czwartek, 8 października 2020

Ekscytacja zakończona ... rozczarowaniem. Green Day - "Father .... Of All Motherfuckers"

Ktoś ostatnio udzielił mi bardzo dobrej rady odnośnie pisania na blogu o płytach:
Bartas, wszystko ładnie i pięknie, ale... weź Ty, kurna, pojedź po całości po jakiejś płycie, żeby nie było tak kolorowo. No, wiesz, żeby nie było tego rzygania tęczą! Z całym szacunkiem dla tęczy Wiesz, o co chodzi! Tak, wiem. No, dobrze! Mam kilka takich tegorocznych płyt, które mi się totalnie nie podobają. I wiecie co? LITOŚCI NIE BĘDZIE!!! Odrobina pikanterii i zdrowej krytyki jeszcze nikomu nie zaszkodziła. Faktycznie jest momentami za słodko. Blog jest stworzony z miłości do muzyki. Nie oznacza to jednak, że nie mogę od czasu do czasu pojechać jakiejś płycie, zwłaszcza zespołu, którego bardzo lubię słuchać od wielu lat. Jak już wyżej napisałem mam kilka tegorocznych płyt, które nie nadają się do słuchania. Na pierwszy ogień pójdzie... Green Day i ich najnowsze "dzieło" zatytułowane Father Of ... All Motherfuckers. Długo przedtem myślałem czy cokolwiek wspominać o tym wydawnictwie. No, ale skoro pojawiła się taka rada od znajomych to myślę, że jest to bardzo dobra okazja.

Niejednokrotnie podkreślałem, że Green Day zawsze był zespołem bliskim mojemu sercu.  Bardzo lubię tych Kalifornijczyków wbrew wszelkim oskarżeniom o pozerstwo w byciu rockowym zespołem i gimbazę. Uwielbiam ich wczesną dyskografię od Dookie do Warning. Potem ta zmiana i wielki American Idiot, a zaraz po nim 21st Century Breakdown, w których to wspięli się na wyżyny swoich muzycznych umiejętności. Podobała mi się nawet Trylogia, czyli Uno, Dos i Tre, mimo iż nie wszystko było fajne. Dos momentami powiewało nudą. Zaś Revolution Radio było takim powrotem formy nowej ery Green Day i album bardzo mi się podobał. Najnowszy, zatytułowany Father … Of All Motherfuckers ukazał się 7 lutego tego roku. Dwa lata wcześniej, 9 grudnia 2018 roku, Billie Joe Armstrong ujawnił, że pisze nowe piosenki na kolejny album Green Day. W trakcie sesji nagraniowej zespół miał aż szesnaście nowych numerów. Mieli niestety spory problem z połączeniem ich i wyborem, więc ostatecznie wybrali dziesięć. Ucieszyłem się, gdy BJ powiedział także, że album będzie inspirowany starym, dobrym rockiem, glam rockiem spod znaku choćby T. Rex czy Mott The Hoople, jak również MC5 i… Princem. 


Było podekscytowanie, które zakończyło się ogromnym rozczarowaniem. Przede wszystkim produkcją całości. Zespół zrezygnował z niesamowitego Roba Cavallo - który zawsze sprawiał, że brzmienie Green Day było potężne - na rzecz dwóch typków Butcha Walkera i Chrisa Dugana, którzy chyba nie do końca wiedzą jak zrobić dobrą płytę, nawet z eksperymentami. Kiedy usłyszałem pierwszy singiel, Father … Of All, tytułowy zapowiadający album  …. moja reakcja była mniej więcej taka co to, kurwa, jest? Billie Joe brzmi jakby mu jaja ucięli. Facet miał zawsze dobry, mocny, (prze)bojowy głos i smykałkę do pisania chwytliwych melodii. Falset też nie najgorszy, ale zawsze umiał nim się całkiem dobrze posługiwać. Nawet jeśli to zabieg produkcyjny to, sorry, Billusiu, ale drugim Princem to Ty nie będziesz! No fucking way! Dalej wcale nie jest lepiej Fire, Ready, Aim. Brzmi jak tło do reklamowanego gówna. Oh Yeah może i ma jakiś potencjał. Niezły jest pogłos i syntezator w drugiej połowie utworu. Jednak nie jest to numer, który bym mógł zapętlać i co jakiś czas wracać. Meet Me On The Roof powinienem się cieszyć, bo to prosty rock’n’roll, do tańca. A ja lubię takie numery. Utwór tekstem, refrenem i produkcją przyprawia mnie o migrenę. Kojarzy mi się z jakimś balikiem dla uczniów z zerówki albo małolatów, które udają, że wielce słuchają tanecznego rock'n'rolla z przeszłości. Dajcie mi numer do tego łebka Butcha Walkera. Chcę go zapytać dlaczego tak to wszystko nienaturalnie zmiksował. 


