wtorek, 2 lipca 2024

Dzieło miłości i uhonorowanie pamięci. Johnny Cash powraca z zaświatów nowym albumem - "Songwriter".

 

Jako wieloletni wielki fan Johnny’ego Casha, jego innowacyjnej i niezwykle wpływowej muzyki country, cieszyłem się bardzo na wiadomość o tym, że ukaże się krążek z niepublikowanym wcześniej materiałem. Nie jest to pierwszy taki zabieg. Albowiem równo 10 lat temu ukazał Out Among The Stars, który do dziś jest bardzo chętnie słuchanym przeze mnie albumem w katalogu króla muzyki country. Zwykle takie pośmiertne wydania często sprawiają, że fani czują się oszukani z powodu nieharmonijnego zestawu poszarpanych ścinków w kompilacji tylko dla pieniędzy. Na szczęście najnowszy album Casha zatytułowany Songwriter nie jest niczym takim. W trakcie swojej kariery Johnny Cash prosperował dzięki własnemu pisaniu piosenek, ale nigdy nie stronił także od używania tekstów innych, by wzmocnić swoją pozycję. Najbardziej znane tego przykłady to Ring Of Fire autorstwa jego żony, June Carter-Cash oraz Hurt Trenta Reznora z Nine Inch Nails. Jednym z wielu pięknych aspektów trafnie zatytułowanego krążka Songwriter jest fakt, że każda piosenka zawiera teksty napisane wyłącznie przez Casha z doskonałym, dźwięcznym wykonaniem. Artysta nagrał jedenaście utworów podczas sesji demo w roku 1993. Działo się to tuż przed podpisaniem kontraktu płytowego z American Recordings i ostatecznym rozkwitem kariery we współpracy z producentem Rickiem Rubinem. Ostatnie albumy, takie jak Man In Black składały się głównie z coverów, a sesje demo przepadły w archiwach studyjnych. Na całe szczęście John Carter Cash - jedyny syn i jedyne dziecko Johnny’ego i jego drugiej żony June Carter - odkrył te nagrania i był niezwykle zachwycony jakością tekstów i wokali swojego ojca. Współpracując z Davidem “Fergie” Fergusonem, Carter Cash wyizolował kultowe partie wokalne bas-barytonu i gitary akustycznej, a następnie pieczołowicie odtworzył utwory ze starannie dobraną grupą muzyków - Marty Stuart, Pete Abbott, nieżyjący już Dave Roe i Dan Auerbach z The Black Keys, który zagrał partie gitarowe w Spotlight.


Krążek zaczyna się od bardzo mocnego akcentu - Hello, Out There. Autor wspomina i pozdrawia tych, którzy są już na tamtym świecie. Zanim dobrze poznałem cały album, ten utwór zapętlił mi się chyba z 15 razy i do tej pory nie mogę oderwać od niego uszu. Z jednej strony słyszymy, że jest to Johnny Cash, z drugiej zaś jest to coś innego. Produkcja tej kompozycji to wyrafinowana mieszanka tonów country i nowoczesnych efektów echa, które pozwalają na eteryczną spójność. Idąc dalej mamy wspomniany Spotlight z gościnnym udziałem Dana Auerbacha z The Black Keys na gitarze. Wytwórnia wybrała ten numer jako singiel zapowiadający całość i łatwo zrozumieć dlaczego. Kultowy, dźwięczny wokal Casha przenika, wymieniając momenty uwodzenia z wyrafinowanymi bluesowymi solówkami gitary elektrycznej i partią organów. Jak się okazuje nie wszystkie kompozycje tak naprawdę są premierowe. Wierni fani Artysty bez problemu rozpoznają aż trzy znane kompozycje w innych wersjach. Pierwszym z nich jest Drive On, który znalazł się oficjalnie na American Recordings. W innej inspirowanej produkcji tradycyjne brzmienie country Casha zostaje przeniesione do XXI wieku przez dobrze umiejscowione dźwięki syntezatora. Kinowy widok amerykańskiego Zachodu wpada do umysłu, gdy głos z zaświatów błaga nas, byśmy jechali dalej. Troszkę różnorodności w zestawieniu dodaje I Love You Tonite. Ta piosenka to klasyczna akustyczna progresja napędzana akordami fortepianu i gitarą hawajską, a wokal Casha jest wzbogacony o ciepłą harmonię. Najbardziej głębokim instrumentalnym elementem jest śmiała progresja gitary w Have You Ever Been To Little Rock. Ale pod spodem starannie dobrana praca rytmiczna nadaje głębie. Tekstowo Johnny zapewnia nieco bardziej żywych obrazów wiejskich. A jeśli komuś brakuje starego Casha z ery Sun Records, to odnajdzie w go kompozycji Well, Alright. W warstwie lirycznej Artysta snuje opowieść o interakcji między sobą, a… nieznaną kobietą w pralni. To z pewnością nie jest jakaś szczególnie wzruszająca opowieść, ale doskonały przykład wyjątkowej zdolności Casha do opowiadania historii. 


