kapel jest jednym z najbardziej traumatycznych doświadczeń w moim życiu

Punktem kulminacyjnym okazał się koncert w Bostonie. Wtedy to okazało się, że zespół musi przerwać trasę, bo Brian May był dość poważnie chory. Nabawił się zapalenia wątroby. Przyczyną była najprawdopodobniej zużyta igła, którą został zaszczepiony (on i cały zespół) przed wyjazdem w trasę po Australii. No, więc musieli wrócić do domu, odwieziono go do szpitala, a reszta zespołu tworzyła w tym czasie piosenki i nagrywała, czekając na kolegę. Mieli dwa tygodnie na napisanie materiału. Większość powstawała w studio. Biedny Brian leżał w tym czasie w szpitalu z nierozpoznanym wrzodem żołądka. Koledzy nagrali swoje partie zostawiając koledze sporo miejsca na jego partie wokalne i gitarowe. May zapamiętał to jako dziwne doświadczenie, które pozwoliło mu zobaczyć pracę zespołu, którego był członkiem, od zewnątrz. Był bardzo podekscytowany. W przeciwieństwie do wcześniejszych albumów, Sheer Heart Attack został nagrany w czterech różnych studiach; mimo że nadal pracowali w Trident Studios, zaczęli przenosić się do AIR, Rockfield i Wessex Sound Studios.


Przejdźmy już do samej płyty. Wkładamy płytę do odtwarzacza i … słyszymy jakieś dziwne jarmarczne odgłosy. To utwór Brighton Rock. Tak, słynny utwór gitarowy Briana Maya, który później zostanie wykorzystany instrumentalnie na koncertach podczas kolejnych tras. Został napisany podczas tworzenia albumu Queen II, ale niestety nie wszedł na album, bo nie pasował do reszty zestawienia. Opowiada historii dwóch młodych kochanków o imieniu Jenny i Jimmy'ego spotykających się w Brighton w święto państwowe w tajemnicy przed matką Jenny’ego. Piosenka zawiera przerywnik - solo na gitarze bez akompaniamentu, który szeroko wykorzystuje opóźnienie do budowania harmonii gitary i kontrapunktowych linii melodycznych. Powstało ono z eksperymentów Maya z jednostką Echoplex, gdy próbował odtworzyć swoje orkiestracje gitarowe podczas występów na żywo w utworze Son and Daughter. Dokonał modyfikacji oryginalnego urządzenia, aby mógł zmienić tempo i czas opóźnienia, ponieważ czuł, że nie jest to długość, której potrzebował, i przepuścił echo przez oddzielny wzmacniacz, aby uniknąć zakłóceń. To było bardzo nowatorska rzecz jak na tamte czasy. Na koncercie efekt był nieco inny. Utwór pierwotnie miał być śpiewany w duecie, ale ostatecznie Mercury zaśpiewał zarówno męską, jak i żeńską partię. Na koncertach utwór był wykonywany w różnych wariantach: jako odrębny utwór, w połączeniu z innymi utworami, lub jako rozbudowane solo gitarowe. Idąc dalej mamy pierwszy mały-duży hit zespołu. Killer Queen. Napisany został przez Freddiego w jedną noc i wydany na singlu z podwójną stroną A dnia 11 października 1974 roku (drugim był Flick Of The Wrist). W roku 1975 dotarł na drugie miejsce brytyjskich list przebojów zapewniając im status gwiazd. Według Mercury’ego utwór powstał pod wpływem wczesnych nagrań The Beatles, The Beach Boys, a w warstwie tekstowej – Noëla Cowarda. Utwór opowiada o luksusowej prostytutce. W tekście wymieniane są również postaci takie jak: Maria Antonina, John F. Kennedy czy Nikita Chruszczow. Jak mówi autor: to opowieść o dziewczynie z wyższych sfer. Próbowałem w niej zasygnalizować, że kobiety z klasą też mogą być dziwkami. Ot, cały Freddie. To był mały krok milowy w karierze. Ale prawdziwy wielki sukces był dopiero przed nimi.


Mamy też na albumie pewną piękną suitę. A zaczyna się ona od numeru Rogera Tenement Funster. W wolnym tłumaczeniu możemy przetłumaczyć to jako osiedlowy / miejscowy playboy. Utwór jest o młodości i buncie i powstawał pod nieobecność Briana Maya. Perkusista zaśpiewał wokale główne, a John Deacon nagrał partie basu i gitary akustycznej. Po powrocie ze szpitala May dograł swoje partie. Jak wspomniałem – utwór Rogera jest pierwszą częścią suity, połączony z dwoma kolejnymi utworami napisanymi przez Freddiego – Flick Of The Wrist (wydany na podwójnej stronie A singla Killer Queen) oraz przepiękny, baśniowy Lilly Of The Valley. Ten pierwszy jest niezwykle mroczny. Wokalista śpiewa go w dwóch oktawach jako forma wezwania i odpowiedzi. Nigdy nie tłumaczył co tak naprawdę nim kierowało, pisząc piosenkę o tak brutalnym tekście. Ciekawostką jest fakt, że gdy May wrócił do pracy ze szpitala, przed nagraniem gitary i chórków nie wiedział o istnieniu utworu. Tę mini-suitę kończy Lilly Of The Valley, który w roku 1975 został wydany na singlu w różnych konfiguracjach – w USA jako strona B singla Keep Yourself Alive, w UK – Now I’m Here, o którym za moment opowiem. Tekst autorstwa Freddiego jest nawiązaniem do piosenki z poprzedniego albumu Seven Seas Of Rhye z Queen II, z linijką: Messenger from seven seas has flown / To tell the king of Rhye he's lost his throne. W wywiadzie z 1999 r. Brian May powiedział brytyjskiemu magazynowi muzycznemu Mojo: Rzeczy, które robił w tamtym czasie Freddie były tak mocno zamaskowane, lirycznie ... Ale można było dowiedzieć się, po niewielkim spostrzeżeniu, że było w nim wiele jego prywatnych myśli, chociaż wiele bardziej znaczących rzeczy nie było aż tak bardzo dostępnych. <<Lily of the Valley>> była całkowicie szczera. Chodzi o to, by spojrzeć na swoją dziewczynę i uświadomić sobie, że jego ciało musi być gdzie indziej. To wspaniałe dzieło sztuki…Każda piosenka została nagrana osobno, a następnie zmiksowana razem, tworząc nieprzerwaną całość. Ze względu na tę strukturę wytwórnia musiała wybrać punkty, aby oddzielić każdą ścieżkę na płytach CD z ponownego wydania. Flick Of The Wrist w ten sposób zaczyna się od crescendo kończącego Tenement Funster i kończy nagle przed ostatnim wierszem piosenki ...baby, You've been had. Ten ostatni tekst pojawia się na początku następnego utworu na płycie Lily Of The Valley.