Sytuację nieco ratuje I Was A Teenage Teenager, w którym słychać stare, dobre Green Dayowe czasy. Nostalgiczny tekst i fajna melodia. I nawet produkcja jest całkiem znośna. Podobnie jest w przypadku Stab You In The heart. Pomysł na utwór był całkiem niezły. Pytanie tylko dlaczego te klaśnięcia brzmią tak słabo i dlaczego znowu Billie ma nienaturalnie podniesiony wokal. Czar pryska przy słuchaniu Sugar Youth. Gdzie są te silne i potężne przesterowane, dumnie brzmiące gitary? Dlaczego tutaj brzmią tak płasko mało dynamicznie? Zwłaszcza w tym numerze. Do tego tekst. Można być nostalgiczny i sentymentalny, ale bez przesady. Trzeba patrzeć w przyszłość. Facet, masz prawie 50 lat, dorastające dzieciaki i myśl o ich przyszłości, a nie o tym jakie to miałeś zajebiście zbuntowane dzieciństwo, o którym fani wiedzą. Junkies On A High w przeciwieństwie do poprzedniego numer może i ma znaczący tekst, ale po raz kolejny mamy do czynienia z chujową produkcją. Wszystko jest takie płaskie i stateczne jak ołów. Take The Money And Crawl. No, właśnie, lewusy (powiedział turbo-lewak)! Bierzecie mój hajs, odkąd Was słucham. Wspieram, bo wiem, że staracie się ratować rock’n’roll przed tym całym światowym telewizyjnym gównem. Ale jeszcze raz zrobicie taką gównianą płytę to przestanę i będziecie się czołgać. Okropny numer i tak sobie myślałem, że nawet jeśli na takim Dookie znalazłbym numer, który okazałby się dla mnie słabszy to i tak bym się przy nim świetnie bawił.  Na koniec mamy Graffitię, która bardzo mi się podoba w wersji akustycznej. Billie nagrał ją w czasie kwarantanny, na początku wybuchu tej niby pandemii, w swoim domu. Tylko on sam i gitara akustyczna. Wyszło super, z jajem. Obejrzyjcie. I ten tekst: kurwa, zapomniałem tekstu! I tam śpiewa swoim głosem. Słychać te niedociągnięcia nieraz, ale o to właśnie chodzi. W tym tkwi cała naturalność. 


Podsumowując. Ten album to straszna szmira. Wiem, że niektórym to nie przeszkadza i myślą, że to fajne. I ja nie mam nic przeciwko tym ludziom. Jednak moim zdaniem takie zabawne piosenki można znaleźć na albumach, takich jak Revolution Radio, bez strasznej produkcji. Pisałem wielokrotnie, że gdy zespół nie ewoluuje, nie eksperymentuje to umiera. Mój ukochany Queen potrafił zaszaleć. Zrobili płytę Hot Space, na którą wylało się wiadro pomyj. Choć ją uwielbiam, bo to wszystko tam ma swój smak. Niestety nie każdemu pasują takie eksperymenty. Zielonym zdecydowanie nie. Prince mógł być tylko jeden. Marc Bolan mógł być tylko jeden  Nie myślałem, że wydadzą tak słabą płytę. Najgorsza w ich karierze i chyba najgorsza płyta roku 2020. Nie polecam. A okładka? Mocno bezcześci wiekopomne dzieło American Idiot.










Bartas✌

wtorek, 6 października 2020

Doświadczenie wymykające się ludzkiemu pojmowaniu. 20 lat "Kid A" grupy Radiohead

Ten wpis miał się znaleźć już w piątek, 2 października 2020 roku. Wtedy napisałem recenzję nowej płyty zespołu Luxtorpeda. W planach miałem także napisać o płycie
Kid A grupy Radiohead, albowiem tego dnia minęło 20 lat od ukazania się tej płyty. Jednak stwierdziłem, że nie jestem pieprzoną fabryką do produkcji postów na blogu, nie muszę kurczowo trzymać się tych wszystkich dat. Zakomunikowałem na swoim Instagramie, że pamiętam o rocznicy tej płyty. Niemniej … weekend był i trzeba było nieco odpocząć od pisania. Jednego dnia potrafiłem napisać aż trzy posty. Troszkę dużo. Ludzie nie nadążają wszystkiego czytać. Reset był potrzebny, bym mógł dzisiaj ze zdwojoną siłą napisać kilka myśli o tej cudownej płycie. To album zespołu, którego zna chyba większość, przynajmniej ze słyszenia. Wielki przebój Creep był prezentowany niemal w każdej stacji radiowej i na stałe zagościł w Trójkowych Topach Wszech Czasów. Największym komercyjnym i artystycznym sukcesem był OK Computer. Pamiętam, gdy się ukazał. Zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Nie sądziłem, że cokolwiek go przebije. Kiedy ukazał się Kid A już nic nie było takie samo. W dobie Internetu wyjaśnienie, dlaczego Kid A jest fantastycznym albumem, jest jak wyjaśnienie, dlaczego Lot Nad Kukułczym Gniazdem jest powszechnie uważany za jeden z najlepszych filmów wszechczasów. To prawie zbędne, ale mimo wszystko czuję się zmuszony do napisania recenzji albumu z powodu mojej niezłomnej miłości do niego. 

