sobota, 23 września 2023

Dwie skrajności. 30-lecie "In Utero" - ostatniego studyjnego albumu Nirvany.

 

Chyba najwyższy czas wrócić do pisania bloga, bo od 6 czerwca nie pojawił się tutaj żaden post. Tym bardziej, że teraz nasz Muzyczny Zwierz ma techniczną przerwę aż do odwołania, postanowiłem czas ten wypełnić pisaniem o czymś, o czym najbardziej kocham, na swoim osobistym podwórku. Przez wakacje przesłuchałem mnóstwo nowych świetnych płyt i niebawem pojawi się tutaj kilka recenzji. Zanim jednak to nastąpi to chciałbym zaprosić Was do mojego muzycznego wehikułu czasu i cofnąć Was do roku 1993. Dwa dni temu minęło 30 lat od ukazania się ostatniej studyjnej płyty Nirvany - In Utero. Jako wielki miłośnik Sceny Seattle z Nirvaną mam ten “problem”, że zajmuje ona ostatnie miejsce wśród Wielkiej Grunge’owej Czwórki. Pierwszy jest oczywiście Pearl Jam, drugi Alice In Chains, potem Soundgarden i na końcu Nirvana. Nie zmienia to jednak faktu, że Kurt Cobain i jego załoga mieli swoje “pięć minut” i raz na zawsze zapisali się na kartach historii muzyki. Nevermind, który jutro kończy 32 lata, odniósł gigantyczny sukces. Głównie za sprawą Smells Like Teen Spirit. Ale o tym napisano już chyba wszystko. Bardzo go lubię, nie powiem, są tam niemal same hity. Jednak według mnie najlepszym dokonaniem tego kultowego tria jest krążek In Utero. I właśnie jemu chciałbym poświęcić dziś troszkę czasu.


Wspomniany już przeze mnie album Nevermind sprawił, że Nirvana wkroczyła do mainstreamu. Odniósł ogromny sukces komercyjny, popularyzując ruch grunge i sceny alternatywnej. Muzycy jednak byli niezadowoleni z brzmienia albumu. Uznali, że jest zbyt dopracowany. Na początku 1992 roku Cobain powiedział magazynowi Rolling Stone, że następny album Nirvany będzie prezentował obie skrajności w swym brzmieniu, twierdząc iż w niektórych utworach będzie bardziej surowy, a w innych będzie więcej cukierkowego popu. Producent Nevermind, Butch Vig, powiedział później,że Kurt musiał współpracować z innym producentem, aby odzyskać punkową etykietę i wiarygodność. Lider Nirvany chciał rozpocząć pracę w połowie 1992 roku, ale zarówno Krist Novoselic, jak i Dave Grohl mieszkali w różnych miastach. Mało tego - Kurt wraz ze swoją żoną Courtney Love spodziewali się narodzin dziecka, córeczki Frances Bean. Wytwórnia płytowa Nirvany, DGC Records, miała wydać nowy album na okres świąteczny w 1992 roku. Zamiast tego wydali składankę Incesticid. W wydziadzie dla Melody Maker opublikowanym w lipcu 1992 roku, Kurt powiedział, że jest zainteresowany nagrywaniem z Jackiem Endinom, który wyprodukował debiutancki album Nirvany, Bleach, oraz ze Stevem Albinim, byłym frontmanem noise-rockowego zespołu Big Black, który produkował różne niezależne wydawnictwa. Muzycy Nirvany nagrali kilka demówek z Endino w Seattle w październiku, głównie jako utwory instrumentalne, w tym także utwory nagrane później ponownie dla In Utero. Endino przypomniał wówczas sobie, że zespół nie poprosił go o wyprodukowanie kolejnej płyty i że nieustannie debatowali nad współpracą z Albinim. Nagrali kolejny zestaw demówek podczas trasy koncertowej po Brazylii w styczniu 1993 roku. Galons Of Rubbing Alcohol Flow Through The Strip został nagrany przez Craiga Montgomery'ego w BMG Ariola Ltda w Rio de Janeiro podczas trzydniowej sesji demonstracyjnej. Piosenka pierwotnie nosiła tytuł I'll Take You Down To The Pavement i była nawiązaniem do kłótni między Cobainem a wokalistą Guns N' Roses Axlem Rosem podczas rozdania nagród MTV Video Music Awards w 1992 roku. Koniec końców wybrali Albiniego, bo miał reputację na amerykańskiej scenie muzyki niezależnej jako krytyk względem głównego nurtu przemysłu muzycznego i zdecydowanie preferował nagrania analogowe, niż cyfrowe. Wysłał oświadczenie do brytyjskiej prasy muzycznej, w którym zaprzeczył pogłoskom o jego zaangażowanie współpracy z Nirvaną, ale kilka dni później otrzymał telefon od managementu zespołu. Przyjął tę pracę, ponieważ było mu ich najzwyczajniej w świecie żal. Postrzegał Nirvanę jako ludzi tego samego rodzaju, co wszystkie małe zespoły, z którymi miał do czynienia, zdanych na łaskę wytwórni płytowej. Cobain przyznał, że wybrał Albiniego, ponieważ wyprodukował dwie z jego ulubionych płyt Surfer Rosa grupy Pixies oraz Pod - grupy Breeders. Chciał zastosować technikę Albiniego polegającą na uchwyceniu naturalnej atmosfery pomieszczenia poprzez umieszczenie kilku mikrofonów, czego nie chcieli próbować poprzedni producenci Nirvany. Przed nagraniem zespół wysłał Albiniemu taśmę za nagraniami demo, które nagrywali w Brazyli. W zamian za to przyszły producent wysłał Cobainowi album Rid Of Me PJ Harvey, aby dać wyobrażenie o akustyce w studiu, w którym nagrywali. Nirvana i Albini wyznaczyli dwutygodniowy termin na nagranie. Za namową Albiniego, który obawiał się ingerencji ze strony DGC, Nirvana opłacała sesje z własnych pieniędzy. Opłaty za studio wyniosły 24 000 dolarów, a Albini pobrał ryczałt w wysokości 100 000 dolarów. Chociaż mógł zarobić na tantiemach około 500 000 dolarów, odmówił ich przyjęcia, uważając pobieranie tantiem za niemoralne i obrazę artysty.

