czwartek, 12 listopada 2020

Czas wewnętrznych przemian. 18 lat temu ukazał się album "Riot Act" Pearl Jam

Na początku nie lubiłem tej płyty. Pamiętam doskonale moment, w którym sobie pomyślałem czy Pearl Jam podniesie się z wypalenia twórczego? Przecież to wspaniały, wielki zespół, który nie skończył się tylko i wyłącznie na legendarnym debiucie, a kolejne płyty to także były znakomite dzieła.
Binaural i Riot Act, wydane w odstępie dwóch lat, wydawały mi się całościowo trudne do przetrawienia i najsłabsze w dorobku grupy ze Seattle. Oczywiście single pochodzące z tego drugiego takie jak I Am Mine, Thumbing My Way czy Love Boat Captain czy kończący płytę, cudownie zagrany na koncercie w Krakowie, All Or None to były perły, w których się zakochałem. Jednak jako całość oceniłem go bardzo średnio. Taki stan rzeczy trwał z sześć, a może siedem lat. Któregoś wieczoru zainspirowany przez znajomych Pearl Jam świrów postanowiłem po nią sięgnąć raz jeszcze. Przesłuchałem raz, drugi i trzeci. Stwierdziłem wówczas, że to naprawdę dobra płyta. Dlaczego ja tego wcześniej, do cholery, nie zauważyłem? Jest na pewno inna od poprzednich, ale to jest właśnie specyfika Pearl Jam. Nigdy nie stali w miejscu i nie grali na jedno kopyto. Dziś mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że jest to album do którego częściej niż kiedyś wracam. Chciałbym dzisiaj co nieco o nim opowiedzieć. A nóż-widelec może uda mi się zachęcić tych, którzy płyty wcale nie znają lub tych, co podobnie jak ja kiedyś, mieli z nią spory problem.

Riot Act jest siódmym albumem Pearl Jam. Wydany został 12 listopada 2002 roku. Produkcją zajął się Adam Kasper. Wybór producenta był sugestią Matta Camerona, który współpracował z Kasperem przy okazji nagrywania płyt takich kapel jak Wellwater Conspiracy i Soundgarden, gdzie udzielał się Matt. Materiał został nagrany podczas dwóch sesji w lutym i w kwietniu roku 2002 w Studio X w Seattle. Miksem całości zajął się stary wyga Brendan O’Brien. Członkowie zespołu pracowali nad materiałem indywidualnie przed rozpoczęciem wspólnych sesji nagraniowych. Każdy w zespole miał pięć czy sześć pomysłów, które potem ogrywane były na sesjach. Wiele jednak było do zrobienia. Specyfiką pracy Pearl Jam w studio często były nagrania przeznaczone na demo. Ed jednak wchodził z wokalem, twierdząc po prostu zaśpiewałem i tyle. Zwykle podczas procesu twórczego było tak, że niemal wszyscy, a zwłaszcza Stone Gossard, nie byl pewni swego. Dopiero, gdy zeszli się w studiu okazało się, że pomysł danego członka zespołu jest trafiony i podoba się reszcie. Nawet gdy sam autor nie jest przekonany to inni zachęcają, mówiąc wejdź w ten klimat i zaakceptuj. Tak pracuje ten zespół. Czy to nie piękne? Mike McCready wspomina sesję bardzo pozytywnie. Cameron stwierdził, że praca z Adamem Kasperem była bardzo relaksująca i zespół mógł skupić się na pracy i kompletowaniu materiału. Edek z kolei ustawił swoją maszynę do pisania w kącie studia i pisał teksty, gdy członkowie grali materiał. Większość albumu została nagrana na setkę, a Cameron opisał album jako naszą płytę anty-Pro Tools. Warto też odnotować fakt, że album Riot Act jest pierwszym albumem, na którym udziela się klawiszowiec Kenneth “Boom” Gaspar (Buuuuuuuuum! - skandują fani na koncertach). Przede wszystkim w utworze Love Boat Captain. Piosenka powstała na Hawajach, gdzie Eddie z Boomem siedzieli razem, robiąc spontaniczne jam session. Efekt tej spontanicznej pracy tak bardzo zadowolił wokalistę, że w pewnym momencie zapytał czy jesteś gotowy, by ruszyć do Seattle? Dla Stone’a i reszty dołączenie Booma oznaczało otwarcie się na nowe rzeczy. Zaś marzeniem Mike’a było od zawsze mieć w zespole klawiszowca. 


Pearl Jam nie stoi w miejscu i każda płyta jest inna, ma inne brzmienie. Riot Act, mimo iż na początku nie przypadł mi do gustu, ma fajne brzmienie - ludowe i eksperymentalne. To sprawiło, że w kilku piosenek na albumie wykorzystywało alternatywny klimat, w tym You Are, All Or None oraz Bu$hleaguer. Z perspektywy czasu płyta idealnie trafiła w swoje sedno. Teksty były o wiele bardziej bezpośrednie, niż na poprzednich płytach. W odpowiedzi na politykę po atakach terrorystycznych z 11 września 2001 roku, basista Jeff Ament skomentował, że czuł, iż miłość i walka o pokój i dobro na świecie powinna być głównym tematem albumu. Teksty Eda są niczym antidotum. Pisze o miłości, stracie, walce, aby coś zmienić na tym świecie. Giną tysiące ludzi w ataku terrorystycznym, wcześniej podczas Festiwalu w Roskilde w 2000 roku, na którym wystąpił zespół, śmierć ponosi dziewięciu fanów. I co artysta ma do powiedzenie? Jaka jest jego opinia? Jedyne co może zrobić to wlać miłość i pokazać, że można inaczej. Przekazać dobre wpływy i informacje. To był też pewien okres przemiany muzyków. Bunt i niezgoda na zło i niesprawiedliwość tego świata była nadal, ale nie chodziło już tylko i wyłącznie o to, by powiedzieć: pierdolcie się! jesteśmy wkurwieni i pokazać fuck you. To nie jest metoda! Po prostu podejść do tej walki o prawa człowieka w sposób bardziej merytoryczny. Eddie to zrobił w sposób naprawdę imponujący. z humorem i mistycznym, magicznym podejściem. Wokalista stwierdził później: Muszę przyznać, że ta płyta wyszła trochę jednostronnie. Ale myślę, że jako kraj musimy zrozumieć, dlaczego jesteśmy zaangażowani na Bliskim Wschodzie. Ten pusty patriotyzm mnie przeraża. Dodał także, że teksty na Riot Act reprezentują stan jego umysłu w obecnych czasach. Ed jest optymistą, ale jest także rozczarowany oraz pełen nadziei i frustracji. 