Wypalony po wyczerpującej trasie koncertowej promującej album OK Computer, Radiohead w znacznym stopniu zrestrukturyzował całą swoją tożsamość jako zespołu. Nigdzie nie jest to bardziej widoczne niż w ich osławionym występie Saturday Night Live dla Kid A, w którym orkiestra dęta bezczelnie improwizowała przez wir szaleństwa, jakim jest The National Anthem, podczas gdy gitarzysta Jonny Greenwood - szaleniec, którym jest - grał na ondes martenot i Thom Yorke wirował w całkowicie niepokojący sposób. W przypadku większości Kid A gitary są przełączane na syntezatory, automaty perkusyjne lub, w przypadku Jonny'ego - ondes martenot. Kid A jest doskonałym przykładem wyjaśniającym, dlaczego albumy powinny być słuchane w całości. 


Perełką na płycie jest hipnotyczny, niesamowicie transowy Everything In Its Right Place. Pierwsze cztery nuty natychmiast rzucają Cię na kolana. Odludne pustkowie maniakalne modulacje wokalne i niespokojny metrum 10/4. There are two colors in my head., lamentuje Yorke, gdy rośnie napięcie, a modulacje wokalne stają się bardziej dzikie; What is was You tried to say?. Napięcie znika. Wiele z tych piosenek jest w dużym stopniu napinanych i uwalniających, i są one najlepszymi przykładami tego, dlaczego dynamika jest niewątpliwie najważniejszym składnikiem muzyki. Tytułowy utwór, czyli Kid A, jest bardzo podobny do otwierającego płytę i brzmi jak karuzela. The National Anthem rozpoczyna się prostym motywem gitary basowej i kończy się ulotnym, histerycznym wokalem pośród dysonansowych rogów i zawodzenia trąbek. How To Disappear Completely to ponury utwór, który zawiera niezgodną aranżację smyczków dzięki uprzejmości Jonny'ego Greenwooda i brzmi jak ktoś, kto ma załamanie psychiczne. Idioteque to minimalizm muzyczny okraszony zimną, rozbrzmiewającą elektroniką i nieustannym, trzeszczącym rytmem perkusji zestawionym z sennym falsetem Yorke'a, rzecz o wszechogarniającej paranoi. Wokalista śpiewa We're not scaremongering / This is really happening, happening/ We're not scaremongering / This is really happening, happening. Ciarki przechodzą po całym ciele.


Tego albumu po prostu trzeba posłuchać, bo ciężko to opisać słowami. Nie przesadzę chyba, oceniając Kid A jako doświadczenie, które wymyka się ludzkiemu pojmowaniu. To jak oglądanie wzrostu i upadku ludzkości w 50 minut. To całe życie zamknięte w jednym wyjątkowym albumie. Jest to (dla mnie) najlepszy album 2000 roku i ścisła 30 najlepszych albumów ever. Bardzo mocno polecam 😊










Bartas✌


piątek, 2 października 2020

Żyj bez ostrzeżeń! Uwaga, idzie nowe! 20 lat temu ukazał się album "Warning" Green Day'a

Odkąd pamiętam bardzo lubię zespół Green Day i szczerze powiedziawszy mało mnie obchodzi to gadanie niektórych, że to gimbaza, pozerstwo i takie tam. Sranie w banie! Sraty-taty, dupa w kraty! Gimbazy nie było (i teraz już też nie ma), a Green Day już grał. Rok powstania 1987 jako Sweet Children. A ja doskonale pamiętam premierę ich trzeciego albumu
Dookie. Wtedy moja siostra się urodziła, to był rok 1994. Basket Case i When I Come Around królowały na listach przebojów. Mam gdzieś jeszcze nawet kasetę. Zmieniali się, to prawda. Dziś nie są już niszowi. Są do bólu mainstreamowi, ale...  są jednymi z nielicznych zespołów, którzy potrafią połączyć klasykę rocka z nowoczesnym brzmieniem. Pokazali to swoim opus magnum - American Idiot, o którym już pisałem. A dzisiaj, 3 października 2020 roku, mija 20 lat od wydania pewnej ich płyty, która ... odkąd pamiętam... zawsze wprawia mnie w dobry nastrój - Warning. I dzisiaj chciałbym o niej co nieco napisać. Gotowi? Trzy, dwa, jeden… start! Zaczynamy!

Po przerwie w trasie promującej czwarty album zespołu Insomniac (1995), Green Day nagrał bardziej eksperymentalny Nimrod. Na płycie, która zagłębiała się w bardziej różnorodne gatunki, w tym folk, ska i surf rock, znalazł się bezprecedensowy akustyczny hit Good Riddance (Time Of Your Life). Wokalista Billie Joe Armstrong wspominał, że stylistyczne odejście tej piosenki od wcześniejszej twórczości grupy sprawiło, że zaczął się niepokoić wydaniem jej: Bałem się, że ta piosenka wyjdzie ... ponieważ była to bardzo wrażliwa piosenka. To było naprawdę ekscytujące i bardziej pobudziło nas, jako kompozytorów, do rozszerzenia tego tematu. Zespół wyruszył w promocyjną trasę koncertową Nimrod, która w dużej mierze obejmowała bardziej kameralne występy z publicznością liczącą od 1500 do 3000 osób. Pod koniec trasy zespół zauważył, że jego publiczność ewoluowała. Trzeba Wam wiedzieć, że muzyka punk rockowa nie była już popularna w mainstreamie, ponieważ zespoły numetalowe, takie jak Korn, Limp Bizkit i Kid Rock, odniosły sukces. Green Day znalazł się na rozdrożu. 


