czwartek, 1 lutego 2024

Wszyscy kiedyś umrzemy młodo! Green Day powraca w wielkim stylu albumem "Saviors".

 

Zaczął się luty, a ja do tej pory przesłuchałem tylko jednej płyty. No, ale za to jakiej - najbardziej wyczekiwanej od miesięcy. Ba! Kto wie czy nawet jednej z najbardziej wyczekiwanych płyt tegorocznych. Green Day, kultowe kalifornijskie trio z Oakland, powraca z 14 albumem studyjnym zatytułowanym Saviors. Album ukazał się 19 stycznia 2024 roku. Aż cztery lata przyszło nam czekać od czasu totalnego niewypału, jakim był Father… Of All Motherfuckers. Czy udało im się te szkody naprawić i wrócić do tego, do czego nas przyzwyczaili, do korzeni? To ogromne wyzwanie dla zespołu, który istnieje już prawie 40 lat. Rodzi się pytanie: jakie to dokładnie korzenie? Czy to rewolucyjny pop-punkowy Dookie (tak się składa, że dziś kończy 30 lat, ale o nim napiszę na dniach) czy to opus magnum, politycznie naładowany American Idiot czy może nastoletni i naiwny Kerplunk? Zespół przeważnie zawsze dawał to, czego fani chcieli. Jednakże Saviors to 45 minutowy zbiór utworów, zawierający wszystko to, co związane jest z Green Day, bez polegania na czystej nostalgii. 


Jeśli kiedykolwiek uczyłeś się grać na gitarze i zaczynałeś od punkowych riffów to pierwsze single The American Dream Is Killing Me czy też Look Ma, No Brains! przeniosą Cię do świata Power Chord Punk Mayhem. Look Ma, No Brains przywołuje klimat takich kapel jak Ramones czy Buzzcocks, a jego długość (nieco ponad dwie minuty) pokazuje, że te wpływy nigdy Cię nie opuszczą. Bobby Sox utrzymany jest w garażowym klimacie. Billie Joe Armstrong na pełnym obrocie wokalu pyta obiekt swoich uczuć, czy chce być jego dziewczyną Ale tu jest zwrot akcji: w połowie lider Zielonych rzuca podkręconą piłką, zastępując w niektórych wersach dziewczynę słowem chłopak. Tekst porusza bardzo ważny temat - każdy ma prawo kochać i sypiać z kim chce. Co ciekawe: wokalista Green Day, mimo ponad trzydziestoletniego stażu małżeństwa z kobietą, jest biseksualny. Skąd tytuł? Bobby Sox to podkolanówki noszone przez młode kobiety w latach 40. i 50. XX wieku, kojarzone z nastolatkami i wczesną kulturą rock and rolla. Nie pojawiają się one w tekście. Użycie tego terminu natychmiast przywołuje nostalgiczną atmosferę tamtego okresu, co odzwierciedla ogólny klimat utworu, przypominający klasyczną piosenkę o miłości w połączeniu z punkowymi korzeniami zespołu z początku lat 90. Poza modą termin ten może symbolizować młodzieńczy bunt i beztroską postawę, szczególnie w przypadku kobiet. Jest to zgodne z kwestionowaniem oczekiwań społecznych. Kolejne singlowe numery One Eyed Bastard oraz zapętlony przeze mnie w nieskończoność Dilemma pokazują, że Green Day nie stracili na zdolności pisania chwytliwych refrenów ani też do otwartego śpiewania o swoich zmaganiach. 1981 po raz pierwszy została zagrana na żywo w 2023 podczas trasy koncertowej, a fani byli zaintrygowani jego szybkim tempem i brzmieniem odwołującym się do lat 90-tych, twierdząc zgodnie iż to Green Day za jakim tęsknili. Wersja studyjna naprawdę to potwierdza. 


