niedziela, 20 września 2020

Odetchnąć pełną piersią. Pearl Jam - "Backspacer"

Co? Znowu Pearl Jam? Bartas, to już jakaś psychoza, to już jakieś zboczenie zawodowe! Czy Ty już naprawdę nie wiesz, o czym pisać? Wiem, ale taką psychozę to ja lubię. Zwłaszcza jeśli jest to psychoza na punkcie Queen czy Pearl Jamu oraz Beatlesów i Floydów. Dzisiaj będzie o albumie, który ukazał się 20 września 2009 roku i pamiętam.. że był to - w moim odczuciu - najlepszym albumem Pearl Jam od czasów Yield. Powiem szczerze, że (najsłabszy) Binaural oraz (średni) Riot Act doceniłem dopiero po latach. Czułem, że te albumy (z małymi wyjątkami) to jakieś wypalenie się muzyków ze Seattle. O ile Riot Act doceniłem jako całość jakieś osiem lat temu, o tyle Binaural dopiero po pamiętnym koncercie dwa lata temu w Krakowie, gdy zaczęli swój występ Of The Girl. Album Backspacer (bo taki nosi tytuł) już przy pierwszym odsłuchu był dla mnie radosnym doświadczeniem, nagrana na totalnym spontanie. Ale jak do tego doszło? ;)


W roku, po zakończeniu trasy promującej Avocado, członkowie zespołu zaczęli samodzielnie nagrywać materiał demo na nowy album, pozostając w kontakcie mailowym. Mike, Stone i Matt sporadycznie testowali coś tam sobie razem, w oddzielnych sesjach. Zostali też w tym czasie zaproszeni do nagrania ścieżki dźwiękowej do Reign Over Me, wykonując cover The Who Love, Reign o'er Me. Zatrudnili starego kumpla producenta Brendana O’Briena. No, i to ponowne spotkanie zaowocowało myślą o pracy nad nowym albumem. Muzycy dali tym razem koledze więcej swobody, by mógł określić brzmienie ich płyty. Przy pracy na poprzednich albumach nie miał lekko. Mawiał często to świetny numer, ale zmieńcie tonację. Zespół uparcia stawiał na swojej wersji. Tak było i z Brucem Springsteenem, który w 2007 roku wydał świetny album Magic, a którego produkował właśnie O’Brien. Muzycy Pearl Jam stwierdzili, że chyba też powinni tak zrobić jak Boss. 


Zaczęli pracę nad albumem w maju roku 2008, tworząc dema w swoim ukochanym Seattle. Mieli już wówczas pięć piosenek, które dopracowywali latem. W grudniu pojawiły się dodatkowe dema, gdy cały zespół (oprócz Eddiego) udał się do domu Jeffa w Montanie. W lutym 2009 zaś Pearl Jam udał się na dwutygodniową sesję w Henson. To był pierwszy raz od dłuższego czasu, odkąd grupa spędziła czas na nagrywaniu poza Seattle, konkretnie od czasu nagrania w 1996 roku No Code, o którym już pisałem na łamach niniejszego bloga. Był to pomysł Brendana, za który byli mu bardzo wdzięczni, że mogli wyjść z tej strefy komfortu. I to było jednym z głównych powodów, że ten album jest właśnie taki radosny. Ukończenie albumu zajęło w sumie trzydzieści dni w studiu. 


Album nazwano Backspacer. Dlaczego tak? Po części z nostalgii za historyczną nazwą backspace na maszynach do pisania, który wyszedł z użycia w latach pięćdziesiątych. a także jako odniesienie do spojrzenia wstecz na swoje życie. Poza tym Vedder jest znany z używania maszyn do pisania podczas pisania tekstów i listów. Niegdyś powiedział: Backspacer oznacza właściwie to, ze musisz cofnąć się i spojrzeć na swój błąd.” Z kolei Gossard powiedział, że Na tej płycie są pewne retrospektywne nastroje, w których Ed patrzy zarówno na swoją przeszłość, jak i przyszłość. Tytuł albumu Backspacer był również używany do nazwy żółwia skórzastego, który był sponsorowany przez Pearl Jam dla Conservation International i National Geographic's Great Turtle Race. McCready dodaje, że Backspacer jest swego rodzaju zwięzłą, zwięzłą, rock'n'rollową płytą z elementami popu lub może nowej fali ... To naprawdę szybka płyta, ale lubię ten element podoba mi się rzadkość piosenek i sposób, w jaki Brendan zebrał nas razem i sprawił, że graliśmy tak dobrze, jak tylko mogliśmy. 


