wtorek, 3 października 2023

Poczucie osobistej straty. Kim jest Darren? Blur powraca z pięknym albumem "The Ballad Of Darren".

 

W tym roku w muzyce było wiele niespodzianek, ale wydanie nowego albumu Blur po serii wyprzedanych koncertów na całym świecie nie było chyba w ofercie muzycznego bingo. Jednak po wysłuchaniu krążka The Ballad Of Darren, pierwszego albumu zespołu od czasu wydanego w 2015 roku albumu The Magic Whip, fani grupy z Colchesteru nie mogli być bardziej szczęśliwi, że ich niezłomni artyści niezależni powracają z przysłowiowym hukiem. No, ale to nie jest podróż nostalgiczna. To jeden z najbardziej eksperymentalnych i odkrywczych albumów, jakie kiedykolwiek zespół nagrał. Od nawiązań do postaci z poezji rzymskiej po egzystencjalną kontemplacje - oto, czego możesz się spodziewać po The Ballad Of Darren, dziewiątego studyjnego albumu grupy Blur. Ale po kolei. Kim jest ów Darren?  To jest prawdziwa osoba. Darren “Smoggy” Evans był wieloletnim szefem ochrony zespołu i regularnie zachęcał Damona Albarna, aby dokończył piosenkę, którą zaczął pisać kilka lat temu. Co jest intrygujące - postać Darrena reprezentuje także nas wszystkich. Lider Blur tak skomentował: Darren to wielu ludzi, choć bezpośrednio to jedna osoba. Nie zadaje pytań, ale używa tego zbioru nagrań, by przemówić w imieniu nas wszystkich. I to z pewnością jest prawda, gdy album porusza się wokół głębokiego poczucia straty, którego wszyscy doświadczyliśmy. Jest to całkowicie autorefleksyjny, odkrywczy i bez wysiłku ukazujący wyjątkową muzykalność każdego członka grupy, który ma szerokie możliwości zaprezentowania swoich umiejętności - indywidualnie i zbiorowo. Basista Alex James i perkusista Dave Rowntree są świetni przez cały czas trwania albumu. Szczególnie James, gdy bierze udział w swoich radosnych akrobacjach na fretworkach. Jest niezaprzeczalnie wysublimowany, co współgra z delikatną, ale dynamiczną grą na perkusji Rowntree. Choć Blur zawsze byli zwolennikiem zmian w brzmieniu, historycznie ugruntowali swoją reputację dzięki popularnemu w latach 90-tych nurtowi brit-pop. Ów gatunek pomógł im stać się jednym z największych brytyjskich kapel tamtego okresu. Jeśli spodziewasz się lirycznych odniesień do Brewer’s Droop czy Pork Life, pomyśl jeszcze raz: ta muzyczna propozycja Blur jest bardziej refleksyjna i ogólnie przepojona poczuciem melancholii, refleksją nad osobistą stratą i egzystencjalną kontemplacją. 

Krążek otwiera utwór The Ballad. To poruszająca i sugestywna kompozycja, pogłębiająca poczucie straty, szczególnie w wersach: I just looked into my life / And all I saw was that You’re not coming back. Ten temat jest szerzej kontekstualizowany w utworze Barbaric,  którym Albarn śpiewa: feeling that I thought I’d never lose, now where am I going?. Ta kontemplacja trwa w oszałamiającym Goodbye Albert, w którym pojawia się prawdziwe poczucie rezygnacji. Zaś w Russian Strings lider Blur pochyla się nad ludzką śmiertelnością za pomocą głębokiego i znaczącego muzycznie tematu, uwydatnionego przez połyskujące gitary Grahama Coxona. Promujący album singiel The Narcissist składa subtelny hołd Metamorfozie Owidiusza, który stworzył postacie Narcyza i Echo. Przy czym ten pierwszy wyrzekł się Echo i zakochał się w samym sobie, co zaowocowało powstaniem terminu narcyzm. Narcyz rozluźnia się dzięki marzycielskiemu i niemal transcendentalnemu otwarciu, które przechodzi w poruszające crescendo. Na całym albumie słychać prawdziwe poczucie spokoju i wrażliwości w wokalu Albarna, który jest całkowicie autorefleksyjny. Pomimo tego, że ogólnie brzmienie jest stosunkowo stonowane i refleksyjne, wciąż pojawiają momenty żywiołowości i energii. Szczególnie w postaci ryczącego St. Charles Square, który przypomina twórczość takich legend jak Talking Heads, T. Rex czy David Bowie z okresu Scary Monsters oraz...rozmycie z ekscytujących dni lat 90-tych. Wersy Cause there is something down here / And it’s living under the floorboards…It’s grabbed me by the ankle / And pulled me under są porywające i ściskają żołądek poczuciem paranoi i samotności. Choć album jest ich najbardziej imponującym i zróżnicowanym dziełem ostatnich lat, St. Charles Square z nonszalanckim wykonaniem Albarna oraz porywającym i odurzającymi riffami Grahama Coxona sprawia wrażenie czegoś, co mogłoby zostać wydane na ich debiutanckim krążku Leisure. Absolutnie wyjątkowy produkt i mamy nadzieję, że stanie się ulubieńcem fanów. Jak więc The Ballad Of Darren wypada w dyskografii Blur? Bardzo dobrze! Ten znakomity dorobek jest urzekającym obrazem tego, gdzie obecnie znajduje się zespół. Nadal są tu odcienie ujmującego, niezgodnego artpopowego stylu, ale The Ballad Of Darren to ich najbardziej intymne dzieło od czasu choćby albumu 13, co było ich pierwszą prawdziwą stylistyczną zmianą od brzmienia britpop, które tworzyli przez lata dziewięćdziesiąte. Emocjonalny, emocjonalny i pełen intencji Darren zabiera nas w podróż w poszukiwaniu duszy, która jest świadectwem tego, jak przezwyciężenie straty może pomóc Ci odnaleźć siebie, swoje brzmienie i przyjaciół dzięki mocy muzyki. Bardzo mocna pozycja muzyczna tego roku.  Bartas✌☮