Chociaż wydaje się, że te nagrania to ich nowa szkoła, to wiele z nich spokojnie mogłaby się znaleźć jako b-side’y ery Nimrod lub nawet ich arcydzieła American Idiot z klimatem hymnów stadionowych. A skoro już jesteśmy przy tym temacie to z pewnością niejeden słuchacz zachwyci się Goodbye Adeline. Ma on w sobie coś z antywojennego 21Guns, ale jego dopracowana produkcja jest bardziej agresywna. Jeśli jednak wolicie szybsze punkowe numery to również zespół o Was nie zapomniał. Kompozycję Coma City można byłoby spokojnie umieścić w dowolnym miejscu na albumie 21st Century Breakdown, ale jej tekst ma zupełnie inny wymiar, aniżeli w 2009 roku. Wers Bankrupt the Planet for asholes in Space to nie tylko kolejne głębokie cięcie, ale wyjątkowy okrzyk antywojenny. Jest tak napędzany muzyką, że słychać jak perkusista Tre Cool wybija wypełnienie za wypełnieniem, aż do finału utworu. Corvette Summer jest tak oczywiste, jak jego nazwa. To prawdziwie wakacyjna, letnia piosenka. Czasem jest tak, że chcesz napisać piosenkę o dobrym nastroju i to wszystko, czym jest ten numer. Jego klasyczny rockowy charakter pozwoli Ci w pełni wykorzystać lato, zanim nadejdzie jesień, a wraz z nią coraz krótszy dzień. Nastroje na albumie się zmieniają - od dobrego letniego samopoczucia po zimną i samotną noc. Utwór Suzie Chapstick to idealny numer, gdy przeżywasz z kimś rozstanie. Billie Joe warstwie lirycznej przemyca nieco nowoczesności: Will I ever see Your face again? / Not just photos from an Instagram. Piękno tej piosenki nie może być jednak przecenione i muszę podkreślić, że nie można go pominąć. Do tego te zgrane iście beatlesowskie chórki: paparara papapa. Lubię wracać do tego numeru, serio. Mamy też Strange Days Are Here To Stay, którego schemat akordów i sekcja rytmiczna do złudzenia przypomina Basket Case z przełomowego albumu Dookie. Kompozycja przypomina nam o tym, że minęło osiem lat od śmierci Davida Bowiego i od wyboru Donalda Trumpa na Prezydenta Stanów Zjednoczonych. Ponadto porusza kwestie walki z rasizmem, kryzysem narkotykowym i śmierci pokolenia wyżu demograficznego. Zespół podsumowuje sytuację obu Ameryk przez ostatnie dwie kadencje prezydenckie w niecałe trzy minuty utworu. Na tym nie kończą jednak tematu. Living In The 20’s bowiem podsumowuje więcej zamieszania, przez które świat przeszedł w ciągu ostatnich czterech lat. Chciałeś, Słuchaczu, by ten wkurwiony politycznie zespół powrócił. No, to właśnie to zrobił, za co wielkie brawa👏

Skończyłeś płakać po piosence o rozstaniu - Suzie Chapstick? Nie? No, to na pewno zalejesz się łzami słuchając Father To A Son. Przepiękna pieśń, która ukazuje trudy bycia ojcem i to, że nie zawsze ojcostwo jest idealne, ale szczerość jest zawsze w cenie. I never knew a love / Could be scarier than anger / A promise / Father to a son. Ośmielam się stwierdzić, że jest to najbardziej emocjonalna piosenka, jaką zespół stworzył od czasu Wake Me Up When September Ends. I sumie spokojnie można by doszukiwać się tu jakieś analogi, kontynuacji. To także rzecz o ojcu. Przepiękna akustyka i orkiestrowe instrumentarium znakomicie współgrają z przesłaniem utworu. Niezależnie od tego czy jesteś rodzicem, straciłeś rodzica, myślisz o posiadaniu dzieci lub nie - gwarantuję Ci, że nie przejdziesz wobec tej piosenki obojętnie. Na utwór tytułowy (w dziwny sposób ulokowany został prawie na końcu płyty) przy pierwszym odsłuchu nie zwróciłem szczególnej uwagi. Chwycił mocno przy drugim odsłuchu płyty do tego stopnia, że pokochałem go nie tylko za niosły tekst, ale i za proste, dublujące melodie refrenu solo, zagrane z niezwykłym powiewem i pazurem. Uwierzcie mi, że zacząłem katować do znudzenia. Muszę przyznać, że Green Day wiedzą jak dobrze zamknąć album. Za przykład mogę podać takie numery jak choćby F.O.D. z albumu Dookie, Macy’s Day Parade z pół akustycznego Warning czy Whatsername ze wspomnianego kilkakrotnie arcydzieła American Idiot. Saviors zamyka kompozycja Fancy Sauce. Wydaje się być napisana z perspektywy kogoś, kogo świat zewnętrzny doprowadził do szaleństwa i w końcu ten ktoś ucieka od tego wszystkiego jak najdalej. Fancy Sauce wydaje się być ostatecznym podsumowaniem napisów końcowych filmu. Żadnego epickiego zakończenia, żadnego zanikania, tylko ostatni, zdecydowany akordy mocy kończący podróż: We all die young and watch it slip away / We all die young someday. Umówmy się: Saviors to ani nie jest American Idiot, ani Dookie czy też Nimrod. To odrębna jednostka, która czerpie z przeszłości, aby podsumować przyszłość. Jest otwarty, szczery do bólu, szybki, powolny, melancholijny i bardzo zaraźliwy. Niezależnie od tego na którym albumie rozpocząłeś swoją przygodę z muzyką Green Day lub nie miałeś okazji poznać ich muzyki, bo stroniłeś od tego wiedziony negatywnymi komentarzami… znajdziesz tu coś dla siebie. Pamiętaj jednak o zapięciu pasów, bo ta podróż prędko nie zwolni. Moje obowiązki zawodowe zostały spełnione. Teraz wybaczcie: będę słuchać tej płyty przez kolejne tygodnie, a może nawet i miesiące. Wam też radzę!😈💥💣 Bartas✌☮

środa, 10 stycznia 2024

David Bowie i jego słynna Berlińska Trylogia.