Czy Brian May, będąc w szpitalu, jakoś szczególnie się nudził? Niekoniecznie. Odpoczywał od pracy, ale i nie próżnował. Napisał tam piosenkę, która także trafiła na omawiany dziś album - Now I’m Here. A oto jak jak wyglądała jego karta choroby: Tak, byłem bardzo chory. Na naszej pierwszej amerykańskiej trasie złapałem żółtaczkę, ale nie to było prawdziwym problemem, bo wykaraskałem się dość szybko. Jednak dieta, którą mi zaaplikowano obudziła wszystkie świństwa w moim układzie pokarmowym, które podobno siedziały tam od dzieciństwa. I nagle podczas badania w gabinecie upadłem jak martwy na podłogę. Okazało się, że mój organizm nie wchłaniał pokarmu od kilku miesięcy i to w ogóle cud, że żyję. Wszystko się, dzięki Bogu, dobrze skończyło, Brian wrócił do pracy, a utwór został wydany na singlu 17 stycznia 1975 roku. Opowiada o miłych przeżyciach na trasie z grupą Mott The Hoople. Pojawia się tam wers: Down in the city, just Hoople and me. Podczas trasy promującej album na scenie wykorzystywano pewne triki teatralne z przemieszczaniem się Freddiego od sceny do sceny w ciemnościach. Tym nagraniem kończy się pierwsza część płyty.


Otwieramy drugą stronę płyty i .... słyszymy bardzo wysokie, wręcz piskliwe nuty. To Roger, ale piosenka In the Lap Of The Gods została napisana przez Mercury'ego i zawierała wiele overdubów wokalnych od niego samego i Taylora. Zawiera jedną z najwyższych nut na albumie. Perkusista w dzieciństwie był chórzystą i zawsze śpiewał wysokie partie ze względu na swój wyjątkowo wysoki rejestr. Utwór nie ma lirycznie żadnego związku z kończącym album stadionowym In The Lap Of The Gods ... Revisited. Charakteryzuje go ponura warstwa muzyczna, tubalny wokal Freddiego i krzyki Rogera. Najmroczniejszy i najbardziej dołujący numer na płycie. Warty jednak posłuchania z uwagi na overdub bardzo przestrzenny zresztą. Stone Cold Crazy był jednym z pierwszych utworów, które Queen wykonali na żywo jeszcze zanim utwór został umieszczony na albumie Sheer Heart Attack. Żaden z członków zespołu nie był w stanie przypomnieć sobie kto napisał tekst, kto rozpoczął, dał początek. Całość podpisana jest Queen. Tekst jest o gangsterach i nawiązuje do Al Capone. Utwór charakteryzuje się szybkim tempem. Dał początek thrash – metalowi, jeszcze zanim wynaleziono ten termin. Tak twierdzi Magazyn Q. Utwór grano na każdym koncercie w latach 1974-78. Ciekawostką jest fakt, iż jest to ulubiona piosenka Queen frontmana i wokalisty Metalliki Jamesa Hetfielda. Muzyk zaśpiewał ją na koncercie poświęconym pamięci zmarłego wokalisty, z towarzyszeniem żyjących muzyków Queen oraz Tony'ego Iommiego z Black Sabbath. Dear Friends to krótki, ale jakże urokliwy fortepianowy utwór skomponowany przez Briana z wokalem Freddiego. Uważany jest za najsłabsze ogniwo na płycie, z czym się NIE ZGADZAM. Często, gdy siadam do klawiszy, pianina, fortepianu… gram go. Przepiękna melodia i tekst. A to typowy Brian May i jego wrażliwa dusza, stęskniona, smutna. Trzeci album Królowej i ... proszę bardzo, nasz kochany, cichy i niepozorny Janek, czyli John Deacon, otworzył się z tym oto przesympatycznym numerem – Misfire. Ciekawostką jest fakt, że gra tu na (prawie) wszystkich instrumentach strunowych. Jego pierwsza z prawdziwego zdarzenia autorska kompozycja. Sympatyczna i ten basik.