niedziela, 24 września 2023

Oda do niewinności, naiwności i dziewiczości. PJ Harvey powraca z przepięknym albumem "I Inside The Old Year Dying".

 

Nie można winić Panią Polly Jean Harvey za to, że nagranie nowego albumu zajęło jej aż siedem lat. Ostatni raz słyszano tę enigmatyczną artystkę w 2016 roku w ramach projektu Hope Six Demolition Project - upolitycznionym oświadczeniu, o którym usłyszał cały świat. Nazwany na cześć programu rządu USA, którego celem była gentryfikacja mieszkalnictwa publicznego o niskich dochodach, został zainspirowany wyjazdami do Kosowa, Afganistanu czy Waszyngtonu. A po trasie koncertowej i ostrej reakcji ze strony amerykańskich urzędników popchnął piosenkarkę i autorkę tekstów do tworzenia nowej muzyki. Nic więc dziwnego, że w przypadku długo oczekiwanego I Inside The Old Year Dying PJ obrała zupełnie inny, odwrotny kierunek. Podczas gdy Hope Six Demolition Project był poprzedzony trzema latami podróży, te kompozycje - jak mówi artystka - wyszły ze mnie w ciągu około trzech tygodni. I były improwizowane. Teksty opowiadają raczej o jednej osobie, jednym lesie i wiosce. Tak twierdzi Harvey. Nie zaś o szerszym świecie. Muzyka jest raczej cicha, kontemplacyjna i oniryczna. I Inside The Old Year Dying nie jest niczym innym jak sejsmicznym albumem art-rockowym.


Album otwiera kompozycja Prayer At The Gate. Zaczyna się od stopniowej hipnozy, a nie od śmiałego manifestu. Syntezatory powoli dudnią w towarzystwie delikatnej perkusji, po czym Polly dodaje pozbawioną słów melodie doo-doo-doo. W tajemniczy sposób: Wyman, am I worthy? / Speak your wordle to me, and drisk shrouded in its cloak. Chociaż brzmi to jak bełkot, teksty Harvey od czasu do czasu pojawiają się w starożytnym języków, w którym dorastała w wiejskim Dorset. W notatkach znajdują się tłumaczenie, ale I Inside The Old Year Dying nadal niesie ze sobą atmosferę nieziemskiej fantazji o lesie, zakorzenionej w pięknie, izolacji i w folklorze hrabstwa. Podczas sesji nagraniowej panowała dziwna atmosfera, którą tworzyli jej producenci i długoletni współpracownicy - Mark „Flood” Ellis i John Parish. 


W przypadku Prayer At The Gate położono nacisk na to, aby wokale przywodziły na myśl głosy starszej i pełnej wdzięku istoty, podczas gdy śpiew w utworze tytułowym albumu charakteryzuje się mocniejszym i głębszym głosem. W tej fantazji jest także głębia. Artystka opisuje I Inside The Old Year Dying jako opowieść o intensywności, pierwszej miłości i poszukiwaniu sensu. Jej bohaterką jest młoda dziewczyna eksplorująca świat, w którym istnieją duchy. Celowo czy nie, temat odzwierciedla to - jak Polly twierdzi - iż ponownie zakochała się w muzyce, wycofując się z cyklu niestrudzonych tras koncertowych i wydawania albumów. Po prostu niewinnie usiadła przy pianinie, by nagrać to, co jej w duszy zagrało. Jeśli Hope Six Demolition Project rozumiany jest w kontekście dzikiej korupcji to  I Inside The Old Year Dying jest odą naiwności, czystości i dziewiczości. Lwonesome Tonight jest tak prosty i nieskomplikowany, jak tylko folk-rock może być. Przez prawie cztery minuty Harvey śpiewa i pięknie zawodzi przy delikatnych uderzeniach w struny gitary akustycznej. No, ale kiedy ma głos tak chwytający za serce jak ona, czasami to jest wszystko, czego potrzeba. Podobnie jest z Seem An I, który rozpoczyna się 30-sekundową wokalizą w izolacji. Surowość i prostota sprawiają, że wstęp brzmi jak fragment z The Wicker Man, nagrany mimochodem przez kogoś, kto być może nie miał go usłyszeć. 


