wtorek, 20 października 2020

Muzyka jest zabawą. A życie? Krzysztof Zalewski - "Zabawa"

 

Przyznam się szczerze, że nie słucham zbyt dużo polskiej muzyki alternatywnej. Troszkę się zatrzymałem na starej dobrej polskiej klasyce. Nowości odkrywałem z dość sporym opóźnieniem. dzięki znajomym, którzy jeszcze jako tako słuchali Radiowej Trójki, choć tak naprawdę nie było już czego słuchać. Dlatego ja odpuściłem. Muszę przyznać, że nie ma tego za wiele, ale z pewnością do moich faworytów w tej dziedzinie należą tacy artyści jak Sorry Boys, Daria Zawiałow, Młodzi Waglewscy, Kortez, Skubas oraz Krzysztof Zalewski. Tego ostatniego pamiętam doskonale z programu Idol. To był rok 2002? Jakoś tak. Mój stosunek do tego typu programów był już wtedy i do tej pory jest bardzo sceptyczny, negatywny. Może i talenty się przejawiają w tego typu programach, ale zawsze tu bardziej chodziło nie o uczestników, ale o jurorów. Co powiedzą, kogo zjebią, komu pojadą jak po burej suce tylko po to, by media o tym mówiły, a gawiedź się cieszyła. Zdecydowanie nie moja bajka. 


Ale do Zalewskiego wracając (bo to o nim dzisiaj będzie mowa) to pamiętam, że koleś mi bardzo zaimponował głosem i wyglądem. Wielki fan Iron Maiden i wokalu Bruce’a Dickinsona. I rzeczywiście było to słychać. Wygrał program, wydał naprawdę świetną debiutancką płytę Pistolet. Niestety nie sprzedała się dobrze, nie trafiła do mass z uwagi na niszowość. Dominowały dźwięki rockowe, heavymetalowe. A to chyba nie było za bardzo w modzie, ku mojemu zmartwieniu. I co potem? Krzysio zniknął z życia artystycznego na parę ładnych lat, ale nie próżnował. Udzielał się jako muzyk sesyjny znanych polskich artystów. 


Powrócił jednak totalnie odmieniony po latach. Nowy image i nowa muzyka. Dla mnie to był szok. Pierwsza pyta po latach zatytułowana Zelig zaskoczyła. Uczucie było z jednej strony przerażające, a z drugiej fascynujące. Słuchając jej miałem dużo skojarzeń z twórczością Davida Bowiego. Ten nieodżałowany Artysta przez DUŻE A nigdy nie dał się zaszufladkować do jednego gatunku muzycznego. Zawsze wyprzedzał. Wydał płytę glam rockową, a za chwilę … było to coś zupełnie innego. I u Zalefa było widać już wtedy chęć pójścia w podobnym kierunku. Kolejny jego album Złoto tylko potwierdził moje przypuszczenia. Zaśpiewać Niemena nie jest łatwo. Wielu próbowało z lepszym lub gorszym skutkiem. Krzychowi należą się owacje na stojąco nie tyle za odwagę, co za ciekawy sposób interpretacji oraz aranżacji znanych przebojów nieodżałowanego Pana Czesława Juliusza Wydrzyckiego. 


Kilka tygodni temu ukazał się jego (nie licząc płyty Zalewski Śpiewa Niemena) czwarty autorski album zatytułowany Zabawa. Przyznać muszę, że poprzednie albumy były bardzo dobre, ale to, co zrobił na najnowszej płycie przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Płyta różnorodna, a jednocześnie niesamowicie spójna. Zaczyna się utworem tytułowym, który pod względem tekstu jest pewną ważna przestrogą. Trzeba tańczyć i cieszyć się życiem, ale pamiętać, że są rzeczy ważne i ważniejsze. Muzycznie zaś dominuje świetny transowy bit. Skojarzenia muzyczne to Michael Jackson, Queen (Another One Bites The Dust) i późniejszy Muse (Panic Station). Dla fanów wielkiego arcydzieła Michaiła Bułhakowa Mistrza I Małgorzaty Zalewski proponuje Annuszkę. Ten numer rzucił mnie na kolana już przy pierwszym odsłuchu. Krzychu wznosi się na wyżyny swoich tekściarskich umiejętności, a muzycznie to sentymentalna podróż do dekady lat 80-tych, gdzie dominowała muzyka nurtu new romantic. Wpływy muzyki Electric Light Orchestra słychać w utworze Dystans. Dalej mamy coraz fajniejsze niespodzianki. W utworze Oddech muzyk bawi się hip-hopem i wychodzi mu to całkiem zgrabnie. Ta zmiana stylu naprawdę po latach wyszła mu na dobre. Jest muzykiem, który nie boi się i nie wstydzi swoich metalowych korzeni, ale nie stoi w miejscu. Łączy klasykę brzmienia lat 80-tych z nowoczesnością, czego najlepszym przykładem są futurystyczne Lustra oraz Tylko Nocą


