niedziela, 27 października 2024

Gniew, smutek, zachwyt, gorycz i świadomość siebie. The Linda Lindas i ich drugi album - "No Obligation".

 

You don’t owe no demonstration / Who cares about their validation?! Warczy tytułowy numer z drugiego albumu żeńskiej kapeli, pochodzącej z Los Angeles, The Linda Lindas zatytułowanego No Obligation. Dwuminutowy, mocny hymn nie traci czasu na potwierdzenie nieugiętego stanowiska politycznego grupy: nie jesteśmy tu po to, aby robić to, co nam każecie, ale jako młodym kobietom mówicie nam wiele. Szybkim, podobnym do Amyl And The Sniffers riffem prowokują słuchaczy, aby nawet spróbowali zakwestionować swoje samostanowienie. Zanim przejdę do płyty recenzji płyty, muszę się Wam przyznać, Drodzy Czytelnicy, że o istnieniu zespołu dowiedziałem się dopiero w tym miesiącu na kilka dni przed wydaniem tej ich drugiej płyty. Wokalista Green Day, Billie Joe Armstrong, podsumowując gigantyczną trasę po Stanach Zjednoczonych, podziękował paniom za wsparcie i świetne występy przed nimi jako headlinerami. Postanowiłem czym prędzej posłuchać debiutanckiego albumu Growing Up. I bardzo mi się spodobało to, co usłyszałem na ich nagraniach. 


Sentencja No Obligation jest bardzo podobna, choć znacznie ewoluowała. Stała się bardziej odważna, ale i świadoma siebie. Panie wyróżniają się tym, jak łączą polityczne slogany Riot Grrrl z emo wrażliwością pop-punku, symbolizując bardziej kreatywne podejście do tego pierwszego i konieczną polityczną zmianę w tym drugim. Kompozycje takie jak All In My Head i I Don’t Think przyjmują słuszną perspektywę wkurzonych nastoletnich dziewcząt próbujących odnaleźć się w swoim życiu, podczas gdy białe sypremacyje i patriarchalne mocarstwa kopią je i wpychają do pudełka. W swoich bardziej wrażliwych momentach zadają sobie pytania o to, jak kształtować tożsamość poza tym, czego się od nich oczekuje, jak żyć zgodnie ze swoimi wartościami politycznymi jako młode feministki. Weźmy chociaż taki łagodniejszy numer jak Once Upon A Time, w którym zespół stwierdza: I'm good at being angry / I'm good, zanim wybucha refren: It's not about screaming / It's not about trying to hide / I'm trying to see how they see me / I'm trying to see what they like. Innymi słowy te młode kobiety pytają: Jak możemy na przykład pozwolić sobie na bycie wyrozumiałymi i miłymi, nie będąc wykorzystywanymi z powodu naszego pozycjonowania jako młodych kobiet? Podczas gdy inne odradzające się się żeńscy wykonawcy pop-punkowi - jak choćby Olivia Rodrigo - mogłyby jedynie nawiązać do warunków politycznych, które sprawiają, że jest to doświadczenie bycia młodą kobietą, The Linda Lindas są o wiele bardziej bezpośrednie, przeplatając każde doświadczenie, o którym piszą, z szerszym obrazem. Przykładem tego choćby może być Too Many Things, gdzie jednym tchem narzekają na ilość presji, pod którą są: Too many creases, I'm too small / Soon I won't be nothing at all, zanim stwierdzą - Can't You see I'm trying to be awake. Zastanawiają się, ile zmian możemy wywołać jako jednostki. To orzeźwiające spojrzenie i rodzaj mądrego nastoletniego niepokoju - trochę emo, ale bardzo inteligentnego, świadomego siebie i sarkastycznego. 