Jednak to świętowanie wszystkiego, co piękne, niedojrzałe i niedoskonałe nie zawsze jest boskie. Autumn Term brzmi jakby mógł być jednym z najbardziej improwizowanych utworów na krążku. Bowiem harmonizacja między dwoma głównymi wokalami brzmi w sposób tak nieskoordynowany, że może słucza odstraszać. Mimo to błogość jest tutaj dominującą emocją, ponieważ Harvey otacza się całkowicie czymś, co może być dalsze od współczesnych horrorów politycznych, jakie zostały uchwycone na Hope Six Demolition Project. W rezultacie, gdy zamykający utwór A Noiseless Noise kończy I Inside The Old Year Dying swoim atonalnym dysonansem i brzdąkaniem gitar elekrtycznych, uderza jak zaskakujące przebudzenie z długiego snu w średniowiecznej krainie fantazji. Piękna, ale wymagająca płyta. Polecam😊 Bartas✌☮


sobota, 23 września 2023

Dwie skrajności. 30-lecie "In Utero" - ostatniego studyjnego albumu Nirvany.

 

Chyba najwyższy czas wrócić do pisania bloga, bo od 6 czerwca nie pojawił się tutaj żaden post. Tym bardziej, że teraz nasz Muzyczny Zwierz ma techniczną przerwę aż do odwołania, postanowiłem czas ten wypełnić pisaniem o czymś, o czym najbardziej kocham, na swoim osobistym podwórku. Przez wakacje przesłuchałem mnóstwo nowych świetnych płyt i niebawem pojawi się tutaj kilka recenzji. Zanim jednak to nastąpi to chciałbym zaprosić Was do mojego muzycznego wehikułu czasu i cofnąć Was do roku 1993. Dwa dni temu minęło 30 lat od ukazania się ostatniej studyjnej płyty Nirvany - In Utero. Jako wielki miłośnik Sceny Seattle z Nirvaną mam ten “problem”, że zajmuje ona ostatnie miejsce wśród Wielkiej Grunge’owej Czwórki. Pierwszy jest oczywiście Pearl Jam, drugi Alice In Chains, potem Soundgarden i na końcu Nirvana. Nie zmienia to jednak faktu, że Kurt Cobain i jego załoga mieli swoje “pięć minut” i raz na zawsze zapisali się na kartach historii muzyki. Nevermind, który jutro kończy 32 lata, odniósł gigantyczny sukces. Głównie za sprawą Smells Like Teen Spirit. Ale o tym napisano już chyba wszystko. Bardzo go lubię, nie powiem, są tam niemal same hity. Jednak według mnie najlepszym dokonaniem tego kultowego tria jest krążek In Utero. I właśnie jemu chciałbym poświęcić dziś troszkę czasu.


Wspomniany już przeze mnie album Nevermind sprawił, że Nirvana wkroczyła do mainstreamu. Odniósł ogromny sukces komercyjny, popularyzując ruch grunge i sceny alternatywnej. Muzycy jednak byli niezadowoleni z brzmienia albumu. Uznali, że jest zbyt dopracowany. Na początku 1992 roku Cobain powiedział magazynowi Rolling Stone, że następny album Nirvany będzie prezentował obie skrajności w swym brzmieniu, twierdząc iż w niektórych utworach będzie bardziej surowy, a w innych będzie więcej cukierkowego popu. Producent Nevermind, Butch Vig, powiedział później,że Kurt musiał współpracować z innym producentem, aby odzyskać punkową etykietę i wiarygodność. Lider Nirvany chciał rozpocząć pracę w połowie 1992 roku, ale zarówno Krist Novoselic, jak i Dave Grohl mieszkali w różnych miastach. Mało tego - Kurt wraz ze swoją żoną Courtney Love spodziewali się narodzin dziecka, córeczki Frances Bean. Wytwórnia płytowa Nirvany, DGC Records, miała wydać nowy album na okres świąteczny w 1992 roku. Zamiast tego wydali składankę Incesticid. W wydziadzie dla Melody Maker opublikowanym w lipcu 1992 roku, Kurt powiedział, że jest zainteresowany nagrywaniem z Jackiem Endinom, który wyprodukował debiutancki album Nirvany, Bleach, oraz ze Stevem Albinim, byłym frontmanem noise-rockowego zespołu Big Black, który produkował różne niezależne wydawnictwa. Muzycy Nirvany nagrali kilka demówek z Endino w Seattle w październiku, głównie jako utwory instrumentalne, w tym także utwory nagrane później ponownie dla In Utero. Endino przypomniał wówczas sobie, że zespół nie poprosił go o wyprodukowanie kolejnej płyty i że nieustannie debatowali nad współpracą z Albinim. Nagrali kolejny zestaw demówek podczas trasy koncertowej po Brazylii w styczniu 1993 roku. Galons Of Rubbing Alcohol Flow Through The Strip został nagrany przez Craiga Montgomery'ego w BMG Ariola Ltda w Rio de Janeiro podczas trzydniowej sesji demonstracyjnej. Piosenka pierwotnie nosiła tytuł I'll Take You Down To The Pavement i była nawiązaniem do kłótni między Cobainem a wokalistą Guns N' Roses Axlem Rosem podczas rozdania nagród MTV Video Music Awards w 1992 roku. Koniec końców wybrali Albiniego, bo miał reputację na amerykańskiej scenie muzyki niezależnej jako krytyk względem głównego nurtu przemysłu muzycznego i zdecydowanie preferował nagrania analogowe, niż cyfrowe. Wysłał oświadczenie do brytyjskiej prasy muzycznej, w którym zaprzeczył pogłoskom o jego zaangażowanie współpracy z Nirvaną, ale kilka dni później otrzymał telefon od managementu zespołu. Przyjął tę pracę, ponieważ było mu ich najzwyczajniej w świecie żal. Postrzegał Nirvanę jako ludzi tego samego rodzaju, co wszystkie małe zespoły, z którymi miał do czynienia, zdanych na łaskę wytwórni płytowej. Cobain przyznał, że wybrał Albiniego, ponieważ wyprodukował dwie z jego ulubionych płyt Surfer Rosa grupy Pixies oraz Pod - grupy Breeders. Chciał zastosować technikę Albiniego polegającą na uchwyceniu naturalnej atmosfery pomieszczenia poprzez umieszczenie kilku mikrofonów, czego nie chcieli próbować poprzedni producenci Nirvany. Przed nagraniem zespół wysłał Albiniemu taśmę za nagraniami demo, które nagrywali w Brazyli. W zamian za to przyszły producent wysłał Cobainowi album Rid Of Me PJ Harvey, aby dać wyobrażenie o akustyce w studiu, w którym nagrywali. Nirvana i Albini wyznaczyli dwutygodniowy termin na nagranie. Za namową Albiniego, który obawiał się ingerencji ze strony DGC, Nirvana opłacała sesje z własnych pieniędzy. Opłaty za studio wyniosły 24 000 dolarów, a Albini pobrał ryczałt w wysokości 100 000 dolarów. Chociaż mógł zarobić na tantiemach około 500 000 dolarów, odmówił ich przyjęcia, uważając pobieranie tantiem za niemoralne i obrazę artysty.