W lutym 1993 roku Nirvana udała się do Pachyderm Studio w Cannon Falls w stanie Minnesota. Albini spotkał się z muzykami dopiero pierwszego dnia nagrań, choć rozmawiał z nimi wcześniej o tym jak ma dokładnie wyglądać i brzmieć album. Zauważył, że chcieli nagrać dokładnie taką płytę, z którą czuliby się komfortowo. Trio zatrzymało się w domu na terenie studia. Była zima, padał śnieg, nie mogli nigdzie wyjść. Po prostu siedzieli i nagrywali. Przez większość sesji obecni byli tylko muzycy, Albini i technik Bob Weston. Grupa dała jasno do zrozumienia DGC i ich firmie zarządzającej Gold Mountain, że nie chcą, aby ktokolwiek wpierdalał się w rezultat. Albini przyjął politykę ignorowania wszystkich za wyjątkiem członków zespołu. Co ciekawe, że zespół przybył do studia bez swojego sprzętu i spędził pierwszych kilka dni na dostarczenie go pocztą. Po rozpoczęciu nagrań, 13 lutego, prace potoczyły się szybko. Rozpoczynali około południa, robili przerwy na lunch i kolacje i pracowali do północy. W przypadku większości piosenek Cobain, Novoselic i Grohl nagrali razem swoje podstawowe utwory instrumentalne jako zespół. W przypadku szybszych numerów, takich jak Ver Ape czy Tourette’s, perkusja została nagrana osobo w kuchni, aby uzyskać naturalny pogłos. Albini otoczył zestaw perkusyjny Dave’a około 30 mikrofonami. Kurt dodał dodatkowe ścieżki gitarowe do około połowy piosenek, następnie solówki gitarowe i wreszcie wokale. Zespół nie porzucił ujęć i zatrzymał praktycznie wszystko, co nagrał. Albini postrzegał siebie bardziej jako inżyniera, niż producenta. Mimo swoich osobistych opinii pozwolił zespołowi wybierać ujęcia. Cobain podobno nagrał wszystkie swoje partie wokalne…sześć. Zmagał się wtedy z nałogiem narkotykowym, ale podczas sesji nagraniowych był skupiony i czysty. Nagrywanie zakończono w sześć dni. Kurt spodziewał się nieporozumień z producentem, który był seksistowskim palantem. Albini jednak nazwał ten proces najłatwiejszym nagraniem, w jakim kiedykolwiek uczestniczył. Jedyne zakłócenie nastąpiły tydzień później, kiedy pojawiła się Courtney stęskniona za mężem. Dziewczyna wspomnianego technika Boba Westona wspomniała, że Love  stworzyła napięcie, krytykując pracę Cobaina i była konfrontacyjna ze wszystkimi obecnymi. początkowy miks In Utero trwał pięć dni. Jak na standardy Nirvany było to szybko, ale nie dla Albiniego, który był przyzwyczajony do miksowania albumów w dzień czy dwa. Kiedy praca nad miksem nie przyniosła pożądanych rezultatów, zespół i Albini brali resztę dnia wolnego, by oglądać filmy przyrodnicze, podpalać różne rzeczy i robić głupie dowcipy. Obrady zakończono 26 lutego. 

Pod tym jakże długim, ale ważnym wstępie przejdźmy do konkretów, czyli do muzyki i tekstów zawartych na In Utero. Albini starał się nagrać płytę, która w niczym nie przypominałaby album Nevermind. Zamiast tego zamierzał uchwycić bardziej naturalny i wyrazisty dźwięk. Odmówił więc podwójnego nagrania wokalu Kurta i zamiast tego nagrał go śpiewającego w rezonansowym pomieszczeniu. W niektórych numerach mamy intensywność wokalu Cobaina. Słychać to zarówno w Rape Me oraz Milk It. Lider Nirvany chciał, aby dźwięk jego krzyku po prostu wyprzedził cały zespół. Michael Azerrad, autor książki Come As You Are: The Story Of Nirvana z 1993 roku stwierdził, że In Utero pokazało odmienną wrażliwość na szorstkość i przystępność, która odzwierciedlała wstrząsy, jakich Kurt doznał przed ukończeniem albumu. Napisał, że beatlesowski Dumb szczęśliwie współistnieje obok szaleńczego i punkowego Milk It, podczas gdy All Apologies jest zupełnie inne od apoplektycznego Scentless Apprentice. To tak jakby Cobain zrezygnował z prób połączenia swoich punkowych i popowych instynktów w jedną harmonijną całość. Muzyk jednak uważał, że In Utero nie było ani ostrzejsze, ani bardziej emocjonalne, niż którakolwiek z poprzednich płyt Nirvany. Novoselic zgodził się, że album bardziej skłaniał sie ku artystycznej, agresywnej stronie zespołu. Cobain podał Milk It jako przykład bardziej eksperymentalnego i agresywnego kierunku, w jakim zmierzała muzyka zespołu na miesiące poprzedzające sesje w w Pachyderm Studio. Ciekawostką jest ten fakt, że kilka piosenek zamieszczonych na In Utero zostało napisanych na wiele lat przed nagraniem. Niektóre datowane są na rok 1990. Kurt preferował długie tytuły piosenek, takie jak Frances Farmer Will Have Her Revenge On Seattle, w reakcji na współczesne zespoły alternatywnego rocka, które używały tytułów składających się z jednego słowa. Podczas nagrywania kontynuował pracę nad tekstami. W wielu numerach Cobain nawiązywał do książek. Wspomniany Frances Farmer Will Have Her Revenge On Seattle została zainspirowana Shadowland, czyli biografią aktorki Frances Farmer z 1978 roku, którą lider Nirvany był zafascynowany odkąd przeczytał tę książkę w szkole średniej. Scentless Apprentice został napisany o Perfume: The Story Of A Murderer - historycznym horrorze o uczniu perfumiarza, który próbuje stworzyć najlepsze perfumy, zabijając dziewicze kobiety i zabierając ich zapach. Według psychologa Thomasa Joinera jasne jest, że Kurtowi chodziło o samobójstwo, gdy pracował nad albumem, którego teksty ilustrują łączenie śmierci z motywami życia, czasem w jaskrawy sposób, wręcz bardzo niepokojący. Czystym tego przykładem jest kilkakrotnie wywołany do tablicy numer Milk It. Słowa Her milk is my shit / My shit is her milk pokazują, że Cobain najwyraźniej miał skłonność do niepokojących obrazów, w których motywy opieki łączą się z motywami chorób i marnotrawstwa. Innym przykładem jest odniesienie Cobaina do pętli pępowinowej w singlowym Heart Shaped Box. Sam Cobain opisał In Utero jako bardzo osobisty. Zdjęcia niemowlęcia i porodu na albumie oraz jego nowo odkryte ojcostwo było przypadkowe. Azerrad argumentował, że znaczna część albumu ma wydźwięk osobisty, zauważając jednocześnie, że takie samo podejście miał Dave Grohl. Perkusista przyznał: Wiele z tego, co [Kurt] ma do powiedzenia, ma związek z wieloma gównami, przez które przeszedł. I nie jest to już tyle nastoletnich niepokojów. To zupełnie inna gra w piłkę: niepokój gwiazdy rocka. Kurt jednak bagatelizował ostatnie wydarzenia i powiedział Azerradowi, że nie chce pisać utworu, który jednoznacznie wyraziłby jego wkurwienie na media. Rape Me wydaje się dotyczyć tego problemu. Chociaż Kurt przyznał, iż piosenka powstała na długo przed upublicznieniem jego problemów z narkotykowym uzależnieniem, ale zgodził się, że można postrzegać ją właśnie w tym świetle. Otwierająca album kompozycja Server The Servants komentuje życie Cobaina. Początkowe jej wersy Teenage angst has paid off well / Now I'm bored and old były odniesieniem do stanu wokalisty po sukcesie Nirvany. Lider Nirvany odrzucił uwagę mediów poświęconą wpływowi rozwodu jego rodziców na jego życie wersami I tried hard to have a father / But instead I had a dad / I just want You to know that I don't hate You any more / There is nothing I could say that I haven't thought before. Cobain powiedział, że chce, aby jego ojciec wiedział, że go nie nienawidzi, ale nie ma ochoty z nim rozmawiać.

