czwartek, 15 października 2020

Nic nie trwa wiecznie. Śmierć jest wszędzie. Pearl Jam - "Lightning Bolt"

 

No, sorry, ale ja nic na to nie poradzę, że zespół Pearl Jam to absolutna czołówka moich ukochanych zespołów świata. I jak tylko nadarzy się okazja to nie omieszkam skorzystać ze sposobności, by coś na ich temat znowu wspomnieć. Pisałem już o swoim wielkim koncercie życia, a więc ich występie w Krakowie dnia 3 lipca 2018 roku, otrzymując wiele sygnałów, że relacja pełna mega pozytywnych emocji. No, nie inaczej. Pisałem już o albumie No Code (zostawiając Ten na przyszły rok). Było o Backspacer, było o solowej płycie Eddiego, będącej ścieżką dźwiękową do jednych z moich ukochanych filmów ever - Into The Wild - oraz o jednym z akustycznych koncertów muzyków podczas promocji wspomnianej już płyty No Code. Uprzedzam Was, moi Kochani Czytelnicy, że na tym nie koniec. Dziś będzie o ich przedostatniej płycie, która jest z nami już… siedem lat. Ja wiem, nie jest to żadna okrągła rocznica. Zdecydowałem się jednak o nie napisać, bo bardzo lubię do niej wracać. Ma w sobie jakiś powiew świeżości muzycznej, produkcyjnej oraz bardzo - jak przystało na grungowe’owego poetę Eddiego Veddera - refleksyjne teksty. Płyta nosi tajemniczy tytuł Lightning Bolt


Praca na pełnym luzie przy płycie Backspacer pod czujnym jednak okiem starego wygu Brendana O’Briena spowodowała, że zespół Pearl Jam pragnął powtórzyć to doświadczenie, bo - jak sami stwierdzili - świetnie się z nimi bawili. W 2011 roku, w ramach przygotowań do filmu dokumentalnego Pearl Jam Twenty i towarzyszącej mu trasy koncertowej, zespół nagrał kilka utworów z O'Brienem w Los Angeles 'Henson Recording Studios, a utwór „Olé” został wydany do bezpłatnego pobrania. Brendan uważał, że praca w studio z nim pomogła zespołowi w osiągnięciu mentalności łodzi podwodnej i wszystkim, którzy razem wchodzą na statek, a basista Jeff Ament dodał, że praca poza Seattle, rodzinnym miastem zespołu, sprawiła większą wydajność pracy. 


Po pewnym jednak czasie tworzenia dem, muzycy wrócili do Henson w marcu 2012 roku, nagrywając siedem piosenek., zanim zespół zdecydował sobie zrobić mały resecik od siebie. Jak stwierdził Mike McCready musieliśmy poświęcić trochę czasu, aby dowiedzieć się, co chcemy zrobić. Z kolei Stone Gossard dodał, że pomimo tego, że członkowie zespołu myśleli, że po produktywnych sesjach album jest bliski ukończenia, ostatecznie uznali, że utwory nie są wystarczająco mocne, by nagrać album. Prace nad albumem wznowiono dopiero w marcu 2013 roku, kiedy członkowie zespołu przegrupowali się z nowe kompozycje, w większości wykonywane oddzielnie w domowym studiu każdego członka - chociaż McCready czasami współpracował z perkusistą Mattem Cameronem - zanim grupa zjednoczyła się, by razem dokończyć utwory. Podczas przerwy od siebie Eddie rozpoczął solową trasę koncertową, Matt powrócił do Soundgarden, Stone dołączył do pobocznego projektu Brad, Ament nagrał solowy album While My Heart Beats, zaś Mike założył grupę Walking Papers. Dzięki temu mogli wrócić znów do pracy nad nowym, dziesiątym już, studyjnym albumem Lightning Bolt. Podobnie jak w przypadku poprzednich płyt za konsoletą usiadł Brendan O’Brien, który spełnił swoją rolę również jako muzyk gościnny, grając na klawiszach, obok wieloletniego przyjaciela i współpracownika koncertowego zespołu, przesympatycznego klawiszowca z Hawajów Kennetha Gaspara, zwanego Boomem (na koncercie, gdy Ed przedstawia zespół w tym także klawiszowca, publika radośnie skanduje Buuuuuuuuuuuum). Jest także skrzypaczka Ann Marie Calhoun. 


Po sześciu tygodniach nowych sesji nagraniowych album został zmiksowany w Seattle na życzenie zespołu, a proces odbywał się w Studio X. W przeciwieństwie do krótkich utworów Backspacer, Lightning Bolt zawiera dłuższe utwory i bardziej eksperymentalne brzmienie, które McCready deklarował jako logiczne rozszerzenie tego, czym był Backspacer. Poczucie większego komfortu w procesie komponowania i nagrywania prowadziło do powrotu do niektórych bardziej osobliwych rzeczy, które zespół robił na albumach takich jak wspomniany już No Code czy Binaural. Mamy na niej zarówno klimat Pink Floyd, jak i starego, dobrego punk rocka. Słychać i wpływy Neila Younga, choćby w utworze Yellow Moon. Singlami promującymi był Sirens oraz Mind Your Manners. Kompozytorem obu jest Mike McCready. Mind Your Manners jest inspirowane twórczością punkowej kapeli Dead Kennedys, zaś główną inspiracją do skomponowania Sirens był koncert Rogera Watersa The Wall Live. Mike jest wielkim fanem Floydów. Pragnął koniecznie skomponować, coś co przypominałoby Pink Floyd. Wyszła z tego przepiękna rzecz. Eddie dołożył tekst, w którym to wyraża zmartwienie przemijania, śmiertelności oraz przyszłością dla następnego pokolenia. Vedder napisał tekst po usłyszeniu syren z jego pokoju hotelowego późnym wieczorem / wczesnym rankiem, kiedy zespół był w Los Angeles. Nie wiedzieć dlaczego utwór ten jest dość nielubiany przez wielu fanów Pearl Jam. Nie wymagajmy od nich wiecznego darcia ryja. Mimo dramatyzmu, jakie niesie za sobą Lightning Bolt zespół był w doskonałej komitywie podczas pracy w studio i świetnie się bawili podczas procesu twórczego. 