Wspomniałem już, że ta płyta nagrana był dość spontanicznie i to również przełożyło się na teksty utworów. Rzeczywiście są one bardziej pozytywne, niż na poprzednich albumach. Eddie stawał się coraz lepszym tekściarzem. Przypisał wybór prezydenta Obamy jako inspirację do optymistycznych tekstów. Jak sam przyznał: Przez lata starałem się być pełen nadziei w tekstach i myślę, że teraz będzie łatwiej. Zaś Stone dodał, iż zespół w przeszłości zrobił kilka numerów o zabarwieniu politycznym, a w szczególności Binaural oraz Riot Act,  a samo odejście od tego było świetne, bo odmóżdżyło nieco zespół. Edek na pisania każdej piosenki poświęcił nie więcej niż pół godziny czasu. Utwór Gonna See My Friend nazwał narkotykową piosenką, ale rozwinął myśl, że piosenka jest o pójściu do przyjaciela, aby nie brać narkotyków. Z kolei Got Some” to rzecz o handlarzu narkotyków, ale to, co sprzedaje dealer, jest w rzeczywistości świetną piosenką rockową. Johnny Guitar, będące hołdem dla Elvisa Costello, to inspiracja kolażem albumów wklejonych na ścianie łazienki w sali prób zespołu. Wokalista zauważył okładkę albumu Johnny’ego “Guitar” Watsona z 1979 roku What The Hell Is This? Wyobraził sobie mężczyznę, którego pociąga jedna z wielu kobiet na okładce, a potem zastanawiał się, dlaczego ta kobiera wolałaby być jedną z wielu kobiet Watsona, zamiast tej jedynej. Just Breathe (utwór przy którym fani Pearl Jam najczęściej uprawiają seks) jest z kolei o tym, że warto się zatrzymać. Absolutną perełka na albumie i moim marzeniem, by zespół zagrał ją na koncercie to utwór Unthought Known. Dotyczy on ludzkiej psychiki i daje nadzieje na lepsze. Supersonic opowiada o miłości do muzyki, a Speed ​​Of Sound jest napisany z perspektywy mężczyzny wciąż siedzącego w barze po tym, jak wszyscy inni wyszli. I chociaż piosenka jest smutna, staje się weselsza, gdy gra ją cały zespół razem. Force Of Nature dotyczy związku dwojga ludzi, w którym jedna strona nie jest w stanie wytrzymać i zaakceptować błędów drugiej. Tak zupełnie na marginesie: pamiętacie z YouTube’a taki filmik pt: ukryty w polski w piosenkach zagranicznych? Leci mix różnych kawałków i polskie napisy. Zawsze wyję z tego ze śmiechu. W Force Of Nature mam wrażenie, jakby Edek wyśpiewał jedno polskie słowo CZĘSTO! Chodzi o ten fragment piosenki: Common Man he don't stand a chance no. Czyli chance no brzmi jak często. To taka dygresja. A The End Vedder nazwał bolesna piosenką o miłości.


W oczy rzuca się także ciekawa grafika. a nią zajmował się rysownik redakcyjny Dan Perkins, który nosi pseudonim Tom Tomorrow. Perkins spędził sześć miesięcy pracując nad grafiką. W 2009 roku Village Voice Media, wydawcy 16 alternatywnych tygodników, zawiesili wszystkie syndykowane kreskówki w całej swojej sieci, w tym taśmę Perkinsa This Modern World. Perkins stracił dwanaście tysięcy klientów w miastach, w tym w Los Angeles, Minneapolis, Nowym Jorku i Seattle, co skłoniło jego przyjaciela - Veddera - do wysłania listu otwartego na stronie internetowej Pearl Jam w celu poparcia rysownika. Perkins określił dzieło jako sny i wspomnienia, podczas gdy Gossard określił je jako dziwaczny światowy krajobraz snów. Okładka albumu zawiera dziewięć obrazów stworzonych przez Perkinsa. Została ujawniona w konkursie na oficjalnej stronie zespołu. Dziewięć obrazów zostało ukrytych na różnych stronach internetowych, a w ramach konkursu zwrócono się do Internautów z prośbą o wyszukanie witryn zawierających obrazy, przy czym obrazy po ich kliknięciu były umieszczane w witrynie Pearl Jam. Po znalezieniu wszystkich zdjęć użytkownicy zostali nagrodzeni wersją demonstracyjną utworu Speed ​​Of Sound.


Czy grunge i cała ta filozofa musi być ciągle smutna (choć piękna) i pełna buntu? Oczywiście, że nie. I tym zespół to pokazał. Album jest niedługi, bo niecałe 38 minut. Uwielbiam go słuchać w pogodne dni - zarówno pod względem atmosferycznym, jak i psychicznym. Bardzo udana pozycja. Polecam.







Bartas✌


czwartek, 17 września 2020

Goniąc za marzeniami. Into The Wild

Czy naprawdę myślicie, że w kręgu moich zainteresowań jest tylko i wyłącznie muzyka? To prawda, ten blog powstał z miłości do muzyki. Ja muzyką żyję nią na co dzień, oddycham, myślę i czuję. Ona pozwlaa mi przetrwać najgorsze chwilę w moim życiu, jak i te radosne. Ale myślę, że nie byłoby tekstów piosenek, gdyby nie inne dziedziny sztuki, takie jak film czy literatura. To się wszystko z sobą wiążę. Kocham słuchać muzyki, ale również kocham czytać dobre książki i wartościowe filmy. To inspiruje i kształtuje człowieka, jego osobowość i wrażliwość. Tak, kocham dobre filmy. I gdyby mnie ktoś zapytał o ranking najlepszych filmów, jakie w życiu widziałem to ten, o którym dziś chcę Wam napisać byłby bez wątpienia w ścisłym TOP 3. Pierwszym jest Lot Nad Kukułczym Gniazdem ze wspaniałą kreacją Jacka Nicholsona, drugim ukochanym filmem jest Filadelfia z równie wybitną kreacją Toma Hanksa, zaś trzecim … Into The Wild, w polskim tłumaczeniu Wszystko Za Życie w reżyserii Seana Penna ze wspaniałą ścieżką dźwiękową autorstwa wokalisty jednego z moich najbardziej ukochanych zespołów, czyli Pearl Jam - Eddiego Veddera. Oj, Bartas, pomyślicie, znowu ten Pearl Jam, znowu ten Eddie. No, tak się jakoś to wszystko pięknie poukładało, że ten film i ta muzyka się ze sobą mocno scalają. I będzie dziś o jednym, jak i o drugim.


Zacznijmy może od samego filmu. Into The Wild jest amerykańskim filmem biograficznym wyreżyserowanym - jak wspomniałem - przez Seana Penna na podstawie powieści o tym samym tytule autorstwa Jona Krakauera, wydanej w roku 1996. Miał swoją premierę podczas Rome Film Fest w 2007 roku, a później w Fairbanks na Alasce 21 września 2007 roku. Szybko zdobył uznanie krytyków i zarobił 56 milionów dolarów na całym świecie. Zasłużenie został nominowany do dwóch Złotych Globów i zdobył nagrodę dla najlepszej piosenki: Guaranteed Eddiego Veddera. Był również nominowany do dwóch Oscarów: najlepszy montaż i najlepszy aktor drugoplanowy. 