Niemalże kabaretowy, vodevilowy Bring Back That Leroy Brown został napisany przez Mercury'ego. Wokalista gra tutaj na pianinie oraz na jangle, a także tworzy wielokrotne nakładki wokalne. Brian May zagrał krótką sekcję na ukulele-banjo. Instrument ten ma do dziś, jest to pamiątka po ojcu. John Deacon zaś szarpie za kontrabas. Świetną robotę robi tu Roger Taylor swą gra na perkusji. Magazyn „Drum” chwalił perkusistę, nazywając go dobrym przykładem jego wszechstronności: To naprawdę pokazuje wszechstronność Taylora. Wykonuje dziesiątki kopnięć podczas tej szybkiej i trudnej piosenki i udowadnia, że mógł być perkusistą dużego zespołu lub sprawnie wpasować się w dowolny zespół teatralny, gdyby Queen nie wyszedł mu tak dobrze. Fortepian Honky-tonk, pionowy bas, ukulele-banjo i palący perkusista składają się na świetny czas. Tytuł piosenki nawiązuje do hitu Bad Bad Leroy Brown Amerykańskiego piosenkarza Jima Croce’a, który zginął w katastrofie lotniczej w 1973 roku. Piosenka była wykonywana na żywo, z tym że w wersji instrumentalnej tworząc tzw Medley i ograniczając się do wyśpiewanego przez Mercury’ego wersu that cutie pie. Kiedyś ktoś mnie zapytał: Bartas, Ty jesteś takim wielkim fanem, wręcz fanatykiem Queen. Czy masz jakiś utwór, którego totalnie nie trawisz, nie przepadasz? Dobre pytanie zadała ta osoba, bo taki utwór jest. I jest to jedyny numer w całej karierze Queen, który – wg mnie - jest totalnie ni w cipę ni w oko. She Makes Me (Stormtrooper In Stilettos). Tak, właśnie ta piosenka. A została napisana i zaśpiewana przez Maya. Gitarzysta wraz z basistą Johnem Deaconem grają tutaj na gitarach akustycznych. Powstający także podczas rekonwalescencji muzyka utwór jest dziwny, monotonny, smutny, oparty na dwóch akordach. Jego finał zawiera coś, co Brian nazwał nowojorskimi dźwiękami koszmaru, do którego należą syreny policyjne w Nowym Jorku oraz głębokie odgłosy towarzyszące zamykającym się słupkom. To piosenka o kimś rozważającym i ostatecznie popełniającym samobójstwo, skaczącym z wysokiego budynku - z powodu manipulującej kobiety. Straszny dół! Dobrze, że już nigdy nie popełnił czegoś tak nijakiego, a jednocześnie tak dołującego. No i dochodzimy do finału płyty. Freddie po raz pierwszy pomyślał o napisaniu czegoś, co doskonale sprawdzi się na koncercie, zwłaszcza w kontakcie z publicznością. In The Lap Of The Gods… Revisited. Grany był na żywo od 1974 do 1977. Przez długi czas pozostawał przez zespół jakoby w zapomnieniu. Dopiero podczas ostatniej trasy Magic Tour. Co ciekawe – wielu fanów młodszego pokolenia kompletnie nie znało tego utworu. Szkoda. Tak kończy się trzeci album grupy Queen – Sheer Heart Attack. Dlaczego nie ma nim utworu tytułowego? Ano, dlatego, że nie został ukończony. Umowy terminy i kontrakty swoje zrobiły. Nie dało się już z tym nic zrobić. Tytułowy znalazł się dopiero na albumie News Of The World.


Sesja zdjęciowa. Droga przez mękę.
Okładka jest dość specyficzna. Zaprojektował ją – podobnie jak poprzedni album – Mick Rock, o którym mawia się, że doskonale uchwycił lata 70-te. Przedstawia wszystkich czterech członków Queen, których ciała ułożone zostały w totalnym chaosie. Jakby zmęczeni, spoceni, brudni. A to efekt posmarowania wazeliną i spryskania wodą. Brian wygląda bardzo wiarygodnie – zupełnie jak po wyjściu ze szpitala. Roger był bardzo niezadowolony z długości swoich włosów i chciał, aby mu je przedłużono na okładce. Szacher-macher doskonale widać na odrzuconych wersjach. Ciężko też było zachować powagę. Okładka skupia uwagę, jest czymś innym. Nie przedstawia muzyków Queen w pozycji iście godnej królów i królowych. Sesja fotograficzna była drogą przez mękę. Oddajmy głos Mickowi:
Pamiętam męki, jakie przeszliśmy podczas tej sesji fotograficznej. Wyobrażasz sobie, jak trudno było wszystkich namówić, by nasmarowali się dokładnie wazeliną, a następnie pozwolili się oblać wodą z węża? W rezultacie otrzymaliśmy czterech członków zespołu, wyglądających zupełnie nie po królewsku, opalonych, zdrowych i tak mokrych, jakby pocili się przez tydzień… Wszyscy spodziewali się jakiejś wspaniałej okładki w stylu Queen III, ale to było coś nowego, coś co ich zaskoczyło. Nie dlatego, że się całkowicie zmieniliśmy – bo to był tylko pewien etap przez który przechodziliśmy. Nadal byliśmy tak samo pedziowaci, nadal byliśmy tymi samymi pięknisiami, co przedtem. Chcieliśmy tylko pokazać, że potrafimy zrobić coś innego.

No, coś w końcu się ruszyło w karierze Queen. A sam Freddie o albumie Sheer Heart Attack powiedział tak: Album jest bardzo zróżnicowany, przypuszczam, że osiągnęliśmy skrajność, ale jesteśmy bardzo zainteresowani technikami studyjnymi i chcieliśmy wykorzystać to, co było dostępne. Wiele się nauczyliśmy o technice podczas tworzenia pierwszych dwóch albumów. Oczywiście pojawiła się krytyka, a konstruktywna krytyka była dla nas bardzo dobra. Ale szczerze mówiąc, nie przepadam za brytyjską prasą muzyczną i są dla nas dość niesprawiedliwi. Czuję, że nowi dziennikarze, ogólnie mówiąc, stawiają się ponad artystami. Z pewnością byli w błędnym przekonaniu o nas. Nazywano nas szumem w supermarketach. Ale jeśli zobaczysz nas na scenie, o to nam chodzi. Jesteśmy w zasadzie zespołem rockowym. Sheer Heart Attack był pierwszym albumem Queen, który trafił do pierwszej dwudziestki w USA, osiągając 12 miejsce w 1975 roku. Album został uznany za zawierający bogactwo wybitnych hard rockowych utworów gitarowych. Jak widzimy – album trafił w swój czas. Jednak najwyższy szczyt był dopiero przed nimi 😊