Zanim zakończę i podsumuję nasza opowieść o tym niezwykłym albumie, opowiem kilka słów o tytule płyty i jej okładce. Kurt Cobain pierwotnie chciał nazwać album I Hate Myself And I Want To Die, co pojawiło się w jego dziennikach w połowie w połowie 1992 roku. W tamtym czasie używał tego wyrażenia jako odpowiedzi, gdy ktoś zapytał go, jak się czuje. Muzyk zamierzył tytuł albumu jako żart. Stwierdził bowiem, że jest zmęczony traktowaniem tego zespołu tak poważnie i wszystkich innych, którzy traktują to tak poważnie. Basista grupy przekonał Cobaina do zmiany tytułu w obawie, że może to potencjalnie skutkować pozwem. Następnie zespół rozważał użycie Verse Chorus Verse – tytułu zaczerpniętego z piosenki Verse Chorus Verse i (wówczas aktualnego) roboczego tytułu Sappy – zanim ostatecznie zdecydował się na In Utero. Ostateczny tytuł został zaczerpnięty z wiersza napisanego przez Courtney Love. Dyrektorem artystycznym In Utero był niejaki Robert Fisher, który zaprojektował wszystkie wydawnictwa Nirvany dla DGC. Większość pomysłów na okładkę albumu i powiązanych z nim singli wyszła od Cobaina. Fisher wspomina, że Kurt po prostu dawał mu pewne luźne uwagi i mówił: zrób coś z tym! Okładka albumu przedstawia przezroczystego manekina anatomicznego z nałożonymi anielskimi skrzydłami. Cobain stworzył kolaż na tylnej okładce, który opisał jako Sex and woman and In Utero and vaginas and birth and death. Ów kolaż składał się z modelowych płodów, skorupy żółwia i modeli żółw oraz części ciała leżących w łóżku. Kolaż ustawiono na podłodze w salonie Kurta. Odpowiedzialnym za sfotografowanie był Charles Peterson po nieoczekiwanym telefonie muzyka. Lista utworów z albumu i ponowne zilustrowane symbole z The Woman's Dictionary Of Symbols And Sacred Objects Barbary G. Walker zostały następnie umieszczone wokół krawędzi kolażu. Manekiny przedstawiające anatomiczną figurę ze skrzydłami anioła były używane jako rekwizyty sceniczne podczas trasy koncertowej Nirvany wspierającej In Utero. Jeden z takich manekinów pojawił się później na wystawie muzeum Experience Music Project Nirvana: Taking Punk To The Masses, która trwała od kwietnia 2011 do 2013 roku i prezentowała pamiątki związane z muzyką i historią zespołu.


In Utero został wydany 21 września 1993 roku. Wydawnictwo to odniosło duży sukces komercyjny i krytyczny. Krytycy chwalili surowe, niekonwencjonalne brzmienie albumu i liryzm Cobaina. Album osiągnął numer jeden na amerykańskiej liście Billboard 200 i brytyjskiej liście albumów. Single Heart-Shaped Box i All Apologies osiągnęły pierwsze miejsce na liście przebojów Billboard Alternative Songs. Album uzyskał w USA pięciokrotną platynę i sprzedał się w 15 milionach egzemplarzy na całym świecie. Był to ostatni album Nirvany przed samobójstwem Cobaina w 1994 roku. Pennyroyal Tea, zaplanowany jako singiel przed śmiercią Cobaina, został wydany w 2014 roku i osiągnął pierwsze miejsce na nieistniejącej już liście Billboard Hot 100 Singles Sales.

Jest to płyta absolutnie wyjątkowa, tak inna od wielkiego Nevermind. Nie ma na nich zbyt wielu hitów, ale właśnie o to Kurtowi chodziło, żeby przywrócić garażowy hałas. Pamiętam doskonale czasy, gdy dostałem ją od Mamy na kasecie, a później na płycie CD i winylu. Przez 30 lat nic się nie zestarzała, wciąż słucha się jej z ogromną przyjemnością. To prawdziwa grunge’owa uczta dla niejednego wielbiciela Sceny Seattle. Kurt miał w planach kolejne płyty i mówił o tym w wywiadach. Niestety. 5 kwietnia 1994 roku wszystko strzeliło w łeb. Dosłownie😭 Bartas✌☮

czwartek, 8 czerwca 2023

Trochę cukru w jego oryginalnej postaci. Udany sojusz rocka i symfonii, czyli rzecz o "Drastic Symphonies" grupy Def Leppard.