Na tej płycie każdy znajdzie coś dla siebie. Jako stary i zagorzały fan Beatlesów i solowego Johna Lennona zakochałem się w utworze Wszystko Będzie Dobrze. Przy pierwszym odsłuchu płyty zatrzymałem się chyba sześć razy na tym kawałku, by potem przejść do kolejnych numerów. Piękny fortepian  cudne partie smyczkowe są jak z Imagine, The Long And Winding Road czy choćby Yesterday. I tekst, który cały czas tłukł się po mojej głowie: Muszę Cię zapomnieć, ale jeszcze nie budź mnie. Wszystko się zgadza. Lubię też minimalistycznie muzyczny numer Ojcowie, zaś kończący album utwór Grzeczny Bądź przypomina mi nieco twórczość zarówno Republiki, jak i solowych dokonań Grzegorza Ciechowskiego. Z resztą Zalewski niejednokrotnie pokazywał jak ważna dla niego jest ta twórczość 


Czy życie to tylko zabawa i zdobywanie szczytów? Wyścig szczurów? Zdecydowanie nie i tekstowo każdy utwór na płycie to potwierdza - od początku do końca krążka. Z pewnością zabawą jest tworzenie muzyki. Krzychu znów udowodnił, że potrafi się nią cieszyć i bawić. Pracował na to latami i wypracował. Ortodoksyjni fani rocka i metali z pewnością będą kręcili nosem na te dźwięki. Ja, jako również fan ciężkich brzmień, bardzo się cieszę, że z tego metalowego chłopaka z gównianego programu Idol, chłopaka w długich włosach i w skórzanej kurtce, kochający Iron Maiden, zafascynowany wokalem Bruce’a Dickinsona, przerodził się dojrzały artysta. Muzyk świadomy swych dążeń. Poszukuje, ale te poszukiwania nie są jałowe. Na Zabawie wszystko jest spójne. A produkcja płyty jest najwyższym poziomie. Polska płyta roku? Zobaczymy. Zagrożeniem dla Krzycha mogą być Waglewscy, którzy niedawno wydali również oszałamiającą płytę, zatytułowaną Duchy Ludzi I Zwierząt. Niemniej jednak na mojej liście Zalewski plasuje się na bardzo wysokiej pozycji. Mocno polecam!









Bartas✌

poniedziałek, 19 października 2020

Zmierzyć się z kontrą. Pearl Jam i ich drugi album "Vs"

Bardzo dużo się dzieje jeśli chodzi o nowości wydawnicze, ale również jest wiele ważnych rocznic, o których grzechem jest nic nie napisać. Jak pewnie zauważyliście w tym drugim skupiam się głównie na dwóch zespołach - Queen i Pearl Jam. No, i muszę Was, Drodzy Czytelnicy, uprzedzić, iż znów o Królowej będzie bardzo dużo na przełomie października i listopada. Już teraz zapowiadam, że będzie o
News of The World, Bohemian Rhapsody (z cyklu historia jednego utworu)  Made In Heaven, Sheer Heart Attack, Jazz oraz A Night At The Opera. No, tak się pięknie poukładało. Postanowiłem również, że napiszę o każdej płycie Pearl Jam, niezależnie od tego czy stuknie jej okrągła rocznica czy nie. 12 listopada będzie o Riot Act, zaś 22 listopada o Vitalogy. W międzyczasie także postaram się napisać coś o nowościach, a troszkę ich przybyło i są warte recenzji.  Moi Kochani, ostatnio napisałem o przedostatnim krążku Dżemu Babci Eda Lightning Bolt,  dziś pochylić się chcę nad ich drugim albumem zatytułowanym Vs. Jeśli nie jesteście jeszcze znudzeni opowieściami o tej legendarnej grupie ze Seattle to serdecznie zapraszam.