Jest to opowieść o człowieku imieniem Christopher McCandless, zwany także Alexander Supertramp, który wędrował przez Amerykę Północną do pustkowia Alaski. W filmie występują Emile Hirsch jako McCandless, Marcia Gay Harden i William Hurt jako jego rodzice; występują również Jena Malone, Catherine Keener, Brian Dierker, Vince Vaughn, Kristen Stewart i Hal Holbrook. W maju 1990 roku, chłopak ukończył z wyróżnieniem Uniwersytet Emory. Wkrótce potem odrzuca swoje konwencjonalne życie, niszcząc wszystkie swoje karty kredytowe i dokumenty tożsamości. Prawie wszystkie swoje oszczędności przekazuje Oxfam i wyrusza na przejażdżkę swoim Datsun 210 na przełaj, aby doświadczyć życia na pustyni. Nie mówi swoim rodzicom, Waltowi i Billie, ani siostrze Carine, co robi ani dokąd się wybiera. Odmawia utrzymywania z nimi kontaktu. W Lake Mead samochód McCandlessa wpadł w gwałtowną powódź, przez co porzucił go i zaczął jeździć autostopem. Spala resztki gotówki i przyjmuje nowe imię: Alexander Supertramp. W północnej Kalifornii McCandless spotyka parę sympatycznych hipisów o imieniu Jan Burres i Rainey. Rainey mówi McCandlessowi o jego nieudanym związku z Janem, który McCandless pomaga ożywić. We wrześniu McCandless przybywa do Kartaginy w Południowej Dakocie i pracuje dla firmy zajmującej się zbieraniem owoców, której właścicielem jest Wayne Westerberg. Jest zmuszony odejść po aresztowaniu Westerberga za piractwo satelitarne.


W grudniu 1991 roku Supertramp przybywa do Slab City w Imperial Valley i ponownie spotyka hippisów Jana i Raineya. Tam poznaje również Tracy Tatro, nastoletnią dziewczynę, która wykazuje zainteresowanie naszym bohaterem, ale on odrzuca ją, ponieważ jest niepełnoletnia. Po wakacjach postanawia kontynuować podróż na Alaskę. Miesiąc później, obozując w pobliżu Salton City, Christopher spotyka Rona Franza, emerytowanego wdowca, który stracił rodzinę w wypadku samochodowym, gdy służył w armii Stanów Zjednoczonych. Spędza czas w warsztacie jako rzemieślnik amator. Franz uczy McCandlessa rzemiosła kaletniczego, w wyniku czego powstał pasek, który szczegółowo opisuje podróże McCandlessa. Po spędzeniu dwóch miesięcy z Franzem, chłopak decyduje się wyjechać na Alaskę, pomimo tego, że Franz bardzo zbliżył się do chłopaka. Na pożegnanie Franz daje mu swój stary sprzęt kempingowy i podróżny, wraz z ofertą adopcji go jako jego wnuka, ale Chris po prostu mówi mu, że powinni porozmawiać o tym po powrocie z Alaski.


Następnie nasz niestrudzony bohater podróżuje po rzece Kolorado i chociaż strażnicy parku powiedzieli mu, że nie wolno mu pływać kajakiem po rzece bez licencji, ignoruje ich ostrzeżenia i wiosłuje w dół rzeki, aż w końcu dociera do Meksyku. Tam jego kajak ginie w burzy piaskowej i pieszo przedostaje się z powrotem do Stanów Zjednoczonych. Nie mogąc złapać stopa, podróżuje pociągami towarowymi do Los Angeles. Jednak niedługo po przybyciu zaczyna czuć się zepsuty przez współczesną cywilizację i postanawia wyjechać.


Cztery miesiące później, w porzuconym autobusie przedstawionym na początku filmu, życie McCandlessa staje się trudniejsze, a on podejmuje kilka niefajnych dla niefo decyzji. Próbuje żyć z ziemi i poluje za pomocą karabinu na dużego łosia, ale staje się bardzo zrozpaczony, gdy odkrywa, że ​​nie może zachować mięsa i psuje się w ciągu kilku dni. Gdy jego zapasy maleją, zdaje sobie sprawę, że natura jest obojętna. Po jakimś czasie konkluduje, że prawdziwe szczęście można znaleźć tylko wtedy, gdy dzieli się je z innymi i stara się powrócić z dzikiej przyrody do swoich przyjaciół i rodziny. Jednak odkrywa, że ​​strumień, który przekroczył zimą, stał się szeroki, głęboki i gwałtowny z powodu roztopów i nie jest w stanie przekroczyć. Zasmucony wraca do autobusu. W desperackim akcie jest zmuszony zbierać i jeść korzenie i rośliny. Myli podobne rośliny i zjada trującą, w wyniku czego zachoruje. Umierając powoli, nadal dokumentuje swój proces samorealizacji i wyobraża sobie, jak by to wyglądało, gdyby udało mu się wrócić do rodziny. Pisze pożegnalny list do świata i wczołguje się do swojego śpiwora, by umrzeć. Dwa tygodnie później jego ciało zostało znalezione przez łowców łosi. Wkrótce potem Carine wraca do Wirginii z prochami brata w plecaku.


Czego mnie nauczył ten film? Pokazał mi wszystkie najpiękniejsze wartości życiowe. Mieć jest ok, ale chyba lepiej jest być - kochać ludzi, czynić dobro, spełniać marzenia, poznawać świat i ciekawych inspirujących ludzi, niekoniecznie zanurzonych w nieustającym pędzie cywilizacji. To nie ekstremalne kino akcji. Nie ma w tym film sen morderstw czy seksu. Może niektórzy będą tym faktem zawiedzeni. Ale czy zawsze te elementy muszą w filmie istnieć, by miał on przesłanie? Film może być też pewną przestrogą: mimo marzeń o zwiedzaniu całego świata, warto po jakimś czasie wrócić do rodziny i najbliższych. Chrisowi się to nie udało. Nie oceniam go. To los nie był mu przychylny.  Podziwiam go, bo przeżył fantastyczną przygodę, wiele się ucząc. 