W warstwie muzycznej przyspieszone gitary i szybkie rytmy perkusji to oczywiste hołdy dla najlepszych zespołów z ich wybranych gatunków, takich jak: Babes In Toyland, Bikini Kill, The Breeders i Paramore. Lose Yourself i Resolution/Revolution wydają się rozszerzeniem politycznego pop-punku, który do perfekcji opanowali koledzy z Kalifornii - wspomniany na początku zespół Green Day. Łącząc ze sobą skate-punkowe bębny z zapierającą dech w piersiach paranoją i upiornym wokalem gangowym, zespół uosabia horror my-kontra-oni amerykańskich okoliczności politycznych w utworach, które mogłyby spokojnie pasować do arcydzieła Zielonych - American Idiot. Słyszymy jak śpiewają: They think we cannot / To scared to give thought / Us and them, we're not on the same wavelength


Album No Obligation nie jest tylko przedstawieniem beznadziejnej sytuacji Stanów Zjednoczonych. Jest ekscytującym albumem punkowym, którego celem jest mobilizacja tych, którzy go będą chcieli posłuchać. W każdym dźwięku, sylabie słychać gniew, smutek, zachwyt i gorycz, a z tej mieszanki uczuć płynie pełne oddania tworzeniu zmian. Nie dziwię się więc, dlaczego Billie Joe Armstrong jest tymi młodymi dziewczętami tak zachwycony. Zmiana tego świata zaczyna się od nas samych.  Polecam gorąco! 🔥😊 Bartas✌☮

czwartek, 24 października 2024

Dobra zabawa i nowatorski humor. The Offspring i ich nowy album "Supercharged".

 

It’s a lot of work for that 15 minutes of fame śpiewa Dexter Holland w Get Some, który to - nomen omen - na początku ku mej ogromnej uciesze zawiera intro z utworu Stone Cold Crazy Queen. I zachodzisz w głowę ileż to pracy potrzeba na 40 lat istnienia. No, bo prawda jest taka, że zespół The Offspring został założony w 1984 roku jako Manic Subsidal, ale prawdziwą sławę zyskał dopiero dziesięć lat później, wydając swój trzeci studyjny album Smash. To wciąż szmat czasu, by być i pozostać produktywnym i istotnym w branży muzycznej zespołem. Swoim najnowszym dokonaniem, zatytułowanym Supercharged udowadniają, że wciąż potrafią potrafią tworzyć elektryzującą muzę. Jest to płyta, która zawiera mnóstwo klasycznego, napędzającego punk rocka, którego fani zespołu kochają od ponad trzech dekad. Utwory takie jak choćby apokaliptyczny singiel Light it Up (Prometheus to Armageddon, we’re right on track), The Fall Guy i Truth In Fiction pędzą z prędkością kilku mil na minutę z klasycznymi refrenami whoa. I co ciekawe, Truth In Fiction równie dobrze mógłby być utworem Bad Religion, z tekstami takimi jak Society’s a fiction when we replace the truth with it. To piosenki z circle pit, które doprowadzą festiwalową publiczność do szaleństwa. Jednak zespół nigdy nie spoczywa na laurach. 


Krążek zaczyna się jednym z ich najbardziej ambitnych numerów w karierze Looking Out For #1. Zakończony niesamowitą melodią, która brzmi jak z jakiegoś klasycznego horroru. Kompozycja narasta po refrenie, z wieloma mostkami, śpiewem, gitarowymi solówkami, bulgoczącymi liniami basowymi, a nawet… ksylofonem dla dobrej odmiany. Pomimo tych wszystkich elementów utwór, jak i zespół, pozostaje spójny. Przynajmniej nie starają się być jak Queen, choć ich uwielbiają. W utworze Make It All Right, który był pierwszym singlem promującym, The Offspring brzmi jak The Beach Boys w wydaniu punkowym. To może być jeden z najbardziej pełnych nadziei pop-punkowych utworów w ich katalogu. Opowiada bowiem historię dziewczyny, która pociesza swojego chłopaka, który chce, by świat dał mu czarne chmury w letni dzień. Jest to rodzaj dobrej zabawy, która wywindowała utwór na koniec lata na pierwsze miejsce w alternatywnym radiu, Jeszcze bardziej wyjątkowy Ok, But This Is The Last Time, który brzmi jak interpolacja zespołu popowej piosenki z lat 80-tych. Wokal Hollanda nigdy jeszcze nie brzmiał tak gładko i szczerze, a chociaż nadal jest tu skoczny pop-punkowy refren, produkcja jest bujna (nawet z kilkoma akompaniamentami smyczkowymi), która może sprawić, że zapomnisz, że słuchasz płyty wyprodukowanej przez Boba Rocka. I chociaż w warstwie lirycznej jest w tym numerze trochę humoru to jest on napisany z myślą o dzieciach wokalisty The Offspring. Protagonista kompozycji jest frajerem, który ciągle się poddaje i jest frajerem dla kogoś, kogo bardzo kocha. W przeciwieństwie do niektórych poprzednich albumów, humor tutaj jest troszkę nowatorski. Dexter brzmi tak, jakby pisał bardziej z naturalnego miejsca, niż na poprzednich albumach, więc te piosenki wydają się bliskie, a nie wyrzucane.