W lutym 1993 roku Nirvana udała się do Pachyderm Studio w Cannon Falls w stanie Minnesota. Albini spotkał się z muzykami dopiero pierwszego dnia nagrań, choć rozmawiał z nimi wcześniej o tym jak ma dokładnie wyglądać i brzmieć album. Zauważył, że chcieli nagrać dokładnie taką płytę, z którą czuliby się komfortowo. Trio zatrzymało się w domu na terenie studia. Była zima, padał śnieg, nie mogli nigdzie wyjść. Po prostu siedzieli i nagrywali. Przez większość sesji obecni byli tylko muzycy, Albini i technik Bob Weston. Grupa dała jasno do zrozumienia DGC i ich firmie zarządzającej Gold Mountain, że nie chcą, aby ktokolwiek wpierdalał się w rezultat. Albini przyjął politykę ignorowania wszystkich za wyjątkiem członków zespołu. Co ciekawe, że zespół przybył do studia bez swojego sprzętu i spędził pierwszych kilka dni na dostarczenie go pocztą. Po rozpoczęciu nagrań, 13 lutego, prace potoczyły się szybko. Rozpoczynali około południa, robili przerwy na lunch i kolacje i pracowali do północy. W przypadku większości piosenek Cobain, Novoselic i Grohl nagrali razem swoje podstawowe utwory instrumentalne jako zespół. W przypadku szybszych numerów, takich jak Ver Ape czy Tourette’s, perkusja została nagrana osobo w kuchni, aby uzyskać naturalny pogłos. Albini otoczył zestaw perkusyjny Dave’a około 30 mikrofonami. Kurt dodał dodatkowe ścieżki gitarowe do około połowy piosenek, następnie solówki gitarowe i wreszcie wokale. Zespół nie porzucił ujęć i zatrzymał praktycznie wszystko, co nagrał. Albini postrzegał siebie bardziej jako inżyniera, niż producenta. Mimo swoich osobistych opinii pozwolił zespołowi wybierać ujęcia. Cobain podobno nagrał wszystkie swoje partie wokalne…sześć. Zmagał się wtedy z nałogiem narkotykowym, ale podczas sesji nagraniowych był skupiony i czysty. Nagrywanie zakończono w sześć dni. Kurt spodziewał się nieporozumień z producentem, który był seksistowskim palantem. Albini jednak nazwał ten proces najłatwiejszym nagraniem, w jakim kiedykolwiek uczestniczył. Jedyne zakłócenie nastąpiły tydzień później, kiedy pojawiła się Courtney stęskniona za mężem. Dziewczyna wspomnianego technika Boba Westona wspomniała, że Love  stworzyła napięcie, krytykując pracę Cobaina i była konfrontacyjna ze wszystkimi obecnymi. początkowy miks In Utero trwał pięć dni. Jak na standardy Nirvany było to szybko, ale nie dla Albiniego, który był przyzwyczajony do miksowania albumów w dzień czy dwa. Kiedy praca nad miksem nie przyniosła pożądanych rezultatów, zespół i Albini brali resztę dnia wolnego, by oglądać filmy przyrodnicze, podpalać różne rzeczy i robić głupie dowcipy. Obrady zakończono 26 lutego. 