W przypadku Warning, Green Day początkowo zdecydował się współpracować z innym producentem niż Rob Cavallo, który zajmował się produkcją trzech poprzednich albumów zespołu. Grupa wybrała Scotta Litta, który wcześniej współpracował z Nirvaną i R.E.M .. Jednakże zespół nie zgadzał się z Littem co do kierunku muzycznego albumu. Armstrong wspominał, że To po prostu nie wyszło. Był naprawdę fajny, ale dla tego konkretnego projektu po prostu nie była to odpowiednia chemia. Grupa później sprowadziła Roba Cavallo z powrotem, ale tym razem zespół zajął się większością obowiązków produkcyjnych, a Cavallo pełnił rolę „producenta wykonawczego”. Podczas pisania albumu i wczesnych sesji nagraniowych, Billie wielokrotnie słuchał płyty Boba Dylana Bringing It All Back Home z 1965 roku, która wywarła duży wpływ zarówno na muzyczne eksperymenty Warning, jak i teksty świadome społecznie. Zespół rozpoczął pracę nad albumem dwa lata przed wejściem do studia w celu nagrania 1 kwietnia 2000 roku. W tym okresie członkowie grupy spotykali się pięć dni w tygodniu, aby pisać nowe piosenki i ćwiczyć stare. Ludzie myśleli, że zespół sobie grzeje dupska na Hawajach, podczas gdy oni ciężko pracowali nad nowym albumem. 


Album został nagrany w Studio 880 w Oakland. Tworząc Warning, zespół eksperymentował z bardziej akustycznymi gitarami i dążył do uzyskania „niezbyt soczystego akustycznego… bardziej agresywnego, perkusyjnego brzmienia”. Tre Cool i basista Mike Dirnt również podkreślili głębsze rytmy na płycie. Utwór tytułowy, gęsto wyprodukowany podmuch warstwowych wokali [i] brzdąkających gitar akustycznych, zawiera „krążący riff basowy” podobny do tego z Picture Book autorstwa The Kinks. Waiting, który został sklasyfikowany jako „retro-popowy lament”, jest oparty na riffie z piosenki Petuli Clark Downtown z 1964 roku. Jego melodię porównuje się również do The Mamas & The Papas i do Kiss. Ken Tucker z magazynu Entertainment Weekly uważał, że Misery (absolutna perełka i mój ulubiony numer z tej płyty) to prawdopodobnie pomysł Billiego Joe na popową operetkę Brechta-Weilla. Zawiera instrumentarium „mariachi brass”, a także instrumenty smyczkowe, akordeony i gitarę akustyczną. Piosenka o długości pięciu minut została nazwana „eposem według standardów Green Day”. Misery w swoich wersetach opowiada różne historie, z których wszystkie kończą się nieszczęśliwie. Pierwsza zwrotka skupia się na dziewczynie o imieniu Virginia, która była jaszczurką lotną, termin określający prostytutkę, która wymienia seks na pieniądze z kierowcami ciężarówek na postojach ciężarówek na międzystanowych autostradach. Ciekawostką jest fakt, że zespół skomponował go na totalnym rauszu. Byli zalani w trupa. Mamy też Hold On, gdzie została użyta harmonijka, jest porównane do Love Me Do i I Should Have Known Better zespołu The Beatles. Macy's Day Parade jest absolutnym szczytem tekściarskich umiejętności Billiego Joe Armstronga. 


Jeśli zaś chodzi o teksty to album zawiera bardziej pozytywne i podnoszące na duchu przesłanie w porównaniu z wcześniejszymi płytami “Zielonych”. Album jest sarkastyczny, złośliwy, ale gdzieś na końcu widać jakąś pogodę ducha, jakieś światełko w tunelu. Wspomniałem o tym, że B.J. Armstrong słuchał Dylana, i to zainspirowało go do napisania tekstów z większym zaangażowaniem społecznym. Tak, zdecydowanie Warning zawiera bardziej polityczne motywy, czego przykładem jest utwór Minority. Było to zainspirowane obawą Armstronga, że ​​kandydat na prezydenta Al Gore przegra wybory prezydenckie w USA w 2000 roku i że urząd obejmie „ktoś naprawdę konserwatywny”. Mówił: Zawsze staraliśmy się trzymać ucho przy ziemi i mieć oczy otwarte na to, co się dzieje… to jeden z powodów, dla których naprawdę poświęcałem swój czas na pisanie piosenek, aby naprawdę [wywrzeć wrażenie]. po prostu piszę odruchową reakcję. Tekst Minority jest niejako przypomnieniem młodzieńczej mentalności wczesnej twórczości Green Daya. 