Wspomniałem o Festiwalu w Roskilde w 2000, na którym zagrali muzycy. Kilka piosenek, które znalazły się na albumie, zostało zainspirowanych tragedią podczas tego wydarzenia. Pierwszym singlem promującym był utwór I Am Mine. Napisał go Eddie w roku 2000 w hotelowym pokoju niedaleko Virginia Beach przed pierwszym koncertem zespołu po tej tragedii. Jest też Love Boat Captain, który zawiera bezpośrednie odniesienia. Lost nine friends we'll never know / Two years ago today / And if our lives became too long / Would it add to our regret? To był naprawdę okres wielkich przemian wewnętrznych członków zespołu.  Vedder odnosząc się do swoich tekstów przyznał: To dziwny czas na pisanie. Roskilde zmieniła nas jako ludzi, a nasz punkt widzenia świata się zmienił i dalej tłumaczy tytuł Love Boat Captain: Miłość jest jedną z zasobów, na którą wielkie korporację nie będą w stanie mieć monopolu. Mamy też numer Save You, który pokazuje złość odczuwalną przez każdego, kto patrzy jak bliski mu przyjaciel marnuje sobie życie. Cropduster zaś jest o gigantycznym ego człowieka, jakby był najważniejszy na tej planecie. Green Disease (zagrany na koncercie w Krakowie na prośbę sióstr bliźniaczek) wyraża przerażenie Eddiego faktem jak ktoś może usprawiedliwić branie ogromnych sum pieniędzy kosztem utrzymywania innych ludzi. ½ Full odwołuje się z kolei do Porch z debiutu: There's ain't gonna be / No middle anymore / It's been said before. Interes własny i to, jak ludzie u władzy (politycy itp.) mają niewłaściwy pogląd na sprawy. Bu $ hleaguer to satyryczny komentarz do prezydenta George'a W. Busha. Zaś przepiękny Thumbing My Way jest o człowieku w zamęcie. Nie jest to jednak sam Eddie. Powiedział kiedyś w wywiadzie: Jestem całkiem dobry w usuwaniu siebie z większości piosenek. Jedną z rzeczy w pisaniu piosenek jest to, że nie zawsze muszą one dotyczyć Ciebie. Kiedy zawsze są o kimś, tracę zainteresowanie po chwili. Piosenka zawiera kilka odniesień do autostopu. Przy pierwszym odsłuchu skojarzył mi się z akustycznymi piosenkami Bruce’a Springsteena i pozostaje dla mnie do dzisiaj jedną z perełek na albumie. 


Okładka albumu została sfotografowana przez basistę Jeffa Amenta. Przedstawia dwa szkielety w koronach, co sugeruje, że oba reprezentują parę królewską. Figurki z metalu zostały wykonane przez kowala Kelly’ego Gilliama. Zespół jednak miał problem z wymyśleniem tytułu albumu. Ed zasugerował Riot Act, a reszta a bezapelacyjnie poszła za tym. Co oznacza tytuł? Brzmi buńczucznie, iście punkowo. Jednak w rzeczywistości chodziło o to, by odzwierciedlić część muzyki i tekstów na płycie. Jakby troszkę inny rodzaj tego buntu i złości - więcej miłości i dobre. Ten album krzyczy wprost: zbierzmy się w całość i zróbmy coś dobrego dla tego świata. Album uplasował się na piątym miejscu w USA na Liście Billboard 200, sprzedając się w ilości 166 tysięcy kopii w pierwszym tygodniu od wydania. Zebrał naprawdę dobre recenzję Album znalazł się na szczycie list przebojów w Australii, gdzie zdobył platynę i znalazł się wśród najlepiej sprzedających się płyt roku w 2002 i 2003 roku. Zajął także drugie miejsce we Włoszech  Nowej Zelandii, trzecie w Norwegii, a czwarte w Kanadzie.


Patrząc na to wszystko z perspektywy czasu pluję sobie w brodę i biję się w piersi jak mogłem nie dostrzec piękna tego albumu? Dlaczego po wydaniu tak rzadko do niego wracałem? Zniechęcenie po słuchaniu Binaural? Przecież cała zawartość tej płyty jest tak bardzo mi bliska, tak bardzo “moja”. Jest w niej tyle hippisowskiego ducha. Ci co mnie znają to wiedzą, że potrafię się nieziemsko wkurwić na całe zło tego świata, nie przebieram w słowach. Ale czuję, że moją misją tu na ziemi jest miłość, szacunek i tolerancja. Zwyciężanie zła dobrem. Nie jest łatwo. To na pewno. Jeśli czujecie podobnie, jesteście zmęczeni tym całym syfem, zamieszaniem, jaki się dzieje w Polsce i na świecie … odpalcie Riot Act i posłuchajcie jak Ed i Ekipa zło dobrem zwyciężają. Włączcie sobie I Am Mine i pomyślcie: jakoś to będzie! 








Bartas✌

środa, 11 listopada 2020

Zagubione Drachmy. O świetnej kompilacji Pearl Jam "Lost Dogs" słów kilka...