Album country nie byłby kompletny bez żałobnej ballady. She Sang Sweet Baby James to idealna ścieżka dźwiękowa do ponurego, zapomnianego saloonu na Dzikim Zachodzie. Ta kompozycja skupia się na próbach matki małego Jamesa, która patrzy w niebo i zastanawia się czy nie ma dla niej nieba. W Poor Valley Girl Cash wprowadza kolejną tragiczną postać kobiecą lub potencjalne prequel do historii matki małego Jamesa. Żeby jednak nie było tak smutno zaraz po tym mamy Soldier Boy, która przypomni nam klasyczny styl Casha zawarty w jego starych hitach, takich jak Get Rhythm czy I Walk The Line. Muzyk wydaje się ostrzegać chłopca-żołnierza, by nie był tak pochopny w zostawianiu dzieciństwa za sobą, by dołączyć do wojska. Wspomniałem już, że na albumie znalazły się trzy znane kompozycje w innych aranżacjach. Poza Drive On mamy także dwa ostatnie utwory na płycie - Sing It, Pretty Sue oraz Like A Soldier. Tego pierwszego można usłyszeć na albumie The Sound Of Johnny Cash z 1962 roku. Lirycznie nie jest to analogia do słynnego, zabawnego utworu Chłopiec Imieniem Zuzia. Johnny raczej namawia piękną i romantyczną kobietę do kontynuowania kariery w światowym show-biznesie, mimo jego niechęci zamieszkania z nią. Like Soldier koniec końców doczekał się - tak samo jak Drive On - publikacji na pierwszej odsłonie nagrań z cyklu American Recordings. Wersja na Songwriterze biją tamtą o głowę. W tym mocnym zakończeniu Johnny Cash staje przed lustrem, aby zbadać swoje własne uczucia. Dobrze skonstruowany tekst zdaje się odzwierciedlać szalone dni młodości Cash. Najwyraźniej okazuje on wdzięczność June Carter za okazanie mu miłości (która na początku była bardzo trudna) i zapewnienie stabilności w ostatnich dekadach jego życia. 


Na albumie Songwriter słyszymy znajome struktury instrumentalne traktowane sporadycznie przez klasyczne i atmosferyczne tekstury syntezatora. Miks obejmuje wokal Casha jako główny punkt ciężkości, nie przekraczając ani nie zaniżając granicy. Tak więc, pomimo przyjemnej różnorodności emocji, tempa i podejść stylistycznych, ten pięknie odrestaurowany wokal zachowuje silną tożsamość dźwiękową. Dla wszystkich zaangażowanych w odrestaurowanie tych nagrań praca była dziełem miłości. W swojej skrupulatnej i wymagającej pracy produkcyjnej Carter Cash uhonorował pamięć ojca jedną z najlepszych pośmiertnych płyt XXI wieku. Serdecznie polecam!💗








Bartas✌☮

poniedziałek, 17 czerwca 2024

Wspaniałość starożytnego świata. Rotting Christ i ich nowy album "Pro Xristoy."

 

Ucieszyłem się niezmiernie, gdy Jurek Owsiak ogłosił, że Rotting Christ - archetypowy zespół blackmetalowy z Grecji - wystąpi na trzydziestej edycji Najpiękniejszego Festiwalu Świata Pol’and’Rock Festival (kiedyś Przystanek Woodstock). W Sieci wylała się fala hejtu i zgorszenia na organizatorów, szczególnie ze strony katolickich księży, którzy zarzucili promowanie satanizmu. No, cóż. Nazwa zespołu być może budzi spore kontrowersje, ale ich muzyka jest na najwyższym i światowym poziomie. To forma ekspresji, sztuka i artyzm. Naprawdę (jako też katolik) nie przejmowałbym się tym aż tak bardzo. Ci goście mają za sobą prawie czterdzieści lat wspólnego grania, nadal ewoluują i stają jeszcze bardziej potężniejsi. Nawet jeśli czepialscy będą twierdzić, że technicznie rzecz biorąc, wyrośli z black metalu i przez ostatnie dwie dekady stali się czymś w rodzaju gotyckiego metalu pogańskiego. Nawet jeśli bracia Tolis i ich koledzy osiągnęli szczyt pod względem bluźnierczej agresji mniej więcej w okolicach wydania albumu Triarchy Of The Lost Lovers w 1996 roku, strata black metalu była zyskiem dla wszystkich. Ich przyjęcie szerszej palety stylistycznej - włączając tradycyjne instrumenty, romantyczne melodie i gotycką wrażliwość - zaowocowało najbardziej satysfakcjonującymi artystycznie albumami w karierze zespołu. Najnowsze dzieło Greków, Pro Xristou, jest jednym z ich najlepszych.