 

Witajcie w nowym roku 2024. Jeszcze żadnej nowej płyty w tym roku nie słuchałem. Czekam na premierę nowego albumu Green Day Saviors, który ukaże się za tydzień z małym ogonkiem. Tymczasem jest 10 stycznia. Dziś mija osiem lat, odkąd David Bowie - niesamowity artysta i wizjoner muzyczny - wrócił tam, skąd przybył: na Marsza. Dwa dni wcześniej skończyłby 77 lat. Pomyślałem sobie, że fajnie byłoby otworzyć nową świecką tradycję i każdego roku w tych właśnie dniach (tj 8 lub 10 stycznia) napisać jakąś recenzję lub artykuł o wybranej przeze mnie płycie Mistrza. Pomysł wziął się stąd, że przedwczoraj - szykując się do wyjścia do pracy - kminiłem który okres twórczości Artysty lubię najbardziej. Wyszło na to, że do tzw Trylogii Berlińskiej wracam najczęściej. Mimo, że inne albumy też są znakomite, a każdy jeden jest inny od poprzedniego. Na trylogię berlińską składają się trzy albumy studyjne - Low i “Heroes” (oba wydane w roku 1977) oraz Lodger (1979). Bowie nagrał te albumy we współpracy z brytyjskim muzykiem, prekursorem ambientu Brianem Eno oraz producentem Tonym Viscontim. Te albumy powstały po przeprowadzce artysty z Los Angeles do Europy wraz Iggym Popem, aby pozbyć się pogłębiającego uzależnienia od narkotyków. Wpływ obejmowały obejmowały niemiecką scenę krautrockową i najnowsze ambientowe wydawnictwa Eno. No, ale po kolei. Zacznijmy od początku. 


Latem 1974 roku David Bowie uzależnił się od kokainy. W ciągu następnych dwóch lat jego uzależnienie pogłębiło się do tego stopnia, że odbiło się na jego stanie fizycznym i psychicznym. Był wtedy bardzo płodny. Nagrał raptem dwa bardzo dobre albumy, Young Americans (1975)  i Station To Station (1976), a także nakręcił film The Man Who Fell To Earth (1976). Był wtedy na totalnym haju. Swoje rosnące uzależnienie przypisuje miastu Los Angeles, dokąd przeprowadził się wiosną 1975 roku. Bowie prawie nic nie pamiętał z nagrania Station To Station. Mówił później w wywiadzie: Wiem, że było to w Los Angeles, bo o tym czytałem. Nieźle, co? Chociaż odniósł komercyjny sukces w tym okresie, szczególnie dzięki singlom Fame i Golden Years, był gotowy pozbyć się narkotykowej kultury Los Angeles i być czystym. Wrócił do Europy, rozpoczynając próby do trasy koncertowej Isolar, mającej na celu promowanie Station To Station w styczniu 1976 roku. Trasa ta rozpoczęła się 2 lutego i mimo iż spotkała się z uznaniem krytyków, Bowie stał się podczas niej postacią kontrowersyjną. Podszywając się pod postać Thin White Duke, wygłaszał wypowiedzi na temat Adolfa Hitlera i nazistowskich Niemiec, które niektórzy zinterpretowali jako wyraz współczucia dla faszyzmu lub nawet jego promowanie. Później całą winę zwalał na swoje uzależnienia i stan psychiczny, mówiąc: oszalałem, byłem całkowicie szalony (...) to był dla mnie niebezpieczny okres. Byłem u kresu wytrzymałości fizycznej i emocjonalnej. Miałem poważne wątpliwości, co do mojego zdrowia psychicznego.


Szczególnie wartym odnotowania jest fakt, że to właśnie podczas trasy koncertowej Isolar w maju 1976 roku David Bowie spotkał za kulisami londyńskiego koncertu byłego klawiszowca i konceptualistę zespołu Roxy Music, wspomnianego na początku Briana Eno. Chociaż od 1973 roku spotykali się sporadycznie, nie zostali jeszcze przyjaciółmi. Po opuszczeniu Roxy Music Eno wydał w roku 1975 dwa solowe albumy z muzyką ambient - Another Green World i Discreet Music. David słuchał tego ostatniego dość regularnie podczas swojej trasy po Ameryce. Biografowie Marc Spitz i Hugo Wilcken uznali później w szczególności Another Green World za główny wpływ na brzmienie, które Bowie chciał stworzyć na Low. Biograf Artysty, Christopher Sandford, cytuje także Taking Tiger Mountain Eno z 1974 roku jako wpływ na Bowiego. Prywatnie zafascynowali się niemiecką sceną muzyczną, m.in. zespołami Tangerine Dream, Neu!, Kraftwerk i Harmonia. Podczas gdy Eno współpracował z Harmonią zarówno w studiu, jak i na scenie, Bowie wykazywał wpływ krautrocka w Station To Station, zwłaszcza w utworze tytułowym. Po spotkaniu oboje zgodzili się pozostać w kontakcie. 