 

Def Leppard są jak wino - im stasi, tym lepsi. Wciąż są zdolni do dotarcia do pierwszej dziesiątki list przebojów zarówno w Wielkiej Brytani, jak i w Stanach Zjednoczonych. Szybują jak najbardziej okazały rockowy galeon. 31 maja 2023r. zespół wystąpił w krakowskiej Tauron Arenie, dzieląc scenę z Mötley Crüe. Nie byłem niestety na tym wydarzeniu i pluję sobie w brodę. Pal sześć Mötley Crüe! Nigdy ich specjalnie nie lubiłem. Ale Def Leppard? Jeden z ulubionych zespołów z okresu dzieciństwa? Straciłem na tym bardzo dużo. Byli za to moich przyjaciele i znajomi. To od nich wiem, że koncert był rewelacyjny. Joe Elliott, mimo upływu lat, w dalszym ciągu znakomicie radzi sobie z wyciąganiem górnych partii wokalnych. Zeszłoroczny, świetny album Diamond Star Halos (recenzję znajdziesz tutaj) był miażdżącym powtórzeniem intencji. A po tak zajebistym albumie pojawiło się pytanie: ok, ale co dalej? Wiele innych zespołów i artystów, którzy nagrywali płyty od 1980 roku, krążyłoby w tym momencie, ale jak wiemy, stachanowici z Def Leppard nie są tacy jak inni. Brytyjczycy postanowili połączyć siły z Royal Philharmonic Orchestra i wydać album o dźwięcznej nazwie Drastic Symphonies. Grupa powraca na nim z niektórymi wielkimi hitami oraz mniej znanymi szerszej masie utworami. Jest to swego rodzaju dekonstrukcja lub ponownie wyobrażenie sobie wybranych numerów z ich katalogu. Pomysł brzmi troszkę jak wyłaniające się podejście dla zespołów, które przeżywają swój zmierz. Zobacz, co odwalili U2 na albumie Songs Of Surrender. Niech już lepiej idą spać. W przypadku Def Leppard hity i nie-hity z orkiestrą symfoniczną podziałały - jak się za moment przekonacie - na plus.


Na krążku znajduje się szesnaście utworów. Zespół wykorzystał oryginalne taśmy, dodając jednocześnie nowe wokale i partie gitarowe. Józek czasem śpiewa ze swoim młodszym sobą. Gitarzysta Phil Collen powiedział, że nagrali nowe partie, zmiksowali poprzednie dźwięki i wyjęli niektóre ze swoich instrumentów, aby orkiestra mogła odetchnąć. Tym samym dosłownie nagrali nowy album. Jest to ciekawy pomysł, ponieważ zespół miał swój już swój udział w tworzeniu nowej muzyki w takiej czy innej formie z kilkoma wciągającymi nowymi wersjami piosenek, które słyszało się tysiąc razy. Do tego te, do których być może, Drogi Czytelniku, będziesz musiał dotrzeć sam. Myślę, że byłoby to bardzo interesujące dla tych, którzy po raz pierwszy usłyszą takie numery jak Turn To Dust czy Kings Of The World, które odpowiednio otwierają i zamykają album. Ten pierwszy pokazuje od razu, że ta współpraca się sprawdza. To samo dotyczy Paper Sun w alternatywnej wersji, która nawet może przebić oryginał, podczas gdy zespół tworzy jeszcze bardziej romantyczne adaptacje Animal, Have You, Have You Ever Needed Someone So Bad czy When Love & Hate Collide. Z kolei taki Love Bites wcale nie odbiega daleko od oryginału, zamiast tego przypomina miks na żywo, którym Def Leppard zaskoczyłby fanów podczas poprzedniej trasy Goodbye For Good This Time. Pochodzące numery z zeszłorocznego, wspomnianego przeze mnie albumu Diamond Star Halo, doskonale komponują się z orkiestrą symfoniczną. Hysteria i Bringin’ On The Heartbreak wraz z Switch 625 z powodzeniem obejmują klasyczną aranżację, chociaż Switch 625 brzmi bardziej jak ścieżka dźwiękowa do filmu. Akompaniament orkiestry wnosi do Gods Of War inne wrażenia. Bowiem pod pewnymi względami wzbogaca oryginalne wykonanie, podczas gdy wiolonczela w Too Late For Love pobudza renesans, ale erę tę przerywa jedynie kilka nowych partii gitarowych. Ckliwy, ale uroczy Love z albumu Songs From The Sparkle Lounge nie zmienił się aż tak bardzo. Podobnie jak inspirowany moim ukochanym Queen wspomniany już numer Kings Of The World. Żeby nie było - ten album nie jest wcale w stu procentach doskonały. Nie mogę im wybaczyć tego jak strasznie zniszczyli Pour Some Sugar On Me. To jest top 5 moich ulubionych numerów Def Leppard. Jeśli istnieje coś takiego jak cukierki do uszu, to ten wrak wprowadza mydło do uszu. Def Leppard całkowicie demontuje taki zajebisty numer. To po prostu nie działa. Melodia i struktura refrenu całkowicie niedopasowana. Przełącz, pomiń ten numer. Zapewne znajdą się tacy, którzy będą kpić z tego sojuszu rocka i muzyki klasycznej, ale większość utworów na Drastic Symphonies zachowuje integralność oryginalnych nagrań, dodając świeże elementy tematyczne. Więc następnym razem, gdy usłyszysz tę samą piosenkę Def Leppard w radiu, możesz wybrać jeden z tych utworów. Z wyjątkiem jednego. Naprawdę docenisz trochę cukru w jego oryginalnej postaci. Ja jestem zadowolony i mogę śmiało polecić 😊 Bartas✌☮

niedziela, 4 czerwca 2023

Celebracja braterstwa i bardzo bolesna eksploracja straty. Foo Fighters powracają z nowym albumem - "But Here We Are".