Jak już wspomniałem Rotting Christ to nazwa, która budzi kontrowersje, ale muzyka, którą zespół tworzy jest dojrzała i dopracowana. Ich światopogląd pozostaje wierny pierwotnej wizji. Pro Xristou jednak nie jest standardowym farrago bluźnierstwa i nienawiści, ale zamiast tego jest dosłowny. Utwory zawarte na albumie są peanami na cześć pogańskich cywilizacji, które przeszły do historii wraz z rozprzestrzenieniem się chrześcijaństwa. Wspaniałość starożytnego świata jest przywoływania za pomocą chórów, melodyjnych wokali żeńskich i instrumentów ludowych. No, ale na Pro Xristou jest też mnóstwo metalu. W porównaniu z poprzednikiem, The Heretics z 2019 roku, Pro Xristou wydaje się być bardziej wyważony, a także przyjemnie zwięzły. Atmosfera black metalu emanuje w równym stopniu z melodyjnego i agresywnego materiału, jak i bardziej epicka jakość jest wpleciona w ducha muzyki,, a nie jest produktem konkretnego brzmienia syntezatora lub gitary. 


Ciekawym w pewien sposób jest fakt, że Rotting Christ wydaje się być definitywnie  antychrześcijański, ale nie stoi w opozycji do innych bóstw. Świadczy o tym choćby krótki i wprowadzający w całość utwór tytułowy, który wychwala szereg wielokulturowych bogów i półbogów: Hadesa, Ra, Xibalbę, Nyks, Prometeusza, Baala, Zeusa, Shivę, Mahadewę, Tarana, Asmodeusza itp. Brzmi to troszkę jak New Age, ale jego wykonanie zdecydowanie takie nie jest. Intonowany przez Sakisa Tolisa jego najbardziej ponurym, autorytatywnym głosem (na tle kipiącego i doomowego riffu) staje się wojowniczym i w stu procentach metalowym podniesieniem kurtyny dla albumu, który doskonale równoważy swoją trzewną moc i bardziej filozoficzne obawy. Ta równowaga jest znakomicie realizowana w kompozycji The Apostate, która ma grzmiący thrash/death metalowy riff. Brzmi troszkę jak nasz Behemoth, ale kiedy bohaterska chóralna melodia wokalna się otwiera, może to być tylko Rotting Christ. Melodyjne fragmenty wplatają się i wychodzą z riffów, nie zakłócając marszowego tempa. Muzyka narasta, sa Sakis Tolis wtrąca melorecytacje dotyczące filozofii, natury i religii. Wznoszący się heroiczny ton trwa w Like Father, Like Son, który jest niewątpliwie punktem kulminacyjnym albumu. Pomimo braku chórów i symfonicznych ozdób, niektórzy mogą uznać za trudniejszy do przezwyciężenia tym razem. To tylko dlatego, że elegijny tekst - w zasadzie wzruszający lament i hołd dla utraconego ojca - brzmi jak swego rodzaju traumatyczna afirmacja: Spread Your wings and fly, fly to the edge of a dream / Be yourself and rise, rise, reborn and scream. Ale… odbierz to w zamierzonym duchu, a otrzymasz piosenkę o podnoszącej na duchu, ale także wzruszającej mocy.