Ktoś kiedyś powiedział, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Gigantyczny sukces debiutanckiej płyty TEN (o niej w przyszłym roku opowiem, ale nie sposób nie wspomnieć także i dzisiaj) sprawił, że grupa szturmem wyszła z piwnic i garażów na salony, do szeroko pojmowanego mainstreamu. Ale wtedy to jeszcze w tym całym mainstreamie tworzyło się muzykę, a nie sieczkę. Ach, aż mi się łezka w oku kręci, jak sobie o tym przypomnę. Te godziny spędzone na oglądaniu MTV (dziękuję Ci, Mamo!). No, dobrze, ale nie popadajmy w sentymenty, idźmy do przodu. Pytanie: co dalej? Jak już mogliście się przekonać z moich wpisów, Pearl Jam wcale nie osiadł na laurach i nie skończył się na TEN, mimo iż pozostaje on krążkiem wiekopomnym i najlepszym w karierze. Tworzyli muzykę dalej, czując ogromną presję, by dorównać sukcesowi TEN. Versus był pierwszym albumem, którego produkcją zajął się Brendan O’Brien. Był to także pierwszy krążek z perkusistą Dave’em Abbruzzese, który dołączył do zespołu w sierpniu 1991 roku, by grać koncerty promujące debiut. Próby do nagrania drugiej płyty zaczęły się w lutym 1992 roku w Potatohead Studio w Seattle w stanie Waszyngton. Następnie w marcu 1993 roku zespół przeniósł się do The Site w Nicasio w Kalifornii, aby rozpocząć nagrywanie. Abbruzzese nazwał spokojne miejsce nagrań "rajem". Zdania kolegi nie podzielał Eddie: Kurwa, nienawidzę tego miejsca ... Miałem ciężko ... Jak stworzyć tutaj rockową płytę?


Zespół postanowił nagrywać na setkę. O’Brien zasugerował, by robili to tak, jakby grali na żywo. Większość piosenek powstała podczas jam session. Gitarzysta Stone Gossard powiedział: Myślę, że pozwoliliśmy, aby rzeczy rozwijały się w bardziej naturalny, zorientowany na zespół sposób, zamiast wprowadzać kilka rzeczy, które były już zaaranżowane. Muzyk dodał, że większość piosenek została zaaranżowana, gdy dołączył do nich Vedder. W wywiadzie z 2009 roku Gossard stwierdził: Vs. było prawdopodobnie tym, w czym czułem się lepiej, jeśli chodzi o nagrywanie. Widziałem, jak to może się zmienić i ewoluować, co dało mi wiele inspiracji, aby iść, możemy robić ballady, możemy robić szybkie rzeczy, możemy robić wolne, możemy robić punkowe rzeczy. Wtedy zdałem sobie sprawę, że będzie wiele miejsc, do których można pójść z Edem. Na pierwszy ogień nagrano Go, Blood, Rats oraz Leash. Później zespół zrobił sobie przerwę. Aby utrzymać swoją intensywność Vedder udał się do San Francisco i zaczął spać w swojej ciężarówce, a także w saunie obok studia nagrań. Jak taki menel. Nie za bardzo mógł odnaleźć się w tej rzeczywistości. Zaczął komponować także sam piosenki  Album został ukończony w maju 1993 roku. Ed powiedział później: Druga płyta, to była ta, która najmniej mi się podobała ... Po prostu nie czułem się komfortowo w miejscu, w którym byliśmy, ponieważ było bardzo wygodne. W ogóle to nie lubię go. 


W porównaniu z debiutanckim albumem, który posiada niesamowicie - jak ja to nazywam - mistyczną produkcję, Versus zawierał znacznie luźniejsze i bardziej surowe brzmienie. Oprócz cięższych piosenek, album zawiera dwie akustyczne ballady: Daughter oraz Elderly Woman Behind the Counter in a Small Town. Kilka piosenek zawiera elementy funku, w tym Animal, Blood i Rats. Chodziło w tym wszystkim o wyjście poza określony schemat. Piosenki na albumie poruszają kwestie osobiste, społeczne i polityczne. Vedder powiedział: piszesz to, co do Ciebie przychodzi ... Próbujesz oddać nastrój piosenek. Tematy na albumie obejmują: wykorzystywanie dzieci (Daughter), posiadanie broni (Glorified G), policję i rasizm (WMA) czy kłamstwo mediów (Blood). Zaś Daughter, Dissident i Elderly Woman Behind The Counter In A Small Town to trzy opowiadające historie piosenki. Pierwsza opowiada historię dziecka, które jest maltretowane przez rodziców, ponieważ nie rozumieją jej trudności w uczeniu się; Druga opowiada historię kobiety, która przyjmuje politycznego uciekiniera; a trzecia - historię starszej pani, która powróciła do swojego małego miasteczka i poznała w kimś swoją dawną miłość. Pamiętam jak lata temu w pewnym miejscu nad jeziorem grałem na gitarze i śpiewałem Starą Babę, zyskując podobno rzesze fanek słuchających obok. No, ale ok. Nie o mnie tu mowa tylko o Pearl Jam. 