 

Los nie oszczędzał Dave’a Grohla i jego bandę z Foo Fighters. Za każdym jednak razem muzyk wstawał silniejszy w walce z nieszczęściem. Utwór Everlong z 1997 roku został przez niego napisany na totalnym dnie, wyłaniając się ze zmagań zarówno zawodowych, jak i osobistych. W swoich najbardziej wpływowych numerach, takich jak These Days z 2011 roku czy Times Like These z 2002, muzyk spojrzał śmierci w oczy i w pełni uznał ciężar życia. Nawet ostatnie dokonania Foos wyprodukowane przez Grega Kurstina były naznaczone niepokojącą zgubą. Weźmy na przykład taki Waiting On A War, który znalazł się na ostatnim albumie Medicine At Midnight (moją recenzję możecie poczytać tutaj), dokumentuje całe życie spędzone na czekaniu na zagładę. Jednak powodem, dla którego te potężne hymny o stracie bliskich i złamanym sercu są w stanie zjednoczyć stadiony pełne fanów jest nieustępliwa pozytywność, jaką Grohl i ekipa zawsze się kierowali. Od momentu, gdy Dave założył zespół po śmierci przyjaciela, Kurta Cobaina, Foo Fighters nieustannie powtarzają ludziom, że może być tylko lepiej i będzie. Teraz znów podnoszą się niczym feniks z popiołu i powracają z całkiem nowym albumem zatytułowanym znamiennie But Here We Are. Dave Grohl wyłania się z wraku dwóch druzgocących strat. Po pierwsze - ukochany przyjaciel i perkusista zespołu, Taylor Hawkins, który zmarł nagle w marcu ubiegłego roku podczas spektakularnej trasy. Po drugie - jego matka, Virginia, która zmarła kilka miesięcy później, w sierpniu. Płyta But Here We Are poświęcona jest tym dwóm stałym filarom w jego życiu.



But Here We Are to pierwszy album Foos, na którym którym teksty odgrywają główną rolę. Zespół utrzymywał w tajemnicy nagrywanie, aż do wydania pierwszego singla Rescued w kwietniu tego roku. Grohl gra na perkusji na całym albumie, Kurstin wrócił, by współprodukować album razem z zespołem. No, i bardzo ważnym elementem jest 17-letnia córka Dave’a - Violet. Od początku do końca to sprawa rodzinna. Nic więc dziwnego, że wydaje się słuchaczowi, że Grohl śpiewa bezpośrednio do tych, których stracił, podczas gdy inne momenty są przeznaczone na zwracanie się do wypełnionej publiki, zjednoczonej w stracie i żalu. Przez to wszystko można odnieść wrażenie, że zespół nie tylko próbuje nadać sens temu nowemu rozdziałowi, ale także znaleźć drogę naprzód, światełko w tunelu, bo życie biegnie dalej.

Na But Here We Are jest bardzo dużo złamanego serca. W akustycznym utworze The Glass Grohl mówi wprost: I had a person I love / And just like that, I was left to live without him. Kompozycja Hearing Voices to gotycki, synth-popowy numer, który nawiązuje do Everlong (late at night I tell myself nothing this good could last forever) i delikatnie zanika wraz z błaganiem Dave’a: speak to me, my love. Nigdy nie czuje się jednak do końca nieszczęśliwy. Cała bowiem płyta ma ten aspekt dzikości jak w Wasting Light z 2011 roku, gdzie zespół szukał hałaśliwego katharsis w każdym niemal numerze. Po drodze mamy mnóstwo ekstrawaganckich gitarowych solówek, dominujących na arenie zawrotnych zmagań. Otwierający album i wspomniany już Rescued to optymistyczny hymn, który wydaje się być napisany z myślą o ich spektakularnym show. Mamy też surfrockowy utwór Under You. To jedna z najbardziej bezpośrednich piosenek, jakie kiedykolwiek wydali. Dave śpiewa w nim jasno: I think I’m getting over it, but there’s no getting over it. Muzycy nie boją się także wkraczać na niezbadane muzycznie terytoria w takich choćby utworach jak Nothing At All czy Beyond Me. Ten pierwszy to rockowy numer elegancko połączony z popowym groovem, zaś ten drugi czerpie inspiracje z delikatniejszych momentów Oasis. Mamy też Show Me Now - nawiedzony kawałek, który koncentruje się na pocieszającym fragmencie przeszłości. Jest to jedna z niewielu kompozycji na albumie, która nie kończy się chaotycznym jam session, a Grohl kwestionuje własną śmiertelność. Nie ma zbyt wiele nadziei, ale w utworze jest ta cicha odporność, podkreślona przez ciepły wokal wspomnianej już córki muzyka - Violet. Najdłuższym utworem na albumie jest The Teacher. To dziesięciominutowa epopeja, która pokazuje Foos w najbardziej ambitnym wydaniu. W eterycznym otwarciu Grohl śpiewa delikatnie: I can feel what others do / Can’t stop this if I wanted to. To być może wyjaśnia jego motywację do stworzenia tego albumu, zanim wkroczył na znajome terytorium rock’n’rolla. Ogromne załamanie i teksty zmagają się eskapizmem, prowadząc do wspaniałej ostatniej tercji, a Dave Grohl śpiewa potężnie i hałaśliwie, jak gdyby miał się stać koniec świata i pożegnanie: Try and make good with the air that’s left / Counting every minute, living breath by breath. Już na sam koniec dostajemy kompozycję Rest. Jest to okrojona, akustyczna pieśń, tak surowa, że bardziej przypomina utwór demo. Ale słowa jej chwytają za serce: Waking up, I had another dream of us / In the warm Virginia Sun, there I will meet You.


Album But Here We Are poruszył moje serce do głębi. To piękna i hałaśliwa zarazem celebracja braterstwa i surowa, bardzo bolesna eksploracja straty. Jest to album chaotyczny, przyprawiający o zawrót głowy, ambitny, wspaniały. Członkowie Foo Fighters przekraczają swoje granice i idą jeszcze dalej. Przez to wszystko But Here We Are jest niezaprzeczalnym przypomnieniem uzdrawiającej, jednoczącej mocy muzyki. Bardzo gorąco polecam. Ja, zdeklarowany fan tego zespołu od dobrych 25 lat😍 Bartas✌☮

poniedziałek, 1 maja 2023

Początek trasy, australijska jesień i smutna historia z happy endem. O koncercie Pearl Jam w Melbourne z Jackiem Ironsem w tle.