Album Warning dotarł do czwartego miejsca na liście Billboard 200, pozostając tam przez 25 tygodni i sprzedał się 156 000 kopii w pierwszym tygodniu. 1 grudnia 2000 r. płyta pokryła się złotem przez Recording Industry Association of America (RIAA) za sprzedaż 500 000 kopii. W Kanadzie krążek zajął drugą pozycję i pozostał na liście przez pięć tygodni.  1 sierpnia 2001 roku zdobył platynę za sprzedaż 100 000 egzemplarzy. Warning dotarł także do pierwszej dziesiątki w wielu krajach poza Ameryką Północną, w tym w Australii. Tam zdobył platynę, sprzedając się w 70 000 kopii. Recenzje były mieszane. Wielu krytyków pozytywnie wypowiedziało się o tych odważnych zmianach. Inaczej było z fanami. Wielu nie mogło zaakceptować ten fakt, że zespół złagodził brzmienie. Część fanów określiła Warning jako ten najgorszy album w ich karierze. Moim jednak zdaniem to niesłusznie niedoceniony album. Ma naprawdę wiele dobrych piosenek, które mają odniesienie do przeszłości w muzyce (Dylan, Beatlesi). Te piosenki, jak i ten album stanowiły ważny krok w metamorfozie zespołu. Nie wiem czy powstałby jeden z najlepszych płyt w historii rocka - American Idiot - gdyby nie Warning. Gorąco polecam! 







Bartas✌


Zawsze jest sens, kiedy widać cel! Kilka słów o nowej płycie Luxtorpedy "Anno Domini MMXX"

 

Wczoraj był międzynarodowy dzień muzyki oraz dzień z polską muzyką. Nie obchodzę tych dni, bo mam je praktycznie codziennie. Właśnie wczoraj - w dzień z polską muzyką - miała miejsce premiera najnowszej płyty polskiego zespołu sceny ciężkiej Luxtorpeda zatytułowana Anno Domini XXMM. Legenda polskiej sceny metalowej Robert “Litza” Friedrich w roku 2010 powołał z kolegami z Tymoteusza do życia nowy projekt, zapraszając do udziału inną polską legendę sceny, ale hiphopowej Przemysława “Hansa” Frencla z poznańskiego składu Pięć Dwa Dębiec.  Pierwsza płyta zatytułowana po prostu Luxtorpeda i singiel z niego pochodzący Autystyczny okazał się wielkim przebojem. Ruszyli jak burza detronizując wszystko i wszystkich na listach przebojów, w tym i na Liście Przebojów Programu Trzeciego już w pierwszym tygodniu nadawania. Strasznie się wkręciłem w ich muzę, jeździłem za nimi niemal po całej Polsce, czekałem na kolejne płyty. Cieszyłem się, że zawsze sobie mogę z Litzą pogadać, bo to fajny człowiek jest. Taki i do tańca i do różańca. 


Niestety nastał taki moment, w którym przestałem ich słuchać. Zacząłem się nie tyle odwracać (nie! co to, to nie), co dystansować. Wiem, że zawsze byli w swoich poglądach radykalni. O ile debiut, Robaki oraz Buraki (pełny tytuł płyty A Morał Tej Historii Mógłby Być Taki, Mimo Że Cukrowe, To Jednak Buraki) miały przekaz bardziej ku przestrodze, o tyle Epka i MyWasWyNas były już nieco propagandowe. Naprawdę, myślałem, że dostanę depresji. Robert, ale świat jest piękny. Zróbcie w końcu optymistyczną płytę! - myślałem. Bałem się nieco jak będzie z kolejną płytą. Wiedziałem, że panowie siedzą w studio i nagrywają. Posłuchałem wczoraj i … słuchajcie, odetchnąłem z ulgą. Płyta jest o wiele bardziej optymistyczna, niż dwie poprzednie. Muzycznie i produkcyjnie na najwyższym poziomie. Co najważniejsze - nie jest na jedno kopyto. Muzycy świetnie bawią się nastrojami i słychać jaką to im frajdę sprawia. 


W otwierającym album utworze Progres Nie Problem Litza śpiewa w refrenach zmień z nami problem na progres. Już przy pierwszym odsłuchu zdałem sobie sprawę, że wracają na właściwe tory. Numer daje niesamowitego kopa w dupę, by iść dalej. Są różne w życiu sytuacje i problemy, ale ważne jest to, by trzymać się dobrych ludzi i razem przez to wszystko przejść, szukać dobrych rozwiązań. Instrumentalnie to swoisty bunt przeciwko naruszeniu godności i wolności człowieka. Przypomina od strony tekstowej nieco Raus z albumu Buraki, ale tekst jest o wiele bardziej łagodny. Autor się buntuje, mówi nie, nie będzie mnie tak traktował, ale nie grozi temu złemu w sposób, który należałoby uznać za groźbę karalną. Można mieć pieniądze, grunty, być bogatym i nie ma w tym nic złego. Kto o tym nie marzy, by mieć pieniądze, mieć dom i czerpać z tego radość. Chyba każdy. Problem pojawia się wtedy, gdy to całe bogactwo, ten pęd przesłoni nam drugiego człowieka. Wtedy wygrywa zawiść i zazdrość. Tak jak u bohaterów utworu Bonędza. Mamy też utwór Ekoplan, który wbrew pozorom wcale nie porusza problemu klimatu ekologicznego (choć to zapewne dla muzyków również ważna rzecz), ale mówi o poświęceniu się dla tych, których się kocha. Litza znów śpiewa a ja się nie oszczędzam, ja wszystko z siebie dam. Czy może być coś piękniejszego od miłości do najbliższych? 