Jedną z zalet Pro Xristou jest to, że nawet najdłuższy utwór na albumie trwa mniej, niż sześć i pół minuty. To dobrze, bo większość utworów kroczy w rozważnym, ponurym tempie, zamiast agresywnie huczeć, jak to bywało na wczesnych płytach zespołu. Mimo nadal jednolitego tempa nie czuć w ogóle zmęczenia. To nie jest najbardziej zróżnicowany album, ale nie taki miał być - zamiast tego ma niezwyciężoną siłę perfekcyjnie wykonanego artefaktu. Wadą jest to, że jeśli nie spodoba Ci się jeden z utworów, nie jest szczególnie prawdopodobne, że zareagujesz na żaden z nich, ponieważ chociaż różnią się od siebie, idiom i styl są spójne. W otwierającym riffie The Sixth Day słychać silne wpływy Iron Maiden, podczas gdy Themis Tolis wydobywa blastbeaty dla natarczywego, ozdobionego chórem La Lettera Del Diavolo, ale nawet tam tempo pozostaje wolniejsze i ciężkie. Zrozumienie dynamiki przez zespół wzrosło na przestrzeni lat i jest teraz tak doskonałe jak ich gra. Podczas gdy czasami w przeszłości dodanie zbędnych szczegółów miało barokowy efekt kulminacyjny, teraz wzmacniają one oddziaływanie utworu. Chóry i wokalizy prowadzące na albumie, w tym Androniki Skolua z Chaostar, to coś więcej niż tylko dodatkowa ozdoba. Ich sekcje są staranie modulowane, aby wzmocnić atmosferę kompozycji. Mało tego - także zapewnić ładnie kontrastującą fakturę z głosem Sakisa Tolisa, który ma więcej ekspresji i bogactwa ekspresji, niż kiedykolwiek. 


Pro Xristou to album pełen melodyjnych haczyków, ale rzadko w konwencjonalny sposób zwrotka-refren-zwrotka. Zamiast tego to głównie riffy kompozycji nadają im chwytliwość. No, ale Pro Xristou to nie tylko fabryka świetnych riffów. Nie tylko chóry i dodatkowe instrumenty, ale także główny wokal Sakisa Tolisa i gitara oraz rytmy perkusji Themisa są używane w należyty sposób. Wszystko to, aby zwiększyć dramaturgię i ekspresję, a nigdy po to, by utrzymać całość w ruchu. Rezultaty w każdym przypadku są większe, niźli suma utworu. Po nastrojowym intro The Farewell ma jeden z najbardziej przyjaznych headbangingowi klasycznych metalowych riffów w całej dotychczasowej karierze Rotting Christ. Jest to tylko fundament kompozycji, która buduje się do epickich proporcji, elegii na temat odejścia pogańskich bogów, która niesie ze sobą emocjonalny ciężar, tak jak muzyka, niezależnie od czyichś przekonań lub ich braku. Podobnie Pix Lax Dax i Pretty World, Pretty Dies zawierają szereg elementów chóralnych i pięknie zagranych motywów gitary prowadzącej, ale to melodyjny hook ich głównych riffów nadaje kompozycjom aurę niemal procesyjnej wspaniałości. Album kończy się dwoma utworami, które wydają się bardziej zorientowane na black metal, choćby dlatego, że odnoszą się do mitologii nordyckiej i celtyckiej, osadzonej w DNA gatunku od lat 90. Yggdrasil jest dźwięczny i kinowy i brzmi… trochę jak Enslaved, ale  jest dobry. Zamykający zaś całość utwór Saoirse jest - w klasycznej tradycji black metalu - najbardziej bohaterskim i bombastycznie brzmiącym numerem na albumie. Otwiera i zamyka się dźwiękami bitwy i grzmi w rytm nawołujących chórów, troszkę jak Summoning lub późniejsze dokonania Bathory. Poza nieco niszowym światem pogańskiego black metalu, jest to dźwięk, który tak naprawdę nie istnienie. No, ale ci, którzy znają i kochają ten świat, odpowiedzą na jego porywającego ducha. 


Po kilkukrotnym przesłuchaniu Pro Xristou utwierdziłem się w przekonaniu, że jest to najlepszy album Greków od czasów mojego ulubionego ich albumu Theogonia z 2007 roku. Łączy bowiem różne wątki twórczości grupy, niż na poprzednich albumach, a każdy element jest tu pokazany z największym efektem. Chociaż pod względem czystej blackmetalowej dzikości nie zbliża się do albumów z lat 90. Jeśli black metal z lat 90-tych jest Twoją bajką lub jeśli jeszcze nie znasz, to te klasyczne albumy nadal istnieją. Tak więc… nie ma potrzeby narzekać na ekscytującą i wyrafinowaną twórczość, którą bracia Tolis wnieśli do swojej pracy po prawie czterdziestu latach niesłabnącej kreatywności. Jestem bardzo zachwycony tym albumem i… czekam na Was, Panowie, na 30. edycji Najpiękniejszego Festiwalu Świata😍 Bartas✌☮

sobota, 1 czerwca 2024

List miłosny do bluesa. Slash powraca solo z albumem "Orgy Of The Damned".