Bartas✌

sobota, 7 listopada 2020

Koniec świata jest bliski. Nothing But Thieves - Moral Panic

Nowości, nowości, nowości. Kojarzycie taki zespół Nothing But Thieves? Powiem Wam, że szczerze, że gdy pierwszy pierwszy ich usłyszałem w 2015 roku nie zrobili na mnie wrażenia. Wokal Conora Masona drażnił mnie niesamowicie. Taki troszkę Adam Lambert, ale mniej wkurwiający. Zdanie moje się diametralnie zmieniło, gdy obejrzałem ich koncert na Najpiękniejszym Festiwalu Świata (jeszcze) Przystanek Woodstock 2017 roku. Nie planowałem pójścia na ten koncert, ale jakoś tak się złożyło, że zachciało mi pójść do wioski piwnej i … trafiłem na ich koncert. Zrobili na mnie piorunujące wrażenie i od tamtej pory … nie powiem, żebym  był jakoś zafascynowany czy zakochany w głosie Masona i muzyce zespołu, ale zdecydowanie jest w nich coś, co zasługuje na uwagę. Kwintet z Essex cieszył się ogromnym powodzeniem w ciągu ostatnich pięciu lat. Ich debiut
Nothing But Thieves osiągnął artystyczny i komercyjny sukces w 2015 roku, a falsetowy wokal Conora Masona okazał się być łatwym pomostem dla fanów Muse. Grupa wprowadziła stylistyczną mieszankę innych współczesnych zespołów rockowych, ostatecznie usadawiając się gdzieś między Royal Blood, a wyzwoloną aurą Foals. Na swoim drugim albumie Broken Machine z 2017 roku stworzyli bardziej unikalną tożsamość, mocniej opierając się na elektrycznych gitarach, jednocześnie wycofując się z zawodzących w stylu Matta Bellamy'ego z Muse partii wokalnych na rzecz uproszczonych i bardziej szorstkich melodii. I dzięki takim posunięciom Nothing But Thieves znalazło się w grupie pełnoprawnych gwiazd współczesnego rocka. Właśnie wydali swój trzeci w karierze album zatytułowany Moral Panic. Już przy pierwszym odsłuchu zdałem sobie sprawę, że zespół nie obniżył lotów. Wręcz przeciwnie - bardziej rozpościera skrzydła do tego lotu, rozciągając zewnętrzne granice ich możliwości jako zespołu. 

Album Moral Panic najlepiej można określić jako pop-rock z szalonym, apokaliptycznym zakrętem. Począwszy od hiper energetycznego i niemal tanecznego otwieracza Unperson, jest jasne, że Nothing But Thieves są gotowi całkowicie otworzyć swój kreatywny arsenał. Unperson to elektro-rockowy banger na pełnym gazie, pełen pulsujących uderzeń perkusji, syntezatorów i złowieszczych wersów w zwrotce - This is not what You think it is/ It's worsektóre z pewnością wywołają dreszcz na plecach każdego obserwującego nerwowo, jak ludzkość powoli rozpada się pod ciężarem własnej nieudolności. Is Everybody Going Crazy przywraca mocne riffy gitar elektrycznych, które charakteryzowały większość albumu Broken Machine. Tylko po to, aby nadać im tak szalenie zaraźliwy refren, gdy instrumentacja zostaje przyćmiona. Mason wślizguje się w liryczny klejnot śpiewając: And in this wounded Sinister place / We've only got each other, co utrzymuje klimaty paranoi i izolacji mocno w pierwszym rzędzie. Tytułowy utwór zaczyna się powolnymi, niesamowitymi wersetami: This is the last day of my life, yours too / Haven't you ever seen the ocean look so blue? / And if we're running out of time / She said, All of the children are so anxious, they're on edge / The air is tense, so tense. Ale później wykluwa się z tego spastyczny dance rock, który wbija w ziemię słuchacza, nie pozwalając mu się oderwać. Real Love Song nie posiada konkretnego refrenu, ale charakteryzuje się hipnotyzującą melodią klawiszy. 


Najważniejszym momentem płyty jest utwór Fobia. Opowiada historię o pewnej osobie, która traci wszelką nadzieję. Jest podzielona na trzy odrębne części, z każdym kolejnym momentem natężenie muzycznego napięcia rośnie. Zespół idzie w R’N’B z elektronicznym bitem, przypominającym bicie własnego serca w uszach. Mason mamrocze: I fuckin' hate the Internet. W połowie utworu seria gorzkich, ciętych riffów zaczyna nadawać utworowi rozpęd prosto na terytorium totalnego ciężkiego rocka. Mason śpiewa w niewątpliwie niższym rejestrze o depresji i izolacji. Można tu dostrzec komentarz do tego, że społeczeństwo polega na samoleczeniu, zamiast jednak przychodzić sobie nawzajem z pomocą: I got some pills, but not so much. Gdy Fobia pogrąża się głębiej w otchłani rozpaczy, wszystko kołysze się coraz mocniej aż do ostatniego refrenu, w którym Conor woła - prawie krzycząc - I'm on a stage and I just can't cope. To najbardziej ambitny utwór w całym dorobku Nothing But Thieves. 


Przedostatni numer Can You Afford To Be An Individual to bardzo wrogi i polityczny utwór, który ma na celu zbiorowe status quo, od lewej do prawej, a jego gniew przekształca się w krzykliwy wniosek: I see you hide behind your alter or your constitution ; Oh, You're a walking contradiction in a MAGA hat ; But now the liberals aren't liberal, they're just as venomous ; And you can't have an opinion unless You're one of us. Kiedy krzyki osiągają apogeum, Mason nawiązuje do imiennika piosenki, wskazując, jak hiperpolaryzacja pozbawia nas naszej prawdziwej tożsamości, określając nas jako dobre lub złe bez rozpoznawania ogromnej szarości, która znajduje się w środku. To z pewnością najbardziej jadowity utwór na Moral Panic i wydaje się być niezbędną kotwicą zarówno tematyczną, jak i muzyczną. Kończący płytę Before We Drift Away dryfuje w morzu bulgoczących dźwięków fortepianu i falujących orkiestrowych smyczków, które nadają jej aurę pośpiechu. To piękna i stosowna konkluzja po piętach agresji poprzedniego utworu.