Utwór, który totalnie wgniótł mnie w ziemię i wycisnął łzy z moich oczu to numer zatytułowany Cel. Jego refren zawsze jest sens, kiedy widać cel tłukł się po mojej głowie jeszcze długo po zakończeniu pierwszego odsłuchu. Jestem osobą wierzącą, nie religijną, ale wierzącą. Wierzę w Niebo zarówno w wymiarze eschatologicznym (pozdrawiam wszystkich kolegów i koleżanki po fachu - teologów) jak i doczesnym. Jestem otwarty na różne wizje Nieba, dlatego numer ten interpretuje dwojako z nadzieją, że kiedyś będzie lepiej, złe czasy miną, ludzie się pogodzą i wybaczą sobie nawzajem. Mamy też lekcje historii o Wielkopolsce. Utrzymany w klimacie Arki Noego z czadowym brzmieniem Hołd jest między innymi o bohaterach Poznańskiego Czerwca ‘56. Moje podejście do patriotyzmu jest nieco inne, bardziej nowoczesne, dlatego do tego utworu podszedłem z dystansem. Niemniej jednak - warto posłuchać. 


Słucham sobie tak tej płyty i dochodzę do wniosku, że kwarantanna służyła procesom twórczym muzyków. Teksty są bardzo mocno na czasie. Okazuje się, że Panowie wcale nie są tacy jednostronnie patrzący na świat. Konia z rzędem temu, kto już zwyczajnie nie rzyga tymi wiadomościami o kolejnych zakażeniach i obostrzeniach w związku z epidemią wirusa w koronie. Niezależnie od poglądów politycznych wszyscy mamy tego serdecznie dość. Jeszcze do połowy czerwca jak głupi w to wierzyłem. Zdrowy rozsądek mówi nam, by o siebie i o higienę osobistą dbać zawsze. Ja nie twierdzę, że wirusa nie ma. On jest, ale większość przechodzi go bezobjawowo i tylko nieliczny procent ludzi faktycznie walczy z czasem. Od samego początku rząd i media nieźle nas wkręcali, by napełnić strachem. Ludzie, bądźmy ostrożni, ale nie dajmy się zwariować i żyjmy normalnie. Na Czworakach to świetny komentarz do sytuacji, Panowie!


Kolejne utwory Kod Genetyczny DNA znów traktuje o nienaruszalności godności ludzkiej, zaś utrzymany w spokojnym klimacie utwór melo recytowanym przez Hansa Matarapatytaparatam to rzecz o naprawianiu relacji w rodzinie. Opty Pesy oraz List są chyba najbardziej optymistycznym momentem obok otwierającego płytę Progres Nie Problem utworem. Płytę wieńczy niezwykle mistyczny utwór Sęk, najdłuższy na płycie numer, który zawiera tzw Hidden Track. Niby koniec płyty, aż tu nagle słyszysz NAPIERDALAĆ, NAPIERDALAĆ, NAPIERDALAĆ! Opadła mi szczęka z wrażenia do samej ziemi. Na poprzednich płytach nie było przekleństw. Pamiętam dobrze, gdy wyszedł utwór Raus na płycie Robaki. Litza opowiadał o tym, jak miało to pierwotnie brzmieć: zamiast odejdź stąd - spier-da-laj! Muzyk nie stroni od przekleństw w życiu codziennym i ma do nich zdrowe podejście - nie jest to w sztuce zakazane. Zaniechał jednak tego z uwagi na dzieci, które wraz z swoimi rodzicami również słuchają ich muzyki. Pamiętam też, że na którymś z koncertów krzyczeliśmy: LUXTORPEDA, NAPIERDALAĆ! A Litza ze sceny z uśmiechem mówił: nie będziemy napierdalać, będziemy ładnie grać! Jednakże w przypadku wspomnianego Hidden Tracku zabieg jest celowy. Rzeczywiście słyszymy w pierwszej chwili to przekleństwo, ale w samej treści utworu chodzi o to, że nie słuchamy siebie nawzajem na co dzień, przekrzykujemy i ciągle na coś … NAPIERAMY. 