Pod tym jakże długim, ale ważnym wstępie przejdźmy do konkretów, czyli do muzyki i tekstów zawartych na In Utero. Albini starał się nagrać płytę, która w niczym nie przypominałaby album Nevermind. Zamiast tego zamierzał uchwycić bardziej naturalny i wyrazisty dźwięk. Odmówił więc podwójnego nagrania wokalu Kurta i zamiast tego nagrał go śpiewającego w rezonansowym pomieszczeniu. W niektórych numerach mamy intensywność wokalu Cobaina. Słychać to zarówno w Rape Me oraz Milk It. Lider Nirvany chciał, aby dźwięk jego krzyku po prostu wyprzedził cały zespół. Michael Azerrad, autor książki Come As You Are: The Story Of Nirvana z 1993 roku stwierdził, że In Utero pokazało odmienną wrażliwość na szorstkość i przystępność, która odzwierciedlała wstrząsy, jakich Kurt doznał przed ukończeniem albumu. Napisał, że beatlesowski Dumb szczęśliwie współistnieje obok szaleńczego i punkowego Milk It, podczas gdy All Apologies jest zupełnie inne od apoplektycznego Scentless Apprentice. To tak jakby Cobain zrezygnował z prób połączenia swoich punkowych i popowych instynktów w jedną harmonijną całość. Muzyk jednak uważał, że In Utero nie było ani ostrzejsze, ani bardziej emocjonalne, niż którakolwiek z poprzednich płyt Nirvany. Novoselic zgodził się, że album bardziej skłaniał sie ku artystycznej, agresywnej stronie zespołu. Cobain podał Milk It jako przykład bardziej eksperymentalnego i agresywnego kierunku, w jakim zmierzała muzyka zespołu na miesiące poprzedzające sesje w w Pachyderm Studio. Ciekawostką jest ten fakt, że kilka piosenek zamieszczonych na In Utero zostało napisanych na wiele lat przed nagraniem. Niektóre datowane są na rok 1990. Kurt preferował długie tytuły piosenek, takie jak Frances Farmer Will Have Her Revenge On Seattle, w reakcji na współczesne zespoły alternatywnego rocka, które używały tytułów składających się z jednego słowa. Podczas nagrywania kontynuował pracę nad tekstami. W wielu numerach Cobain nawiązywał do książek. Wspomniany Frances Farmer Will Have Her Revenge On Seattle została zainspirowana Shadowland, czyli biografią aktorki Frances Farmer z 1978 roku, którą lider Nirvany był zafascynowany odkąd przeczytał tę książkę w szkole średniej. Scentless Apprentice został napisany o Perfume: The Story Of A Murderer - historycznym horrorze o uczniu perfumiarza, który próbuje stworzyć najlepsze perfumy, zabijając dziewicze kobiety i zabierając ich zapach. Według psychologa Thomasa Joinera jasne jest, że Kurtowi chodziło o samobójstwo, gdy pracował nad albumem, którego teksty ilustrują łączenie śmierci z motywami życia, czasem w jaskrawy sposób, wręcz bardzo niepokojący. Czystym tego przykładem jest kilkakrotnie wywołany do tablicy numer Milk It. Słowa Her milk is my shit / My shit is her milk pokazują, że Cobain najwyraźniej miał skłonność do niepokojących obrazów, w których motywy opieki łączą się z motywami chorób i marnotrawstwa. Innym przykładem jest odniesienie Cobaina do pętli pępowinowej w singlowym Heart Shaped Box. Sam Cobain opisał In Utero jako bardzo osobisty. Zdjęcia niemowlęcia i porodu na albumie oraz jego nowo odkryte ojcostwo było przypadkowe. Azerrad argumentował, że znaczna część albumu ma wydźwięk osobisty, zauważając jednocześnie, że takie samo podejście miał Dave Grohl. Perkusista przyznał: Wiele z tego, co [Kurt] ma do powiedzenia, ma związek z wieloma gównami, przez które przeszedł. I nie jest to już tyle nastoletnich niepokojów. To zupełnie inna gra w piłkę: niepokój gwiazdy rocka. Kurt jednak bagatelizował ostatnie wydarzenia i powiedział Azerradowi, że nie chce pisać utworu, który jednoznacznie wyraziłby jego wkurwienie na media. Rape Me wydaje się dotyczyć tego problemu. Chociaż Kurt przyznał, iż piosenka powstała na długo przed upublicznieniem jego problemów z narkotykowym uzależnieniem, ale zgodził się, że można postrzegać ją właśnie w tym świetle. Otwierająca album kompozycja Server The Servants komentuje życie Cobaina. Początkowe jej wersy Teenage angst has paid off well / Now I'm bored and old były odniesieniem do stanu wokalisty po sukcesie Nirvany. Lider Nirvany odrzucił uwagę mediów poświęconą wpływowi rozwodu jego rodziców na jego życie wersami I tried hard to have a father / But instead I had a dad / I just want You to know that I don't hate You any more / There is nothing I could say that I haven't thought before. Cobain powiedział, że chce, aby jego ojciec wiedział, że go nie nienawidzi, ale nie ma ochoty z nim rozmawiać.