Po zakończeniu trasy Bowie wraz z żoną Angelą przeprowadził się do Szwajcarii. Pod koniec lata udał się do Château d'Hérouville we Francji, gdzie wynajął studio, by napisać i wyprodukować album dla starego przyjaciela, kolegi z branży Iggy’ego Popa. Przyjaciel ów także był uzależniony od dragów. Postanowił pójść za przykładem Bowiego i być czystym i trzeźwym. Przyjął zaproszenie Davida, aby towarzyszył mu podczas trasy koncertowej Isolar, a następnie przeprowadził się z nim do Europy. Po przeprowadzce do Château Bowie udał się z powrotem do Szwajcarii, gdzie spędził kilka następnych tygodni na pisaniu i opracowywaniu planów swojego kolejnego albumu. Większość muzyki do albumu The Idiot komponował Bowie, podczas gdy Iggy napisał większość tekstów i to nierzadko na muzykę, którą stworzył Bowie. Podczas sesji nasz dzisiejszy bohater opracował nowy proces tworzenia - najpierw podkłady, potem dogrywka, a teksty i wokale jako ostatnie. Zdecydowanie opowiadał się trójfazowym procesem, z którego miał korzystać przez resztę swojej kariery. Ponieważ The Idiot był nagrany przed Low, jest określany jako nieoficjalny początek berlińskiego okresu twórczości Bowiego. Muzyka zawierała brzmienie przypominające to, co Bowie eksplorował w Trylogii Berlińskiej. Wraz z Tonym Viscontim zmiksowali go wspólnie w Hansa Studio w Berlinie Zachodnim. 

Artysta zafascynował się Berlinem, uznając go za miejsce wielkiej ucieczki. Zakochani w stolicy Niemiec on i Pop postanowili się tam przeprowadzić, próbując zerwać z nałogiem narkotykowym, a tym samym - uciec od świateł reflektorów. Chociaż The Idiot został ukończony w sierpniu 1976 roku, David chciał mieć pewność, że będzie miał swój własny album w sklepach przed jego wydaniem. Basista zespołu Iggy’ego Popa, Laurent Thibault, wyraził opinie, że Bowie nie chciał, aby ludzie myśleli, że zainspirował go albyn Iggy’ego, podczas gdy w rzeczywistości był to jedno i to samo. Chociaż recenzenci uważają, że The Idiot jest w sam sobie bardzo dobry to fani Popa krytykowali album jako niezbyt reprezentatywny dla jego repertuaru i jako dowód, że to Bowie dokoptował go do własnych celów. Sam zainteresowany przyznał później: Biedny Iggy w pewnym sensie stał się królikiem doświadczalnym w tym, co chciałem zrobić z dźwiękiem. Nie miałem wtedy materiału i w ogóle nie miałem ochoty pisać. bardziej miałem ochotę odpocząć i zająć się czyjąś pracą, więc ten album był odpowiedni, twórczy. Ciekawostką jest fakt, że biograf Chris O'Leary uważa album The Idiot za album Bowiego w takim samym stopniu jak album Popa. Chociaż mówi się, że Trylogia Berlińska składa się z Low, „Heroes” i Lodger, O'Leary twierdzi, że prawdziwa Trylogia Berlińska składa się z Idiot, Low i „Heroes”, z Lust For Life jako dodatek i Lodger jako epilog. Zarówno Low, jak i “Heroes” eksperymentują z muzyką elektroniczną i ambientową z konwencjonalnymi utworami na pierwszej stronie i utworami instrumentalnymi na drugiej. Lodger oferuje szeroką gamę stylów muzycznych z bardziej przystępnymi utworami. Obie strony są podzielone tematycznie według tekstów. Gitarzyści King Crimson, Robert Fripp i Adrian Belew, współtworzyli gitary prowadzące odpowiednio w „Heroes” i Lodger. Podczas promocji Lodgera Bowie zaczął nazywać te trzy albumy trylogią skupioną wokół Berlina, chociaż „Heroes” był jedyną częścią nagraną w całości w tym mieście. Low został nagrany głównie we Francji, natomiast Lodger - w Szwajcarii i w Nowym Jorku. Choć uznawana za znaczącą pod względem artystycznym, trylogia okazała się mniej skuteczna komercyjnie. Bowie nazwał później muzykę trylogii swoim DNA.

Chociaż trylogia w momencie premiery zebrała mieszane recenzje, z biegiem czasu zyskała ogromne uznanie i okazała się bardzo wpływowa. Consequence Of Sound uznało tę trylogię za „trifectę art rockową”. Chociaż Low wywarł duży wpływ na gatunek post-punkowy, inspirując artystów takich jak Joy Division i Gary Numan, elementy Lodgera zostały zidentyfikowane jako prekursor world music. Amerykański kompozytor i pianista Philip Glass zaadaptował trzy albumy na klasyczne symfonie. Zostały zremasterowane w 2017 roku jako część zestawu pudełkowego A New Career In A New Town (1977–1982).