Mamy też pewne przemycenia. Sleeping By Myself znalazł się wcześniej na solowym albumie Eda z 2011 roku Ukulele Songs. O'Brien zasugerował ponowne nagranie, uważając, że kompozycja jest typowa dla Pearl Jam. Absolutna perełka na albumie utwór Pendulum, w którym znów pojawia się temat przemijania, pamięta czasy sesji nagraniowej do Backspacer, ale numer nie pasował wówczas do reszty. Utwór tytułowy, czyli Lightning Bolt, to Pearl Jam w pełnej krasie - bezkompromisowo walczący o podstawowe prawa człowieka. Pieśń ta jest wyrazem wsparcia dla kobiet i ich podstawowych praw, które są co rusz na świecie łamane. Nigdy nie zapomnę momentu, w którym zagrali ten utwór w Krakowie. Zabrzmiały pierwsze akordy, Ed ze sceny rzucił dla wszystkich silnych kobiet, a naszym oczom ukazał się na telebimach logotyp Ogólnopolskiego Strajku Kobiet. Wartym posłuchania jest także utwór otwierający, Getaway, który - w przeciwieństwie do innych utworów - traktuje o wolności i mówi wyraźnie: chcesz mieć swój świat? ok, miej, ale nie wchodź z butami w mój. Większość wypełnia temat przemijania i śmiertelności. Warto też nadmienić, że Ed początkowo bał się pisać piosenki o śmiertelności, ale później jednak doszedł do wniosku, że powinien, bo śmierć jest wszędzie. Przykładem tego jest choćby piękny, zamykający album utwór Future Days. Wokalista napisał go po stracie przyjaciela, Dennisa Flemiona, który utonął w 2012 roku. 


Lightning Bolt ukazał się 15 października 2013 roku i stał się piątym studyjnym albumem Pearl Jam, który zadebiutował na pierwszym miejscu listy Billboard 200, ze sprzedażą 166 000 egzemplarzy w pierwszym tygodniu w Stanach Zjednoczonych. W drugim tygodniu album sprzedał się w 46 000 egzemplarzy, zajmując drugie miejsce. Zadebiutował również na pierwszym miejscu w Kanadzie, sprzedając 23 000 kopii w pierwszym tygodniu i stając się drugim z rzędu albumem zespołu, który zadebiutował na pierwszym miejscu kanadyjskiej listy albumów. W Australii Lightning Bolt zajął ósme miejsce. Natomiast w Wielkiej Brytanii osiągnął drugą pozycję na UK Albums Chart i był tam najlepszym wynikiem od czasu ich drugiego albumu studyjnego Versus. Lightning Bolt znalazł się również na szczycie list przebojów w Belgii, Irlandii, Chorwacji i Portugalii, a drugie miejsce w Holandii, Włoszech, Nowej Zelandii, Norwegii i Szwajcarii.


Czy Pearl Jam dalej tworzy muzykę grunge? Myślę, że z całą pewnością tak. Czasy szaleństw Eddiego po rusztowaniach podczas koncertów dawno minęły. Muzycy nie noszą już flanelowych koszul, t shirtów z lumpa oraz martensów i wystających z nich długich białych getrów. Przeminęło. Pozostał sentyment. Muzycznie też jakby się bardziej uspokoili, a Eddie im jest starszy tym staje się lepszym poetą, o wiele więcej w nim romantyzmu i refleksji, niż kiedyś. Pamiętajmy jednak, że grunge to przede wszystkim filozofia życiowa i wierność tym samym ideałom od lat. Zmienia się nieco forma przekazu tego, ale … to wciąż Pearl Jam. Iście grunge’owy. Taki jest też Lightning Bolt. Bardzo udane wydawnictwo. Polecam mocno. 









Bartas✌


sobota, 10 października 2020

"Jeśli Bóg będzie łaskawy spotkamy się znów pewnego dnia". O albumie "Barcelona" słów kilka...