Trzeci album Nothing But Thieves - Moral Panic - to zdecydowanie najbardziej energetyczny album w repertuarze grupy z Essex. Jest to również ich najbardziej eklektyczny styl, obejmujący różne gatunki muzyczne, od pop / R & B po ciężki riffowy rock alternatywny. Jest płytą idealną bez słabych punktów. Skupia się na kilku ważkich tematach, a jednocześnie podkreśla, że ​​koniec świata jest bliski. Muzycznie jednak zachęca nas to również do machania głowami, tańca i zatracenia się w tej chwili. Wszystko wskazuje na to, że na mojej liście może być w ścisłej 20. Zobaczymy, do końca roku zostało nam półtora miesiąca. Warto posłuchać😊









Bartas ✌


czwartek, 5 listopada 2020

Głos z Nieba. 25 lat temu ukazał się "Made In Heaven" - ostatni prawdziwy album grupy Queen

25 lat temu. Czy to możliwe? A pamiętam jakby to było wczoraj. Byłem już w trzeciej klasie podstawówki. Od śmierci Freddiego minęły wówczas cztery lata, a ja nadal go opłakiwałem. Nie było internetów, fejsbuków i innych portali społecznościowych. Internet w sumie był, ale nie u nas i bardzo kulał. Wszelkie wieści mieliśmy z dobrych programów radiowych (Radiowa Trójka, R.I.P.) i telewizyjnych. Czekałem z niecierpliwością na nowy album Queen. A gdy Mama kupiła mi go na kasecie za sto pięćdziesiąt tysięcy złotych (15 złotych) na Hali Góreckiej w Poznaniu byłem przeszczęśliwy. Katowałem bez przerwy. Kaseta była słuchana w samochodzie niemalże na okrągło. Towarzyszyła nam w naszych podróżach do Karpacza, nad Bałtyk i wszędzie, gdzie tylko się dało. Po dziś dzień pozostaje jedną z najważniejszych płyt w moim życiu. Nie byłbym sobą, gdybym Wam dzisiaj o tym albumie co nieco nie powiedział. Myślę, że warto poznać tę historię. Album został nagrany w zupełnie inny sposób niż pozostałe albumy studyjne Queen. Czytając historię powstania można sobie zadać pytanie czy jest to pełnoprawny album Queen czy kompilacja nieznanych i znanych wcześniej utworów. Bo o ile sama idea wydania tego albumu narodziła się podczas sesji do albumu
Innuendo, o tyle piosenki na nim zawarte pochodzą z różnego okresu kariery Queen, a nie tylko z okresu, gdy Freddie wiedział, że jego dni są policzone. 

Jednakże na początku 1991 roku, gdy album Innuendo został ukończony, wokalista bardzo nalegał na to, by zostawić jak najwięcej nowego materiału, z którego będą mogli korzystać, gdy jego już nie będzie. Ta płyta to swego rodzaju testament. Gasnący w oczach Freddie nie oszczędzał się. Wpadał do studia i nagrywał tyle partii wokalnych, ile mógł. Mówił: Potrzebujemy wokalu? Spoko, wpadnę na kilka godzin do studia i zaśpiewam. Tym samym dał instruktaż reszcie zespołu, by oni mogli ukończyć te piosenki. Nieżyjący już także producent  albumu David Richards wspominał to tak: To, co było naprawdę niezwykłe w tych ostatnich nagranych piosenkach, to fakt, że Freddie nalegał na wykonanie ostatniego wokalu. Zwykle zawsze chciał poczekać, aż cała muzyka zostanie skończona, zanim włączy swój ostatni wokal. Musiał być ku temu powód, myślę, że czuł, że nie było wystarczająco dużo czasu, aby zakończyć to na czas. Co oznacza również, że zdecydowanie chciał, aby te rzeczy zostały ujawnione, po prostu nie ma innego powodu, dla którego miałby to zrobić. Po śmierci Mercury'ego zespół wrócił do studia w 1993 roku, aby rozpocząć prace nad dokończeniem utworów. Chociaż Roger i John rozpoczęli pracę w 1992 roku, kiedy Brian był w trasie promującej swój album Back To The Light. Po powrocie w 1993 roku gitarzysta poczuł, że nie są muzycznie na dobrej drodze i zaczęli mniej więcej od zera. Nie mieli jednak wystarczającej ilości materiału na album, by mógł on się stać pełnoprawnym, kolejnym albumem studyjnym Queen. Manager Queen, Jim “Miami” Beach, postrach całego EMI, zapytał Freddiego co zrobić z jego piosenkami po jego śmierci. Artysta odpowiedział rozbrajająco: zrób co chcesz, ale nie rób ze mnie nudziarza. Nie dyskutując za wiele żyjący członkowie grupy wpadli na pomysł, by przejąć istniejące przeboje Freddiego i zrobić z nich piosenki Queen.

Odpalamy płytę i mamy świetne wejście. Czujecie siłę i późną młodość w głosie Freddiego? Tak, bo to Freddie z końca lat 70 i początku 80. Główny temat ścieżki został nagrany przez Freddiego w 1980 roku podczas sesji do albumu The Game, ale pozostał jako niezabudowany fragment. Zakończyli go dopiero pozostali członkowie Queen po śmierci wokalisty. Dobrze jednak, że Freddie Mercury zmienił tytuł swojego solowego albumu z Made In Heaven na Mr Bad Guy na dwa tygodnie przed jego wydaniem. Przynajmniej tak mógł zostać zatytułowany album Queen. Tak, Made In Heaven pojawił się na solowym albumie Freddiego Mr Bad Guy w roku 1985. Po śmierci wokalisty zespół nagrał swoje partie, a utwór nabrał bardziej rockowego brzmienia, gdyż oryginał nosi znamiona popowej ballady  Uwagę przykuwa tutaj piękna i majestatyczna - jak na Queen przystało - solówka Briana Maya.