Jazda obowiązkowa!💥 Bartas✌☮


niedziela, 31 grudnia 2023

Podsumowanie płytowe roku 2023

Ostatni dzień roku 2023. Myślę, że to już ostatni dzwonek, by podsumować go muzycznie. Działo się naprawdę sporo dobrego. Zarówno jeśli chodzi o płyty, jak i o koncerty oraz festiwale. Przesłuchałem, jak to każdego roku, setki różnych płyt. Postanowiłem wyłonić 15 albumów polskich wykonawców oraz 15 zagranicznych.




Najpierw muzyka polska:

1. Horta - "Księżyc & Mars" Od samego początku ujęli mnie oryginalnością brzmienia, niebanalnymi tekstami, a wizualnie i scenicznie - zespołem Queen. Jacek Horta zachowuje się na scenie niczym Freddie Mercury, zaś gitarzysta Łukasz Kufa gra na kopii słynnej gitary Briana Maya - Red Special. 2. Flapjack - "Sugar Free" Wydawałoby się, że po śmierci Grzegorza “Guzika” Guzińskiego kontynuacja działalności grupy nie ma racji bytu. Niemniej jednak stara gwardia połączyła siły z młodszym pokoleniem wydając album bardzo świeży, a jednocześnie w klasycznym flapjackowym stylu 3. Nira Nise - "The Witch Unburned" Jeśli ogarnia Cię tęsknota i nostalgia za tymi szalonymi latami, za tą energią lat 90-tych to “The Witch Unburned” zapewni Tobie wciągające wrażenia i wypełni pustkę w Twojej duszy. Nostalgiczne wibracje przeplatają się ze współczesnymi refleksjami, oferując muzyczną podróż, która obejmuje zarówno znajomość minionej epoki, jak i znaczenie w teraźniejszości. Grunge not dead. 4. Black Radio - "Black Radio" Znakomity przykład tego, że stary, korzenny rock’n’roll nie umarł. Tak świeżo, tak klasycznie i tak światowo można grać tak w Polsce 5. Mariusz Duda - Afr Ai D Lider Riverside także doskonale sprawdza się solowo. Nie po raz pierwszy pokazuje, że sypie muzycznymi pomysłami jak z rękawa. Kolejna znakomita podróż po zakamarkach ludzkiej duszy. 6. Daria Zawiałow - "Dziewczyna Pop" Na pierwszy rzut oka i ucha płyta lekka, łatwa i przyjemna w odbiorze, ale gdy się człowiek w nią zagłębi to odkryje ile ważnych tematów w sferze związków artystka porusza. 7. Daria ze Śląska - "Tu Była" Mogę powiedzieć, że moje odkrycie roku, jeśli chodzi o damski wokal. Ciekawe teksty i bardzo dobra produkcja. 8. Katarzyna Nosowska - "Degrengolada" “Basta!” nie przypadła mi do gustu. Najnowszą płytą Kaśka wraca do formy zarówno muzycznej, jak i lirycznej. Czasy grunge’owe ma już dawno za sobą, a jednak wciąż coś mądrego do powiedzenia. 9. Riverside - "ID. Entity" “Wasteland” był sprawdzianem dla Maćka Mellera w roli gitarzysty po śmierci Piotra Grudzińskiego. Na najnowszej płycie pokazał, że jest godnym następcą zmarłego przed ośmioma laty muzyka. Żałoba została przepracowana i zespół wraca w klasycznym stylu. 10. Taco Hemingway - "1-800-OŚWIECENIE" Z Taco to różnie bywało. Ostatnim albumem, który zrobił na mnie piorunujące wrażenie był “Hotel Marmur” w 2016. Potem długo nic, aż tu nagle ten warszawski raper powraca z kolejnym świetnym concept-albumem “1-800-Oświecenie”, na którym to wciela się w rolę DJ'a radiowego oraz… siebie samego. 11. Lech Janerka - Gibsowy Odlew Falsyfikatu" 18 lat czekania, ale warto było. Bardzo dojrzała. Płyta na świetnym poziomie, przemyślana, wręcz pozostawiająca niedosyt. Zróżnicowana muzycznie i nastrojowo. 12. mona polaski - "Oryginał" Poznałem ich twórczość dopiero w tym roku. “Oryginał” to ich już płyta”. Takiego ejtisowego grania w Polsce jest dzisiaj sporo, ale mona polaski ma w tym wszystkim 13. Hamulec - "Na Pohybel" Pierwszy album zatytułowany “Na Gapę” był dopiero przystawką do tego, co ten śląski zespół zaprezentował na swojej drugiej płycie - dojrzałej zarówno pod kątem brzmienia, produkcji, jak i tekstów, które są o wiele bardziej refleksyjne. 14. Spięty - "Heartcore" Odkąd znam twórczość zarówno Lao Che czy Spiętego to jestem zdania, że teksty tego gościa powinny być przerabiane na lekcjach języka polskiego. 15. WaluśKraksaKryzys - "+ piekło + niebo" Słucham go od dłuższego czasu, widziałem jego koncert na Pol'and'Rocku. Bardzo ciekawa, wręcz słodko-gorzka, obserwacja rzeczywistości okraszona oryginalnym gitarowym brzmieniem.