 

Eddie Vedder przyznał niegdyś, że perkusista Jack Irons uratował Pearl Jam przed więdnięciem pod presją supergwiazdy ery grunge. Postawiłbym tutaj mocną i dość odważną tezę, że zespół mógłby nigdy nie zaistnieć, gdyby nie rola Ironsa we wprowadzeniu nieznanego wówczas młodego człowieka ze San Diego swoim ewentualnym kolegom ze Seattle jesienią 1990 roku. Irons grał w zespole Pearl Jam w latach 1994-1998. Muzyk wywarł decydujący wpływ na niektóre z najbardziej uwielbianych przez fanów utworów. Niestety jego praca na scenie z Pearl Jam nigdy nie została oficjalnie udokumentowana. Dopiero od roku 2000 zespół wydawał oficjalne bootlegi niemal z każdego zagranego koncertu (wcześniejsze były wyłącznie zapiskami fanowskimi). Moim faworytem jest grający od 2000 roku Matt Cameron oraz nieco zapomniany Dave Krusen, który nagrywał partie na debiutanckim albumie Ten. Ale Irons - moim zdaniem - także wniósł do zespołu Pearl Jam coś oryginalnego: luźny, ziemisty groove, który często wyraźnie kontrastował z bardziej sztywnymi i potężnymi tendencjami jego poprzednika, nielubianego przeze mnie Dave'a Abbruzzese (czekam na lincz w komentarzach😈).


Na szczęście fani Pearl Jam z epoki Ironsa mają teraz niesamowitą gratkę. 24 kwietnia ukazał się oficjalny album koncertowy zatytułowany Give Way. Jest zapis występu z piątego marca 1998 roku z Parku Melbourne w Australii. Co ciekawe - występ był transmitowany na żywo w radiu i (kulejącym jeszcze wtedy) Internecie przez australijską stację Triple J, a później piracko bootlegowany. Planowano go także włączyć jako bezpłatną promocję dla fanów, którzy zakupili dokument Pearl Jam Single Video Theory na początku sierpnia 1998 roku. W ostatniej chwili okazało się, że zespół i jego wytwórnia, Epic Records, tak naprawdę nie podpisały się pod planem, co doprowadziło do zniszczenia prawie wszystkich z 50 000 egzemplarzy płyt CD, które zostały już wytłoczone. Wreszcie ktoś po 25 latach poszedł po rozum do głowy i naprawił ten burdel. Give Way jest kluczowym dokumentem pięciu koncertów Pearl Jam podczas ich pierwszej trasy koncertowej od półtora roku i nowego materiału z albumu Yield, który miał wtedy zaledwie miesiąc.


Należy zaznaczyć, że w tamtym czasie Irons zmagał się z kryzysem zdrowia psychicznego, ale słuchając koncertu wcale tego nie odczujemy. Wręcz przeciwnie - wielką radość sprawiło mi słuchanie gry Jacka wykonującego numery, w których bębnił na Yield i jego poprzedniku z 1996 roku - No Code - szalenie zróżnicowanym, ale nieco polaryzującym. Wersja Brain Of J jest chyba najlepszą, jaką zespół kiedykolwiek wydał na taśmę. Jej rytm napędza opadające riffy gitarowe Mike'a McCready'ego i Stone'a Gossarda, jak kłęby wydechu lokomotywy. Podobnie jest w Do The Evolution, gdzie pełny i gardłowy growl Veddera - będący aktem oskarżenia przeciwko samolubstwu wspóczesnej ludzkości - łączy się z jedną z najbardziej pamiętnych sześciostrunowych sekwencji Gossarda, który gra (jedną z niewielu w utworach Pearl Jam) solówkę. Irons dalej błyszczy na przemian w pogodnych ulubieńcach z Yield, tj Given To Fly i Faithfull oraz In My Tree z No Code. Ten ostatni jest absolutnym majstersztykiem ciężkich tomów, plemiennych rytmów perkusji, mimo iż Vedder maczał paluchy w tekście. I tu jest odpowiedź na to dlaczego ta piosenka zniknęła z koncertowej setlisty na pięć lat po tej trasie, po czym pojawiła się ponownie, ale w nowej aranżacji. Bowiem muzyczna esencja Ironsa jest tak oryginalna, że nie można oczekiwać, iż żaden inny perkusista naprawdę zrobi to tak dobrze jak on sam. Z całym szacunkiem dla Matta. W tamtym czasie niektórzy fani narzekali, że styl gry Ironsa pasuje do Pearl Jam jak wół do karocy, szczególnie w starszych nagraniach, w których nie brał udziału. Są gusta i guściki. Jego powściągliwość w przyspieszeniu tempa skutkuje tutaj kilkoma doskonałymi wykonaniami. State Of Love And Trust brzmi prawie tak, jakby był odtwarzany w przerwie, chociaż jest nieco wolniejszy, niż wersja studyjna. Immortality wykracza poza chaotyczne momenty, by zbudować zapalający, napędzany punkt kulminacyjny. 


W innym miejscu Give Way dobitnie demonstruje opanowanie Veddera i wrodzoną zdolność do nawiązywania więzi z publicznością, dzięki licznym australijskim odniesieniom. - zagraniu intro do Beds Are Burning grupy Midnight Oil, w pozdrowieniu australijskiego koszykarza Luca Longleya przed Hail, Hail oraz złożeniu pokłonu grupie INXS w In My Tree. Jeśli chodzi o wykluczone utwory, nie jest jasne, dlaczego zniknęły z ostatecznej setlisty. Są to głównie kompozycje w wolniejszym tempie, takie jak Off He Goes, Elderly Woman Behind The Counter In A Small Town czy bardzo często kończący show numer Indifference. Ed wkleił kluczową część utworu Pebbles zespołu Shudder To Think do Daughter, a nawet wystukał 40-sekundowy fragment niezwykle rzadko granej wówczas kompozycji Crazy Mary, ale niestety nie usłyszymy ich na tym oficjalnym wydawnictwie. 