Jak świętować Dzień Niepodległości to tylko przy dobrej muzyce. A jak dobra muzyka to np Pearl Jam. Tak, moi Drodzy. Dziś i jutro znowu poświęcę troszkę miejsca i czasu temu jednemu z ukochanych zespołów mojego życia. Nie będę już opisywał jak doszło do tego, że poznałem i pokochałem ten zespół, bo o tym niejednokrotnie pisałem. Chciałem napisać o tym, jak 17 lat temu poznałem pewną płytę tego zespołu, która tak naprawdę nie była pełnoprawną, kolejną studyjną płytą grupy ze Seattle, ale kompilacją odrzutów z sesji i różnych rzadko dostępnych singli. Jak powszechnie wiadomo Grupa Dżemu Babci Eda jest niepamiętnych czasów mistrzem w rozpowszechnianiu szeroko pojętego bootleningu - zarówno jeśli chodzi o koncerty jak i nagrania studyjne. Jednak różnie z tym bywało. Czasem niepublikowane nagrania pojawiały się na jakiejś pirackiej płytce, a jakość tychże pozostawiała wiele do życzenia. Internet był obecny, ale jeszcze kulal. U nas, w Polsce, rzadko kto miał stałe łącze i mógł korzystać do woli. Pamiętam jak musiałem pytać znajomych czy ma ktoś dostęp do tego, czy innego utworu. Jeździło się też do Poznania, na słynny i nieistniejący już targ im Józefa Bema, by kupić co nieco od tzw koników czy - troszkę nieładnie mówiąc - ruskich


Aż 11 listopada 2003 roku ukazała się płyta Lost Dogs. Kiedy tylko wpadła w moje łapska niemalże od razu w pełni zaspokoiła mój głód poszukiwań upragnionych kawałków Pearl Jam. Jest to zestaw dwóch płyt, a nagrania znajdujące się na nim zostały w sposób bardzo przemyślany wyselekcjonowane, zremiksowane i ponownie nagrane. To wszystko sprawiło, że wydawnictwo jest bardzo przyjemnym i spójnym odsłuchem, a nie jakimś typowym, prymitywnym i wtórnym produktem, coby zespołowi troszkę pieniążków wpadło. Niestety znam taki inny ukochany number one zespół, który nagminnie to robi. No, ale nieważne.


Decydując się na to wydanie, zespół musiał wziąć pod uwagę nastrój utworów. Pierwszy dysk zawiera agresywne jak przystało na Pearl Jam numery. All Right jest niczym uderzenie pioruna, a pochodzi z sesji nagraniowych do rażąco niedocenianego albumu No Code. Zawiera wielościeżkowe i oszałamiająco brzmiące wokale Eddiego Veddera. Utwory takie jak Sad, Education, In The Moonlight oraz Hitchhiker to numery-odrzuty z sesji do najmniej lubianego (no, ok! do czasu najmniej lubianego) przeze mnie albumu Pearl Jam - Binaural. Wiecie co? Gdyby one się znalazły na tym albumie to myślę, że uratowałyby sytuację. Chociaż moje podejście do Binaural diametralnie zmieniło się od czasu pierwszego odsłuchu i to na dużo lepsze. Jednakże nadal uważam, że brak ich powoduje, że album jest tylko dobrym. Jezus-Maria! Przecież Sad to jeden z najlepszych numerów, jaki Ed napisał. Taki w stylu mojego ukochanego Corduroya i Insigniance. A In The Moonlight to wyżyny kompozytorskich umiejętności perkusisty Mata Camerona, który uderza metrum przypominające numery jego poprzedniego zespołu Soundgarden. Inne atrakcje na tym pierwszej płycie to Don't Gimme No Lip, z odrzut z No Code, numer śpiewany przez gitarzystę Stone'a Gossarda (Let Stone sing!) czy Hold On pochodzący z sesji do TEN (a nie jak niektóre źródła podają, że do VS). Mamy też Alone, Yellow Ledbetter i nieco nowsze Down i Undone. Większość z nich zawiera alternatywne miksy, niektóre bardziej zauważalne niż inne, co jest miłą gratką dla fanów, którzy spędzili ostatnią dekadę na kolekcjonowaniu singli.


Druga płyta pokazuje Pearl Jam od wielowymiarowej strony, do czego był zawsze zdolny, a czego przeciętny słuchacz zwykle zdaje się nie zauważyć. Hard To Imagine - kompozycja Stone’a Gossarda z tekstem Eda - to absolutny diament, który próbowano umieścić na VS I Vitalogy. Strangest Tribe, napisany również również Gossarda i wydany jako świąteczny singiel fanklubu, to bez wątpienia jedna z najpiękniejszych piosenek zespołu. Driftin, druga piosenka z tego singla, została tutaj zaktualizowana z innym podejściem wokalnym, podobnie jak na stronie b singla Jeremy / Footsteps dodano harmonijkę. Nie tylko ja, ale i sam Stone ubolewa nad faktem, że Dead Man nie trafił na No Code, a i idealnie również pasowałby do ścieżki dźwiękowej do filmu Dead Man Walking, do której był przeznaczony. Sweet Lew zaś pokazuje jaki dystans mają do siebie i tworzonej z miłości do muzyki artyści. To także wyraz głębokiego zaufania do fanów. Uwielbiam też Last Kiss - cover Wayne’a Cochrana - który został wydany na świątecznym singlu w 1998 roku i osiągnął 2. miejsce na liście Billboard Hot 100, dając zespołowi swój największy dotychczasowy hit. Nie mogę wybaczyć chłopakom braku Dirty Franka oraz Wash, które to jeszcze bardziej ubogaciły by wiekopomny album Ten. Na szczęście mogę się nimi cieszyć słuchając Lost Dogs.