Zanim zakończę i podsumuję nasza opowieść o tym niezwykłym albumie, opowiem kilka słów o tytule płyty i jej okładce. Kurt Cobain pierwotnie chciał nazwać album I Hate Myself And I Want To Die, co pojawiło się w jego dziennikach w połowie w połowie 1992 roku. W tamtym czasie używał tego wyrażenia jako odpowiedzi, gdy ktoś zapytał go, jak się czuje. Muzyk zamierzył tytuł albumu jako żart. Stwierdził bowiem, że jest zmęczony traktowaniem tego zespołu tak poważnie i wszystkich innych, którzy traktują to tak poważnie. Basista grupy przekonał Cobaina do zmiany tytułu w obawie, że może to potencjalnie skutkować pozwem. Następnie zespół rozważał użycie Verse Chorus Verse – tytułu zaczerpniętego z piosenki Verse Chorus Verse i (wówczas aktualnego) roboczego tytułu Sappy – zanim ostatecznie zdecydował się na In Utero. Ostateczny tytuł został zaczerpnięty z wiersza napisanego przez Courtney Love. Dyrektorem artystycznym In Utero był niejaki Robert Fisher, który zaprojektował wszystkie wydawnictwa Nirvany dla DGC. Większość pomysłów na okładkę albumu i powiązanych z nim singli wyszła od Cobaina. Fisher wspomina, że Kurt po prostu dawał mu pewne luźne uwagi i mówił: zrób coś z tym! Okładka albumu przedstawia przezroczystego manekina anatomicznego z nałożonymi anielskimi skrzydłami. Cobain stworzył kolaż na tylnej okładce, który opisał jako Sex and woman and In Utero and vaginas and birth and death. Ów kolaż składał się z modelowych płodów, skorupy żółwia i modeli żółw oraz części ciała leżących w łóżku. Kolaż ustawiono na podłodze w salonie Kurta. Odpowiedzialnym za sfotografowanie był Charles Peterson po nieoczekiwanym telefonie muzyka. Lista utworów z albumu i ponowne zilustrowane symbole z The Woman's Dictionary Of Symbols And Sacred Objects Barbary G. Walker zostały następnie umieszczone wokół krawędzi kolażu. Manekiny przedstawiające anatomiczną figurę ze skrzydłami anioła były używane jako rekwizyty sceniczne podczas trasy koncertowej Nirvany wspierającej In Utero. Jeden z takich manekinów pojawił się później na wystawie muzeum Experience Music Project Nirvana: Taking Punk To The Masses, która trwała od kwietnia 2011 do 2013 roku i prezentowała pamiątki związane z muzyką i historią zespołu.


In Utero został wydany 21 września 1993 roku. Wydawnictwo to odniosło duży sukces komercyjny i krytyczny. Krytycy chwalili surowe, niekonwencjonalne brzmienie albumu i liryzm Cobaina. Album osiągnął numer jeden na amerykańskiej liście Billboard 200 i brytyjskiej liście albumów. Single Heart-Shaped Box i All Apologies osiągnęły pierwsze miejsce na liście przebojów Billboard Alternative Songs. Album uzyskał w USA pięciokrotną platynę i sprzedał się w 15 milionach egzemplarzy na całym świecie. Był to ostatni album Nirvany przed samobójstwem Cobaina w 1994 roku. Pennyroyal Tea, zaplanowany jako singiel przed śmiercią Cobaina, został wydany w 2014 roku i osiągnął pierwsze miejsce na nieistniejącej już liście Billboard Hot 100 Singles Sales.

Jest to płyta absolutnie wyjątkowa, tak inna od wielkiego Nevermind. Nie ma na nich zbyt wielu hitów, ale właśnie o to Kurtowi chodziło, żeby przywrócić garażowy hałas. Pamiętam doskonale czasy, gdy dostałem ją od Mamy na kasecie, a później na płycie CD i winylu. Przez 30 lat nic się nie zestarzała, wciąż słucha się jej z ogromną przyjemnością. To prawdziwa grunge’owa uczta dla niejednego wielbiciela Sceny Seattle. Kurt miał w planach kolejne płyty i mówił o tym w wywiadach. Niestety. 5 kwietnia 1994 roku wszystko strzeliło w łeb. Dosłownie😭 Bartas✌☮

czwartek, 8 czerwca 2023

Trochę cukru w jego oryginalnej postaci. Udany sojusz rocka i symfonii, czyli rzecz o "Drastic Symphonies" grupy Def Leppard.

 

Def Leppard są jak wino - im stasi, tym lepsi. Wciąż są zdolni do dotarcia do pierwszej dziesiątki list przebojów zarówno w Wielkiej Brytani, jak i w Stanach Zjednoczonych. Szybują jak najbardziej okazały rockowy galeon. 31 maja 2023r. zespół wystąpił w krakowskiej Tauron Arenie, dzieląc scenę z Mötley Crüe. Nie byłem niestety na tym wydarzeniu i pluję sobie w brodę. Pal sześć Mötley Crüe! Nigdy ich specjalnie nie lubiłem. Ale Def Leppard? Jeden z ulubionych zespołów z okresu dzieciństwa? Straciłem na tym bardzo dużo. Byli za to moich przyjaciele i znajomi. To od nich wiem, że koncert był rewelacyjny. Joe Elliott, mimo upływu lat, w dalszym ciągu znakomicie radzi sobie z wyciąganiem górnych partii wokalnych. Zeszłoroczny, świetny album Diamond Star Halos (recenzję znajdziesz tutaj) był miażdżącym powtórzeniem intencji. A po tak zajebistym albumie pojawiło się pytanie: ok, ale co dalej? Wiele innych zespołów i artystów, którzy nagrywali płyty od 1980 roku, krążyłoby w tym momencie, ale jak wiemy, stachanowici z Def Leppard nie są tacy jak inni. Brytyjczycy postanowili połączyć siły z Royal Philharmonic Orchestra i wydać album o dźwięcznej nazwie Drastic Symphonies. Grupa powraca na nim z niektórymi wielkimi hitami oraz mniej znanymi szerszej masie utworami. Jest to swego rodzaju dekonstrukcja lub ponownie wyobrażenie sobie wybranych numerów z ich katalogu. Pomysł brzmi troszkę jak wyłaniające się podejście dla zespołów, które przeżywają swój zmierz. Zobacz, co odwalili U2 na albumie Songs Of Surrender. Niech już lepiej idą spać. W przypadku Def Leppard hity i nie-hity z orkiestrą symfoniczną podziałały - jak się za moment przekonacie - na plus.