Oprócz filmu jest też wspaniała muzyka. Jak doszło do tego? Reżyser osobiście wybrał Eddiego. Wokalista Pearl Jam wcześniej miał do czynienia z filmem i ścieżką dźwiękową. Penn poznał Veddera podczas kręcenia Walking Dead Man. Później Ed wykonał piosenkę You've Got To Hide Your Love Away Beatlesów do filmu I Am Sam z 2001. Wybór Penna był oczywisty. Piosenki do ścieżki dźwiękowej zostały nagrane w 2007 roku w Studio X w Seattle w stanie Waszyngton. Vedder współpracował z producentem Adamem Kasperem, który wcześniej pracował nad albumem Pearl Jam Riot Act z 2002 roku i Avocado z 2006 roku. Album został zmiksowany przez Kaspera i Veddera. Po obejrzeniu wstępnej wersji Into the Wild, Vedder szybko zabrał się do pisania piosenek do filmu. Po trzech dniach dał Pennowi szereg materiałów do pracy. Penn umieścił w filmie to, co dał mu Ed, a następnie wokalista Pearl Jam zaczął pracować nad większą ilością materiału, który Penn mógł dodać do filmu. Proces nagrywania muzyk określa jako fabrykę, w której tak naprawdę wszystko stało się szybkie i spontaniczne. Piosenki Veddera napisane na potrzeby filmu mają ludowe brzmienie. Vedder jest głównie odpowiedzialny za piosenki w filmie, a kompozytor muzyki filmowej Michael Brook jest uznawany za komponowanie oryginalnej muzyki do filmu. Vedder powiedział: Michael dokonał świetnych wyborów, jeśli chodzi o sposób, w jaki zaaranżował partyturę… Nasze utwory dobrze ze sobą współgrały, ponieważ nie podchodziliśmy do tego w sposób zapewniający, że te elementy układanki pasują. Po prostu to zrobili. Eddie współpracował z piosenkarzem i autorem piosenek Jerrym Hannanem przy utworze Society, napisanym przez Hannana. Piosenki Eddiego w znakomity sposób pomagają opowiedzieć historię tego naszego wędrownika. Vedder powiedział, iż zdał sobie sprawę, że piosenki mogą teraz stać się kolejnym narzędziem w opowiadaniu historii.  Pisząc piosenki o McCandlessie, Vedder stwierdził także iż: To było zaskakujące, jak łatwo było mi wejść do jego głowy. czuć się nieswojo, jakie to było łatwe, ponieważ myślałem, że dorosłem. Cały Ed i jego filozfia. 


Nie widzieliście filmu? Nie słuchaliście muzyki? Koniecznie nadróbcie zaległości. Niech każdy sam w duchu indywidualnie przeżyje ten film. I muzykę.





Bartas✌

 

 

 


środa, 16 września 2020

Duch celtycki i nowoczesność. The Waterboys - Good Luck, Seeker!

Zespół The Waterboys to taka fajna i sympatyczna muzyczka, której początki sięgają 1981 roku. Założycielem, pomysłodawcą i liderem jest niejaki Mike Scott. Zespół pochodzi z Edynburga i gra muzykę rockową z wpływami celtyckimi. Ich debiutancka płyta zatytułowana po prostu The Waterboys ukazała się w 1983 roku, jednak sława i uznanie przyszły dopiero wraz z ukazaniem się ich trzeciej płyty This Is The Sea oraz singla promującego The Whole Of The Moon. Jednak mnie szczególnie zapadła pamięć płyta Fisherman’s Blues, której jako sześciolatek słuchałem z Mamą. Choć moja Mama ostatnio stwierdziła, że nie pamięta tej płyty i w ogóle tego zespołu. Nie ma się co dziwić, skoro tyle już dobrej muzyki razem przesłuchaliśmy, że ma Matuś takie prawo. No, ale do rzeczy. Właśnie ukazał się ich czternaty album zatytułowany Good Luck, Seeker! i chciałbym się dziś paroma myślami na jej temat. Przede wszystkich jest to pierwsza płyta w moim życie, której najpierw przesłuchałem na platfornie Spotify, a dopiero później w wersji fizycznej w domu, Tak, pierwszy raz nie musiałem dokonywać takiego zabiegu, że wkładam płytę do napędu, rippuję na mp3, po czym pliki wrzucam na telefon i idę w Polskę słuchać muzy i pisać w głowie recenzję płyt. Zdrada? Maleńka. A jak brzmi jej zawartość. 


Mike Scott twierdzi, że czerpał wpływy z takich wielkich gwiazd jak The Rolling Stones, Kate Bush, Sly Stone czy Kendrick Lamar. Przebywał w swoim domu w Dublinie, ciesząc się tworzeniem muzyki. I to słychać na tym albumie - zabawa muzyką. W świetnym otwierającym The Soul Singer pojawiają się rogi (instrumenty), a Mike wydaje z siebie kilka okrzyków. No, to zdecydowanie nie jest ulubiony mój, klasyczny Fisherman’s Blues. Jednakże lider Wodników bada nadal mistycyzm celtycki w dalszych częściach płyty Good Luck, Seeker! Na przykład Postcard From The Celtic Dreamtime jest oparta na poemacie napisanym w latach 80-tych podczas pisania i nagrywania wspomnianego przeze mnie już dwukrotnie Fisherman’s Blues w Spiddal House w hrabstwie Galway. To utwór ze słowami mówionymi w stylu Coney Island autorstwa Van Morrisona. Z jednej strony jest to przyjemny muzyczny spacer z Mikiem Scottem w roli narratora. Z drugiej strony jest to coś w stylu The Celtic Twilight Williama Butlera Yeatsa (czytałem, polecam), charakteryzujący się piekielnym kręgiem. 