Wartym uszu jest też utwór Glorified G. Został napisany zaraz po tym, jak perkusista Dave Abbruzzese pochwalił się zakupem broni, co wywołało dyskusje w zespole. Vedder o piosence powiedział tak: Właściwie nie napisałem tej piosenki ... Byłem na próbie zespołu i właśnie zacząłem zapisywać te rzeczy, o których rozmawiali chłopcy. Zespół prowadził tę rozmowę, a ja po prostu zamknąłem dialog. Jeden z członków zespołu właśnie kupił broń. Właściwie to był perkusista. Zapytaj go o to. Sprawca tego wydarzenia komentuje: Powiedziałem naszemu menadżerowi, że właśnie kupiłem spluwy i on powiedział Jeffowi, a na próbie Jeff jakby to wyrzucił. A Eddie powiedział: Co, kupiłeś PISTOLET?”. I powiedziałem Właściwie kupiłem dwa”, co skończyło się jako pierwszy wers piosenki. Myślę, że można uczciwie powiedzieć, że Eddie był dość oburzony. Mamy też takie utwory jak dziko, plemiennie brzmiący W.M.A. Eddie wdał się w sprzeczkę z grupą policjantów, którzy zaczepiali czarnoskórego. Niestety olali muzyka całkowicie. Singlowy Revviewmirror dotyczy bycia w samochodzie, pozostawiając… złą sytuację. Zaś Rats dotyczy idei, że szczury są prawdopodobnie o wiele bardziej godne podziwu niż ludzie. Leash to jakby dalsza część Why Go z debiutanckiego TEN. Album kończy się utworem Indifference, jak dla mnie absolutnym arcydziełem. Jest o próbie zrobienia czegoś, co uczyniłoby życie innych ludzi lepszym od nich, nawet jeśli oznaczałoby to przejście przez piekło. Każdy może mieć własną interpretację. Ja ten utwór akurat tak odbieram.


Okładka jest autorstwa basisty grupy Jeffa Amenta. Zawiera czarno-białe zdjęcie kozła angora z Lifeline Farm w Victor, Montana. Według muzyka było to odzwierciedlenie tego, jak zespół się czuł w tym czasie - jak niewolnicy. Pierwotnie album miał nazywać się Five Against One (utwór Animal zawiera wersy: one, two, three, four, five against one, Five, five, five, five, five against one). Jednakże finalna wersja tytułu albumu związana jest ze serią zmagań przez które zespół przeszedł nagrywając płytę. Ale nie tylko. Jest to także ukłon w stronę ogólnego tematu konfliktu obecnego w większości piosenek na albumie. W przeciwieństwie do debiutanckiego albumu, zespół odmówił produkcji teledysków do jakiegokolwiek z singli albumu. Vs uplasował się na pierwszym miejscu w aż ośmiu krajach, w tym zajął pierwsze miejsce na liście Billboard 200 przez pięć tygodni, najdłużej jak na album Pearl Jam. Album otrzymał siedmiokrotną platynę od RIAA w Stanach Zjednoczonych.


Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki? Na pewno nie. Ale trzeba iść dalej, tworzyć i poszukiwać nowych rozwiązań w muzyce. Kolejne płyty Pearl Jam, o których nie omieszkam opowiedzieć, pokażą że grunge ma niejedno imię. Vs jest surowy, garażowy, mocny i bezkompromisowy. W muzyce Pearl Jam zawsze zachwycało mnie budowanie nastrojów i brak jakiejkolwiek w tym ściemy. Jest to pozycja absolutnie obowiązkowa dla tych, co kochają ostre garażowe granie i darcie mordy, a także o dla tych, co lubią sobie usiąść przy ognisku albo przy grillu i piwku z gitarą, ponucić troszkę. Polecam bardzo gorąco słuchać tego albumu ma cały regulator😉








Bartas✌

czwartek, 15 października 2020

Nic nie trwa wiecznie. Śmierć jest wszędzie. Pearl Jam - "Lightning Bolt"

 

No, sorry, ale ja nic na to nie poradzę, że zespół Pearl Jam to absolutna czołówka moich ukochanych zespołów świata. I jak tylko nadarzy się okazja to nie omieszkam skorzystać ze sposobności, by coś na ich temat znowu wspomnieć. Pisałem już o swoim wielkim koncercie życia, a więc ich występie w Krakowie dnia 3 lipca 2018 roku, otrzymując wiele sygnałów, że relacja pełna mega pozytywnych emocji. No, nie inaczej. Pisałem już o albumie No Code (zostawiając Ten na przyszły rok). Było o Backspacer, było o solowej płycie Eddiego, będącej ścieżką dźwiękową do jednych z moich ukochanych filmów ever - Into The Wild - oraz o jednym z akustycznych koncertów muzyków podczas promocji wspomnianej już płyty No Code. Uprzedzam Was, moi Kochani Czytelnicy, że na tym nie koniec. Dziś będzie o ich przedostatniej płycie, która jest z nami już… siedem lat. Ja wiem, nie jest to żadna okrągła rocznica. Zdecydowałem się jednak o nie napisać, bo bardzo lubię do niej wracać. Ma w sobie jakiś powiew świeżości muzycznej, produkcyjnej oraz bardzo - jak przystało na grungowe’owego poetę Eddiego Veddera - refleksyjne teksty. Płyta nosi tajemniczy tytuł Lightning Bolt