Rzeczywiście. Album jest o wiele bardziej optymistyczny, a muzycznie zróżnicowany. Nie ma już tego przesadnego moralizatorstwa. Tak sobie pomyślałem słuchając tego albumu: ok, Litza i reszta to mocno radykalni ludzie. Ale poglądy są jak dupa. Każdy ma swoją. Grunt, by szukać tego, co nas łączy, a nie dzieli. A łączy nas muzyka. Świetna gitarowa muza, którą kocham od kołyski i kochać będę do grobowej deski. Ten album sprawił, że znów chce mi się sięgać po ich nagrania, wybierać to, co do mnie trafia, ale zachować dystans do niektórych rzeczy i myśleć swoje. Litza to wspaniały muzyk i dobry człowiek. A że ma poglądy pro-life, a nie (jak ja) pro-choice to jego sprawa. Muzyka ma łączyć i wierzę, że połączy. Każdy z nas przechodzi w swoim życiu jakiś ciężki okres. Ważne jest to, by mieć zaufanych ludzi wokół siebie - Rodzinę czy Przyjaciół. Razem przez to wszystko przejść, kochać, wspierać się, wybaczać sobie, jeśli się kogoś skrzywdziło. Zacząć w końcu ze sobą rozmawiać, a nie się przekrzykiwać. A wtedy … zawsze jest sens, kiedy widać cel. ŚWIETNA PŁYTA! Bardzo mocno polecam! .😊











Bartas✌


czwartek, 1 października 2020

Docenić każdą chwilę w życiu. Fleet Foxes - "Shore"

 

Dużo ostatnio pisałem o starociach muzycznych. No, sorry, ale nic na to nie poradzę. To są ważne dla mnie płyty i naprawdę grzechem byłoby nic nie napisać na temat Alice In Chains czy Stone Temple Pilots. Wychowałem się na tym, mam sentyment do tego, to ukształtowało mój gust muzyczny i w ogóle. Ale jak już wspomniałem kilka razy, że forma pisania mojego bloga ma być luźna i niczym nieskrępowana. I nowości i starocie. Tym razem będzie troszkę o nowościach tegorocznych. Niektóre recenzje będą pisane z opóźnieniem czasowym w stosunku do ich premier. No, ale czy warto tak trzymać się kurczowo tego wszystkiego? Zdecydowanie nie! Kochani, przedwczoraj wpadła w moje ręce nowa płyta zespołu Fleet Foxes. To bardzo sympatyczna grupa ze Seattle, która wbrew swojemu pochodzeniu nie gra grunge’u, a bardzo sympatyczny indie folk. Pierwszy raz z muzyką tego zespołu zetknąłem się gdzieś w połowie studiów przy okazji wydania ich debiutanckiej płyty, zatytułowanej Fleet Foxes w 2008 roku. To było w jakiejś Trójkowej audycji. Już nie pamiętam jakiej. Wiem, że bardzo mi się ta muzyka spodobała. W ogóle bardzo cenię muzykę indie. Byłem ciekaw co zaprezentują na swojej najnowszej, już czwartej płycie zatytułowanej Shore. Płyty przesłuchałem od a do z pięć razy i postanowiłem podzielić się myślami z Wami. Otwieramy kącik indie i jedziemy.


Dla głównego wokalisty zespołu Robina Pecknolda muzyka Fleet Foxes była historią o dojrzewaniu. Wraz z przyjaciółką Skyler Skjelset założyli zespół, gdy mieli zaledwie 20 lat, tworząc bezpretensjonalną muzykę folkową. Szybko też podpisali kontrakt z wytwórnią Sub Pop, która wydała ich przełomowe wydawnictwa - epkę Sun Giant oraz wspomniany już debiut. Śpiewali bajkowe teksty, inspirując się takimi zespołami jak Judee czy Byrds. Taka naiwna młodzieńczość. Jednak w 2011 roku zmieniło się to nieco, gdy 25 letni wówczas Pecknold zaczął wykazywać swoją dojrzałość muzyczną, spowodowaną problemami egzystencjalnymi i bezradnością w dorosłym życiu. Na ostatnich dwóch płytach można było to usłyszeć, jak porzuca swoja przeszłość i zaczyna tworzyć muzykę bardziej osobistą, złożoną, niekiedy dość ponurą. Nie inaczej jest na najnowszym wydawnictwie Amerykanów. Nastrój płyty rodzi się w dużej mierze z tych egzystencjalnych zmartwień, poczucia bezradności, utratą bliskich ludzi. Pecknold przekształcił niepokój w euforię za pomocą potężnych chórów, które zdają się przeczyć temu niepokojowi, który ich inspiruje. Piosenki, które przyczyniły się do rozwoju kariery, takie jak Helplessness Blues, zostały wzmocnione poczuciem przezwyciężenia rozpaczy, poczuciem, że wszyscy moglibyśmy patrzeć na starzenie się i powiedzieć: W porządku, wszystko w porządku. Cierpienie nie znika całkowicie na Shore. Ono jest. Tylko jest po prostu akceptowane.


Chodziło też o to, by wyrazić to w sposób naturalny i pozostać wiernym sobie. Paradoksalnie album jest jasny i otwarty, czasem przywołuje słoneczny blask ich wczesnych piosenek, a także lżejsze momenty Crack-Up z 2017 roku, takie jak Fool’s Errand. Zamiast odwracać się od melodii durowych i błogich harmonii wokalnych, Pecknold skłania się ku muzycznej radości przy utworach takich jak Sunblind i Young Man’s Game, które należą do najbardziej radosnych pozycji w katalogu zespołu. W tym drugim przypadku Pecknold przyznaje, że udawanie tego jest daremne, śpiewając: I could worry through each night / Find something unique to say / I could pass as erudite / But it's a young man's game. Sugeruje on, że ponowne odkrycie jest podstępne; zamiast tego wyrafinowanie i refleksja są ścieżkami do podstępu.