Na krążku znajduje się szesnaście utworów. Zespół wykorzystał oryginalne taśmy, dodając jednocześnie nowe wokale i partie gitarowe. Józek czasem śpiewa ze swoim młodszym sobą. Gitarzysta Phil Collen powiedział, że nagrali nowe partie, zmiksowali poprzednie dźwięki i wyjęli niektóre ze swoich instrumentów, aby orkiestra mogła odetchnąć. Tym samym dosłownie nagrali nowy album. Jest to ciekawy pomysł, ponieważ zespół miał swój już swój udział w tworzeniu nowej muzyki w takiej czy innej formie z kilkoma wciągającymi nowymi wersjami piosenek, które słyszało się tysiąc razy. Do tego te, do których być może, Drogi Czytelniku, będziesz musiał dotrzeć sam. Myślę, że byłoby to bardzo interesujące dla tych, którzy po raz pierwszy usłyszą takie numery jak Turn To Dust czy Kings Of The World, które odpowiednio otwierają i zamykają album. Ten pierwszy pokazuje od razu, że ta współpraca się sprawdza. To samo dotyczy Paper Sun w alternatywnej wersji, która nawet może przebić oryginał, podczas gdy zespół tworzy jeszcze bardziej romantyczne adaptacje Animal, Have You, Have You Ever Needed Someone So Bad czy When Love & Hate Collide. Z kolei taki Love Bites wcale nie odbiega daleko od oryginału, zamiast tego przypomina miks na żywo, którym Def Leppard zaskoczyłby fanów podczas poprzedniej trasy Goodbye For Good This Time. Pochodzące numery z zeszłorocznego, wspomnianego przeze mnie albumu Diamond Star Halo, doskonale komponują się z orkiestrą symfoniczną. Hysteria i Bringin’ On The Heartbreak wraz z Switch 625 z powodzeniem obejmują klasyczną aranżację, chociaż Switch 625 brzmi bardziej jak ścieżka dźwiękowa do filmu. Akompaniament orkiestry wnosi do Gods Of War inne wrażenia. Bowiem pod pewnymi względami wzbogaca oryginalne wykonanie, podczas gdy wiolonczela w Too Late For Love pobudza renesans, ale erę tę przerywa jedynie kilka nowych partii gitarowych. Ckliwy, ale uroczy Love z albumu Songs From The Sparkle Lounge nie zmienił się aż tak bardzo. Podobnie jak inspirowany moim ukochanym Queen wspomniany już numer Kings Of The World. Żeby nie było - ten album nie jest wcale w stu procentach doskonały. Nie mogę im wybaczyć tego jak strasznie zniszczyli Pour Some Sugar On Me. To jest top 5 moich ulubionych numerów Def Leppard. Jeśli istnieje coś takiego jak cukierki do uszu, to ten wrak wprowadza mydło do uszu. Def Leppard całkowicie demontuje taki zajebisty numer. To po prostu nie działa. Melodia i struktura refrenu całkowicie niedopasowana. Przełącz, pomiń ten numer. Zapewne znajdą się tacy, którzy będą kpić z tego sojuszu rocka i muzyki klasycznej, ale większość utworów na Drastic Symphonies zachowuje integralność oryginalnych nagrań, dodając świeże elementy tematyczne. Więc następnym razem, gdy usłyszysz tę samą piosenkę Def Leppard w radiu, możesz wybrać jeden z tych utworów. Z wyjątkiem jednego. Naprawdę docenisz trochę cukru w jego oryginalnej postaci. Ja jestem zadowolony i mogę śmiało polecić 😊 Bartas✌☮

niedziela, 4 czerwca 2023

Celebracja braterstwa i bardzo bolesna eksploracja straty. Foo Fighters powracają z nowym albumem - "But Here We Are".

 

Los nie oszczędzał Dave’a Grohla i jego bandę z Foo Fighters. Za każdym jednak razem muzyk wstawał silniejszy w walce z nieszczęściem. Utwór Everlong z 1997 roku został przez niego napisany na totalnym dnie, wyłaniając się ze zmagań zarówno zawodowych, jak i osobistych. W swoich najbardziej wpływowych numerach, takich jak These Days z 2011 roku czy Times Like These z 2002, muzyk spojrzał śmierci w oczy i w pełni uznał ciężar życia. Nawet ostatnie dokonania Foos wyprodukowane przez Grega Kurstina były naznaczone niepokojącą zgubą. Weźmy na przykład taki Waiting On A War, który znalazł się na ostatnim albumie Medicine At Midnight (moją recenzję możecie poczytać tutaj), dokumentuje całe życie spędzone na czekaniu na zagładę. Jednak powodem, dla którego te potężne hymny o stracie bliskich i złamanym sercu są w stanie zjednoczyć stadiony pełne fanów jest nieustępliwa pozytywność, jaką Grohl i ekipa zawsze się kierowali. Od momentu, gdy Dave założył zespół po śmierci przyjaciela, Kurta Cobaina, Foo Fighters nieustannie powtarzają ludziom, że może być tylko lepiej i będzie. Teraz znów podnoszą się niczym feniks z popiołu i powracają z całkiem nowym albumem zatytułowanym znamiennie But Here We Are. Dave Grohl wyłania się z wraku dwóch druzgocących strat. Po pierwsze - ukochany przyjaciel i perkusista zespołu, Taylor Hawkins, który zmarł nagle w marcu ubiegłego roku podczas spektakularnej trasy. Po drugie - jego matka, Virginia, która zmarła kilka miesięcy później, w sierpniu. Płyta But Here We Are poświęcona jest tym dwóm stałym filarom w jego życiu.