Praca na pełnym luzie przy płycie Backspacer pod czujnym jednak okiem starego wygu Brendana O’Briena spowodowała, że zespół Pearl Jam pragnął powtórzyć to doświadczenie, bo - jak sami stwierdzili - świetnie się z nimi bawili. W 2011 roku, w ramach przygotowań do filmu dokumentalnego Pearl Jam Twenty i towarzyszącej mu trasy koncertowej, zespół nagrał kilka utworów z O'Brienem w Los Angeles 'Henson Recording Studios, a utwór „Olé” został wydany do bezpłatnego pobrania. Brendan uważał, że praca w studio z nim pomogła zespołowi w osiągnięciu mentalności łodzi podwodnej i wszystkim, którzy razem wchodzą na statek, a basista Jeff Ament dodał, że praca poza Seattle, rodzinnym miastem zespołu, sprawiła większą wydajność pracy. 


Po pewnym jednak czasie tworzenia dem, muzycy wrócili do Henson w marcu 2012 roku, nagrywając siedem piosenek., zanim zespół zdecydował sobie zrobić mały resecik od siebie. Jak stwierdził Mike McCready musieliśmy poświęcić trochę czasu, aby dowiedzieć się, co chcemy zrobić. Z kolei Stone Gossard dodał, że pomimo tego, że członkowie zespołu myśleli, że po produktywnych sesjach album jest bliski ukończenia, ostatecznie uznali, że utwory nie są wystarczająco mocne, by nagrać album. Prace nad albumem wznowiono dopiero w marcu 2013 roku, kiedy członkowie zespołu przegrupowali się z nowe kompozycje, w większości wykonywane oddzielnie w domowym studiu każdego członka - chociaż McCready czasami współpracował z perkusistą Mattem Cameronem - zanim grupa zjednoczyła się, by razem dokończyć utwory. Podczas przerwy od siebie Eddie rozpoczął solową trasę koncertową, Matt powrócił do Soundgarden, Stone dołączył do pobocznego projektu Brad, Ament nagrał solowy album While My Heart Beats, zaś Mike założył grupę Walking Papers. Dzięki temu mogli wrócić znów do pracy nad nowym, dziesiątym już, studyjnym albumem Lightning Bolt. Podobnie jak w przypadku poprzednich płyt za konsoletą usiadł Brendan O’Brien, który spełnił swoją rolę również jako muzyk gościnny, grając na klawiszach, obok wieloletniego przyjaciela i współpracownika koncertowego zespołu, przesympatycznego klawiszowca z Hawajów Kennetha Gaspara, zwanego Boomem (na koncercie, gdy Ed przedstawia zespół w tym także klawiszowca, publika radośnie skanduje Buuuuuuuuuuuum). Jest także skrzypaczka Ann Marie Calhoun. 


Po sześciu tygodniach nowych sesji nagraniowych album został zmiksowany w Seattle na życzenie zespołu, a proces odbywał się w Studio X. W przeciwieństwie do krótkich utworów Backspacer, Lightning Bolt zawiera dłuższe utwory i bardziej eksperymentalne brzmienie, które McCready deklarował jako logiczne rozszerzenie tego, czym był Backspacer. Poczucie większego komfortu w procesie komponowania i nagrywania prowadziło do powrotu do niektórych bardziej osobliwych rzeczy, które zespół robił na albumach takich jak wspomniany już No Code czy Binaural. Mamy na niej zarówno klimat Pink Floyd, jak i starego, dobrego punk rocka. Słychać i wpływy Neila Younga, choćby w utworze Yellow Moon. Singlami promującymi był Sirens oraz Mind Your Manners. Kompozytorem obu jest Mike McCready. Mind Your Manners jest inspirowane twórczością punkowej kapeli Dead Kennedys, zaś główną inspiracją do skomponowania Sirens był koncert Rogera Watersa The Wall Live. Mike jest wielkim fanem Floydów. Pragnął koniecznie skomponować, coś co przypominałoby Pink Floyd. Wyszła z tego przepiękna rzecz. Eddie dołożył tekst, w którym to wyraża zmartwienie przemijania, śmiertelności oraz przyszłością dla następnego pokolenia. Vedder napisał tekst po usłyszeniu syren z jego pokoju hotelowego późnym wieczorem / wczesnym rankiem, kiedy zespół był w Los Angeles. Nie wiedzieć dlaczego utwór ten jest dość nielubiany przez wielu fanów Pearl Jam. Nie wymagajmy od nich wiecznego darcia ryja. Mimo dramatyzmu, jakie niesie za sobą Lightning Bolt zespół był w doskonałej komitywie podczas pracy w studio i świetnie się bawili podczas procesu twórczego. 