Absolutne perełki. Niby kompilacja, a słucha się jak pełnowartościowego albumu. Pozycja obowiązkowa nie tylko na Święto Niepodległości 😊 Miłego świętowania wszystkim życzę! Odpalcie Lost Dogs i cieszcie się życiem!😉









Bartas✌

poniedziałek, 9 listopada 2020

Cały ten zgiełk ... czyli o albumie "Jazz" grupy Queen

Ledwo co odpoczęliśmy od płyt
Made In Heaven i Sheer Heart Attack, a tu znowu Queen. Tym razem album Jazz. Bardzo ważny pod wieloma względami. Kontrowersyjny brzmieniowo, jak i wizualnie. Zespół miał już status mega gwiazd. Każdy kolejny koncert był jeszcze większym spektaklem, a sam zespół pozwalał sobie na dużo więcej. Miało to swoich zwolenników, jak i przeciwników. Niektórzy zaakceptowali fakt, że ich muzyka kręci się wokół seksu, a inni - nie. Ale po kolei. Po wydaniu News Of The World Queen odbyli trasę koncertową, którą zakończyli trzydniowym występem w Empire Pool na Wembley (później i obecnie miejsce znane jako Wembley Arena). Niemal natychmiast po potrzebnej przerwie między koncertami a sesją powrócili w lipcu 1978 roku do Super Bear Studio, który znajduje się w pobliżu Nicei i plaż Lazurowego Wybrzeża we Francji. Jednakże pod koniec miesiąca przenieśli się do Montreux, w Szwajcarii. Tam, gdzie Freddie pod koniec życia odnalazł swoją oazę spokoju. Generalnie wcześniej za tym miejscem nie przepadał, bo wydawało mu się nudne, jednak miał ten komfort psychiczny, że mógł pracować w spokoju. Album Jazz ukazał się 10 listopada 1978 roku.

Poprzedni album - News Of The World - produkowany był przez nieżyjącego producenta Mike’a Stone’a. Przy pracy nad albumem Jazz muzycy zatrudnili po raz kolejny i … jak się też okazało … po raz ostatni Roya Thomasa Bakera. Pomysł zainicjował Freddie, a reszta jednomyślnie zaakceptowała pomysł. Płyta całościowo nie jest długa. Czas łączny to 44:44. Zawiera trzynaście piosenek: pięć jest autorstwa Freddiego, cztery Briana, i po dwie Rogera i Johna. Podobnie jak w przypadku News Of The World, okładkę zaproponował perkusista Roger Taylor, który przypomniał sobie, że widział podobny obraz na murze berlińskim. Wydaje się, że tytuł albumu jest wybierany losowo, ponieważ muzyka na albumie ma niewiele wspólnego z gatunkiem lub okładką albumu. W dobie punka i nowej fali tytuł można uznać za nierozsądny, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że zespół zdawał się chcieć połączyć te gatunki na poprzednim albumie. Oznacza po prostu zgiełk lub hałas. Niektóre źródła też podają, że tytuł został zainspirowany corocznym festiwalem Montreux Jazz, którego Freddie uwielbiał.

Odpalamy płytę i co słyszymy? Freddiego wyśpiewującego acapella: Iiiiiii Brahi Iiim. Szok? Nie, to niesamowita wyobraźnia wokalisty! Freddie rzadko mówił o swoim pochodzeniu. Tym razem postanowił to uczynić jakby w tym niesamowicie oryginalnym utworze, improwizując po persku, arabsku i angielsku. Utworowi towarzyszy szalony podkład fortepianu, basu i perkusji. Potem wchodzi Brian z gitarą imitująca arabskie dźwięki. No, coś niesamowitego! Pastisz? Ok, ale z polotem i finezją nagrany! Gdy Mercury przyniósł pomysł do studia i zaśpiewał reszta zespołu miała niezłą zwałę. Tak opowiada techniczny Freddiego Peter „Ratty” Hince. Brian jednak uważa, że to był fantastyczny pomysł! Niewiarygodnie skomplikowany, ale fantastyczny! Ciekawostką jest fakt, że trzy lata później, 13 lutego 1981 roku na koncercie w Tokyo publika zażądała tego utworu. Może posłuchać tutaj. Freddie to podchwycił i zaintonował po czym do publiki z tekstem ale śpiewajcie, kurwa, w tonacji! Idąc dalej mamy kompozycję Briana Fat Bottomed Girls. Brian: Napisałem ten numer z myślą o Freddiem. Tak to jest jak się ma w zespole świetnego wokalistę, który lubi dziewczyny i chłopców z wielkimi tyłkami. Utwór zahacza ni to o country rocka ni to o heavy metal. Mówi o inicjacji seksualnej Freddiego przeżytej dzięki Wielkiej Grubej Fanny. Fat Bottomed Girls było wydane na podwójnej stronie A singla wraz utworem Bicycle Race, o którym za moment sobie powiemy oraz o kontrowersjach jakie wypłynęły z tych singli. Robi się gorąco i ciekawie, co? Tak, ale pamiętajmy o tym, że Freddie był to człowiek o wielu twarzach muzycznych. Często zgrywał macho, ale w głębi duszy to był romantyk i nie byłby sobą, gdyby nie napisał na płytę jakieś ckliwej ballady. Ballada zatytułowana Jealousy. Ciekawy mamy tutaj aranż. Wokalista gra na pianinie, a Brian na gitarze akustycznej marki Hair Fred. Gitarzysta umieścił małe kawałki drutu fortepianowego pod progami, by uzyskać efekt brzęczenia sitaru. Ten efekt był użyty w utworze White Queen z drugiego albumu zespołu. Wszystkie wokale zaś nagrał Freddie.