Pomysł wyrafinowania jest kluczowy dla Fleet Foxes, ponieważ pozornie zespół brzmi niezwykle podobnie do tego, co robił 12 lat temu - bez poczucia, że ​​bieżnikuje dawne dźwięki lub tematy. Odradzający się Crack-Up zademonstrował ewolucję Pecknolda jako autora tekstów i autora piosenek, kogoś, kto potrafił pisać poruszające kuplety, jednocześnie władając rozbudowanymi metaforami i zachowując pewien dystans pisarski. Album zawierał również bardziej zawiłe aranżacje, coś, co Pecknold przeniósł na Shore, gdzie kompozycje są jeszcze bardziej teksturowane i prężne. Nowy album, który Pecknold wykonuje prawie w całości samodzielnie, jest żywy, jakby przełamał ambitne elementy z poprzednich albumów i rozłożył fragmenty. Na przykład w A Long Way Past The Past dominuje róg i zmieniają się linię gitary pod harmonią Pecknolda i jego słowami o porzuceniu żalu. Wyraziste szczegóły produkcji nadają albumowi Shore naturalny charakter, tak jakby gitary, bębny i rogi świergotały i unosiły się na wietrze obok ptaków, których ćwierkanie prowadzi do Maestranza.


Gdzie indziej są wyraźne ukłony w stronę współczesnej muzyki klasycznej, jak na przykład Jara, w której występuje Meary O'Reilly, oraz Cradling Mother, Cradling Woman, który ma coś z późniejszych numerów The Beach Boys. Te momenty nie trwają długo, służą jako wstęp ale sygnalizują nieustanną gotowość Fleet Foxes do eksperymentowania i wyjścia poza granice reputacji zespołu folkowego. Ich muzyka brzmi równie przystępnie i przyjemnie, gdy wychodzi z prelegentów w Whole Foods, podobnie jak w przypadku Post Malone. Komponując jedne z najbardziej żywych utworów w swojej karierze, Pecknold otwiera się również jako pisarz, powracając nieco do natury obrazów swoich wczesnych dzieł, jednocześnie przekształcając swoje poetyzmy w rzeczywiste odzwierciedlenie swoich myśli. W uderzającym Sunblind muzyk podziela swoją miłość do bohaterów - kompozytorów, takich jak Richard Swift, John Prine, Bill Withers, Judee Sill, Elliott Smith, David Berman i Arthur Russell. Opłakuje ich stratę i dziękuje im za pozostawienie darów swojej muzyki, jednocześnie łącząc ich sztukę z życiem w pełni przeżywanym. I'm gonna swim for a week in / Warm American Water with dear friends / Swimming high on a lea in an eden / Running all of the leads You've been leaving. No, ale Sunblind staje się jeszcze bardziej ekscytujący, gdy Pecknold mrocznie wyśpiewuje o tych amerykańskich wodach, ukazując rozległe piękno oceanu, uznając to pierwsze i obejmując drugie. Wraca do Bermana w spokojnym utworze tytułowym Shore, szczególnie przypominając dzień śmierci autora piosenek. Docenianie życia przez Pecknolda, jego radość pomimo śmierci lub z powodu śmierci, trwa w całym Shore. Każda chwila wydaje się zasłużona. Kulminacja albumu przypada na drugą połowę napędzającego utworu Quiet Air / Gioia, w którym Pecknold chwali się: Oh devil walk by / I never want to die. Jest to świadomie przesadzona deklaracja, która nie robi nic, by ukryć nasz największy strach, szczery i wrażliwy w samej swojej gotowości do przyznania się.


Muzyka Fleet Foxes nigdy nie była przesadnie ciężka, ale każde wydawnictwo niesie ze sobą pewne oczekiwania. Shore może być pierwszym albumem Fleet Foxes bez tak uciążliwego ciężaru, który dotarł nieco z zaskoczenia, bez długiej przerwy, w krajobraz kulturowy, który nie jest już na pierwszym planie indie rocka w centrum muzycznego wszechświata. Jest w tym wolność, która ukazuje się w For A Week Or Two i Thymia lub na początku płyty ze śpiewem studentki Oksfordu Uwade Akhere, co sugeruje, że Pecknold nie czuje potrzeby bycia liderem. Shore spogląda na świat i zdaje sobie sprawę, że jest już wystarczająco dużo, jakby patrzył w ciemność i odpowiadał pięknem, akceptacją i światłem. Bardzo mocno polecam. Płyta na długie jesienne wieczory.











Bartas✌


35 lat temu ukazał się jeden z najlepszych debiutów w historii muzyki - "Ten" grupy Pearl Jam.

  Po śmierci Andy’ego Wooda Gossard i Ament zawiesili działalność. W czasie tej separacji Gossard spędził swój czas na pisaniu materiałów, k...