Mamy też pewne przemycenia. Sleeping By Myself znalazł się wcześniej na solowym albumie Eda z 2011 roku Ukulele Songs. O'Brien zasugerował ponowne nagranie, uważając, że kompozycja jest typowa dla Pearl Jam. Absolutna perełka na albumie utwór Pendulum, w którym znów pojawia się temat przemijania, pamięta czasy sesji nagraniowej do Backspacer, ale numer nie pasował wówczas do reszty. Utwór tytułowy, czyli Lightning Bolt, to Pearl Jam w pełnej krasie - bezkompromisowo walczący o podstawowe prawa człowieka. Pieśń ta jest wyrazem wsparcia dla kobiet i ich podstawowych praw, które są co rusz na świecie łamane. Nigdy nie zapomnę momentu, w którym zagrali ten utwór w Krakowie. Zabrzmiały pierwsze akordy, Ed ze sceny rzucił dla wszystkich silnych kobiet, a naszym oczom ukazał się na telebimach logotyp Ogólnopolskiego Strajku Kobiet. Wartym posłuchania jest także utwór otwierający, Getaway, który - w przeciwieństwie do innych utworów - traktuje o wolności i mówi wyraźnie: chcesz mieć swój świat? ok, miej, ale nie wchodź z butami w mój. Większość wypełnia temat przemijania i śmiertelności. Warto też nadmienić, że Ed początkowo bał się pisać piosenki o śmiertelności, ale później jednak doszedł do wniosku, że powinien, bo śmierć jest wszędzie. Przykładem tego jest choćby piękny, zamykający album utwór Future Days. Wokalista napisał go po stracie przyjaciela, Dennisa Flemiona, który utonął w 2012 roku. 


Lightning Bolt ukazał się 15 października 2013 roku i stał się piątym studyjnym albumem Pearl Jam, który zadebiutował na pierwszym miejscu listy Billboard 200, ze sprzedażą 166 000 egzemplarzy w pierwszym tygodniu w Stanach Zjednoczonych. W drugim tygodniu album sprzedał się w 46 000 egzemplarzy, zajmując drugie miejsce. Zadebiutował również na pierwszym miejscu w Kanadzie, sprzedając 23 000 kopii w pierwszym tygodniu i stając się drugim z rzędu albumem zespołu, który zadebiutował na pierwszym miejscu kanadyjskiej listy albumów. W Australii Lightning Bolt zajął ósme miejsce. Natomiast w Wielkiej Brytanii osiągnął drugą pozycję na UK Albums Chart i był tam najlepszym wynikiem od czasu ich drugiego albumu studyjnego Versus. Lightning Bolt znalazł się również na szczycie list przebojów w Belgii, Irlandii, Chorwacji i Portugalii, a drugie miejsce w Holandii, Włoszech, Nowej Zelandii, Norwegii i Szwajcarii.


Czy Pearl Jam dalej tworzy muzykę grunge? Myślę, że z całą pewnością tak. Czasy szaleństw Eddiego po rusztowaniach podczas koncertów dawno minęły. Muzycy nie noszą już flanelowych koszul, t shirtów z lumpa oraz martensów i wystających z nich długich białych getrów. Przeminęło. Pozostał sentyment. Muzycznie też jakby się bardziej uspokoili, a Eddie im jest starszy tym staje się lepszym poetą, o wiele więcej w nim romantyzmu i refleksji, niż kiedyś. Pamiętajmy jednak, że grunge to przede wszystkim filozofia życiowa i wierność tym samym ideałom od lat. Zmienia się nieco forma przekazu tego, ale … to wciąż Pearl Jam. Iście grunge’owy. Taki jest też Lightning Bolt. Bardzo udane wydawnictwo. Polecam mocno. 









Bartas✌


sobota, 10 października 2020

"Jeśli Bóg będzie łaskawy spotkamy się znów pewnego dnia". O albumie "Barcelona" słów kilka...

Przerzucam się na operę! Zapomnijcie o rock’n’rollu
. Powiedział kiedyś żartobliwie Freddie Mercury w swoim ostatnim publicznym wywiadzie. Moi Kochani, dzisiaj będzie operowo, ale nie martwcie się, nie będzie nudno. Jest 10 października 2020 roku. A to znaczy, że tego dnia, trzydzieści dwa lata temu, ukazał się album Barcelona Freddiego Mercury'ego i jego wielkiej muzycznej miłości - katalońskiej śpiewaczki operowej Montserrat Caballe. Nie ma już ich z nami. Oboje odeszli do największej orkiestry świata. Caballe nie doczekała trzydziestej rocznicy wydania albumu, podobnie jak Freddie olimpiady w Barcelonie w 92 roku, na której mieli zaśpiewać razem. Diva zmarła w nocy z 5 na 6 października 2018 roku w szpitalu, w wieku 85 lat. Pozostała muzyka. Dzisiaj postaram się przybliżyć Wam historię powstania tej niezwykłej współpracy. 