Pierwsza połowa płyty składa się z dość konwencjonalnej hybrydy popu, jazzu, folku i rocka, ale druga będzie sprawdzianem dla słuchaczy, czy polubią płytę i zespół czy nie. Zwłaszcza ci nowi, nie znający twórczości Scotta i ekipy. Moim jednak zdaniem Mike Scott zasługuje na pełne uznanie. Nie boi się eksperymentować i jest geniuszem w swym fachu. Zawsze powtarzał, że nie lubi grać ciągle tego samego, ekscytują go rzeczy nowe. A szczególnie ostatnimi czasu… hip hop. Nadmienić należy, że album najwyraźniej jest trzecią i ostatnią odsłoną trylogii, która rozpoczęła się od Out Of All This Blue w 2017 roku i była kontynuowana w Where The Action Is i wydana w zeszłym roku. Więc, żeby ją poznać warto sięgnąć po dwie te poprzednie. Ale chodzą słuchy, że Mike już usiadł do kontynuacji . Podczas gdy wielu jego rówieśników rozkoszuje odgrzewaniem kotletów, przeżywaniem nostalgii i sentymentów do swoich starych pomników, Mike stawia na młodość i to słychać na tym albumie. 


Moim ulubionym utworem jest My Wanderings in the Weary Land. Bardzo mi się spodobał przy pierwszym odsłuchaniu, głównie z uwagi na tekst. Z zaangażowaniem Scott śpiewa: byłem świadkiem narodzin i pogrzebu laddyzmu. Albo: Słyszałem wielkie niewypowiedziane, widziałem okrucieństwo przebrane za humor. Przychodzi tu na myśl Bob Dylan i jego proroczy A Hard Rain's A-Gonna Fall. Wbrew pozorom nie ma nudy, choć album na pierwszy rzut oka i ucha łatwy nie jest. Trzeba się zagłębić. Mike i ekipa nie tylko świetnie bawią się muzyką, ale lubią też rozpieszczać swoich fanów. Wersja deluxe wydawnictwa zawiera dodatkowy dysk, na którym usłyszeć możemy niektóre utwory rozłożone na czynniki pierwszy. Zawsze uwielbiałem słuchać takich cudeniek i dowiadywać się, jak takie rzeczy powstawały. 


Album świetny. Mimo upływu lat Mike Scott jest wciąż płodny i głodny tworzenia nowej muzyki. This Is The Sea czy Fisherman's Blues to świetne klasyki i kanon obowiązkowy, ale nie popadajmy w przesadną melancholię (powiedział melancholik). Trzeba też iść do przodu i poszukiwać. Ale pamiętać też o klasykach. Łączyć. Mike próbuje i wychodzi mu to znakomicie. Jak wspomniałem on już siedzi nad kolejną częścią albumi. Jestem bardzo ciekawy. Good Luck, Mike! 😊







Bartas✌



niedziela, 13 września 2020

Czy naprawdę nic nie jest idealne w mieście Czarownic? All Them Witches - Nothing As The Ideal

All Them Witches to zespół, którego muzykę po raz pierwszy poznałem przy okazji wydania ich czwartego albumu Sleeping Through The War w roku 2017, zimą. Zawsze bardzo lubiłem stoner rockowe granie, ale muza tego zespołu podziałała na mnie całkiem nieźle do tego stopnia, że zacząłem przeglądać informacje o nich w Sieci (tak, z Internetów, no, bo nie wszystka ma wiedza muzyczna wywodzi się z książek i dawnej Radiowej Trójki). Bardzo oszałamiające granie. I powiem Wam, że rok 2020, mimo iż jest rokiem niesamowicie ciężkim i paskudnym, pod względem muzyki jest świetny. Pojawiło się już tyle płyt, do których wracam. Moim faworytem cały czas jest Gigaton zespołu Pearl Jam (wiem, nie jestem obiektywny). Mamy wiele niespodzianek Wydaje mi się, że w tym momencie All Them Witches mieszczą się w tej kategorii, mając na koncie naprawdę dobre albumy przynajmniej od 2015 roku, co naprawdę świadczy o jakości i niesamowitej twórczości tego skromnego, mocnego trio z Nashville.


Zespół porzucił nagrywanie w swoim domowym studiu i zamelinował się w Studio 2 na Abbey Road, gdzie nagrywał pewien zespół o nazwie The Beatles😉. Teraz Abbey Road jest prawdopodobnie bardziej znane niż 90% zespołów, które nagrywały tam od czasów The Beatles, a All Them Witches nie potrzebują wiele, aby zaimponować. Ale… mój Drogi Czytelniku, jeśli spodziewasz się muzyki takiej, jaką grali Beatlesi, a więc przyjemnej, łatwej, przystępnej, a przy tym szalenie ambitnej, to będziesz rozczarowany. Ambitna jest na pewno, ale stylem daleka od Beatlesów. Zespół nagrał najbardziej mroczny album w swojej karierze. 


Album otwiera Saturnine & Iron Jaw. To próbka czegoś, co brzmi jak demon na respiratorze w jakimś satanistycznym hospicjum, gdy bijący dzwonek wybija jego ostatnie godziny. To rodzaj niesamowitego przerywnika, jakiego spodziewałbym się usłyszeć na albumie choćby równie świetnego Oranssi Pazuzu, a nie dzieła All Them Witches. Jak zawsze, teksty Charlesa Michaela Parks Jr są mgliste. Wiecie, że nawet reszta zespołu nie wie, o czym są jego piosenki?. Piosenka sama w sobie ma wiele znanych tekstur: bluesową introspekcję połączoną z ostrymi riffami i ze zmodulowanym wokalem. Na całej płycie świetną robotę robią bębny. I tu właśnie duża zasługa studia Abbey Road, by pokazać, jak utalentowana jest grupa muzyków z All Them Witches, zwłaszcza Robby Staebler. Dawno już nie słyszałem tak dobrej produkcji bębnów, a zawsze zwracam na to uwagę, gdy odsłuchuję nowych płyt. 