Albumy zagraniczne: 


1. The Rolling Stones - “Hackney Diamonds|

24 sierpnia 2021 roku odszedł Charlie Watts. Wydawało się, że te kamienie przestaną się toczyć. Aż tu nagle zapowiedź płyty i rewelacyjny powrót po 18 latach. Zmarły perkusista zdążył zagrać w kilku utworach.  Hackney Diamonds to album o niezwykłej jakości muzycznej - różnorodny, eklektyczny, bardzo kompletny, naznaczony doskonałą produkcją.


2. Peter Gabriel - “I/O”

Sztuka nie powstaje w próżni, więc wszystko to trafiło na wyjątkowe wyjście/wejście, świadomie lub nieświadomie. Niektóre aspekty z pewnością stanowią zamierzone ukłony w stronę jego przeszłości, ale ten album nie jest dziełem nostalgii, ale nie jest to też chybiona próba odzyskania młodości czy powtórzenia komercyjnego sukcesu singla Sledgehammer. Album I/O jest dokładnie taki, jakiego można się spodziewać po Gabrielu tworzącym w roku 2023: radosny, przemyślany, ambitny, elokwentny, introspektywny, głęboko osobisty, globalny, optymistyczny i wypełniony melodiami tak wielkimi, jak zawarte w nich pomysły. 


3. Royal Blood - “Back To The Water Below”

"Back To The Water Below" stanowi ciekawe połączenie refleksji i dalszego rozwoju. Zespół pozwala nam wziąć udział w muzycznej podróży odkrywczej i pokazuje mniej kolejny cel, a bardziej fragmenty wspólnych poszukiwań. Jako zestaw dziesięciu piosenek nadal dobrze ze sobą współgra, pomimo sporadycznych przerw stylistycznych.


4. Queens Of The Stone Age - “Im Times New Roman”

To solidna dawka rocka z mnóstwem świetnych momentów, ale...jeśli szukasz czegoś z nieco większym zacięciem i ambicjami to niestety możesz być nieco zawiedziony tym, co zespół Ci oferuje. Mimo to jest to bez wątpienia jeden z najmocniejszych albumów rockowych, jakie ukazały się dotychczas w 2023 roku. A jeśli jesteś fanem zespołu lub ogólnie lubisz ten gatunek to z pewnością ta płyta zaspokoi Twoje potrzeby.


5. Glen Hansard - “All That Was East Is West of Me Now”

Album melancholijny i często żałobny, ale dzięki sporym umiejętnościom Glena, który potrafi wykorzystać nawet najbardziej zniechęcające sytuacje jako okazję do sprostania wyzwaniu, jego muzyka nigdy nie brzmiała tak pełna życia i znaczenia. Świat czeka. Czy zatańczysz z nim? Śliczna płyta na długie jesienne wieczory. Dzięki, Glen! 😍


6. Blur - “The Ballad Of Darren”

Jak więc "The Ballad Of Darren" wypada w dyskografii Blur? Bardzo dobrze! Emocjonalny i pełen intencji Darren zabiera nas w podróż w poszukiwaniu duszy, która jest świadectwem tego, jak przezwyciężenie straty może pomóc Ci odnaleźć siebie, swoje brzmienie i przyjaciół dzięki mocy muzyki. Bardzo mocna pozycja muzyczna tego roku.  


7. Bob Dylan - “Shadow Kingdom”

Tym, co sprawia, że jego nowe i w pełni kameralne wydawnictwo “Shadow Kingdom” jest triumfem, jest to, że stanowi ostateczną wersję obu stron późnej kariery Boba. W genialny sposób odkrywa na nowo niektóre z jego najbardziej kultowych pieśni, a jednocześnie sprawia wrażenie ostatecznego nagrania.


8. PJ Harvey - “Inside The Old Year Dying “

Artystka opisuje “I Inside The Old Year Dying” jako opowieść o intensywności, pierwszej miłości i poszukiwaniu sensu. Jej bohaterką jest młoda dziewczyna eksplorująca świat, w którym istnieją duchy. Celowo czy nie, temat odzwierciedla to - jak Polly twierdzi - iż ponownie zakochała się w muzyce, wycofując się z cyklu niestrudzonych tras koncertowych i wydawania albumów. 