Bez zbędnych pytań płyta Barcelona była jedną z najbardziej ambitnych, wyzwaniowych i zarazem odważnych przedsięwzięć Freddiego. Uważał ją za jedną z najbardziej satysfakcjonujących projektów w karierze i z pośród tych, z których był najbardziej dumny. Zaiste praca z Montserrat Caballe była spełnieniem jego marzeń. Nie przypuszczał, że kiedykolwiek może się ono spełnić. W kwietniu roku 1986, podczas wywiadu dla hiszpańskiej telewizji i programu Informe Semenal, Freddie mówił o swojej pasji dla opery, a w szczególności o swym zamiłowaniu do głosu Montserrat Caballe. Jak tłumaczył, głównym powodem wizyty w Barcelonie było pragnienie spotkania z divą. Gospodarz programu tv był nieźle zaskoczony. Wiadomość ta szybko dotarła do Caballe. Manager Jim Beach skontaktował się z promotorem Queen w Hiszpanii, Pino Sagliocco, by zaaranżować spotkanie i ostatecznie marzenie Freddiego spełniło się dziewięć miesięcy (!!!) później. Oto on we wspomnianym na samym początku swoim ostatnim publicznym wywiadzie


Po raz pierwszy spotkali się w hotelu Ritz w Barcelonie 24 marca 1987 roku. I tak właśnie narodziła się, być może, najbardziej niezwykła kolaboracja w nowoczesnej historii muzyki. Freddie poleciał do Barcelony z managerem Queen Jimem Beachem, z kompozytorem Mikiem Moranem i ze swoim osobistym asystentem Peterem Phoebe Freestonem. Wziął także ze sobą taśmę z utworem, jakim nagrał dla niej na tę okazję. Usiedli razem, a cała reszta ekipy stała wokół nich. Przez dobre dwie lub trzy minuty panowała martwa cisza. Aż w końcu Freddie odważył się zwrócić do Montserrat ze słowami: Wiesz, napisałem dla Ciebie piosenkę. Czy mogę ją zagrać? I tak przełamały się lody między nimi. Jedna z najlepszych div operowych świata i - moim zdaniem - najlepszy rockowy frontman i wokalista wszech czasów, spędzili resztę popołudnia śpiewając razem, z Mikiem Moranem na pianinie, w hotelowym pokoju.


Utwór Barcelona został nagrany w kwietniu roku 1987 i pierwszy raz wykonany przez Freddiego i Montserrat 30 maja tego samego roku na Ibizie w klubie Ku. To był finał światowego Show Ibiza ’92. Niezwykły odbiór publiczności hiszpańskiej zachęcił Freddiego i Montserrat do nagrania całego albumu. Album był nagrywany przez okres 18 miesięcy Pomiędzy styczniem 1987 roku, a lipcem 1988 roku w dwóch studiach – Townhouse w Londynie i Mountain w Szwajcarii. Producentem był Freddie, Mike Moran i David Richards. 


No, ale nie tylko Barcelona. Utwór numer dwa La Japonaise. Odkąd Queen ruszyli w pierwszą poważną trasę po Japonii Freddie był zafascynowany tym krajem i chyba mu to pozostało. Postanowił nagrać taki właśnie utwór w klimatach japońskich. Nagrania dokonano 9 listopada 1987 (a demo pochodzi z 1 września). Freddie napisał cały tekst, łącznie z częścią po japońsku (!) a niektóre fragmenty zaśpiewał ... falsetem. Idąc dalej mamy przepiękny i wzniosły The Fallen Priest. Pierwotny tytuł to Rachmaninov's Revenge, później zmieniony na The Duet i w końcu na The Fallen Priest po napisaniu tekstu przez Tima Rice'a. Jak dla mnie chyba najbardziej emocjonalny ładunek na płycie. Freddie wchodzi w takie rejestry wokalne, że ja osobiście wymiękam! Wspomniałem o utworze, którego Freddie napisał specjalnie na pierwsze spotkanie z Montserrat. Otóż ten wspomniany Exercises In Free Love został przekształcony w utwór Ensueño. Freddie na prośbę divy zaśpiewał.... TENOREM. Nigdy wcześniej ani nigdy później już tego nie robił.