Ciemność i mrok dominują na tej płycie. Nie inaczej jest choćby w utworze Enemy Of My Enemy, który zawiera również szybkie prog-metalowe motywy, które z pewnością zachwycą fanów grupy Tool. Później mamy instrumentalny utwór Everest. Nie trwa długo, bo dwie minuty z ogonkiem. Jest lekki, przyjemny i wydawać by się mogło, że zespół zmienia klimat. Nic bardziej mylnego. Znów wracamy do ciemności za sprawą See You Next Fall. Ciekawostką jest fakt, że jest to jedyny utwór, który nie został nagrany w studiu Abbey Road. Powstał w domu, w wyniku kilkugodzinnego jammowania. Jest poprzedzony samplami z horroru. Linia basu przypomina mi styl gry Jane’s Addiction, a solówki brzmią medytacyjnie. Paradoksalnie możesz, Czytelniku-Słuchaczu, się przy tym numerze odprężyć, mimo iż tyle w nim mroku. Melodia zaś ma coś ze średniowiecza, a tekst odzwierciedla stan psychiki Parksa.


The Children Of Coyote Woman to mój absolutny faworyt. Mimo, iż trwa tylko trzy i pół minuty. Jestem absolutnym fanem starożytnych mitów, a test utworu świetnie nawiązuje do Romulusa i Remusa, a także połączony jest z elementami mitologii rdzennych Amerykanów. Od strony muzycznej charakteryzuje się gitarami akustycznymi stylem slide. W tle słychać opady deszczu i grzmot burzy, gdy tragedia zbliża się do końca na miejskim cmentarzu. Może z łatwością stanowić część wyimaginowanej ścieżki dźwiękowej do American Gods Neila Gaimana i pokazuje mistrzostwo Parksa w klasycznym rzemiośle kompozytorów, pełne bogów tytanów i starych dobrych chłopców. Coś zajebistego! 


Mamy też ciężkie riffy w 41, a potem zadziorny i krzykliwy Lights Out przed zamykającym Rats In Ruin, po którym zapada drżąca cisza. Po około trzech minutach akustycznego brzdąkania jest jakaś ptasia piosenka, złowieszcze sprzężenie zwrotne i pogłos, po czym gitary akustyczne ponownie wznoszą się z niepewnym, ale nieco bohaterskim refrenem, perkusja dudni przy wtórze slajdowej gitary Bena McLeoda. I tak kończy się płyta. Mroczna, pełna ciemności i strachu. Niezwykle jednak fascynująca, sprawiająca, że masz ochotę posłuchać jej jeszcze raz i jeszcze raz. 


All Them Witches każdą kolejną płytą pokazuje swój kunszt kompozytorski, pnąc się coraz wyżej. Nie miałem okazji widzieć ich na żywo, ale z opowiadań znajomych wiem, że są świetni, a najnowszy album Nothing As The Ideal pokazuje, że grupa ta należy do światowej czołówki stoner rockowego grania. Polecam bardzo gorąco. Nie przegapcie, bo wstyd nie znać 😉





Bartas✌


sobota, 12 września 2020

Szkoda, że Cię tu nie ma, Szalony Diamencie. 45 lat "Wish You Were Here" grupy Pink Floyd

Wiecie co? Doszedłem do wniosku, że chyba najwięcej radości i przyjemności sprawia mi pisanie o płytach-pomnikach. Nie o to wcale chodzi, że nie jestem otwarty na jakieś nowości. Oczywiście, że jestem. Ja non stop poszukuję dobrych, nowych brzmień. Wczoraj podjąłem ostateczną decyzję o zaaplikowaniu sobie w telefonie Spotify. Do tej decyzji długo musiałem dojrzeć. Jestem vintage. Dla mnie CD i winyle to świętość i to się nigdy nie zmieni. No, ale Spotify ma świetną zaletę, że pozwala odkrywać nieznana muzykę. W sumie tam jest wszystko. Płyta, o której chcę dzisiaj powiedzieć również. Czy Wam przedstawiałem ogólny ranking najlepszych zespołów mojego życia? Jeśli nie to, czynię to teraz: Queen, Pink Floyd, The Beatles, Pearl Jam i Led Zeppelin. Tak, moja ścisła piątka ukochanych bandów ever. I nie wybaczyłbym sobie, gdybym dziś nie wspomniał słowem o pewnej płycie jednego z wymienionych wyżej zespołów. Moi Kochani, dzisiaj 45 lat kończy płyta Wish You Were Here grupy Pink Floyd. Czy chcecie poczytać co nieco historii o tej płycie? To zapraszam. A moją serdeczną koleżankę Kasię Dudziak z Krakowa, najbardziej ześwirowaną Floydomankę, proszę o ewentualną korektę.


A zaczęło się tak. W 1974 roku Pink Floyd naszkicował trzy nowe kompozycje: Raving And Drooling, You Gotta Be Crazy i Shine On You Crazy Diamond. Piosenki te zostały wykonane podczas serii koncertów we Francji i Anglii, podczas pierwszej trasy koncertowej zespołu od 1973 roku i płyty The Dark Side Of The Moon. Ponieważ Pink Floyd nigdy nie zatrudniał publicystów i trzymał się z dala od prasy, nagle ich stosunki z mediami zaczęły się psuć. Nick Mason powiedział później, że krytyczna recenzja NME dokonana przez wielbiciela Syda Barretta, Nicka Kenta, mogła mieć wpływ na utrzymanie zespołu razem, kiedy wrócili do studia w pierwszym tygodniu 1975 roku. 