Przerzucam się na operę! Zapomnijcie o rock’n’rollu
. Powiedział kiedyś żartobliwie Freddie Mercury w swoim ostatnim publicznym wywiadzie. Moi Kochani, dzisiaj będzie operowo, ale nie martwcie się, nie będzie nudno. Jest 10 października 2020 roku. A to znaczy, że tego dnia, trzydzieści dwa lata temu, ukazał się album Barcelona Freddiego Mercury'ego i jego wielkiej muzycznej miłości - katalońskiej śpiewaczki operowej Montserrat Caballe. Nie ma już ich z nami. Oboje odeszli do największej orkiestry świata. Caballe nie doczekała trzydziestej rocznicy wydania albumu, podobnie jak Freddie olimpiady w Barcelonie w 92 roku, na której mieli zaśpiewać razem. Diva zmarła w nocy z 5 na 6 października 2018 roku w szpitalu, w wieku 85 lat. Pozostała muzyka. Dzisiaj postaram się przybliżyć Wam historię powstania tej niezwykłej współpracy. 

Bez zbędnych pytań płyta Barcelona była jedną z najbardziej ambitnych, wyzwaniowych i zarazem odważnych przedsięwzięć Freddiego. Uważał ją za jedną z najbardziej satysfakcjonujących projektów w karierze i z pośród tych, z których był najbardziej dumny. Zaiste praca z Montserrat Caballe była spełnieniem jego marzeń. Nie przypuszczał, że kiedykolwiek może się ono spełnić. W kwietniu roku 1986, podczas wywiadu dla hiszpańskiej telewizji i programu Informe Semenal, Freddie mówił o swojej pasji dla opery, a w szczególności o swym zamiłowaniu do głosu Montserrat Caballe. Jak tłumaczył, głównym powodem wizyty w Barcelonie było pragnienie spotkania z divą. Gospodarz programu tv był nieźle zaskoczony. Wiadomość ta szybko dotarła do Caballe. Manager Jim Beach skontaktował się z promotorem Queen w Hiszpanii, Pino Sagliocco, by zaaranżować spotkanie i ostatecznie marzenie Freddiego spełniło się dziewięć miesięcy (!!!) później. Oto on we wspomnianym na samym początku swoim ostatnim publicznym wywiadzie


Po raz pierwszy spotkali się w hotelu Ritz w Barcelonie 24 marca 1987 roku. I tak właśnie narodziła się, być może, najbardziej niezwykła kolaboracja w nowoczesnej historii muzyki. Freddie poleciał do Barcelony z managerem Queen Jimem Beachem, z kompozytorem Mikiem Moranem i ze swoim osobistym asystentem Peterem Phoebe Freestonem. Wziął także ze sobą taśmę z utworem, jakim nagrał dla niej na tę okazję. Usiedli razem, a cała reszta ekipy stała wokół nich. Przez dobre dwie lub trzy minuty panowała martwa cisza. Aż w końcu Freddie odważył się zwrócić do Montserrat ze słowami: Wiesz, napisałem dla Ciebie piosenkę. Czy mogę ją zagrać? I tak przełamały się lody między nimi. Jedna z najlepszych div operowych świata i - moim zdaniem - najlepszy rockowy frontman i wokalista wszech czasów, spędzili resztę popołudnia śpiewając razem, z Mikiem Moranem na pianinie, w hotelowym pokoju.


Utwór Barcelona został nagrany w kwietniu roku 1987 i pierwszy raz wykonany przez Freddiego i Montserrat 30 maja tego samego roku na Ibizie w klubie Ku. To był finał światowego Show Ibiza ’92. Niezwykły odbiór publiczności hiszpańskiej zachęcił Freddiego i Montserrat do nagrania całego albumu. Album był nagrywany przez okres 18 miesięcy Pomiędzy styczniem 1987 roku, a lipcem 1988 roku w dwóch studiach – Townhouse w Londynie i Mountain w Szwajcarii. Producentem był Freddie, Mike Moran i David Richards. 


No, ale nie tylko Barcelona. Utwór numer dwa La Japonaise. Odkąd Queen ruszyli w pierwszą poważną trasę po Japonii Freddie był zafascynowany tym krajem i chyba mu to pozostało. Postanowił nagrać taki właśnie utwór w klimatach japońskich. Nagrania dokonano 9 listopada 1987 (a demo pochodzi z 1 września). Freddie napisał cały tekst, łącznie z częścią po japońsku (!) a niektóre fragmenty zaśpiewał ... falsetem. Idąc dalej mamy przepiękny i wzniosły The Fallen Priest. Pierwotny tytuł to Rachmaninov's Revenge, później zmieniony na The Duet i w końcu na The Fallen Priest po napisaniu tekstu przez Tima Rice'a. Jak dla mnie chyba najbardziej emocjonalny ładunek na płycie. Freddie wchodzi w takie rejestry wokalne, że ja osobiście wymiękam! Wspomniałem o utworze, którego Freddie napisał specjalnie na pierwsze spotkanie z Montserrat. Otóż ten wspomniany Exercises In Free Love został przekształcony w utwór Ensueño. Freddie na prośbę divy zaśpiewał.... TENOREM. Nigdy wcześniej ani nigdy później już tego nie robił.