W latach osiemdziesiątych Freddie, Elton John I Rod Stewart chcieli założyć trio. Zespół, taki poboczny, który nazywałby się Nose, Teeth And Hair. Idea powstała podczas pijackiej eskapady panów. Na pomysł wpadł Rod. Niestety to nigdy nie doszło do skutku, bo panowie nie mogli ustalić kolejności. Freddie oczywiście chciał, by było Zęby, Nos, Włosy. Zęby to on sam, nos to Rod, a włosy to Elton. Na znak tego, że każdy z nich miał jakiś kompleks. Dlaczego o tym wspominam? Ano, przy okazji kolejnego utworu na albumie zatytułowanego Let Me Live. Pochodzi z sesji do The Works z pierwszej połowy lat 80-tych. W oryginale brał udział wspomniany Rod Stewart oraz Jeff Beck. Utwór jednak nie został ukończony. Po śmierci Freddiego żyjący członkowie odkurzyli nagranie, dogrywając swoje partie bez udziału Jeffa i Roda. Za to bardzo ciekawie brzmi trzech wymieniających się wokalem muzyków Queen – pierwsza zwrotka Freddie, druga Roger, a trzecia Brian. John jak wiadomo nigdy nie śpiewał, bo nie potrafił. Utwór jest w klimacie soul. Freddie kochał gospel i soul, a jego ukochaną śpiewaczką była Aretha Franklin. I co ciekawe - w chórkach śpiewa siostra Arethy - Erma (zm. 7 września 2002).

Freddie mówił: będę pracował i śpiewał tak długo, aż padnę trupem. Nagrywali Mother Love. To był ostatni utwór, jaki wokalista zaśpiewał w studiu. Sesja odbyła się 22 maja 1991 roku. Freddie świadom końca swych dni chciał przekazać w tym utworze jak najwięcej emocji w głosie. W środkowej części utworu wzniósł się na ABSOLUTNE WYŻYNY. Wspomina Brian May: (podczas nagrywania) w pewnym momencie Freddie przerwał i powiedział: <<nie, nie , nie! Trzeba to zrobić lepiej Muszę zaśpiewać wyżej! Potrzeba temu utworowi więcej mocy>> Freddie wypijał kilka kieliszków wódki (pomimo zakazom jego lekarza! - przyp. bart.) i śpiewał dalej. Nawet, gdy nie mógł już stać o własnych siłach dawał z siebie wszystko. Efekt mamy tego właśnie taki – zadziwiający. Potem Freddie powiedział: muszę odpocząć! Jak wrócę to dokończę! Nie dokończył już. Trzecią zwrotkę zaśpiewał Brian na prośbę Freddiego. W końcówce utworu pojawia się jakby taki … film z życia Freddiego i Queen – od fragmentów One Vision, przez słynne Call And Response Freddiego na Wembley, riff Tie Your Mother Down i Going Back (Freddie zaśpiewał to jako Larry Lurex) aż po ... płacz dziecka.

My Life Has Been Saved to piosenka powstała na bazie fortepianu Johna Deacona i pierwszy raz ukazała się w październiku roku 1989 na stronie b singla Scandal. Jednakże w odpowiedzi na uczucia, że utwór nie osiągnął potencjału swojego potencjału w pełni, został całkowicie przerobiony na potrzeby Made In Heaven po śmierci Freddiego. I Was Born To Love You to druga piosenka z solowego albumu Freddiego. O ile pierwotna wersja posiada znamiona piosenki tanecznej, o tyle ta – czysto rockowej. Można się bardziej nad tym utworem zatrzymać. Freddie naszkicował utwór w maju roku 1984 w studiach Musicland w Monachium. Potem odłożył utwór na półkę, twierdząc że nie brzmi zbyt dobrze. Dopiero po usilnych namowach wytwórni, twierdzącej że ma hit numer jeden jak w banku, dopracował do tego syntezatorowe klawisze. Sukces nie był jednak zadowalający. Jednak, gdy trafił w zmienionej wersji na płycie Queen stał się numerem jeden w Japonii i do dzisiaj jednym z najbardziej popularnych piosenek Queen. Co ciekawe słychać tam odgłosy innych utworów Queen – A Kind Of Magic (ha, ha, ha! It’s Magic!) czy Living On My Own (I guess so lonely, lonely, lonely! Yeah!) ze wspomnianego solowego dokonania wokalisty.

Idąc dalej mamy przepiękny, niezwykle pacyfistyczny utwór Heaven For Everyone. Utwór został napisany przez perkusistę Rogera Taylora na swój solowy projekt poboczny The Cross. Pewnej nocy zespół Taylora odwiedził sam Freddie. Po kilku drinkach Mercury rzucił koledze i jego pobocznemu zespołowi pomysłem jak zaśpiewać i zakończyć utwór nagrywając wokal wiodący do tego utworu. Wokalista Queen pojawił się na brytyjskiej wersji albumu The Cross Shove It jako gość z wokalem przewodnim, zaś Roger robił za chórek. Role odwróciły się z kolei na amerykańskiej wersji tego albumu, albowiem śpiewał tam już tylko Roger. Wokal Freddiego wykorzystano później i przearanżowano na płytę Made In Heaven. Utwór stał się ogromnym, światowym hitem.