Brzmieniowo zespół szuka inspiracji wstecz, zamiast próbować podchwycić brzmienie czasów obecnych. Kiedy składają hołd Brazylii za pomocą prawdziwego head-bangera Come To Brazil, grzmiąco toczące się bębny i ciężkie riffy (z pewnością mające na celu doprowadzenie brazylijskich fanów do szaleństwa) są wyjęto prosto z ppodręcznika od hair metalu. Zaś w zamykającym krążek album You Can’t Get There From Here jest prawdopodobnie najbardziej nastrojowym utworem w katalogu zespołu, czerpiącym z Pink Floyd i klasycznej rockowej wzniosłości, nawet gdy powraca do punkrockowego refrenu.


Myślę, że zespół The Offspring są już na takim etapie, że nie muszą udowadniać za wiele i wywalone mają na negatywne recenzje. Ich fani na całym świecie doskonale wiedzą czego się spodziewać i chętnie kupią płytę czy pójdą na koncert. Ale do tych, którzy są zainteresowani i dla tych, którzy być może położyli na nich krzyżyk mówię: możecie się czuć bezpiecznie. Holland spółka nadal potrafią dostarczyć zwarte, klasyczne hymny punkowe, jednocześnie zajebiście się bawiąc i rozszerzając zasięg pisania swoich piosenek. Więcej, niż warto posłuchać!😊 Bartas✌☮

środa, 23 października 2024

Powrót do źródeł. Jerry Cantrell i jego czwarty solowy album "I Want Blood".

 

Po zaskakująco ciepłym i łagodnym albumie Brighten z 2021 roku Jerry Cantrell powraca do tego, do czego został stworzony. Artysta Sceny Seattle, gitarzysta i założyciel kultowego Alice In Chains oraz pionier rocka alternatywnego zawsze eksperymentował ze swoim brzmieniem, np grając głównie akustyczne numery na Jar Of Flies Alicji, dodając troszkę twangu na drugiej solowej płycie Degradation Trip i bawiąc się różnymi technikami harmonii wokalnej przez całą swoją karierę swojej macierzystej formacji. No, ale przez cały ten czas jego najbardziej rozpoznawalna muzyka zawierała pewne podstawowe elementy - była ciężka, mulista i ponura. Nie inaczej jest przy okazji jego najnowszego dzieła, czwartego już w dorobku solowego albumu - I Want Blood. Bez zbędnych zbędnych słów przejdźmy do zawartości muzycznej. 


Otwierająca krążek kompozycja Vilified nakłada główny, dudniący riff gitarowy Cantrella na licki grane za pomocą pedału wah-wah i talk boxa. Jego wokal waha się między zniechęceniem, a pięknym i złowieszczym napięciem, gdy śpiewa o sztucznej inteligencji, która niczym zaraza zalewa nas zewsząd: Simulate the feel / Of all that's true and real / Hey-a, schadenfreude crescendo / Hey-a, skew the innuendo. Agresywny rocker w utworze tytułowym jest mniej mulisty. Basista Guns N’ Roses Duff McKagan i perkusista Faith No More Mike Bordin nadają porywający rytm, podczas gdy Jerry śpiewa chrapliwym wyciem o ulotnej naturze życia: You only rent the crown. Kompozycja jest potężna i skupiona, uderza z precyzją i kończy się piętnastoma sekundami sprzężenia zwrotnego. Mamy też blues-rockowy groove w Throw Me A Line, który osiąga trudną równowagę, bowiem jest zarówno taneczny, jak i świetny do machania łbem. Najcięższym numerem na albumie jest Off The Rails. Mocne gitarowe akordy uderzają niczym młot pneumatyczny, synchronizując z perkusją Gila Sharone’a i dudniącym basem Roba Trujillo z Metalliki.  