Nie sposób się nudzić tym albumem. Opera wcale nie musi być nuda. The Golden Boy to niesamowity łączący w sobie kilka gatunków połączonych ze sobą razem - oprócz opery mamy tutaj rock, gospel i soul. W nagraniu wzięli udział m.in. Peter Straker, czyli kumpel Freda od najdzikszych orgiastycznych imprez, a także chórek gospel w składzie: Madeline Bell, Dennis Bishop, Lance Ellington, Miriam Stockley, Mark Williamson i Carol Woods. Utwór zaczyna się poważnie i groźnie, jakbyśmy oglądali jakiś horror, by przejść do crescendo fortepianowego i lirycznego wokalu Freddiego, który śpiewa: Kocham Cię za Twoją ciszę/Kocham Cię za Twój pokój... a potem .... BUM! Energia, rock'n'roll, gospel. Utwór kończy się tak, jak się zaczął. UWIELBIAM TEN KAWAŁEK. Opera to nuda? Freddie pokazał, że NIE! Ostatnie dwa utwory połączone razem ze sobą. Guide Me Home oraz How Can I Go On. Ten pierwszy na początku nosił nazwę Freddie's Overture i był jednym z ostatnich utworów, które powstały na tej płycie - datuje wczesny 1988 rok. Z kolei How Can I Go On to utwór nagrany wczesna wiosną 1987 roku. Na basie zagrał … John Deacon. Jest też Overture Piccante - taki mix fragmentów z całej płyty połączony w jeden utwór. Ot tak. Dla zabawy. Wyszło fajnie.


Ósmego października 1988 roku, czyli na dwa dni przed wydaniem płyty, Freddie i Montserrat pojawili się znów razem, tym razem na wielkim wydarzeniu La Nit, na którym odbyło się przekazanie Barcelonie przez Koree Olimpijskiej flagi. Byli obecni tam także król i królowa Hiszpanii. Para wykonała wówczas trzy utwory Barcelona, The Golden Boy oraz How Can I Go On. Wydarzenie było filmowane na całym świecie, a dyrektorem realizującym był Gavin Taylor. Użyto wówczas osiemnastu kamer. Był to tak naprawdę ostatni wielki koncert Freddiego na scenie. Artysta miał wówczas problemy z gardłem, więc para zaśpiewała z playbacku. To jest niestety zawsze ryzykowne. Widać na nagraniu lekkie spięcie na twarzy wokalisty. Nie obyło się bez kontrowersji i skandalu. Ktoś puścił źle taśmę, w złym tempie. Publika to zauważyła. Sam Freddie po występie był wściekły na całą obsługę techniczną do tego stopnia, że o mało co nie zdemolował zaplecza sceny. Zainteresowanych odsyłam do książki Somebody To Love. Życie śmierć i spuścizna Freddiego Mercury'ego autorstwa Matta Richardsa o Marka Langthorne’a.


Utwór Barcelona został przyjęty jako główny hymn Igrzysk Olimpijskich. Singiel został ponownie wydany w sierpniu i tym razem uplasował się na 2 miejscu. Freddie i Montserrat mieli zaśpiewać razem na otwarciu Igrzysk. Niestety śmierć Freddiego pokrzyżowała te plany. Freddie zaśpiewał ... z Nieba, a tak naprawdę z taśmy. W sobotę, 6 października 2018 w godzinach porannych dotarła wieść o śmierci Montserrat Caballe. Nie doczekała obchodów 30 rocznicy wydania albumu, podobnie jak przed laty Freddie nie doczekał olimpiady w Barcelonie. Włączyłem wówczas Barcelonę i odkryłem w niej zupełnie nowe przesłanie, nowy kontekst utworu: Jeśli Bóg zechce to spotkamy się znów pewnego dnia. Ten tekst jest i był zawsze dwuznaczny. Traktuje zarówno o zachwycie nad miastem, jak i ... o pierwszym spotkaniu duetu. No,i spotkali się. Śpiewają teraz razem w tym wielkim niebiańskim chórze. Nieżyjący już także Bogusław Kaczyński, polski znawca opery i operetki oraz muzyki poważnej i klasycznej powiedział o tej płycie kiedyś tak: Muzyka jest różna, każdy może zaśpiewać raz to, raz to. Montserrat Caballe i Freddie Mercury nagrali wspólną płytę. Ona - gwiazda opery światowej, on - gwiazda rocka. Z tego połączenia ognia i wody powstało nagranie, które już zawsze będzie nas zachwycało i zadziwiło. Nie wzbraniał bym się więc przed radykalnym oddzielaniem opery od rocka, ale do doskonałego ich połączenia potrzeba artystów wybitnych. Freddie takim właśnie był.

Kochani, nawet jeśli nie jesteście i nigdy nie byliście fanami opery jako takiej to sięgnijcie po tę płytę. Tak jak zespół Queen nie dał się muzycznie zaszufladkowaćw jednym gatunku, tak Freddie ze swoim solowym projektem i umiłowaniem dla opery pokazał, że ona wcale nie musi być nudna. Może być pełna żywiołu i rock'n'rolla. Pozycja mocno obowiązkowa 😍







Bartas✌



czwartek, 8 października 2020

Ekscytacja zakończona ... rozczarowaniem. Green Day - "Father .... Of All Motherfuckers"

Ktoś ostatnio udzielił mi bardzo dobrej rady odnośnie pisania na blogu o płytach:
Bartas, wszystko ładnie i pięknie, ale... weź Ty, kurna, pojedź po całości po jakiejś płycie, żeby nie było tak kolorowo. No, wiesz, żeby nie było tego rzygania tęczą! Z całym szacunkiem dla tęczy Wiesz, o co chodzi! Tak, wiem. No, dobrze! Mam kilka takich tegorocznych płyt, które mi się totalnie nie podobają. I wiecie co? LITOŚCI NIE BĘDZIE!!! Odrobina pikanterii i zdrowej krytyki jeszcze nikomu nie zaszkodziła. Faktycznie jest momentami za słodko. Blog jest stworzony z miłości do muzyki. Nie oznacza to jednak, że nie mogę od czasu do czasu pojechać jakiejś płycie, zwłaszcza zespołu, którego bardzo lubię słuchać od wielu lat. Jak już wyżej napisałem mam kilka tegorocznych płyt, które nie nadają się do słuchania. Na pierwszy ogień pójdzie... Green Day i ich najnowsze "dzieło" zatytułowane Father Of ... All Motherfuckers. Długo przedtem myślałem czy cokolwiek wspominać o tym wydawnictwie. No, ale skoro pojawiła się taka rada od znajomych to myślę, że jest to bardzo dobra okazja.