Mamy ogólnie dwie wersje piosenki Too Much Love Will Kill You. Jedna z wokalem Freddiego, druga z wokalem Briana. Chronologicznie wersja z Freddiem na wokalu jest pierwsza, bo powstawała późną wiosną roku 1988. Światło dzienne jednak ujrzała jako pierwsza wersja Briana na jego solowym albumie Back To The Light we wrześniu roku 1992. Wcześniej muzyk zaprezentował ją premierowo 20 kwietnia 1992 roku na stadionie Wembley podczas koncertu The Freddie Mercury Tribute. Wersja z Freddiem pojawiła się w roku 1995 na albumie Made In Heaven. Autorami piosenki jest Brian oraz jego przyjaciele - Elizabeth Lamers i Frank Musker. Utwór opowiada o ... trudnym wyborze między dwoma kobietami: Brian rozwiódł się z pierwszą żoną Chrissy Mullen, związawszy z Anitą Dobson, z którą po dziś dzień tworzy bardzo szczęśliwy związek. Jeden z czterech utworów, jakie powstały podczas sesji do Innuendo był You Don’t Fool Me. Choć tak naprawdę nie był w pełni skończonym utworem. W 1991 były tylko fragmenty partii wokalnych Freddiego. Utwór ten tak naprawdę nabrał kształtu, gdy producent David Richards złożył te wszystkie ścieżki w całość. Niesamowite wrażenie robi tutaj solówka Briana na gitarze i ten jakby mroczny klimat. Moja Mama nie znosi tego utworu, bo kojarzy jej się z jakimś wiejskim weselem. Szczególnie refren dah dah dah dah śpiewany przez Freddiego. To prawda. Utwór jest taneczny, niemalże dyskotekowy. Ale wiejskie wesele? No, Mamuś, proszę Cię, nie przesadzaj! Posłuchaj, jak świetną robotę robi Brian.

A Winter’s Tale z kolei to ostatni kompletny utwór Freddiego, jaki napisał i skomponował. Ostatnie dwa lata swojego życia wokalista spędzał w Montreux. Wykupił tam apartament, którego wnętrza nie skończyć udekorować. Na początku, gdy jeszcze był zdrowy, nie znosił tego miejsca. Wydawało mu się nudne. Później jednak docenił bardzo spokojne piękno. To miejsce stało się jego azylem przed wścibskimi dziennikarzami, którzy - jak to zwykle - za wszelką cenę próbowali wymusić jak najwięcej informacji. Utwór A Winter’s Tale jest właśnie o tym. Został napisany i skomponowany w domu, a refren dodany w studio. Poczucie spokoju i ciszy jest w tym utworze wyjątkowe. Freddiemu zależało na tym, aby ten utwór pozbawiony był jakichkolwiek morałów, ale po prostu docenienie piękna. Skupił się na perfekcji swojego wokalu, nagrywając z zespołem w Montreux w maju roku 1991, wyrażając prośbę i życzenie, aby dokończyli ten utwór po jego śmierci. I tak zrobili, kończąc utwór z miłością i troską na albumie Made In Heaven. Bardzo ciekawy pomysł na zakończenie albumu. Szybsza wersja utworu, który otwierał płytę. Nagranie zawiera sampler Seven Seas Of Rhye. Surprise! To nie koniec! Queen w stylu ambient? Wszystko jest w ich muzyce możliwe! Ukryty, nie opatrzony tytułem utwór nr 13 powstał poprzez zmiksowanie fragmentów utworu It's A Beautiful Day z dodatkowymi głosami i efektami. To dzieło Davida Richardsa, choć reszta zespołu też dołożyła swoje trzy grosze! Reakcja Freddiego na ten utwór? FAB!

Piękna jest okładka albumu. Wykonał ją Richard Gray. Wersja CD różni się nieco od wersji winylowej. W wersji CD na przodzie okładkie widzimy posąg Freddiego w Montreux, w Szwajcarii autorstwa czeskiej rzeźbiarki Ireny Sedleckiej (zm. 4 sierpnia 2020 roku), z tyłu zaś Brian, Roger i John wpatrujący się w Alpy. Zdjęcie w wersji winylowej zostało wykonane w tym samym miejscu, lecz o świcie. Żyjąca trójka patrzy już nie na Alpy, a na przepiękny wschód Słońca.


A skąd w ogóle pomysł na zrobienie pomnika? Artystka otrzymała zlecenie na przygotowanie posągu Freddiego po jego śmierci dzięki temu, że poznała w 1988 r. Dave’a Clarka i pracowała przy musicalu Time, do którego przygotowała maskę Laurence’a Oliviera. Jej praca się spodobała i musiała zostać polecona do wykonania posągu Freddiego. Jak sama podaje, próbnie wykonała popiersie, które się spodobało i tak otrzymała zlecenie. Mówiła, że nie wie czy byli rozważani inni kandydaci do wykonania rzeźby. Trzymetrowy posąg z brązu oficjalnie odkryto 25 listopada 1996 r. o godz. 15:00. jego restauracji dokonano w 2010 r. Stoi on na Place du Marché.

Album Made In Heaven to dzieło wybitne! Podobnie jak na albumie Innuendo mamy do czynienia z żonglowaniem emocjami. Tej płyty słucha się bardzo dobrze mimo upływu lat. Ten album jest tak spójny, że aż trudno uwierzyć, że powstawał na przestrzeni kilku lat - od końca lat 70 aż po ostatnie miesiące życia Freddiego. Ostatni prawdziwy album Queen, pomimo fizycznej absencji wokalisty. 25 lat? Niemożliwe, a wydaje mi się jakby mi ją Mama kupiła wczoraj. W 2013 roku Brian May powiedział o albumie [Made In Heaven] był prawdopodobnie najlepszym albumem Queen, jaki kiedykolwiek stworzyliśmy. Ma w sobie tyle piękna. To był długi, długi proces, starannie ułożony.