Największym atutem tego krążka, szczególnie dla wszystkich fanów Alice In Chains, jest Let It Lie. Rozpoczyna się jednym z najbardziej charakterystycznych dla Cantrella cech - złowrogim riffem z podciągnięciem strun na obniżonym tonie gitary. Ma w sobie złośliwość Stone czy It Ain’t Like That AIC. Jerry jest wkurwiony i buntuje się przeciwko nienawiści i podziałom politycznym. Bezkompromisowo śpiewa: Can You see Yoursеlf in the other? / Relеase the need to be so right / Oh, won't You let it lie? To ponura alternatywna piosenka z warczącymi gitarami, solówkami rockowego bohatera i aurą zmienności. Chociaż mulisty i agresywny alt-rock stanowi większość albumu, ma on również kilka solidnych i lżejszych momentów. W żałobnym utworze It Comes przejmujący głos Cantrella unosi się nad niesamowitym arpeggio gitary. Tekst jest nieco tajemniczy, ale ma aurę śmierci - Not only scars I see / Notes in a symphony, it comes. W mrocznej balladzie Echoes Of Laughter nasz bohater śpiewa o zmaganiach po stracie ukochanej osoby: I don't believe in a heaven or a hell / Could be both in the now, baby, it's hard, hard to tell. Śpiewa bardzo przejmująco, a jego żałobny woal jest uzupełniony harmonią wokalną byłego wokalisty Dillinger Escape Plan - Grega Puciato. Słyszymy jak panowie razem w refrenie śpiewają: The canyons echo of Your laughter in the light of day / I ran all night, a call I answered, You went away.


Z gwiazdorską obsadą i powrotem do warczącej, destrukcyjnej muzyki, I Want Blood jest najlepszym albumem, jaki Jerry Cantrell wydał co najmniej od Degradation Trip z 2002 roku, jeśli nie od wydanego w 1995 roku albumu Alice in Chains o tym samym tytule. Pokazuje, że Cantrell nadal rozwija się artystycznie, zwłaszcza jako wokalista, jednocześnie opierając się na muzycznych umiejętnościach, które uczyniły go bohaterem gitary pokolenia. Kolejna znakomita płyta tej jesieni. Nie przegapcie! 😉 Bartas✌☮

I Piąty Anioł zatrąbił tam, gdzie nic nie jest takim, jakim się wydaje. Oranssi Pazuzu - "Muuntautuja".

 

Oranssi Pazuzu to fiński zespół, który gra psychodeliczny death metal. 11 października 2024 roku wydał swój szósty studyjny album zatytułowany Muuntautuja (tłum. zmiennokształtny) i kontynuuje swoją nieustającą podróż przez mroczną awangardę, którą rozpoczęli w roku 2007. Traktując tytuł dosłownie, Finowie stworzyli płytę, która jest zmienna do głębi. Tu nic nie jest takim, jak się wydaje i chociaż fundamenty są bardzo blackmetalowe, nazwanie Muuntautuja w ten sposób byłoby znacznym niedocenieniem tego, co tu się dzieje. Otwierający album utwór Bioalkemisti rozpoczyna się delikatną elektroniką i nadaje to całemu albumowi. To nie będzie prosta żegluga, o czym dość szybko poświadczają rozmyte riffy i industrialne klawisze. Lovecraftowskie pejzaże dźwiękowe wznoszą się i opadają, zwiększając atmosferę i napięcie w z każdym zgrzytem i każdym krzykiem. Wokal jest demoniczny, a muzyka niczym wiatr w Transylwanii - wirująca. Najbliżej uziemienia jest środkowa część w stylu Mayhem, która mówi wszystko, co musisz wiedzieć. Tytułowy numer nabiera industrialnej elektroniki, zastępując warczące wiry niskim buczeniem; demonicznego narratora zastępuje głos androida. Nurkujace riffy i postmetalowy klimat w połączeniu z dziwną instrumentacją dodają niepokoju, ale nie sposób tu nie pomyśleć o Pink Floyd. Nietypowa instrumentacja znów podnosi głowę w kompozycji Hautatuuli, która szuka bardziej ambientowego aspektu. Na tle uproszczonej linii basowej i trelowej gitary wita nas szeptany wokal, rzucający zaklęcia i inwokacje na tle powolnej i stałej progresji. Dopiero w połowie powściągliwości ustępują, a melodia wbija się w powietrze na skrzydłach wirujących klawiszy. 