Teraz bardzo proszę osoby niepełnoletnie o zgodę Rodziców lub Opiekunów na przeczytanie kolejnego akapitu. Nie biorę odpowiedzialności za jego treści. Wspomniałem o utworze Bicycle Race, który ukazał się na podwójnej stronie A razem z przedstawionym Fat Bottomed Girls? Tak, bo temat podobny - SEKS. Czasy, w którym Queen sporo imprezowali, a Freddie na dobre zadomowił się w klubach gejowskich lub dla osób biseksualnych. Ale co do samego utworu to główną inspiracją do napisania utworu był wyścig kolarski Tour De France, którym Freddie się mocno ekscytował. Nikt nie wiedział dlaczego, ale potem przyniósł kolegom ten świetny numer. W kawałku tym znalazły się też odwołania do Gwiezdnych Wojen, Szczęków, kokainy, Supermana, wojny w Wietnamie i skandalu Watergate. Panuje w tym utworze schizofrenia oraz – jak mówił May – mnóstwo różnych akordów. Bardzo pretensjonalny. No, w końcu to cały Freddie. Chodzą też plotki, że Bicycle Race powstało po schadzce Mercury’ego i jednego z kolarzy jadących w Tour De France. Producent płyty Roy Thomas Baker komentuje: Jeśli już życie prywatne Freddiego odbijało się na jego twórczości, to w pozytywny sposób ubogacając ją. Miał szerokie horyzonty, a to, że był gejem, stało się kolejnym potencjalnym źródłem inspiracji. Oba single pozwoliły zespołowi wrócić do pierwszej dziesiątki brytyjskich list przebojów.


Utworowi towarzyszy teledysk nakręcony 17 października 1978 roku na Stadionie Wimbledon. Niektóre konserwatywne kraje zakazały ich prezentacji. Dlaczego? W klipie widzimy 65 PIĘKNYCH I ZUPEŁNIE NAGICH DZIEWCZĄT (no, dobra, miały tenisówki) NA ROWERACH jeżdżących wokół stadionu. Wybuch skandal! Jezus-Maria! Ale się zespołowi dostało! Brian May skomentował to w ten sposób: Niech każdy postępuje zgodnie z własnym sumieniem! Sfera seksualna jest tak samo ważna jak sfera fizyczna czy duchowa! Te zarzuty są po prostu śmieszne. Nie mam zamiaru nikogo przepraszać, ani się usprawiedliwiać. Inne zespoły mówią o seksie bezpośrednio. My pokazujemy jego zalążek, mówimy o nim wpół żartobliwie, ale on tam mimo wszystko jest! Słusznie, Brian! Dodać należy też, że oprócz skandalu na tle seksualnym niezadowoleni byli także właściciele wypożyczonych rowerów, po zorientowaniu się o co kaman, zażądali od zespołu zakupienie do wszystkich rowerów nowych siodełek. Prasa – szczególnie brukowa – szalała. Brian znów komentuje: Tak, troszkę olewaliśmy media! Nie poszliśmy standardowym tropem i prasa się wkurzyła. Byli zazdrości, bo zawsze budowali wszystkim promocję, a my nie mieliśmy dla nich czasu, a oni zrewanżowali się tym samym.

Po tych (s)ekscesach wracamy na ziemię i mamy utwór Johna Deacona - If You Can't Beat Them. Mocny rockowy numer i ulubiony zespołu podczas trasy koncertowej promującej album Jazz. Stronę pierwszą zamyka numer Freddiego Let Me Entertain You. Wokalista chwali się, że sprzedaje się publice jak dziwka. Linijka tekstu – With Elektra and EMI We'll show you where it's at - to odniesienie do ich wytwórni płytowych, z którymi zespół miał wówczas kontakt, czyli Elektra i EMI Records, a z kolei we'll sing to you in Japanese odnosi się do utworu Maya Teo Toriate (Let Us Clean Together) z płyty A Day At The Races. Drugą stronę płyty rozpoczyna utwór Dead On Time autorstwa Briana. Odgłos burzy szalejącej nad Montreux, trzykrotne wejście gitarowe Briana i jakby z otchłani wyłaniający się rozpędzony z jego gitary riff, wejście perkusji Rogera oraz Freddie uderzający w wysokie C#. Dobrze się zapowiada, co? Queen ze starych rockowych glam rockowych czasów. Freddie śpiewa tutaj w taki sposób, że trudno za nim nadążyć. Roger zapierdala aż do bólu nadgarstków, a Brian pokazuje swoje techniczne umiejętności gry na gitarze. Refren fajnie wpada w ucho. Świetna solówka przy końcu utworu …. I burza nad Montreux, który symbolizuje …. Gniew Boży.

John Deacon chyba dobrze czuł się w pisaniu historyjek. Na poprzednim albumie News Of The World uraczył nas wspaniałą opowieścią o chłopcu sprzątającym w barze, czyli utworem Spread Your Wings, zaś na Jazz napisał coś w rodzaju historii pewnej znajomości. Utwór In Only Seven Days. Tym razem to rzecz o nieśmiałym chłopaku/mężczyźnie, który robi sobie tygodniowy urlop i zakochuje się w dziewczynie, którą we wtorek zobaczył plaży. Nie widział ją następnego dnia, ale powróciła w czwartek. Odważył się podejść i zagadać. Zaczęli spędzać czas. W piątek już była jakby jego, bo trzymał ją w ramionach. Niestety ich drogi się zeszły. Ona tam została, a on musiał wrócić do siebie. Nie wiem czemu, ale jak czytam o spostrzeżeniach na temat całości albumu Jazz to zwykle zdaniem recenzentów ta piosenka jest najsłabszym jego ogniwem. NIE ZGADZAM SIĘ! Jest nieco ckliwa, ale urokliwa. Dreamer’s Ball zaś to lekki, powolny bluesik Briana. Gitarzysta napisał go dzień po tym jak świat dowiedział się o śmierci Elvisa Presleya i zadedykował zmarłemu artyście. Kawałek ten był wynikiem ostrej awantury między Mayem, a Taylorem, któremu ta kompozycja wcale nie przypadła do gustu. Wspomina Brian: W czasie nagrywania Jazz zaczęliśmy się zajmować na własną rękę różnymi brzmieniami i nikomu zbytnio nie pasowało to, co robili inni. Mówiąc szczerze były momenty, gdy nie mogliśmy na siebie patrzeć.