But Here We Are to pierwszy album Foos, na którym którym teksty odgrywają główną rolę. Zespół utrzymywał w tajemnicy nagrywanie, aż do wydania pierwszego singla Rescued w kwietniu tego roku. Grohl gra na perkusji na całym albumie, Kurstin wrócił, by współprodukować album razem z zespołem. No, i bardzo ważnym elementem jest 17-letnia córka Dave’a - Violet. Od początku do końca to sprawa rodzinna. Nic więc dziwnego, że wydaje się słuchaczowi, że Grohl śpiewa bezpośrednio do tych, których stracił, podczas gdy inne momenty są przeznaczone na zwracanie się do wypełnionej publiki, zjednoczonej w stracie i żalu. Przez to wszystko można odnieść wrażenie, że zespół nie tylko próbuje nadać sens temu nowemu rozdziałowi, ale także znaleźć drogę naprzód, światełko w tunelu, bo życie biegnie dalej.

Na But Here We Are jest bardzo dużo złamanego serca. W akustycznym utworze The Glass Grohl mówi wprost: I had a person I love / And just like that, I was left to live without him. Kompozycja Hearing Voices to gotycki, synth-popowy numer, który nawiązuje do Everlong (late at night I tell myself nothing this good could last forever) i delikatnie zanika wraz z błaganiem Dave’a: speak to me, my love. Nigdy nie czuje się jednak do końca nieszczęśliwy. Cała bowiem płyta ma ten aspekt dzikości jak w Wasting Light z 2011 roku, gdzie zespół szukał hałaśliwego katharsis w każdym niemal numerze. Po drodze mamy mnóstwo ekstrawaganckich gitarowych solówek, dominujących na arenie zawrotnych zmagań. Otwierający album i wspomniany już Rescued to optymistyczny hymn, który wydaje się być napisany z myślą o ich spektakularnym show. Mamy też surfrockowy utwór Under You. To jedna z najbardziej bezpośrednich piosenek, jakie kiedykolwiek wydali. Dave śpiewa w nim jasno: I think I’m getting over it, but there’s no getting over it. Muzycy nie boją się także wkraczać na niezbadane muzycznie terytoria w takich choćby utworach jak Nothing At All czy Beyond Me. Ten pierwszy to rockowy numer elegancko połączony z popowym groovem, zaś ten drugi czerpie inspiracje z delikatniejszych momentów Oasis. Mamy też Show Me Now - nawiedzony kawałek, który koncentruje się na pocieszającym fragmencie przeszłości. Jest to jedna z niewielu kompozycji na albumie, która nie kończy się chaotycznym jam session, a Grohl kwestionuje własną śmiertelność. Nie ma zbyt wiele nadziei, ale w utworze jest ta cicha odporność, podkreślona przez ciepły wokal wspomnianej już córki muzyka - Violet. Najdłuższym utworem na albumie jest The Teacher. To dziesięciominutowa epopeja, która pokazuje Foos w najbardziej ambitnym wydaniu. W eterycznym otwarciu Grohl śpiewa delikatnie: I can feel what others do / Can’t stop this if I wanted to. To być może wyjaśnia jego motywację do stworzenia tego albumu, zanim wkroczył na znajome terytorium rock’n’rolla. Ogromne załamanie i teksty zmagają się eskapizmem, prowadząc do wspaniałej ostatniej tercji, a Dave Grohl śpiewa potężnie i hałaśliwie, jak gdyby miał się stać koniec świata i pożegnanie: Try and make good with the air that’s left / Counting every minute, living breath by breath. Już na sam koniec dostajemy kompozycję Rest. Jest to okrojona, akustyczna pieśń, tak surowa, że bardziej przypomina utwór demo. Ale słowa jej chwytają za serce: Waking up, I had another dream of us / In the warm Virginia Sun, there I will meet You.


Album But Here We Are poruszył moje serce do głębi. To piękna i hałaśliwa zarazem celebracja braterstwa i surowa, bardzo bolesna eksploracja straty. Jest to album chaotyczny, przyprawiający o zawrót głowy, ambitny, wspaniały. Członkowie Foo Fighters przekraczają swoje granice i idą jeszcze dalej. Przez to wszystko But Here We Are jest niezaprzeczalnym przypomnieniem uzdrawiającej, jednoczącej mocy muzyki. Bardzo gorąco polecam. Ja, zdeklarowany fan tego zespołu od dobrych 25 lat😍 Bartas✌☮

35 lat temu ukazał się jeden z najlepszych debiutów w historii muzyki - "Ten" grupy Pearl Jam.

  Po śmierci Andy’ego Wooda Gossard i Ament zawiesili działalność. W czasie tej separacji Gossard spędził swój czas na pisaniu materiałów, k...