Niejednokrotnie podkreślałem, że Green Day zawsze był zespołem bliskim mojemu sercu.  Bardzo lubię tych Kalifornijczyków wbrew wszelkim oskarżeniom o pozerstwo w byciu rockowym zespołem i gimbazę. Uwielbiam ich wczesną dyskografię od Dookie do Warning. Potem ta zmiana i wielki American Idiot, a zaraz po nim 21st Century Breakdown, w których to wspięli się na wyżyny swoich muzycznych umiejętności. Podobała mi się nawet Trylogia, czyli Uno, Dos i Tre, mimo iż nie wszystko było fajne. Dos momentami powiewało nudą. Zaś Revolution Radio było takim powrotem formy nowej ery Green Day i album bardzo mi się podobał. Najnowszy, zatytułowany Father … Of All Motherfuckers ukazał się 7 lutego tego roku. Dwa lata wcześniej, 9 grudnia 2018 roku, Billie Joe Armstrong ujawnił, że pisze nowe piosenki na kolejny album Green Day. W trakcie sesji nagraniowej zespół miał aż szesnaście nowych numerów. Mieli niestety spory problem z połączeniem ich i wyborem, więc ostatecznie wybrali dziesięć. Ucieszyłem się, gdy BJ powiedział także, że album będzie inspirowany starym, dobrym rockiem, glam rockiem spod znaku choćby T. Rex czy Mott The Hoople, jak również MC5 i… Princem. 


Było podekscytowanie, które zakończyło się ogromnym rozczarowaniem. Przede wszystkim produkcją całości. Zespół zrezygnował z niesamowitego Roba Cavallo - który zawsze sprawiał, że brzmienie Green Day było potężne - na rzecz dwóch typków Butcha Walkera i Chrisa Dugana, którzy chyba nie do końca wiedzą jak zrobić dobrą płytę, nawet z eksperymentami. Kiedy usłyszałem pierwszy singiel, Father … Of All, tytułowy zapowiadający album  …. moja reakcja była mniej więcej taka co to, kurwa, jest? Billie Joe brzmi jakby mu jaja ucięli. Facet miał zawsze dobry, mocny, (prze)bojowy głos i smykałkę do pisania chwytliwych melodii. Falset też nie najgorszy, ale zawsze umiał nim się całkiem dobrze posługiwać. Nawet jeśli to zabieg produkcyjny to, sorry, Billusiu, ale drugim Princem to Ty nie będziesz! No fucking way! Dalej wcale nie jest lepiej Fire, Ready, Aim. Brzmi jak tło do reklamowanego gówna. Oh Yeah może i ma jakiś potencjał. Niezły jest pogłos i syntezator w drugiej połowie utworu. Jednak nie jest to numer, który bym mógł zapętlać i co jakiś czas wracać. Meet Me On The Roof powinienem się cieszyć, bo to prosty rock’n’roll, do tańca. A ja lubię takie numery. Utwór tekstem, refrenem i produkcją przyprawia mnie o migrenę. Kojarzy mi się z jakimś balikiem dla uczniów z zerówki albo małolatów, które udają, że wielce słuchają tanecznego rock'n'rolla z przeszłości. Dajcie mi numer do tego łebka Butcha Walkera. Chcę go zapytać dlaczego tak to wszystko nienaturalnie zmiksował. 


Sytuację nieco ratuje I Was A Teenage Teenager, w którym słychać stare, dobre Green Dayowe czasy. Nostalgiczny tekst i fajna melodia. I nawet produkcja jest całkiem znośna. Podobnie jest w przypadku Stab You In The heart. Pomysł na utwór był całkiem niezły. Pytanie tylko dlaczego te klaśnięcia brzmią tak słabo i dlaczego znowu Billie ma nienaturalnie podniesiony wokal. Czar pryska przy słuchaniu Sugar Youth. Gdzie są te silne i potężne przesterowane, dumnie brzmiące gitary? Dlaczego tutaj brzmią tak płasko mało dynamicznie? Zwłaszcza w tym numerze. Do tego tekst. Można być nostalgiczny i sentymentalny, ale bez przesady. Trzeba patrzeć w przyszłość. Facet, masz prawie 50 lat, dorastające dzieciaki i myśl o ich przyszłości, a nie o tym jakie to miałeś zajebiście zbuntowane dzieciństwo, o którym fani wiedzą. Junkies On A High w przeciwieństwie do poprzedniego numer może i ma znaczący tekst, ale po raz kolejny mamy do czynienia z chujową produkcją. Wszystko jest takie płaskie i stateczne jak ołów. Take The Money And Crawl. No, właśnie, lewusy (powiedział turbo-lewak)! Bierzecie mój hajs, odkąd Was słucham. Wspieram, bo wiem, że staracie się ratować rock’n’roll przed tym całym światowym telewizyjnym gównem. Ale jeszcze raz zrobicie taką gównianą płytę to przestanę i będziecie się czołgać. Okropny numer i tak sobie myślałem, że nawet jeśli na takim Dookie znalazłbym numer, który okazałby się dla mnie słabszy to i tak bym się przy nim świetnie bawił.  Na koniec mamy Graffitię, która bardzo mi się podoba w wersji akustycznej. Billie nagrał ją w czasie kwarantanny, na początku wybuchu tej niby pandemii, w swoim domu. Tylko on sam i gitara akustyczna. Wyszło super, z jajem. Obejrzyjcie. I ten tekst: kurwa, zapomniałem tekstu! I tam śpiewa swoim głosem. Słychać te niedociągnięcia nieraz, ale o to właśnie chodzi. W tym tkwi cała naturalność. 