Tego chłodnego jesiennego wieczoru we wschodniej Australii nikt nie mógł przypuszczać, że Irons zagra swój ostatni koncert z Pearl Jam zaledwie 15 dni później. Jak sam później przyznał bardzo szczegółowo w książce Pearl Jam Twenty, od lat walczył z afektywną chorobą dwubiegunową i zdecydował się przesłać brać leki przed trasą, co tylko pogorszyło sprawę. Nie mógł spać, dostawał ataków paniki i był strasznie przytłoczony. Podjął decyzję, że nie może dalej kontynuować pracy w zespole kosztem własnego zdrowia psychicznego, a co za tym idzie - atmosfery między muzykami. Latem roku 1998 Matt Cameron wziął udział w trasie po USA jako muzyk sesyjny. Szybko jednak został stałym członkiem i gra w zespole do dziś. Jak na ironię niektóre z jego pierwszych występów na żywo z zespołem są opisane w oddzielnym wydawnictwie z 1998 roku, Live On Two Legs. Historia Jacka Ironsa kończy się jednak happy endem. Jego życie ustabilizowało się na tyle dobrze, że w ciągu ostatnich 15 lat wydał wiele interesującego solowego materiału. Co więcej - pozostaje w bardzo przyjacielskich stosunkach z byłymi kolegami z zespołu. Ba! Gościł nawet na koncertach Pearl Jam i solowych Eddiego, a także został  przyjacielem i mentorem sesyjnego członka obecnej trasy koncertowej Pearl Jam, Josha Klinghoffera, któremu podarował zestaw perkusyjny, na którym nagrał całą płytę No Code. 


Pearl Jam przetrwał jako jeden z najbardziej szanowanych zespołów rockowych wszechczasów w ciągu 25 lat od odejścia Jacka Ironsa. I bardzo dobrze, bo mają dalej grać! Fajnie też, że nie zapominają o koledze i w końcu zdecydowali się wydać oficjalny album koncertowy z jego udziałem. Mimo niewielkich uchybień w postaci wyrzucenia niektórych utworów z setlisty, płyty Give Way słucha się znakomicie. Ironsowi zaś za tę robotę należy się przybicie graby. Nie przegapcie! 😍 Bartas✌☮


niedziela, 30 kwietnia 2023

Thrashowa agresja, rockowy luz i własne brzmienie. Rzecz o nowym albumie OVERLILL - "Scorched".

 

Ten nazwany na cześć ich ulubionego utworu Motörhead amerykański zespół OVERKILL utrzymuje się na scenie metalowej już ponad 40 lat. Grupie skupionej skupionej wokół charyzmatycznego Bobby’ego “Blitza” Ellswortha udało się utrzymać nawet stabilny skład. Dokładnie tego samego dnia, co Metallica wydała swój album 72 Seasons, zespół OVERKILL zaprezentowali światu swój dwudziesty album zatytułowany Scorched. Celem mojej recenzji nie jest pokazanie, która z grup wypadła tego dnia lepiej. To dwie różne bajki, a oba zespoły pokazały siłę i klasę. No, ale po kolei, bo na podsumowanie przyjdzie czas. Jednym ze znaków rozpoznawczych szaleńców z New Jersey zawsze było łączenie thrashowej agresji z rockowym luzem, aby stworzyć własne brzmienie. Rozpoczynając proces pisania nowego albumu w szczytowym momencie pandemii w 2020 roku, zespół - chyba jak wszyscy artyści - w sytuacji, w której presja pisania, nagrywania, masteringu była wręcz idealna. Poświęcono czas i uwagę, aby stworzyć dzieło dopracowane do najmniejszych szczegółów dzięki swojemu doświadczeniu i pasji. Efektem tego jest właśnie album Scorched.

Wkładamy płytę do odtwarzacza i słyszymy bijące dzwonki, riffy i grzmiącą perkusję. To utwór tytułowy, który charakteryzuje się napompowaną atmosferyczną eskalacją, zanim chrapliwy wokal Blitza przejmie pałeczkę. Szarżuje w dzikim headbangingowym tempie z szybkimi solówkami i chwytliwymi melodiami. Idąc dalej mamy Goin’ Home. To złowrogi utwór w średnim tempie, ale chwilę później nabiera większego tempa - riffy i solówki rozprzestrzeniają się po głośnikach, a wpadająca w ucho melodia sprawia jakbyś uczestniczył w koncercie zespołu na jakimś stadionie. The Surgeon zaskakuje masywnymi liniami basu i szybkimi oraz wokalami, które wydają się ścigać z czasem dzięki niesłabnącym riffom. Ten numer przykuł moja uwagę już przy pierwszym odsłuchu. Wyróżniającą się z pewnością na krążku kompozycją będzie Twist Of The Wick. Mroczny numer, który spokojnie mógłby nagrać choćby zespół Slayer (kurwa!). Z pewnością jest to klasyczny thrashowy kawałek, jednak zaskakuje Cię w ostatniej tercji, gdzie zwalnia, aby przejść do ponurego skandowania wspieranego przez duszne riffy. Wicked Place to nasycony groovem riff-fest o epickich proporcjach, skupiający się na uzależniających melodiach i szybujących solówkach. Zamyka się krótkim, ale uderzająco ponurym elementem orkiestrowym. Won’t Be Comin’ Back podąża za tym samym groovem w średnim tempie z godnymi do pośpiewania refrenami, podczas gdy Fever nawiązuje do bardziej doomowego stylu Black Sabbath z bardziej mrocznymi elementami i wolniejszym metrum, po czym przechodzi niejako w blues. Wokal Blitza jest znacznie bardziej melodyjny i wyraźny w porównaniu do chrapliwej barwy słyszanej do tej pory na płycie. Bębny byłego perkusisty Shadows Fall, Jasona Bittnera, są wyróżniającym się momentem w tym utworze, ukazując zróżnicowane umiejętności między nieustępliwą epicką thrashową a rytmiczną grzmotem w stylu bluesa.