Każdy z utworów na Muuntautuja to zupełnie inne doświadczenie, dodające warstw kreatywności z każdym utworem. Czy to szybki i wściekły riff w Voitelu, gdzie bardziej bezpośrednie podejście muzyków do ich sztuki jest tak samo niepokojące, czy wirowanie i miotanie się Valotus w burzy kakofonii black metalu. Surowy i instynktowny Valotus bije i karze w równym stopniu i jest tak piekielnie zły, że może konkurować z każdą pomalowaną trupem hordą, jaką ziemia może mieć do zaoferowania. Beztroski fortepian znajduje dziwnego towarzysza w postaci niskiego buczenia, zanim młotkujące riffy wygenerują diabelską atmosferę, prowadząc do podejrzeć, że Piąty Anioł zatrąbił w trąbkę i otworzyła się bezdenna otchłań. Najdłuższa kompozycja na albumie - Ikik​ä​ä​rme - to także Oranssi Pazuzu w szczytowej formie. Trwa niecałe dziesięć minut i łączy wszystkie dotychczas usłyszane pomysły. Lekkie linie fortepianu i niski szum sugerują maszynę wirującą o życia. Proteuszowa natura płyty jest szeroko opisana: industrialne BM staje się hałasem, a piekielne zaśpiewy zabierają nas w podróż do Strefy Mroku, gdzie nic nie jest takie, jakim się wydaje. Przywołując niepokojącą atmosferę MoRT czy Blut Aus Nord, Ikikäärme jest także najbardziej awanturniczym amalgamatem pejzaży dźwiękowych na Muuntautuja. W swoim centralnym punkcie zaczyna łączyć się w rozpoznawalną całość, a jego własny dysk akrecyjny wiruje w ogromnej pustce kosmosu. W punkcie kulminacyjnym obce głosy słyszane, gdy melodia dobiega końca, nie są już Innymi, raczej, podobnie jak my, stały się częścią całości. Ostatni utwór, instrumentalny Vierivä Usva, działa jak rozszerzona koda albumu, ponieważ Ikikäärme powiedział już wszystko, co Oranssi Pazuzu chciał, aby powiedział o Muuntautuja.


W duchu Blut Aus Nord, Deathspell Omega i The Axis of Perdition, Oranssi Pazuzu rozkoszują się tworzeniem szokujących, niepokojących albumów; ale - moim zdaniem - tak właśnie powinien brzmieć death metal: sprawić, że będziesz się bać o własną duszę. Myślę, że album Muuntautuja powoli odsłoni wszystkie swoje walory. I chociaż jest to podróż pełna niebezpieczeństw, ryzyko jest tego warte. Doskonały album na długie jesienne wieczory🔥 Bartas✌☮

sobota, 5 października 2024

Dbałość o szczegóły. Nightwish i ich nowy album - "Yesterwynde".

 

Cieszmy się wszyscy, bo Nightwish powraca! Nie mam na myśli tego, że ta doskonała fińska grupa powraca z dziesiątym studyjnym album enigmatycznie zatytułowanym Yesterwynde, ale także dlatego, że powrócili do cięższego brzmienia z pewnym teatralnymi akcentami. Nowy krążek został wydany 20 września 2024 nakładem wytwórni Nuclear Beast i maluje bardzo dokładny obraz dźwiękowy tego, jak starsze, bardziej symfoniczne brzmienie zespołu może łączyć się z ich nowym, bardziej progresywnym podejściem. Pomiędzy gęstymi orkiestracjami, teatralnymi momentami, cięższymi sekcjami, wykwintnym wokalem Floor Jansen oraz pięknymi aranżacjami chóralnymi, Yesterwynde przekonało mnie bardziej, niż Human :II: Nature (może Was to zdziwi, ale nie jestem fanem tej płyty). Te kompozycje są po prostu lepsze, bardziej zwarte, melodie są mocniejsze (chociaż niekoniecznie chwytliwe) pomysły muzyczne są lepiej zdefiniowane, zaś projekt dźwiękowy jest bogatszy i bardziej zniuansowany. Ponadto - tym, co zawsze czyniło zespół tak prestiżową obecnością na scenie symfonicznego metalu, jest dbałość Tuomasa Holopainena o szczegóły i jest ich wiele płycie, jeśli chodzi o ten aspekt. 