Podsumowując. Ten album to straszna szmira. Wiem, że niektórym to nie przeszkadza i myślą, że to fajne. I ja nie mam nic przeciwko tym ludziom. Jednak moim zdaniem takie zabawne piosenki można znaleźć na albumach, takich jak Revolution Radio, bez strasznej produkcji. Pisałem wielokrotnie, że gdy zespół nie ewoluuje, nie eksperymentuje to umiera. Mój ukochany Queen potrafił zaszaleć. Zrobili płytę Hot Space, na którą wylało się wiadro pomyj. Choć ją uwielbiam, bo to wszystko tam ma swój smak. Niestety nie każdemu pasują takie eksperymenty. Zielonym zdecydowanie nie. Prince mógł być tylko jeden. Marc Bolan mógł być tylko jeden  Nie myślałem, że wydadzą tak słabą płytę. Najgorsza w ich karierze i chyba najgorsza płyta roku 2020. Nie polecam. A okładka? Mocno bezcześci wiekopomne dzieło American Idiot.










Bartas✌

wtorek, 6 października 2020

Doświadczenie wymykające się ludzkiemu pojmowaniu. 20 lat "Kid A" grupy Radiohead

Ten wpis miał się znaleźć już w piątek, 2 października 2020 roku. Wtedy napisałem recenzję nowej płyty zespołu Luxtorpeda. W planach miałem także napisać o płycie
Kid A grupy Radiohead, albowiem tego dnia minęło 20 lat od ukazania się tej płyty. Jednak stwierdziłem, że nie jestem pieprzoną fabryką do produkcji postów na blogu, nie muszę kurczowo trzymać się tych wszystkich dat. Zakomunikowałem na swoim Instagramie, że pamiętam o rocznicy tej płyty. Niemniej … weekend był i trzeba było nieco odpocząć od pisania. Jednego dnia potrafiłem napisać aż trzy posty. Troszkę dużo. Ludzie nie nadążają wszystkiego czytać. Reset był potrzebny, bym mógł dzisiaj ze zdwojoną siłą napisać kilka myśli o tej cudownej płycie. To album zespołu, którego zna chyba większość, przynajmniej ze słyszenia. Wielki przebój Creep był prezentowany niemal w każdej stacji radiowej i na stałe zagościł w Trójkowych Topach Wszech Czasów. Największym komercyjnym i artystycznym sukcesem był OK Computer. Pamiętam, gdy się ukazał. Zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Nie sądziłem, że cokolwiek go przebije. Kiedy ukazał się Kid A już nic nie było takie samo. W dobie Internetu wyjaśnienie, dlaczego Kid A jest fantastycznym albumem, jest jak wyjaśnienie, dlaczego Lot Nad Kukułczym Gniazdem jest powszechnie uważany za jeden z najlepszych filmów wszechczasów. To prawie zbędne, ale mimo wszystko czuję się zmuszony do napisania recenzji albumu z powodu mojej niezłomnej miłości do niego. 

Wypalony po wyczerpującej trasie koncertowej promującej album OK Computer, Radiohead w znacznym stopniu zrestrukturyzował całą swoją tożsamość jako zespołu. Nigdzie nie jest to bardziej widoczne niż w ich osławionym występie Saturday Night Live dla Kid A, w którym orkiestra dęta bezczelnie improwizowała przez wir szaleństwa, jakim jest The National Anthem, podczas gdy gitarzysta Jonny Greenwood - szaleniec, którym jest - grał na ondes martenot i Thom Yorke wirował w całkowicie niepokojący sposób. W przypadku większości Kid A gitary są przełączane na syntezatory, automaty perkusyjne lub, w przypadku Jonny'ego - ondes martenot. Kid A jest doskonałym przykładem wyjaśniającym, dlaczego albumy powinny być słuchane w całości. 