Ostatnie trzy kawałki wywołały uśmiech na mojej twarzy, ale bardzo pozytywny. Harder They Fall z całą pewnością spodoba się publice na koncertach dzięki niesłabnącym riffom, grzmiącym bębnom i wpadającym w ucho stadionowym melodiom. Know Her Name jest chwytliwy, zabawny i skoczny z funkowymi liniami basu i bardziej gwałtownymi solówkami. Bag o’ Bones służy jako zamykacz o epickich proporcjach. Równie energetycznie dziki, co zabawny, wykorzystujący funkowy rytm i niesamowitą gitarę.


Scorched przykuwa uwagę i trzyma w napięciu od początku do końca. To absolutne riffowe, pełne zajebistych solówek, rytmiczne, ale bardzo grzmiące dzieło sztuki. Po czterdziestu latach ten zespół wie, jak zachować spójność i nie popaść w stagnację. 14 dzień kwietnia 2023 roku to dzień wydania dwóch świetnych płyt - Metalliki 72 Seasons i Scorched grupy OVERKILL. Oba różne, oba zajebiste! A to tylko pokazuje, że ciężka muzyka w 21 wieku ma się bardzo dobrze i broni się sama. Polecam gorąco🔥😈 Bartas✌☮

sobota, 15 kwietnia 2023

Prawdziwe i fałszywe oblicze człowieka. Metallica powraca ze świeżym, witalnym i spektakularnym dziełem - "72 Seasons".

 

Metallica skończyła się na Kill'em All. Ten żart (dla jednych żart, a dla innych pożywka do drwin) już od kilkunastu lat krąży po Sieci. Oczywiście, że to nieprawda! Chociaż różnie z nimi bywało, ale na debiucie się nie skończyli. Ride The Lightning, Master Of Puppets czy ...And Justice For All to albumy pierwszorzędne. Mimo, że na tym ostatnim Newstedowi wyciszyli bas. Black Album to złoty środek między ambicją, a komercją, ale jednak klasyka. Load i Reload to albumy, które przetrwały próbę czasu. Garage Inc. to dobrze zrobione covery. Do St. Anger do dziś nie mogę się przekonać, poza dwoma pierwszymi numerami. Death Magnetic przeleżał pięć lat na mojej półce, by go posłuchać i docenić. Hardwired .. To Self Destruct - bardzo dobry. W końcu przyszła pora na 72 Seasons. Też JEST BARDZO DOBRZE  Ale po kolei. Minęło siedem lat, zanim pojawił się następca Hardwired… To Self-Destruct, czyli jedenasty album studyjny Metalliki - 72 Seasons. Stało się to w piątek (piąteczek, piątunio) 14 kwietnia 2023 roku. Produkcją zajęli się Greg Fidelman, James Hetfield i Lars Ulrich. Co oznacza tytuł? Hetfield sam wyjaśnia: Pierwsze 18 lat naszego życia, w których kształtują się nasze prawdziwe lub fałszywe oblicza. W listopadzie 2022 roku mieliśmy pierwszą zapowiedź albumu, a kulminacją były cztery single. Album otwiera utwór tytułowy, który zaczyna się riffami ładującymi baterię do albumu i pokazuje wciąż energiczną Metallikę. Ukazał się na singlu jako trzeci i muszę Wam napisać, Drodzy Czytelnicy, że musiałem ze cztery razy go przesłuchać, by przekonać się do niego w pełni. Teraz, mając cały album, stwierdzam, że jest to znakomite otwarcie. Idąc dalej mamy Shadows Follow, który błyszczy chrapliwym głosem Hetfielda i jest kontynuacją tej samej wysokoenergicznej linii starych wyg z San Francisco Bay Area. Screaming Suicide, ostatnia zajawka nowego albumu, ma wiele chwytliwego refrenu i potężnego basu Roba Trujillo. Sleepwalk My Life Away rozpoczyna się galopującą perkusją Larsa, której towarzyszy świetnie uwypuklony bas wspomnianego już wyżej muzyka. You Must Burn! przy pierwszym odsłuchu kompletnie nakopał mi do dupy. Ma z jednej strony coś z grunge’u, a z drugiej - brzmi jak Sad But True ze słynnego Czarnego Albumu, ale polany sosem produkcji z czasów Load. W połowie albumu znajdziemy pierwszy promujący album utwór Lux Æterna. Przypomniał mi on wspaniałe lata Kill’em All i Ride The Lightning. To mega szybki kawałek, godny pierwszych albumów grupy, ale z niezwykle świeżym i przestrzennym brzmieniem. W zwierzęco brutalnym Crowed Of Barbed Wire Ulrich daje po garach w taki sposób, że mógłby spokojnie stoczyć z innymi pałkerami drum battle, choć numer nie jest aż tak do końca szybki. Chasing Light to jedna z tych kompozycji, które nie próbują naśladować żadnego z poprzednich dzieł Mety. Tak samo świeżość brzmienia zapewnia Too Far Gone?. If Darkness Had A Son ma intro w stylu … And Justice For All i ze wszystkich singli zapowiadających album spodobał mi się najbardziej. Witalnością, świeżością i spektakularnością - zwłaszcza w refrenach - odznacza się Room Of Mirrors. Album zamyka zaś mój absolutny faworyt - Inamorata. To ponad 11 - minutowy utwór, który zaczyna się powoli i mocno z bardzo precyzyjnym tempem. Momentami ociera się o bluesowe tematy i inspiracje Sabbathowym Hand Of Doom. Głównie za sprawą Roba. Solówka Kirka Hammetta zaś grana jest z takim wyczuciem, że udaje mu się odbyć nostalgiczną podróż do lat minionych. No, ok… może za wyjątkiem St. Anger. 72 Seasons nie jest może arcydziełem na miarę pierwszych klasycznych albumów Metalliki. Ale jest to dzieło, które pokazuje, że zespół wciąż ma energię i kreatywność do komponowania riffów, które mogą stać się za parę lat klasykami i stałym punktem ich koncertów. A my? Nadal możemy się cieszyć ich nową muzyką. Bardzo dobra pozycja. Polecam mocno! 🔥👍 Bartas✌☮

35 lat temu ukazał się jeden z najlepszych debiutów w historii muzyki - "Ten" grupy Pearl Jam.

  Po śmierci Andy’ego Wooda Gossard i Ament zawiesili działalność. W czasie tej separacji Gossard spędził swój czas na pisaniu materiałów, k...