Nie sposób się nudzić tym albumem. Opera wcale nie musi być nuda. The Golden Boy to niesamowity łączący w sobie kilka gatunków połączonych ze sobą razem - oprócz opery mamy tutaj rock, gospel i soul. W nagraniu wzięli udział m.in. Peter Straker, czyli kumpel Freda od najdzikszych orgiastycznych imprez, a także chórek gospel w składzie: Madeline Bell, Dennis Bishop, Lance Ellington, Miriam Stockley, Mark Williamson i Carol Woods. Utwór zaczyna się poważnie i groźnie, jakbyśmy oglądali jakiś horror, by przejść do crescendo fortepianowego i lirycznego wokalu Freddiego, który śpiewa: Kocham Cię za Twoją ciszę/Kocham Cię za Twój pokój... a potem .... BUM! Energia, rock'n'roll, gospel. Utwór kończy się tak, jak się zaczął. UWIELBIAM TEN KAWAŁEK. Opera to nuda? Freddie pokazał, że NIE! Ostatnie dwa utwory połączone razem ze sobą. Guide Me Home oraz How Can I Go On. Ten pierwszy na początku nosił nazwę Freddie's Overture i był jednym z ostatnich utworów, które powstały na tej płycie - datuje wczesny 1988 rok. Z kolei How Can I Go On to utwór nagrany wczesna wiosną 1987 roku. Na basie zagrał … John Deacon. Jest też Overture Piccante - taki mix fragmentów z całej płyty połączony w jeden utwór. Ot tak. Dla zabawy. Wyszło fajnie.


Ósmego października 1988 roku, czyli na dwa dni przed wydaniem płyty, Freddie i Montserrat pojawili się znów razem, tym razem na wielkim wydarzeniu La Nit, na którym odbyło się przekazanie Barcelonie przez Koree Olimpijskiej flagi. Byli obecni tam także król i królowa Hiszpanii. Para wykonała wówczas trzy utwory Barcelona, The Golden Boy oraz How Can I Go On. Wydarzenie było filmowane na całym świecie, a dyrektorem realizującym był Gavin Taylor. Użyto wówczas osiemnastu kamer. Był to tak naprawdę ostatni wielki koncert Freddiego na scenie. Artysta miał wówczas problemy z gardłem, więc para zaśpiewała z playbacku. To jest niestety zawsze ryzykowne. Widać na nagraniu lekkie spięcie na twarzy wokalisty. Nie obyło się bez kontrowersji i skandalu. Ktoś puścił źle taśmę, w złym tempie. Publika to zauważyła. Sam Freddie po występie był wściekły na całą obsługę techniczną do tego stopnia, że o mało co nie zdemolował zaplecza sceny. Zainteresowanych odsyłam do książki Somebody To Love. Życie śmierć i spuścizna Freddiego Mercury'ego autorstwa Matta Richardsa o Marka Langthorne’a.


Utwór Barcelona został przyjęty jako główny hymn Igrzysk Olimpijskich. Singiel został ponownie wydany w sierpniu i tym razem uplasował się na 2 miejscu. Freddie i Montserrat mieli zaśpiewać razem na otwarciu Igrzysk. Niestety śmierć Freddiego pokrzyżowała te plany. Freddie zaśpiewał ... z Nieba, a tak naprawdę z taśmy. W sobotę, 6 października 2018 w godzinach porannych dotarła wieść o śmierci Montserrat Caballe. Nie doczekała obchodów 30 rocznicy wydania albumu, podobnie jak przed laty Freddie nie doczekał olimpiady w Barcelonie. Włączyłem wówczas Barcelonę i odkryłem w niej zupełnie nowe przesłanie, nowy kontekst utworu: Jeśli Bóg zechce to spotkamy się znów pewnego dnia. Ten tekst jest i był zawsze dwuznaczny. Traktuje zarówno o zachwycie nad miastem, jak i ... o pierwszym spotkaniu duetu. No,i spotkali się. Śpiewają teraz razem w tym wielkim niebiańskim chórze. Nieżyjący już także Bogusław Kaczyński, polski znawca opery i operetki oraz muzyki poważnej i klasycznej powiedział o tej płycie kiedyś tak: Muzyka jest różna, każdy może zaśpiewać raz to, raz to. Montserrat Caballe i Freddie Mercury nagrali wspólną płytę. Ona - gwiazda opery światowej, on - gwiazda rocka. Z tego połączenia ognia i wody powstało nagranie, które już zawsze będzie nas zachwycało i zadziwiło. Nie wzbraniał bym się więc przed radykalnym oddzielaniem opery od rocka, ale do doskonałego ich połączenia potrzeba artystów wybitnych. Freddie takim właśnie był.

Kochani, nawet jeśli nie jesteście i nigdy nie byliście fanami opery jako takiej to sięgnijcie po tę płytę. Tak jak zespół Queen nie dał się muzycznie zaszufladkowaćw jednym gatunku, tak Freddie ze swoim solowym projektem i umiłowaniem dla opery pokazał, że ona wcale nie musi być nudna. Może być pełna żywiołu i rock'n'rolla. Pozycja mocno obowiązkowa 😍







Bartas✌



35 lat temu ukazał się jeden z najlepszych debiutów w historii muzyki - "Ten" grupy Pearl Jam.

  Po śmierci Andy’ego Wooda Gossard i Ament zawiesili działalność. W czasie tej separacji Gossard spędził swój czas na pisaniu materiałów, k...