Bartas✌


środa, 4 listopada 2020

Herbatka z Józiem. O nowym albumie Joe Bonamassy - "Royal Tea" - słów kilka

 

Zanim zacznę znów pisać o archeo płytach, chciałbym troszkę pójść w nowości. Trzeba pisać też o tym, co dzieje się w muzyce obecnie. Mimo, że czasy są mega nieciekawe, wręcz paskudne, powiedziałbym nieładnie, że chujowe, to muzyka kwitnie, daje nadzieje i łagodzi obyczaje. Dziś chciałbym się podzielić się swoimi przemyśleniami o najnowszej płycie jednego z moich ulubionych gitarzystów młodego pokolenia - Joe Bonamassy. Twórczość tego 43-letniego muzyka jest tak przebogata, a okres pomiędzy wydawaniem kolejnych albumów jest tak krótki, że słuchacz przestaje za jego twórczością nadążać. Bonamassa jest artystą bardzo zapracowanym. Nie tylko albumy studyjne, ale i mnóstwo wydawnictw koncertowych. Do tego udziały gościnne z takimi gwiazdami jak znakomita Beth Hart potwierdzają pracowitość, wielkość i naprawdę wysoki poziom. 


Józek właśnie poszerzył swoją pokaźną twórczość nowym albumem zatytułowanym Royal Tea. Album ukazał się 23 października 2020 roku dzięki wytwórni Provogue / Mascot Label Group. Płyta jest inspirowana brytyjskimi bohaterami gitarowymi artysty - Jeffem Beckiem, Johnem Mayallem i The Bluesbreakers, Ericem Claptonem, Led Zeppelin i Cream. Została nagrana w legendarnym Abbey Road Studios w Anglii. Royal Tea przybliża Bonamassę do typu brytyjskiego bluesa, którego odkrył jako dziecko w kolekcji płyt swojego ojca. Dźwięki te ukształtowały 12-letnią przyszłą gitarową gwiazdę i zapoczątkowały muzyczne szlaki, którymi do dziś przemierza . Bonamassa jest dobrze znanym ryzykantem, a jego fani uznają ten zestaw za kolejną niesamowitą niespodziankę ze strony wszechstronnego gitarzysty. Na płycie znalazło się dziesięć autorskich kompozycji napisanych wspólnie przez Bonamassę i ważnych brytyjskich artystów, takich jak Bernie Mardsen, Pete Brown czy Jools Holland. Album wyprodukował wieloletni współpracownik i przyjaciel muzyka Kevin Shirley, a w nagraniach udział wzięli regularnie koncertujący Bonamassą muzycy: Anton Fig (perkusja), Michael Rhodes (bas) i Reese Wynans (klawisze). Artysta bardzo ceni sobie współpracę z nimi: Uwielbiam ich podejście do bluesa… jasne i proste.


Album rozpoczyna się utworem When One Door Opens ze świetnie brzmiącym orkiestrowym intro. Joe nawiązuje ewidentnie do klasycznego brytyjskiego bluesa czy rocka lat 70 - tych. Brudne riffy łączą się z delikatniejszymi, lirycznymi pasażami i chwytliwymi melodiami, tworząc pomysłowe patenty, które wciągają słuchacza. Jego gitarowe brzmienie jest pełne oldskulowego przesteru i idealnie pasuje do utworu. Joe doskonale rozumie ten styl od podszewki i nadaje mu coś swojego, nie zmieniając go w coś, czym nie powinien. Joe odkrył muzykę bluesową dzięki brytyjskim interpretatorom bluesa i dobrze nosi ich spuściznę. Tytułowy utwór Royal Tea to szorstki, wolniejszy blues, który został zainspirowany fragmentem Good Morning Britain o odejściu Harry'ego i Meghan od pałacowego życia. Przesłanie Joe jest takie, że jeśli królewska bajka rozgrywa się tak jak piosenka, to konkretnie udowodni, że blues jest uniwersalnym językiem, który wykracza poza różnice kulturowe, ekonomiczne i rasowe. Zamieszkuje w ludzkiej duszy. Jego gra jest tutaj ostra i pełna siły, a jego wokal jest emocjonalny i przekonujący. Why Does So Long To Say Goodbye to epicka ballada Bonamassy i singiel promujący. Chociaż znany jest ze swoich killerów bluesowych, bardziej powściągliwa i melodyjna gra Joe na początku tego numeru jest jedną z najlepszych momentów na tej płycie. Savannah to pół-akustyczny utwór z nutą gospel, który oddaje delikatnie romantyczny nastrój i ponownie ukazuje łagodną stronę Joe. Zaś High Class Girl to klasyczny blues zbudowany na rytmie Help Me / Green Onions. Coś, co w klasycznym bluesie uwielbiam najbardziej. Słuchając go mam wrażenie jakbym przeniósł się w czasie, do lat 60-tych XX wieku, siedział w jakiejś amerykańskiej knajpie, pił dobrą whisky i oglądał na żywo koncert lokalnych bluesmanów, których poziom zakrawa na światową sławę. Smaczkiem na płycie jest również Lonely Boy, w którym pojawiają się ciekawe urywane partie trąbki.


Mimo tak bogatego dorobku Joe i kilku już znakomitych wcześniejszych dokonań, nie da się przejść obojętnie obok Royal Tea. Fantastyczne jest to, że Joe potrafi nagrać płytę osadzoną w tradycji, biorąc za wzór najlepszych bluesowych klasyków, a jednocześnie nie jest w tym wszystkim wtórny. Doskonale porusza się po różnych odcieniach bluesa. Myślę, że gdyby nagrał kiedyś taką płytę jak Gary Moore w 1999 roku (A Different Beat), łącząc bluesowe solówki z elektroniką to również wyszedłby na tym z klasą i ze smakiem. Drogi Czytelniku. Mamy jesień. Szybko robi się ciemno, jest coraz zimniej. Dopada Cię chandra? Zapraszam Cię w imieniu Joe na herbatkę z nim. Zaparz sobie, usiądź wygodnie i ... poczuj bluesa 😊







Bartas✌

35 lat temu ukazał się jeden z najlepszych debiutów w historii muzyki - "Ten" grupy Pearl Jam.

  Po śmierci Andy’ego Wooda Gossard i Ament zawiesili działalność. W czasie tej separacji Gossard spędził swój czas na pisaniu materiałów, k...