No, i robi się niebezpiecznie. Queen jeszcze nie używali syntezatorów, ale … już się wkradły elementy elektroniczne, dyskotekowe, które jakby zapowiadały to, co ma wkrótce nieuchronnie nastąpić.  Fun It napisał Roger i on tu śpiewa główny wokal, a pomaga mu Freddie. Autor utworu gra tutaj na większości instrumentów. Piosenka może się wydawać … prekursorem do … Another One Bittes The Dust Johna Deacona. Zwłaszcza intro perkusyjne i bass. Pytanie do autora czy zespół przejął pretensjami fanów o to, że ich ukochana grupa poszła w disco: Nie, niezupełnie! Owszem, zdarzało się, że ktoś z fanów miał transparent z napisem <<Przestańcie grać to jebane disco>>, ale my po prostu gramy to, co mamy. Po dyskotekowych tańcach znów mamy zmianę klimatu i pałeczkę przejmuje Brian w swojej autorskiej bardzo przejmującej balladzie Leaving Home Ain’t  Easy. Śpiewa z zaangażowaniem w ostatniej linijce: Leaving home ain’t easy, but may be the only way. Gitarzysta Queen zdobywa się na wyjątkową szczerość i spowiada się jak to jest, gdy gwiazda rocka jest w trasie, z dala od domu.


Czasy, w których Mercury i reszta jeździli autobusami i samochodami do studia na sesje nagraniowe i koncerty to już przeszłość.  Zarabiali kupę kasy, wspinali się na szczyty list przebojów, a Freddie coraz bardziej się rozbisurmanił. Oczywiście, miał cholernie dużo ambicji, gdy trzeba było pracować i godzinami poprawiał w studiu to, co nie pasowało itd. Jego głód przygód seksualnych rósł w miarę jedzenia i nie życzył sobie, by ktoś go zatrzymywał. Mawiał: Robię to z kim chcę i gdzie chce! O tym jest też ta piosenka. Świetny, napisany i nagrany przez Mercury’ego w studio w Nicei utwór Don’t Stop Me Now. Ale nie wszystkim się podobała. Już w XXI wieku znany amerykański magazyn Top Gear uznał Don’t Stop Me Now za najlepszy utwór wszech czasów w kategorii „podczas jazdy samochodem”. Nie wszyscy członkowie Queen polubili tę piosenkę. Brian jej NIENAWIDZI DO DZISIAJ i dlatego nagrodę odebrał Roger, który twierdzi, że spory z kolegą z reguły rozwiązywał … Freddie. Perkusista Queen wspomina: Freddie był świetnym dyplomatą! Zawsze mieliśmy z Brianem różnicę zdań, ale z pomocą Freddiego udawało nam się je rozwiązywać z rezultatem i bez kompromisu. W teledysku Freddie ma koszulkę z napisem swojego ulubionego klubu, w którym ... korzystał z życia na maxa, czyli MINESHAFT.


Dochodzimy do końca. Album zamyka utwór Rogera More Of That Jazz. To odpowiedź autora na obecną wtedy sytuację społeczeństwa oraz sposobu w jaki traktowało się wtedy muzykę rockową. Może to być też idealna puenta i podsumowanie albumu, bowiem pojawiają się fragmenty poprzednich utworów, a sam artysta wyśpiewuje NO MORE OF THAT JAZZ (choć w tytule nie ma słowa „NO” pojawia się w utworze). Tym samym ma na myśli: Nigdy więcej takich niespójnych albumów Queen. Perkusista Queen przyznał, że obie kompozycje przez niego napisane na ten album są bardzo nierówne i nie zostają w pamięci. Podobno Roger był bardzo produktywny podczas tej sesji i napisał więcej niż dwa utwory, ale jego pomysły nie zostały zaakceptowane przez resztę. Wykorzystał za to na swoich solowych pierwszych dwóch płytach – Fun In Space i Strange Frontier.


Album Jazz sprzedał się w ponad pięciu milionach egzemplarzy na całym świecie, osiągając drugie miejsce na brytyjskiej liście przebojów oraz szósta pozycję na amerykańskiej liście Billboard 200. Wstyd nie znać i nie mieć 😊



PS: GDZIEŚ TAM W NAGIM ORLEANIE


Ktoś mnie zapytał dlaczego 31 października br. nie napisałem niczego o słynnej imprezie halloweenowej, która odbyła się w związku z albumem Jazz. Czy zapomniałem? Nie, moi Drodzy. Nie zapomniałem. Poświęciłem dzień singlowi Bohemian Rhapsody z okazji 45 rocznicy wydania, zaś wspomnienie o imprezie zostawiłem specjalnie na tę właśnie okazję. O dziwo nie odbyła się po premierze albumu, ale na prawie tygodnie przed wydaniem. O północy orkiestra dęta, która grała Dixielandowy Jazz (nie ma przypadków!) wkroczyła do sali, w której było już obecnych trzystu osób. Tuż za orkiestrą szli członkowie Queen, którzy to dopiero co zeszli ze sceny po wyprzedzanym koncercie Municipal Auditorium. Kiedy dotarli na miejsce klimat muzyczny się zmienił i z głośników poleciał dyskotekowy hit Stonesów Miss You, a zza kulis wyskoczył tłum transwestytów, połykaczy ognia, tancerek, zaklinaczy węży i striptizerek.  Impreza była gruba i trwała aż do świtu. Co tam się działo? Groupies obsługiwały na zapleczu wszystkie szychy z przemysłu muzycznego, a jedna imprezowiczka rozebrała się, by … „palić” papierosa używając do tego genitaliów. Tak przynajmniej mówiono.