Perełką na płycie jest hipnotyczny, niesamowicie transowy Everything In Its Right Place. Pierwsze cztery nuty natychmiast rzucają Cię na kolana. Odludne pustkowie maniakalne modulacje wokalne i niespokojny metrum 10/4. There are two colors in my head., lamentuje Yorke, gdy rośnie napięcie, a modulacje wokalne stają się bardziej dzikie; What is was You tried to say?. Napięcie znika. Wiele z tych piosenek jest w dużym stopniu napinanych i uwalniających, i są one najlepszymi przykładami tego, dlaczego dynamika jest niewątpliwie najważniejszym składnikiem muzyki. Tytułowy utwór, czyli Kid A, jest bardzo podobny do otwierającego płytę i brzmi jak karuzela. The National Anthem rozpoczyna się prostym motywem gitary basowej i kończy się ulotnym, histerycznym wokalem pośród dysonansowych rogów i zawodzenia trąbek. How To Disappear Completely to ponury utwór, który zawiera niezgodną aranżację smyczków dzięki uprzejmości Jonny'ego Greenwooda i brzmi jak ktoś, kto ma załamanie psychiczne. Idioteque to minimalizm muzyczny okraszony zimną, rozbrzmiewającą elektroniką i nieustannym, trzeszczącym rytmem perkusji zestawionym z sennym falsetem Yorke'a, rzecz o wszechogarniającej paranoi. Wokalista śpiewa We're not scaremongering / This is really happening, happening/ We're not scaremongering / This is really happening, happening. Ciarki przechodzą po całym ciele.


Tego albumu po prostu trzeba posłuchać, bo ciężko to opisać słowami. Nie przesadzę chyba, oceniając Kid A jako doświadczenie, które wymyka się ludzkiemu pojmowaniu. To jak oglądanie wzrostu i upadku ludzkości w 50 minut. To całe życie zamknięte w jednym wyjątkowym albumie. Jest to (dla mnie) najlepszy album 2000 roku i ścisła 30 najlepszych albumów ever. Bardzo mocno polecam 😊










Bartas✌


piątek, 2 października 2020

Żyj bez ostrzeżeń! Uwaga, idzie nowe! 20 lat temu ukazał się album "Warning" Green Day'a

Odkąd pamiętam bardzo lubię zespół Green Day i szczerze powiedziawszy mało mnie obchodzi to gadanie niektórych, że to gimbaza, pozerstwo i takie tam. Sranie w banie! Sraty-taty, dupa w kraty! Gimbazy nie było (i teraz już też nie ma), a Green Day już grał. Rok powstania 1987 jako Sweet Children. A ja doskonale pamiętam premierę ich trzeciego albumu
Dookie. Wtedy moja siostra się urodziła, to był rok 1994. Basket Case i When I Come Around królowały na listach przebojów. Mam gdzieś jeszcze nawet kasetę. Zmieniali się, to prawda. Dziś nie są już niszowi. Są do bólu mainstreamowi, ale...  są jednymi z nielicznych zespołów, którzy potrafią połączyć klasykę rocka z nowoczesnym brzmieniem. Pokazali to swoim opus magnum - American Idiot, o którym już pisałem. A dzisiaj, 3 października 2020 roku, mija 20 lat od wydania pewnej ich płyty, która ... odkąd pamiętam... zawsze wprawia mnie w dobry nastrój - Warning. I dzisiaj chciałbym o niej co nieco napisać. Gotowi? Trzy, dwa, jeden… start! Zaczynamy!

Po przerwie w trasie promującej czwarty album zespołu Insomniac (1995), Green Day nagrał bardziej eksperymentalny Nimrod. Na płycie, która zagłębiała się w bardziej różnorodne gatunki, w tym folk, ska i surf rock, znalazł się bezprecedensowy akustyczny hit Good Riddance (Time Of Your Life). Wokalista Billie Joe Armstrong wspominał, że stylistyczne odejście tej piosenki od wcześniejszej twórczości grupy sprawiło, że zaczął się niepokoić wydaniem jej: Bałem się, że ta piosenka wyjdzie ... ponieważ była to bardzo wrażliwa piosenka. To było naprawdę ekscytujące i bardziej pobudziło nas, jako kompozytorów, do rozszerzenia tego tematu. Zespół wyruszył w promocyjną trasę koncertową Nimrod, która w dużej mierze obejmowała bardziej kameralne występy z publicznością liczącą od 1500 do 3000 osób. Pod koniec trasy zespół zauważył, że jego publiczność ewoluowała. Trzeba Wam wiedzieć, że muzyka punk rockowa nie była już popularna w mainstreamie, ponieważ zespoły numetalowe, takie jak Korn, Limp Bizkit i Kid Rock, odniosły sukces. Green Day znalazł się na rozdrożu. 


W przypadku Warning, Green Day początkowo zdecydował się współpracować z innym producentem niż Rob Cavallo, który zajmował się produkcją trzech poprzednich albumów zespołu. Grupa wybrała Scotta Litta, który wcześniej współpracował z Nirvaną i R.E.M .. Jednakże zespół nie zgadzał się z Littem co do kierunku muzycznego albumu. Armstrong wspominał, że To po prostu nie wyszło. Był naprawdę fajny, ale dla tego konkretnego projektu po prostu nie była to odpowiednia chemia. Grupa później sprowadziła Roba Cavallo z powrotem, ale tym razem zespół zajął się większością obowiązków produkcyjnych, a Cavallo pełnił rolę „producenta wykonawczego”. Podczas pisania albumu i wczesnych sesji nagraniowych, Billie wielokrotnie słuchał płyty Boba Dylana Bringing It All Back Home z 1965 roku, która wywarła duży wpływ zarówno na muzyczne eksperymenty Warning, jak i teksty świadome społecznie. Zespół rozpoczął pracę nad albumem dwa lata przed wejściem do studia w celu nagrania 1 kwietnia 2000 roku. W tym okresie członkowie grupy spotykali się pięć dni w tygodniu, aby pisać nowe piosenki i ćwiczyć stare. Ludzie myśleli, że zespół sobie grzeje dupska na Hawajach, podczas gdy oni ciężko pracowali nad nowym albumem. 