9. Foo Fighters -  “But Here Were Are”

Album "But Here We Are" poruszył moje serce do głębi. To piękna i hałaśliwa zarazem celebracja braterstwa i surowa, bardzo bolesna eksploracja straty. Jest to album chaotyczny, przyprawiający o zawrót głowy, ambitny, wspaniały. Członkowie Foo Fighters przekraczają swoje granice i idą jeszcze dalej. Przez to wszystko "But Here We Are" jest niezaprzeczalnym przypomnieniem uzdrawiającej, jednoczącej mocy muzyki. Bardzo gorąco polecam. Ja, zdeklarowany fan tego zespołu od dobrych 25 lat😍


10. Metallica - “72 Seasons”

"72 Seasons" nie jest może arcydziełem na miarę pierwszych klasycznych albumów Metalliki. Ale jest to dzieło, które pokazuje, że zespół wciąż ma energię i kreatywność do komponowania riffów, które mogą stać się za parę lat klasykami i stałym punktem ich koncertów. A my? Nadal możemy się cieszyć ich nową muzyką. Bardzo dobra pozycja. Polecam mocno! 🔥👍


11. Overkill - "Scorched" 

“Scorched” przykuwa uwagę i trzyma w napięciu od początku do końca. To absolutne riffowe, pełne zajebistych solówek, rytmiczne, ale bardzo grzmiące dzieło sztuki. Po czterdziestu latach ten zespół wie, jak zachować spójność i nie popaść w stagnację. 


12. Paramore - “This Is Why”

Paramore docierają tam, gdzie wreszcie ich muzyka chciała dotrzeć przez większą część ostatniej dekady. Zamiast próbować przebić swoje niezrównane hymny, zespół odkrył nowe ciepło w “This Is Why”, a efekt jest naprawdę triumfalny. Nie przegapcie😊


13. Depeche Mode - “Memento Mori”

"Memento Mori" to bardzo solidny album Depeche Mode z kilkoma najważniejszymi momentami, które fani zdecydowanie powinni dodać do swoich playlist. Jeśli to jest ostatni, jaki od nich otrzymujemy, to jest to odpowiednie zakończenie. Cokolwiek nastąpi później, będzie to mile widziany bonus. Pozycja bardzo wysoko przeze mnie polecana😍


14. Duff McKagan - “Lighthouse”

Propozycja Duffa może się wydawać daleka od imprezowego hedonizmu Guns N’ Roses u szczytu sławy (nie mówiąc już o nastoletnich zespołach, w których muzyk się udzielał - The Fartz, Vains czy The Fastbacks), ale “Lighthouse” ma w sobie szczerość, która odbija się echem przez całą drogę powrotną do tych najbardziej chaotycznych dni. Można wyciągać dzieciaka z punk rocka, ale nie można wyciągnąć punk rocka z dziecka.


15. Def Leppard - “Drastic Symphonies”

Zapewne znajdą się tacy, którzy będą kpić z tego sojuszu rocka i muzyki klasycznej, ale większość utworów na “Drastic Symphonies’ zachowuje integralność oryginalnych nagrań, dodając świeże elementy tematyczne. Więc następnym razem, gdy usłyszysz tę samą piosenkę Def Leppard w radiu, możesz wybrać jeden z tych utworów. Z wyjątkiem jednego. Naprawdę docenisz trochę cukru w jego oryginalnej postaci.



Do następnego ro(c)ku!💥 Bartas✌☮

niedziela, 10 grudnia 2023

Sztuka nie powstaje w próżni. Peter Gabriel powraca po 21 latach z nowym albumem - "I/O".

Czekaliśmy na ten moment 21 lat. Ponad dwie dekady minęło, odkąd Peter Gabriel wydał swój ostatni studyjny album Up! No, ale to nie było wcale tak, że przez ten czas kompletnie nie zajmował się swoją muzyczną karierą. Były przecież trasy koncertowe, w tym występy z okazji rocznicy wydania SO (jego największego sukcesu artystycznego i komercyjnego), które to sprowadziły świetnego perkusistę Manu Katche z powrotem do zespołu. Artysta nagrał również w tym czasie covery swoich ulubionych wykonawców (dawnych i współczesnych) w aranżacjach orkiestrowych Scratch My Back oraz własne kompozycje w nowych w tych samych aranżacjach - New Blood. Zajmował się także działalnością charytatywną. Wspierał organizacje takie jak The Elders, która skupiona jest na pokoju, sprawiedliwości, prawach człowieka i zrównoważonej planecie (członkami jej był m.in. Nelson Mandela i arcybiskup Desmond Tutu) czy Reverberation, która skupia się na badaniu związku muzyki z mózgiem ludzkim. Teraz Gabriel powraca z absolutnie premierowym materiałem i albumem zatytułowanym I/O