Czując się jako naturalny następca Endless Forms Most Beautiful z 2015 roku Yesterwynde jest o wiele bardziej skupioną sprawą z wyraźnym początkiem i wyraźnym zakończeniem. Oba w formie projekcji starego filmu, która zaczyna się na początku utworu tytułowego, będącego Intrem i kończy się w końcówce oszałamiającego Lanternlight. To tutaj wspomniana wcześniej dbałość o szczegóły wchodzi do gry, gdy słuchacz jest powoli wciągany w doświadczenie albumu, a następnie delikatnie z niego uwalniany. Mówiąc o Yesterwynde, intro spełnia swoje zadanie wspaniale, tworząc czarującą atmosferę aranżacji chóralnych i zharmonizowanych wokali, zanim sekcja akustyczna przejmie główną melodię, która ustępuje miejsca Floor Jansen. Trzeba podkreślić, że jej rejestr wokalny jest tu niższy, ale nadaje muzyce mroczniejszego klimatu i nawiązuje do jej wokalu we wspomnianym już  Lanternlight. Nawet ten krótszy utwór dowodzi, jak zwarte i pełne niuansów jest pisanie piosenek, płynnie przechodząc przez różne nastroje. Aby wzmocnić tę ideę, przejścia między jedną sekcją a następną w różnych numerach są tu mistrzowsko wykonane, czego najlepszym przykładem jest epos An Ocean Of Strange Islands. Ileż tu się pięknych rzeczy dzieje! Kompozycja przechodzi od łagodnego początku klawiszy i wokalu do wybuchowego instrumentalnego pasażu, podpartego świetnym riffem i wspieranego warstwami orkiestracji, aranżacji i chóralnych i szybkich wokali, które następnie ustępują miejsca świetnej plemiennej partii perkusyjnej (brawa dla Kai Hahto!). Utwór balansuje między naprawdę ciężkimi sekcjami i lżejszymi momentami, kończąc żałobną melodią czegoś  w rodzaju piszczałki lub dud. Innym przykładem płynnych przejść jest ośmiominutowy singiel Perfume Of The Timeless, choć uniwersalnym problemem tego numeru jest jego zmiksowanie, bowiem refren wydaje się być przyćmiony przez bogatą orkiestrację, co sprawia, że słuchanie tego kawałka jest z lekka… frustrujące. Poza tym ten utwór łapie za serce wersem We are because of a million loves, który przedstawia życie w wyjątkowej perspektywie, podczas gdy muzycznie wydaje się podróżą od czasów starożytnych do współczesnych. Przechodzi od plemiennej sekcji perkusyjnej do właściwego dla Nightwish terytorium z intensywnym riffem, bujną orkiestracją i emocjonalnym wokalem.


Jeśli chodzi o ciężką stronę albumu, The Antikythera Mechanism, oferuje nie tylko świetne instrumentale, ale także wybuch energii we refrenie, który sprawdzi się - myślę - doskonale na żywo, chociaż niektóre zwrotki są obniżone niemal do szeptu, jak choćby refren w Shoemaker. Zmiana tempa następuje, gdy Kai Hahto znów staje w centrum uwagi, jego gra na perkusji dodaje intensywności utworowi i to tak bardzo, że można niemal przegapić wokal Floor Jansen, który znów jest przyćmiony przez instrumentarium. Może jestem zbyt przywiązany do pewnych rzeczy czy nawyków, ale nie rozumiem dlaczego celowo obniżyli główny wokal i tempo w utworze. W obecnej formie The Antikythera Mechanism jest przykładem obu tych sytuacji - w mniejszym stopniu, co prawda - które tłumią moją przyjemność z dość interesującej piosenki. Następnie drugi singiel, dość popowy, The Day Of… jest niesamowity i złowieszczy, głównie ze względu na tekst, który przypomina… listę zakupów, jakie należy zrobić przed ewentualną katastrofą. Chór dziecięcy i linia basowa Jukki Koskinena tylko wzmacniają złowieszcze poczucie zbliżającego się niebezpieczeństwa w utworze. Pod koniec albumu The Weave ma kilka imponujących elementów perkusyjnych, które dodają ciężaru gitarom i basowi Emppu Vuorinena (szczerze mówiąc, Kai jest najlepszym zawodnikiem na tej płycie), podczas gdy tu i ówdzie pojawiają się pewne teatralne akcenty, aby rozjaśnić nastrój.