W ciągu następnych kilku lat powstawały coraz to nowsze szczegóły dotyczące tamtej nocnej imprezy – publiczny seks, zapasy nagich kobiet w błocie, naga kobieta serwująca surowe mięcho, karły z kokainą. Roger Taylor komentuje: Nawet jeśli to prawda, to ja tego nie widziałem, ale muszę dodać, że większość opowieści o tamtej nocy wcale nie jest zbyt przesadzona. Ale okazuje się jednak, że część muzyków Queen była troszkę znudzona tym wszystkim, bo po jakimś czasie opuściła lokal nawet na chwilę. Bob Mencer – jeden z szefów wytwórni EMI – pamięta jak musiał eskortować około trzeciej Briana i Rogera, którzy postanowili się przespacerować po dzielnicy. Freddie też poszedł na spacer w towarzystwie dawnego speca od wizerunku Queen – Tony’ego Brainsby’ego – oraz dziennikarki Sounds Sylvie Simmons. May jednak pamięta tę noc inaczej. Wyrwawszy się ze szponów groupies, wyszedł w miasto, by powrócić do przeszłości i poszukać Peaches (wspomina o niej też w piosence Now I’m Here z omawianego przedwczoraj albumu Sheer Heart Attack), czyli kobiety, którą spotkał po raz pierwszy podczas pierwszej amerykańskiej trasy Queen. Mówiłem o wrażliwości o uczuciowości Briana? Znasz to uczucie, gdy dużo się dzieje, wszystko jest świetne, cudowne, ale w środku odczuwa się olbrzymią pustkę? Było wspaniale, niebywale, ale pamiętam, że pomyślałem Coś tu nie gra (…)kilka lat wcześniej w Nowym Orleanie zakochałem się w kimś i spodziewałem, że ponownie ją spotkam, ale nigdzie jej nie było. Nie mogłem jej znaleźć, lecz później ona znalazła mnie.

Co się działo potem po imprezie? Kac morderca i rachunek sumienia opiewający na dwieście tysięcy funtów. A szef EMI odkrył, że został okradziony. Muzycy zmordowani i skacowani pojawili się na konferencji i komentowali to, co zaszło poprzedniej nocy: Impra była z wielkim rozmachem. Częściowo dla naszej własnej przyjemności, częściowo dla przyjaciół, szefów i promotorów, a częściowo dlatego, że mogliśmy to zrobić. Roger dodaje: Problem polega na tym, że z biegiem czasu staliśmy się coraz to lepsi w imprezowaniu.


Tydzień po imprezie ukazało się zdjęcie Mercury’ego w gazecie The Sun jak składa na nagim ciele kobiety autograf. Miał koszulę w kratę i szelki (strój, który wtedy obowiązywał w środowiskach gejowskich), a całość opatrzona nagłówkiem: GDZIEŚ W NAGIM ORLEANIE.




Podobało się ? Piszcie w komentarzach 😊







Bartas ✌

Historia pewnej miłości. 50 lat temu ukazał się słynny album "Layla And Other Assorted Love Songs" supergrupy Derek And The Dominos

Wpadnij w kompletną frustrację, spowodowaną sławą, ale nie rezygnuj z grania muzyki. Załóż nowy zespół, ukryj się pod pseudonimem i wydaj jedną i jedyną płytę, która przejdzie do historii. W międzyczasie bzyknij żonę swojego najlepszego przyjaciela i żyj z nim dalej w zgodzie. Potem rozwiąż zespół i twórz dalej pod swoim nazwiskiem. Ciekawy przepis, prawda? No, ale Kochani, mało takich sytuacji zna historia muzyki popularnej? Nie, jest kilka takich znaczących dla muzyki jednorazowych projektów, które dumnie stoją na mojej półce z płytami. Jest Mad Season, jest Temple Of The Dog, czy nawet Sex Pistols (choć mało wierzę w ich szczerość przekazu). Jest też projekt zwany Derek And The Dominos ze swoim jedynym albumem zatytułowanym
Layla And Other Assorted Love Songs. I nie bez powodu dzisiaj o nim chcę powiedzieć, albowiem tego dnia, 9 listopada 1970 roku, ukazała się ta płyta na rynku. Tak, dzisiaj kończy pięćdziesiąt lat. Nie było mnie jeszcze na świecie, moi rodzice byli mali, ale z tego co mi wiadomo to w ich domach tej płyty się słuchało na starym adapterze. Jak powstawała i kto ją tworzył? Sam Eric Clapton. Czy jak kto woli - Slowhand.  Grzechem ciężkim byłoby dziś nic o tej płycie nie napisać. Jeśli jesteście fanami bluesa, rocka, ale takiego starego, korzennego, a nie znaliście tej płyty to dzisiejszy wpis jest właśnie dla Was w sam raz. 

Eric Clapton był niesamowicie podkurwiony z powodu szumu związanego z jego poprzednimi zespołami takimi jak Blind Faith czy słynny Cream tworzony z nieżyjącymi już Gingerem Bakerem i Jackiem Brucem. Po rozpadzie Blind Faith Clapton dołączył do  Delaney & Bonnie And Friends, których poznał kiedy byli supportem dla Blind Faith podczas trasy koncertowej po Stanach Zjednoczonych latem 1969 roku. Po ich rozpadzie z kolei jeden z członków, Bobby Whitlock, połączył się ponownie z Erikiem, spotykając z nim w Surrey, w Anglii. Od kwietnia 1970 roku spędzili razem dwa tygodnie, pisząc kilka piosenek, by - jak to ujął Whitlock - mieć coś do zagrania. I jak się później okazało, te piosenki miały stanowić większość materiału na omawianym dzisiaj albumie. Wkrótce potem pozostali dwa członkowie Delaney & Bonnie, czyli Carl Radle i Jim Gordon, ponownie spotkali się z Claptonem i Whitlockiem w Anglii. Eric chciał grać nadal pozostając anonimowym. Grali kameralnie po klubach w Wielkiej Brytanii, przyjmując nazwę Derek And The Dominos. Nazwa grupy wynikała prawdopodobnie z gafy speakera zapowiadającego koncert - Eric & The Dynamos. Clapton wybrał nazwę Derek And The Dominos, ponieważ nie chciał, aby jego sławne imię i nazwisko przeszkadzały w utrzymaniu wizerunku zespołu. Po zakończeniu trasy udali się do Criteria Studios w Miami, aby nagrać album.