 

Tego pana chyba nie muszę nikomu przedstawiać. Slash - legenda gitary i jeden z filarów klasycznego składu Guns N' Roses. Muzyk właśnie powraca ze swoim pierwszym solowym albumem bez Mylesa Kennedy’ego And The Conspirators od prawie 14 lat. Album zatytułowany został Orgy Of The Damned i - podobnie jak jego wydawnictwo z 2010 roku 0 zawiera gwiazdorski, zmienny skład gościnnych wokali wykonujących szereg klasycznych coverów bluesowych. Kompozycje Roberta Johnsona, Lightnin’ Hopkinsa, Howlin’ Wolfa, Steviego Wondera czy Petera Greena zostały nagrane dzięki współpracy z takimi artystami jak Brian Johnson, Gary Clark Jr,, Iggy Pop, Paul Rodgers, Chris Stapleton czy Dorothy. Album został wyprodukowany przez Mike’a Clinka i ukazał się 7 maja 2024 roku.

Płyta zaczyna się utworem mocnym i porywającym numerem The Pusher. Do Slasha dołącza Chris Robinson z The Black Crowes, a chemia między muzykami sprawia, że ta utrzymana w średnim tempie piosenka nabiera większego rozpędu. Choć może się wydawać dziwnym wyborem na otwieracz, The Pusher natychmiast nadaje ton płycie. W przeciwieństwie do większości poprzednich dzieł Slasha, Orgy Of The Damned jest albumem w całości bluesowym. Potwierdzają to kolejne kawałki, jak choćby Crossroads z Garym Clarkiem Jr. na wokalu i gitarze. Elektryzujące wykonanie jest wierne oryginałowi, podczas gdy Hoochie Coochie Man z udziałem Billy’ego F. Gibbonsa to tradycyjne bluesowe wykonanie, które mocno uderza. Usłyszenie Gibbonsa i Slasha obok siebie na płycie plasuje tę piosenkę wśród najlepszych kolaboracji na Orgy Of The Damned


Nowy album Slasha nie ma ani jednego słabego punktu i stanowi list miłosny do bluesa. Niezależnie od tego czy będzie to Chris Stapleton śpiewający Oh, Well Petera Greena czy Demi Lavato w Papa Was A Rollin’ Stone The Temptations, Orgy Of The Damned jest na wskroś bluesowym krążkiem klasycznego kalibru. Pozornie nagrany jest w dużej mierze na setkę. Slash i jego zespół brzmią niesamowicie, a on sam składa klasykom bluesa za pomocą szeregu znakomitych solówek, chrupiących riffów i gustownych partii. Wszystko to zostało dobrane z wyjątkowym tonem i kunsztem. Oprócz wspomnianej współpracy z Robinsonem, Clarkiem, Stapletonem i Gibbonsem, pojawił się także dźwięczny i akustyczny Awful Dream z udziałem Iggy’ego Popa, energiczny Killing Floor z Brianem Johnsonem na wokalu (chyba pierwszy raz w życiu słyszałem frontmana AC piorun DC jak śpiewa swoim, niskim głosem) i funky numer Living For The City z Tash Neal. To wszystko niezbędne atrakcje. Co więcej, album zamyka jedyny autorski utwór na płycie. Metal Chestnut to utwór instrumentalny o orkiestrowej kompozycji. Napawa tęsknotą, co jeszcze bardziej umacnia pozycję Slasha jako jednego z najbardziej emocjonujących gitarzystów wszechczasów.


W każdym razie Orgy Of The Damned to zabawna płyta pełna nadmiernego rock'n'rolla. Poza tym jednak Slash i jego zróżnicowana załoga wydali krążek, który stanowi przedmiot konserwacji i przenosi twórczość niektórych z najwcześniejszych ikon bluesa, a także tych z odrodzenia lat 60-tych do naszej ery współczesnej. Jest to szczególnie widoczne, gdy weźmie się pod uwagę włączenie współczesnych popularnych artystów. W ten sposób Orgy Of The Damned błyszczy nie tylko ze względu na swój wspólny charakter, ale także jako demonstracja ponadczasowości bluesa. Pozycja mocno polecana😊 Bartas✌☮

sobota, 25 maja 2024

Poczucie odległej nostalgii, dobro, zło i wspomnienia. Kings Of Leon i ich najnowszy album - "Can We Please Have Fun".