Sztuka nie powstaje w próżni, więc wszystko to trafiło na wyjątkowe wyjście/wejście, świadomie lub nieświadomie. Niektóre aspekty z pewnością stanowią zamierzone ukłony w stronę jego przeszłości, ale ten album nie jest dziełem nostalgii, ale nie jest to też chybiona próba odzyskania młodości czy powtórzenia komercyjnego sukcesu singla Sledgehammer. Album I/O jest dokładnie taki, jakiego można się spodziewać po Gabrielu tworzącym w roku 2023: radosny, przemyślany, ambitny, elokwentny, introspektywny, głęboko osobisty, globalny, optymistyczny i wypełniony melodiami tak wielkimi, jak zawarte w nich pomysły. Krążek zawiera 12 kompozycji. Wiele z nich zostało wykonanych podczas ostatniej trasy koncertowej, wszystkie wypuszczone w tym roku w ramach jego odrodzonego, dawno uśpionego Klubu Pełni Księżyca. Tematyka utworów obejmuje śmiertelność, smutek, terroryzm, przekaz informacji poprzez media i stan naszej planety. Łącząc to wszystko w jedną całość powracają motywy komunikacji i wzajemnych powiązań, typowo charakterystyczny głos Gabriela (w jakiś sposób niepodatny na upływ czasu) oraz muzyka, która brzmi momentami bardzo znajomo, jak i nieustraszenie. Wszystkie utwory zostały napisane, skomponowane i wyprodukowane przez niego samego. Opierają się w dużej mierze na partiach klawiszowych i oprogramowaniu rytmicznym, zwykle uzupełnianych przez jego wieloletnich zaprzyjaźnionych muzyków: gitarzystę Davida Rhodesa, basistę Tony'ego Levina i wspomnianego już perkusistę Manu Katche. Gdzieniegdzie pojawia się również wielki myślicie, Brian Eno, podobnie jak Soweto Gospel Choir i New Blood Orchestra, zaaranżowana przez Johna Metcalfe’a.

Otwierający album utwór Panopticom, poruszający ideę dzielenia się wiedzą, łączy złowrogie wersety w stylu Digging In The Dirt z podniebnymi refrenami (And we pour the medicine down / While we watch the world around us). Tytułowy numer wręcz rozkwita od samego Petera i prowadzi do czegoś bardziej radosnego, niż Shaking The Tree, gdy muzyk deklaruje I’m just a part of everything. Kompozycja This Home, w którym pięknie gra fortepian Eno oraz szwedzki męski chór Orphei Drängar, jest cichsza, ale jeszcze cieplejsza. Olive Tree, przez które wije się gitara Rhodesa, rośnie wraz z pojawieniem się trąbki i saksofonu, gdy muzyk afirmuje: I’ve got the water falling on me / It’s all waking me up/ I’ve got the sunlight warming my back / Warming up all my bones. Uśmiecha się wręcz na tym utworem, który pod względem entuzjazmu przewyższa nawet Secret World. Podobnie podnoszący na duchu Road To Joy, który ma swoje korzenie w projekcie Gabriela Millenium Dome i jest najbliższy odważnemu, jasnemu brzmieniu Steam i Big Time. Mamy też Playing For Time, w którym występuje głównie fortepian, wokal i elegancka partia smyczków. Jest on wolniejszy i bardziej dramatyczny, ale nie mniej potężny. Zwłaszcza wtedy, gdy Gabriel rozmyśla o wspomnieniach, starzeniu się, życiu pełnią życia i pytaniu czy jesteśmy więźniami czasu. Te przemyślenia zainspirowane były Long Now Foundation - organizacją, która propaguje myślenie długoterminowe. And Still porusza podobne tematy, ale z jeszcze bardziej osobistej perspektywy. Poświęcony zmarłej matce artysty jest jeszcze bardziej wzruszający niż Father Son. Szczególnie w momencie, gdy Gabriel spaceruje po domu w którym dorastał, wspominając (melorecytacją) jej ciepło, współczucie dla ludzi i zwierząt oraz jej miłość do muzyki. Jednym z najważniejszym momentów na płycie jest jej zwieńczenie - Live And Let Live, który dzieli się szeroko otwartym przesłaniem tolerancji. Powołując się na takie choćby wielkie nazwiska jak nieodżałowany Nelson Mandela, Gabriel i chór Gospel Soweto proszą Słuchacza: Żyj i pozwól żyć innym. To wszystko się dzieje przy wtórze smyczków, połyskującej gitary Rhodesa i jednego z tych gospelowych rytmów, do których ludzie są genetycznie zaprogramowani. Typowo porywający finał w duchu In Your Eyes to tylko jeden z powodów, dla których warto sięgnąć po I/O - naprawdę wciągającego doświadczenia wzmocnionego jedynie poprzez wybór dwóch odmiennych miksów, z których każdy w subtelny sposób odsłania różne kolory i tekstury kolejnego arcydzieła Petera Gabriela. Wspaniała płyta. Warto było czekać😍 Bartas✌☮

35 lat temu ukazał się jeden z najlepszych debiutów w historii muzyki - "Ten" grupy Pearl Jam.

  Po śmierci Andy’ego Wooda Gossard i Ament zawiesili działalność. W czasie tej separacji Gossard spędził swój czas na pisaniu materiałów, k...