Album został nagrany w Studio 880 w Oakland. Tworząc Warning, zespół eksperymentował z bardziej akustycznymi gitarami i dążył do uzyskania „niezbyt soczystego akustycznego… bardziej agresywnego, perkusyjnego brzmienia”. Tre Cool i basista Mike Dirnt również podkreślili głębsze rytmy na płycie. Utwór tytułowy, gęsto wyprodukowany podmuch warstwowych wokali [i] brzdąkających gitar akustycznych, zawiera „krążący riff basowy” podobny do tego z Picture Book autorstwa The Kinks. Waiting, który został sklasyfikowany jako „retro-popowy lament”, jest oparty na riffie z piosenki Petuli Clark Downtown z 1964 roku. Jego melodię porównuje się również do The Mamas & The Papas i do Kiss. Ken Tucker z magazynu Entertainment Weekly uważał, że Misery (absolutna perełka i mój ulubiony numer z tej płyty) to prawdopodobnie pomysł Billiego Joe na popową operetkę Brechta-Weilla. Zawiera instrumentarium „mariachi brass”, a także instrumenty smyczkowe, akordeony i gitarę akustyczną. Piosenka o długości pięciu minut została nazwana „eposem według standardów Green Day”. Misery w swoich wersetach opowiada różne historie, z których wszystkie kończą się nieszczęśliwie. Pierwsza zwrotka skupia się na dziewczynie o imieniu Virginia, która była jaszczurką lotną, termin określający prostytutkę, która wymienia seks na pieniądze z kierowcami ciężarówek na postojach ciężarówek na międzystanowych autostradach. Ciekawostką jest fakt, że zespół skomponował go na totalnym rauszu. Byli zalani w trupa. Mamy też Hold On, gdzie została użyta harmonijka, jest porównane do Love Me Do i I Should Have Known Better zespołu The Beatles. Macy's Day Parade jest absolutnym szczytem tekściarskich umiejętności Billiego Joe Armstronga. 


Jeśli zaś chodzi o teksty to album zawiera bardziej pozytywne i podnoszące na duchu przesłanie w porównaniu z wcześniejszymi płytami “Zielonych”. Album jest sarkastyczny, złośliwy, ale gdzieś na końcu widać jakąś pogodę ducha, jakieś światełko w tunelu. Wspomniałem o tym, że B.J. Armstrong słuchał Dylana, i to zainspirowało go do napisania tekstów z większym zaangażowaniem społecznym. Tak, zdecydowanie Warning zawiera bardziej polityczne motywy, czego przykładem jest utwór Minority. Było to zainspirowane obawą Armstronga, że ​​kandydat na prezydenta Al Gore przegra wybory prezydenckie w USA w 2000 roku i że urząd obejmie „ktoś naprawdę konserwatywny”. Mówił: Zawsze staraliśmy się trzymać ucho przy ziemi i mieć oczy otwarte na to, co się dzieje… to jeden z powodów, dla których naprawdę poświęcałem swój czas na pisanie piosenek, aby naprawdę [wywrzeć wrażenie]. po prostu piszę odruchową reakcję. Tekst Minority jest niejako przypomnieniem młodzieńczej mentalności wczesnej twórczości Green Daya. 


Album Warning dotarł do czwartego miejsca na liście Billboard 200, pozostając tam przez 25 tygodni i sprzedał się 156 000 kopii w pierwszym tygodniu. 1 grudnia 2000 r. płyta pokryła się złotem przez Recording Industry Association of America (RIAA) za sprzedaż 500 000 kopii. W Kanadzie krążek zajął drugą pozycję i pozostał na liście przez pięć tygodni.  1 sierpnia 2001 roku zdobył platynę za sprzedaż 100 000 egzemplarzy. Warning dotarł także do pierwszej dziesiątki w wielu krajach poza Ameryką Północną, w tym w Australii. Tam zdobył platynę, sprzedając się w 70 000 kopii. Recenzje były mieszane. Wielu krytyków pozytywnie wypowiedziało się o tych odważnych zmianach. Inaczej było z fanami. Wielu nie mogło zaakceptować ten fakt, że zespół złagodził brzmienie. Część fanów określiła Warning jako ten najgorszy album w ich karierze. Moim jednak zdaniem to niesłusznie niedoceniony album. Ma naprawdę wiele dobrych piosenek, które mają odniesienie do przeszłości w muzyce (Dylan, Beatlesi). Te piosenki, jak i ten album stanowiły ważny krok w metamorfozie zespołu. Nie wiem czy powstałby jeden z najlepszych płyt w historii rocka - American Idiot - gdyby nie Warning. Gorąco polecam! 







Bartas✌


35 lat temu ukazał się jeden z najlepszych debiutów w historii muzyki - "Ten" grupy Pearl Jam.

  Po śmierci Andy’ego Wooda Gossard i Ament zawiesili działalność. W czasie tej separacji Gossard spędził swój czas na pisaniu materiałów, k...