 

Talent tkwi w rodzinie Followill. Tak, to pewne! Zespół Kings Of Leon tworzą bracia Caleb, Jared i Nathan oraz ich kuzyn Matthew. Wracają właśnie z dziewiątym albumem studyjnym zatytułowanym Can We Please Have Fun. Reprezentuje ich zmiany jako ludzi i zespołu, zachowując jednocześnie wierność swoim korzeniom. Powrócili i są gotowi po raz kolejny skopać dupy innym. Być może pamiętacie ten zespół z ich radiowych hitów z początku lat dwutysięcznych. No, ale ta ich wersja znacznie różni się alternatywnego rocka, którego słyszeliśmy od nich wcześniej. Nowy album zawiera o wiele łagodniejsze brzmienie, czego choćby przykładem jest już otwierająca go kompozycja Ballerina Radio, który wydaje się być odbiciem przeszłości - All the books I never learned to read / Ones about detectives chasing leads / Wiser men than I, all philosophize. Ma lśniący i nostalgiczny klimat, który sprawia, że czujesz się, jakbyś jechał z głową wystawioną przez okno. To jakby scena z jakiegoś filmu o dojrzewaniu. Nadaje on ton kolejnemu utworowi Rainbow Ball, który opowiada o dobrych wibracjach i słodko-gorzkiej miłości. Wygląda na to, że wszyscy myślą ostatnio o niepewności co do obecnego stanu naszego świata. Poruszają ten temat w Nowhere To Run. Ta kompozycja zdecydowanie przywraca mnie do tego, co uwielbiam w nich najbardziej - zabawnej linii basu i chrupiących hitar, a mimo to ma dojrzałość w swojej treści, która odzwierciedla ten punkt zwrotny w ich przypadku. Poczucie, że utknęliśmy i nie mamy kierunku, w którym możemy pójść to coś, czego doświadczamy wszyscy. Ich podejście jest pięknie ujęte dobrze wykonane:  I heard a baby in the rear of the plane start to cry / I saw panic on the faces of people that fly / I'm just waiting for a beverage to accompany my pie. Utwór Mustang wnosi trochę zabawy w stosunku do tego, że poprzednich kompozycji na albumie - If You're free tomorrow, don't make any plans / We can go to Sylvan Park and kick over trash cans.

Innym znaczącym wpływem na nasz współczesny świat jest wykorzystywanie mediów społecznościowych i technologii, co nie było tak powszechne w roku 1999, gdy zespół stawiał pierwsze kroki na scenie. Split Screen pokazuje, jak te małe rzeczy mogą zmienić sytuację - Another modern innovation / This time, I mean it / A hazard of the occupation / Desire when needed / Set it down before You break it. Pod koniec tekst zdaje się przechodzić w przesłanie dotyczące relacji, a nie innowacji. Don’t Stop The Bleeding rozpoczyna się kilkoma wersami i przechodzi od razu do całkiem interesującego zestawu wersów: Why you always look so sad? / I think You're rad / Don't stop the bleeding / Why would you say / Just barely breathing? Uważam to za bardzo wyjątkowy sposób przedstawienia osoby zmagającej się z depresją. Czasami zbyt trudno jest szukać pomocy i łatwiej po prostu pozwolić sobie na zranienie. Myślę, że własnie o tym mówi ta piosenka. Trudno jest widzieć, jak ktoś, kogo kochasz, radzi sobie z takimi rzeczami i nie jest w stanie nic zrobić, by sobie pomóc. To z pewnością bardzo ciężki temat, ale po raz kolejny pokazuje, w jaki sposób zespół ewoluował w kierunku pisania o doświadczeniach w bardziej surowy sposób. 


Najbardziej chwytliwym utworem na płycie jest Nothing To Do. Od razu wprowadza Cię w ciemną linię basu i lekko zniekształcony wokal, przechodząc w prawdziwie indie-rockowe gitary wypełnione dużą ilością szorstkości. M Television przywołuje wspomnienia z pozornie dobrego związku, pełnego wielkich marzeń, nadziei i braku żalu. Istnieje wszelkie prawdopodobieństwo, że M w tytule kompozycji oznacza pamięć. A jeśli tak, to myślę sobie iż to genialny tytuł. Pewnie każdy z nas w mniejszym lub większym stopniu to przeżywał - byłeś z kimś, kogo kochałeś i wracałeś do domu, aby odtworzyć w głowie te wspomnienia z uśmiechem na twarzy. Coś w rodzaju ekranu telewizora w Twojej głowie. Ta kompozycja przypomina zakochanie się po raz pierwszy, popełnianie błędów, ale nigdy ich nie żałowanie i stawiania czoła losowi. Hesitation Gen to kolejna bardzo indie-rockowa, doskonała piosenka do wspólnego śpiewania, która jest specjalnością Kings Of Leon. Tak więc z radością zauważyłem, że tak wiele piosenek na tym albumie nadal niesie tę energię. Ease Me On zaś traktuje o tęsknocie - Ease me on / When the timing is aligning / You will know. To bardzo słodki numer, który emanuje uczuciem miękkości, jakie przynosi zakochanie. 