Jest mrok to musi być także jasność. Jeśli chodzi o tę stronę to akustyczna ballada Sway jest jednym z najpiękniejszych momentów na albumie, skupionym wokół wspaniałej melodii wokalnej w fantastyczny sposób prowadzonej przez Troya Donockleya i wielowarstwowym i zharmonizowanym śpiewie Jansen, podczas gdy melodyjny refren the big reveal awaits us all dodaje odrobinę napięcia do fałdu. W tym samym tonie Something Whispered Followed Me i Spider Silk mają w sobie nieziemskie piękno, podobne do Edema Ruh lub Alpenglow z 2015 roku. Pierwszy z nich ma zniekształconą melodię gitary równoważącą wokal i spokojny, popowy refren, podczas gdy drugi jest bardziej teatralny, a może nawet trochę straszny (jak wszystko, co związane z pająkami), z dudniącymi instrumentalami i narastającymi orkiestracjami. Wspomniałem już, że piosenka zamykająca, Lanternlight, jest oszałamiająca, ponieważ ma tak czarującą atmosferę, która jest jeszcze bardziej wzmocniona przez emocjonalny i pełen duszy przekaz Floor Jansen. Jej niski rejestr jest naprawdę bogaty i ciepły, nadając powagi takim tekstom jak „Jestem śniegiem na twojej dłoni”, któremu towarzyszą tylko smyczki i fortepian.


Był czas na ochy i achy, a teraz trochę pomarudzę, bo - jak powszechnie wiadomo - trzeba nie być Bartasem, by się do czegoś… za przeproszeniem… nie przyjebać! Mamy taki utwór The Children Of ‘Ata. Jest to rzecz oparta na historii Tongańskich Rozbitków. Muzycznie jest  połączeniem zaśpiewów owych tubylców z…rytmami disco lat 80-tych. Nie to, żebym miał coś do ejtisowych dyskotek. Sam lubię potańczyć. Ale w tym przypadku te dwie rzeczy kłócą się ze sobą i odwracają całą uwagę od ogólnej atmosfery. Z drugiej strony pieśni dodają autentyczności i potwierdzają tekst, podczas gdy wznoszący się refren ma jakość wspólnego śpiewania. Potem jest Hiraeth, którego pierwsza połowa jest minimalistyczna i nastrojowa, skupiona wokół gitary akustycznej i splecionych wokali Troya Donockleya i Floor Jansen, podczas gdy druga część jest energiczna i głośna, napędzana wesołą, ludową melodią. Podejrzewam, że Tuomas Holopainen naprawdę lubi bawić się tempem i nastrojem, aby tworzyć takie piosenki jak te dwie.


Wziąwszy te wszystkie aspekty pod uwagę, album Yesterwynde prezentuje zespół w doskonałej formie, bowiem każdy wniósł do studia to, co potrafił zrobić najlepiej. Chwaliłem w niniejszej recenzji Kai Hahto i jego grę na perkusji, ale Floor Jansen zasługuje na równe pochwały za dostarczenie tak zniuansowanego. Jednakże jego wspólną siłą jest różnorodność pomysłów muzycznych i tekstowych, których autorem jest Holopainen. Yesterwynde jest złożoną, wielowarstwową i wciągającą muzyczną podróżą, która z pewnością zrobi wrażenie na wielu fanach zespołu czy gatunku. Biorąc pod uwagę bogactwo aranżacji i produkcji, album najlepiej słuchać przez słuchawki. Płyta idealna na długie jesienne wieczory przy gorącej herbatce. Nie przegapcie!😊 Bartas✌☮

Wielki powrót Mike'a Portnoya i powrót na właściwe tory. Dream Theater i ich nowy album "Parasomnia".

  Mike Portnoy wrócił do Dream Theater! Hip hip, hurra! Szczerze powiedziawszy, wątpię w to, aby był chociaż jeden fan Teatru Marzeń, który ...