Wish You Were Here jest drugim albumem Pink Floyd z konceptualnym motywem napisanym w całości przez Rogera Watersa. Odzwierciedla to jego poczucie, że koleżeństwo, które służyło zespołowi, było wtedy w dużej mierze nieobecne. Album rozpoczyna się długą, instrumentalną preambułą. To Shine On You Crazy Diamond, będącego swoistym hołdem dla Syda Barretta, którego załamanie psychiczne zmusiło go do opuszczenia grupy siedem lat wcześniej. To nie tylko hołd dla Syda, ale i krytyka branży muzycznej. Mamy tu zadziorny Welcome To The Machine - piosenkę, która zaczyna się od otwierających się drzwi. Jest to niejako symbol muzycznego odkrycia i postępu zdradzonego przez przemysł muzyczny bardziej zainteresowany chciwością i sukcesem. Podobnie z resztą jest w Have A Cigar. Pojawia się tam wers: Oh, by the way: which one’s Pink? To złośliwe pytanie od grubych ryb z branży muzycznej. Zaś utwór tytułowy odnosi się zarówno do  kondycji Barretta, jak i do dychotomii charakteru Watersa, z chciwością i ambicją walczącymi ze współczuciem i idealizmem.


Jak przebiegał proces nagrywania? Czy Floydzi mieli niezapowiedzianego gościa? Jeśli dotrwacie do końca tego wpisu to pozwolę sobie o tym wspomnieć. Alan Parsons, który pracował z zespołem na słynnej Ciemnej Stronie Księżyca, odmówił dalszej współpracy. Zespół zatrudnił niejakiego Briana Humphriesema, który już kiedyś pracował z zespołem nad płytą More. Niestety pewnego dnia doszło do niemałej makabreski. Waters i Mason pracowali wiele godzin nad Shine On You Crazy Diamond, a ta niezdara Humphriesem, wykasował podkłady, z echem. Musieli nagrać wszystko jeszcze raz. Sesje nagraniowe Wish You Were Here w Abbey Road's Studio Three trwały od stycznia do lipca 1975 roku, nagrywając przez cztery dni w tygodniu od 14:30 do późnego wieczora. Grupa miała na początku trudności z wymyśleniem jakiegokolwiek nowego materiału, zwłaszcza że sukces Ciemnej Strony Księżyca wyczerpał fizycznie i emocjonalnie całą czwórkę. Klawiszowiec Richard Wright opisał później te sesje jako wchodzące w trudny okres, a Waters wspomina je jako tortury. Mason uznał proces nagrywania wielościeżkowego za przeciągnięty i żmudny, podczas gdy Gilmour był bardziej zainteresowany ulepszeniem istniejącego materiału zespołu. Mało tego - Davidek był również coraz bardziej sfrustrowany Masonem, którego rozpadające się małżeństwo wywołało ogólne złe samopoczucie i poczucie apatii, co przeszkadzało mu w grze na perkusji. Humphries przedstawił swój punkt widzenia na te trudne sesje w wywiadzie z 2014 roku: Były dni, kiedy nic nie robiliśmy. Myślę, że nie wiedzieli, co chcieli zrobić. Mieliśmy tarczę do rzutek i wiatrówkę i graliśmy w te gry słowne, siadaliśmy, upijaliśmy się, wracaliśmy do domu i wracaliśmy następnego dnia. To wszystko, co robiliśmy, aż nagle wszystko zaczęło się układać. 


Po kilku tygodniach Waters zaczął wizualizować kolejną koncepcję. Trzy nowe kompozycje z trasy koncertowej w 1974 roku były co najmniej punktem wyjścia do nowego albumu, a Shine On You Crazy Diamond wydawało się rozsądnym wyborem jako centralny element nowej pracy. Głównie instrumentalny, trwający ponad dwadzieścia minut utwór podobny do Echoes, otwierający, czterodźwiękowy gitarowy fraza przypomniał Watersowi powracającego ducha byłego członka zespołu, Syda Barretta. Gilmour skomponował to wyrażenie całkowicie przez przypadek, ale został zachęcony pozytywną odpowiedzią Watersa. Waters chciał podzielić Shine On You Crazy Diamond i umieścić w nim dwie nowe piosenki. Gilmour nie zgodził się z tym, ale przegłosowano trzy do jednego.


Wspomniałem o niespodziewanym gościu? Ano, tak. 5 czerwca 1975 roku w przeddzień drugiej trasy Pink Floyd w Stanach Zjednoczonych tego roku, Gilmour poślubił swoją pierwszą żonę, Ginger. Tego dnia zespół kończył miks nad Shine On You Crazy Diamond. Nagle wszedł mężczyzna z nadwagą z ogoloną głową i brwiami, niosący plastikową torbę. Waters go nie poznał. Gilmour przypuszczał, że był członkiem personelu EMI. Wright przypuszczał, że był przyjacielem Watersa, ale zdał sobie sprawę, że to Barrett. Mason również nie rozpoznał go i był przerażony, gdy Gilmour go zidentyfikował. We wspomnieniach Masona Pink Floyd Inside Out, wspomniał o tym, że rozmawiał z Barrettem. Ale tę rozmowę wspomina jako „chaotyczną i niezupełnie rozsądną”. Światowej sławy grafik, (nieżyjący już) Storm Thorgerson zastanawiał się nad obecnością Barretta: Dwie lub trzy osoby płakały. Siedział i chwilę rozmawiał, ale tak naprawdę go tam nie było. Watersowi serducho zamarło i zalał się łzami. Kiedy inny gość, Andrew King, zapytał, w jaki sposób Barrett przybrał na wadze. Barrett powiedział, że ma w kuchni dużą lodówkę i jadł dużo kotletów wieprzowych. Wspomniał, że jest gotów pomóc przy nagraniu, ale słuchając miksu Shine On nie pokazał żadnych oznak zrozumienia jego znaczenia dla niego. Barrett dołączył do wesela Gilmoura w stołówce EMI, ale wyszedł bez pożegnania. Oprócz Watersa, który kilka lat później zobaczył Barretta kupującego słodycze w Harrodsie, był to ostatni raz, kiedy którykolwiek z członków zespołu widział go żywego. Wygląd Barretta mógł mieć wpływ na ostateczną wersję; pod koniec słychać subtelny refren w wykonaniu Wrighta z See Emily Play.