Podróż przez ten album sprawiła, że poczułem się, jakbym siedział na werandzie domu na jakimś odludziu i wpatrywał się w świat, po prostu kontemplując. Dobro, zło, wspomnienia, przyszłość, wszystko, co kształtuje nasze życie tak, jak jest w teraźniejszości. Zamykający album utwór Seen to wspaniały sposób na zakończenie albumu. Doskonale oddaje poczucie bycia w tym domu na wzgórzu. Podobnie jak wiele innych, przynosi poczucie odległej nostalgii i porusza emocje po prostu swoją melodią i instrumentami. Myślę, że przykładem tego są również dzwonki na końcu utworu. Warto przesłuchać ten album od razu na jednym posiedzeniu i pozwolić sobie na rozkoszowanie się tymi pomysłami. Kings of Leon nie zawiedli swoich fanów płytą Can We Please Have Fun. Bardzo dobry album😊 Bartas✌☮


sobota, 27 kwietnia 2024

Wrócić do punktu wyjścia. Pearl Jam powraca z nowym albumem "Dark Matter".

 

Kiedy w styczniu tego roku ukazał się singiel Pearl Jam Dark Matter, podczas ekskluzywnego wydarzenia odsłuchowego frontman Eddie Vedder wygłosił płomienne oświadczenie: to nasze najlepsze dzieło w dotychczasowej historii. Ta uwaga wywołała zdziwienie, zważywszy na to, że Pearl Jam to zespół zdefiniowany głównie przez ich wczesne sukcesy w latach 90-tych. Nowe wydawnictwa miały mieszane recenzje, a trzeba wziąć pod uwagę ten fakt, że Dark Matter to dopiero czwarty album, jaki wydali od 2009 roku. Niemniej jednak słowa Veddera nie okazały się zbyt oderwane od rzeczywistości, ponieważ Dark Matter - jak się za chwilę przekonacie czytając moją recenzję - jest ich najlepszym wydawnictwem od dobrych 15 lat. Poprzedni album Gigaton pojawił się, ale mam wrażenie, że jakoś szybko zniknął, pozostawiając za sobą kilka znaczących ciosów. Jednak z perspektywy czasu żaden zespół nie zdecydowałby się na wydanie płyty pod koniec marca 2020 roku, co zbiegłoby się z globalną izolacją przy minimalnym zainteresowaniu mediów, a wiadomości były zdominowane przez wyłącznie jeden temat - pandemię koronawirusa. To powiedziawszy, płyta najwyraźniej miała trudności z wejściem na scenę koncertową, bowiem Edek był zbyt gadatliwy przy większości prezentowanych na żywo numerów, a tematyka skupiała się na polityce i zmianach klimatycznych. Z wyjątkiem Retrograde zapotrzebowania na utwory z Gigaton w stale zmieniających się setlistach występów było niewielkie. 