Warto także nadmienić, że sesje nagraniowe były dwukrotnie przerywane trasami koncertowymi po USA (jedna w kwietniu, a druga w czerwcu 1975 r.), a sesje końcowe, które miały miejsce po występie zespołu w Knebworth, okazały się szczególnie kłopotliwe dla Watersa. Z trudem nagrał wokale do Have A Cigar. Kilka razy podchodził, by uzyskać pożądany efekt. Bezskutecznie. Stracił głos podczas nagrywania głównego wokalu do Shine On. Zaproponowano Gilmourowi, ale ten odmówił i ostatecznie kolega i przyjaciel Roy Harper został poproszony o zastąpienie. Harper nagrywał swój własny album w innym studiu Abbey Road, a Gilmour wykonał już kilka zagrywek gitarowych dla niego. No, ale mądry Brytol po szkodzie. Krnąbrny i egoistyczny Waters później żałował tej decyzji, uważając, że powinien był wykonać piosenkę.


Na koniec jeszcze kilka słów o intrygującej okładce. Wymieniony wyżej fotograf Storm Thorgerson, towarzyszył zespołowi podczas ich trasy koncertowej w 1974 roku i poważnie zastanowił się nad znaczeniem tekstów, ostatecznie decydując, że piosenki są w ogóle związane z niespełnioną obecnością, a nie chorobą Barretta. Ten motyw nieobecności znalazł odzwierciedlenie w pomysłach powstałych podczas długich godzin burzy mózgów z zespołem. Thorgerson zauważył, że Roxy Music's Country Life było sprzedawane w nieprzezroczystym, zielonym celofanie - cenzurując okładkę - i skopiował pomysł, ukrywając okładkę Wish You Were Here w czarnej folii termokurczliwej. Koncepcja stojąca za Welcome To The Machine i Have A Cigar sugerowała użycie uścisku dłoni (często pusty gest), a George Hardie zaprojektował naklejkę zawierającą logo albumu przedstawiające dwie mechaniczne ręce zaangażowane w uścisk dłoni, którą należy umieścić na nieprzezroczystej okładce. Zostały sfotografowane przez Aubrey'a „Po” Powella, partnera Storma w studiu projektowym Hipgnosis, i zainspirowane ideą, że ludzie mają tendencję do ukrywania swoich prawdziwych uczuć w obawie przed poparzeniem. A zatem dwóch biznesmenów podajacych sobie dłonie,w tym jeden człowiek w ogniu. Poparzenie było również powszechnym określeniem w przemyśle muzycznym, często używanym przez artystów, którym odmawiano płatności tantiem. 


W końcowej wersji widzimy dwóch kaskaderów - Ronnie Rondell i Danny Rogers. Jeden ubrany w ognioodporny garnitur, przykryty garniturem biznesowym. Jego głowę chronił kaptur, pod peruką. Zdjęcie zostało zrobione w studiu Warner Bros. w Burbank w Kalifornii. Początkowo wiatr wiał w złym kierunku, a płomienie uderzyły w twarz Rondella, paląc jego wąsy. Dwóch kaskaderów zmieniło pozycję, a obraz został później odwrócony. Tylna okładka albumu przedstawia bezimiennego sprzedawcę Floyda, według słów Thorgersona, sprzedającego swoją duszę na pustyni (ponownie nakręcony na pustyni Yuma w Kalifornii przez Aubrey'a „Po” Powella). Brak nadgarstków i kostek oznacza jego obecność jako „pustego garnituru”. Wewnętrzny rękaw przedstawia woalkę ukrywającą nagą kobietę w smaganym wiatrem gaju Norfolk i bezrozbryzgowego nurka w Mono Lake - zatytułowanym Monosee (niemieckie tłumaczenie Mono Lake) na notatkach liniowych - w Kalifornii (ponownie podkreślając motyw nieobecności) ). Decyzja o zasłonięciu okładki czarnym plastikiem nie była popularna wśród amerykańskiej wytwórni Columbia Records, która nalegała na jej zmianę. Ludzie z EMI byli mniej zaniepokojeni. Zaś sam zespół był podobno bardzo zadowolony z końcowego produktu, a kiedy przedstawiono mu przedprodukcyjną makietę, przyjęli go spontanicznym aplauzem.


Album ukazał się 12 września 1975 roku i otrzymał mieszane recenzje od krytyków po swoim wydaniu, dla których muzyka wydawała się mało inspirująca i gorsza od ich poprzednich prac. Album zyskał retrospektywne uznanie krytyków, okrzyknięty jednym z najwspanialszych albumów wszechczasów i został wymieniony przez klawiszowca Richarda Wrighta i gitarzystę Davida Gilmoura jako ich ulubiony album Pink Floyd. Był numerem jeden na Wyspach Brytyjskich i Stanach Zjednoczonych. Sprzedawał się tak dobrze, że firma Harvest, EMI nie nadążała z popytem. Od tego czasu płyta sprzedała się w około 13 milionach egzemplarzy. Album piękny, wspaniały, choć powstawał w naprawdę kryzysowym dla Pink Floyd czasie. Czy jest lepszy od The Dark Side Of The Moon? Ciężko powiedzieć, bo każda płyta Pink Floyd jest inna i wnosi coś innego. Nie zmienia to jednak fakt, że już 45 lat jest z nami. Nic się nie zestarzała. Wierzę, że będą go jeszcze słuchać nasze dzieci, wnuki, a może nawet prawnuki. Od nas to zależy.




Bartas✌


35 lat temu ukazał się jeden z najlepszych debiutów w historii muzyki - "Ten" grupy Pearl Jam.

  Po śmierci Andy’ego Wooda Gossard i Ament zawiesili działalność. W czasie tej separacji Gossard spędził swój czas na pisaniu materiałów, k...