Przy tworzeniu dwunastego albumu studyjnego zespół ze Seattle nawiązał współpracę z producentem i ich wielkim fanem Andrew Wattem. Facet współpracował między innymi z takimi gwiazdami jak Justin Bieber, Post Malone czy Miley Cyrus, ale ostatnio zwrócił się ku rewitalizacji zespołów rockowych i metalowych, takich jak Ozzy Osbourne, Iggy Pop czy The Rolling Stones, stosując metodologię powrotu do podstaw. Warto też podkreślić, że Watt współpracował wcześniej z Vedderem nad jego ostatnim solowym albumem Earthling, wydanym w 2022 roku, zanim otrzymał zadanie wyprodukowania swojego ulubionego zespołu. Wpływ Watta jest natychmiast słyszalny na Dark Matter. Krążek otwiera kompozycja Scared Of Fear. Pearl Jam ma to do siebie, że niemal na każdym swoim albumie (nawet na najsłabszym Binaural) mają świetnego “otwieracza”. Ten także oferuje wybuchowy początek, łącząc konfrontacyjne akordy z chwytliwym refrenem, w którym Vedder frywolnie wyśpiewuje: We used to laugh, we used to sing / We used to dance, we used to believe. Numer ten jest także pierwszą oznaką dla Mike’a McCready’ego do zaprezentowania jednej ze swoich charakterystycznych solówek gitarowych, które bardzo mocno dominują na całym albumie. Po tak świetnym wejściu nie ma czasu na złapanie oddechu. React, Respond kontynuuje zawrotne tempo z mocnymi akordami prowadzącymi przez duet Mike McCready-Stone Gossard, osadzonych na solidnej platformie rytmicznej  przez basistę Jeffa Amenta i perkusistę Matta Camerona. W utworze tym Vedder radzi: We could be fighting together / 'Stead of fighting ourselves i stale powtarza: Don't react, respond, co tylko dopełnia ognisty cios. Podczas całej swojej kariery Eddie Vedder nigdy nie ukrywał swojego podziwu dla Toma Petty’ego, a trzeci numer na płycie, Wreckage, emanuje właśnie tym klimatem. Melodyjne nagranie jest dalekie w stosunku do wybuchowego hard rocka z dwóch pierwszych nagrań, ale pomimo to pozostawia znaczący ślad. Jak na takich zwierzaków koncertowych kompozycja idealnie sprawdzi się na żywo jak hymn do wspólnego śpiewania. Przez lata Pearl Jam, oprócz ostrego PJerdolnięcia, pokazał także, że z wielkim sukcesem potrafi komponować i nagrywać ballady. Won’t Tell to wyjątkowa ballada z albumu Dark Matter, w której Vedder pyta, podnosząc na duchu: Can you heal? Can you feel / The chains in my heart? Rzeczywiście, podnosi na duchu. Waiting For Steve również koncentruje się na temacie miłości. Ten porywający utwór został napisany, gdy Vedder i Watt czekali na przybycie Steviego Wondera na sesję nagraniową. Kończy się, gdy frontman zapewnia: You can be loved, You can be love.

Kompozycja, która zrobiła na mnie największe wrażenie to Upper Hand. Wbrew temu, co pisali o niej inni recenzenci, że piosenka jest przydługa i męczy uszy, dla mnie to utwór numer jeden na Dark Matter. Tworzy piękną i klimatyczną platformę, podczas której Eddie pięknie lamentuje something that I never had was the upper hand. Przy pierwszym odsłuchu zapętliła mi się niczym Seven O’Clock z Gigatonu. Od razu mnie ujęła wpływami Pink Floyd, piękną grą gitary i tekstami w stylu Beatlesów, które są jednocześnie Eddiego i Pearl Jam. A te ponad sześć minut mija jak z bicza strzelił. Mamy też iście punkowy Running, drugi singiel promujący, który ukazuje wyjątkową muzykalność, przed którą trudno się powstrzymać. Jednakże po głębszym wsłuchiwaniu się w tekst okazuje się, że w pewnym momencie Vedder odkrywa sam siebie: Lost in the tunnel and the tunnel's getting funneled / Like the sewage in the plumbing 'cause we left the fucking water running. Dziewiąty utwór na płycie, Something Special, jest sentymentalnym hołdem złożonym dwóm córkom Veddera. Fajny i chillujący, ale mam wrażenie, że bardziej pasowałby na solową płytę artysty. Po tym numerze jakby wszystko wraca na odpowiednie tory wraz z Got To Give, który rozpoczyna się charakterystycznym gitarowym riffem Gossarda. W przypadku zespołu tak kojarzącego się z niepokojem, późniejsze albumy emanowały bardziej pozytywnymi wibracjami, co słychać w przedostatnim utworze, gdy Vedder nalega: Let's get to the point, we all are heard and seen. Końcowy utwór Setting Sun stanowi doskonały prezent na pożegnanie, delikatny początek ustępuje miejsca doskonałemu zakończeniu, w którym ostatnia linijka Veddera brzmi: Let us not fade. Na podstawie tych dowodów nie ma na to szans. 


Album Dark Matter okazuje się sukcesem. Nie można tego określić jako powrót do formy, bo tak naprawdę ten zespół nigdy całkowicie formy nie stracił. Chociaż ich późniejsze albumy studyjne mogły nie mieć takiej siły i wpływu jak choćby Ten czy Vs, tak każda płyta dostarcza momentów świetności. Ich najnowsze wydawnictwo zapewnia jednak bardziej zwięzłą i spójną ofertę, w której każdy członek zespołu może zabłysnąć i wykorzystać swoje mocne strony. Warto było czekać te cztery lata. Album roku 2024? Zobaczymy. W każdym razie... gorąco polecam😊 Bartas✌☮

35 lat temu ukazał się jeden z najlepszych debiutów w historii muzyki - "Ten" grupy Pearl Jam.

  Po śmierci Andy’ego Wooda Gossard i Ament zawiesili działalność. W czasie tej separacji Gossard spędził swój czas na pisaniu materiałów, k...