Ważnym dla odnotowania jest fakt, że w międzyczasie Pan Eric przeżywał zakochanie w żonie swojego najlepszego przyjaciela, George’a Harrisona - Pattie Boyd. Ex-beatles dołączył do Claptona jako gitarzysta podczas europejskiej trasy Delaney & Bonnie w grudniu 1969 roku. To zakochanie jeszcze bardziej spotęgowało chęć nagrania albumu. Producent Tom Dowd pracował nad drugim albumem Allman Brothers, Idlewild South, gdy otrzymał telefon, że Clapton chce przywieźć zespół na nagranie. Słysząc tę rozmowę, gitarzysta Duane Allman, powiedział, że chce wpaść i zobaczyć, jeśli Clapton się zgodzi. Allman zadzwonił później do Dowda, aby poinformować go, że jego zespół jest w mieście, aby dać koncert charytatywny 26 sierpnia. Kiedy Clapton dowiedział się o tym, uparł się, żeby zobaczyć ich show. Dostał specjalne miejsce dla vipów, oddzielone od publiki. Oglądał koncert z rozdziawioną gębą. Po koncercie Allman zapytał naszego bohatera czy mógłby wejść do studia i zobaczyć kilka sesji nagraniowych. Nie trzeba było prosić i pytać, Eric sam z tym wyszedł, mówiąc bezpośrednio: Bierz gitarę i chodź. Musisz zagrać. Clapton napisał później w swojej autobiografii, że i Allman byli nierozłączni podczas sesji na Florydzie; mówił o Allmanie jako o muzycznym bracie, którego nigdy nie miałem i żałuję.


Przejdźmy już do samej zawartości muzycznej na albumie. Chociaż piosenka tytułowa znajduje się dopiero pod koniec albumu bez wątpienia jest sercem i duszą całości albumu. Płyta zaczyna się utworem I Looked Away. To melodyjny numer zbudowany na prostych gitarowych riffach charakterystycznych dla południowego grania. Partie wokalne wymieniają Clapton i Whitlock. Właściwie to osoba Patti Boyd pojawia praktycznie w każdym utworze. Także i w tym otwierającym Eric pokazuje Słuchaczowi jak wielką obsesję ma na jej punkcie. Idąc dalej mamy Bell Bottom Blues, który bez wątpienia jest najbardziej emocjonalnym utworem, niemalże uduchowionym, autentycznym, bluesowym, wyrażającym rozterki duszy. Brzmi również jak doskonałe zwieńczenie wszystkiego, co Clapton robił do tego momentu w swojej karierze. Keep On Growing ma bardziej tradycyjne bluesowe riffy, ale z odrobiną ostrzejszego rocka i bardziej optymistycznego tekstu. Wokale są świetnie zharmonizowane przez Claptona i Whitlocka, a pięcio ścieżkowe partie gitar tworzą fantastyczny - jak na tamte czasy - karnawał dźwięków. Nobody Knows You When You're Down And Out to stary numer Jimmy’ego Coxa i pierwszy tradycyjny bluesowy cover na albumie, gdzie Clapton i Allman mają wspólne pole do popisów, wykorzystując w tym wszystkim techniki slide. I Am Yours to zmiana stylu. Mamy tu gitary akustyczne, organy Hammonda z minimalnym użyciem gitary elektrycznej. Istotnym jest fakt, że Clapton jawi się tu jako współautor, a głównym jest XII wieczny perski poeta Nizami Gəncəvi, którego historia o Layli i Majnun nadała albumowi właśnie taki tytuł Layla And Other Assorted Love Songs. W Anyday mamy powrót do rdzennego stylu Claptona i Whitlocka, gdzie każdy z nich zamienia się głównym wokalem i łączy się w melodramatycznie ekscytujące refreny. Muzycznie ta piosenka zawiera szalone gitary i fantastyczne rytmy, a perkusista Jima Gordona dodaje szalone, energiczne wypełnienia podczas bardziej wzniosłych momentów tej piosenki. Posłuchajcie co wyczynia Carl Radle na basie - świetny funkowy groove.


Jesteśmy w połowie albumu. Key To The Highway to trwający ponad dziewięć minut improwizowany jam utworu Big Billa Broonzy'ego, który nie był przeznaczony na album, ale został nagrany spontanicznie. Tell The Truth brzmi jak czysta pop / soul / funkowa kompozycja, ale z gitarami prowadzącymi, które nadają temu wszystkiemu przewagę, która czyni ją wyjątkową dla tej grupy. Z kolei Why Does Love Got To Be So Sad? jest wizytówką basisty Radle, ponieważ ma najbardziej optymistyczny rytm ze wszystkich piosenek na albumie. Zawiera również podrasowany jam z melodyjnym haczykiem i fantastyczną energią, dzięki czemu jest być może najbliższy utworowi Allman Brothers niż jakikolwiek inny na albumie. W Have You Ever Loved A Woman? Clapton prezentuje swoje wielkie umiejętności zarówno instrumentalne, jak wokalne. Aż ciężko uwierzyć, że muzyk na początku w ogóle wstydził się śpiewać, bo twierdził, że nie potrafi. A jednak - potrafi doskonale w blues. Mamy fantastyczne wykonanie Little Wing Jimiego Hendrixa. Ale ta wersja jest czymś zupełnie innym od tego, co słychać w oryginale na Axis: Bold As Love. Dwa wokale i dwie gitary prowadzące Claptona i Allmana nadały utworowi nową jakość. Tragicznym zbiegiem okoliczności Hendrix zmarł zaledwie kilka dni po nagraniu tej piosenki przez Derek And The Dominos.

Oczywiście punktem kulminacyjnym albumu jest piosenka tytułowa i klasyczny rockowy element radiowy Layla. O czym już wspomniałem jest zainspirowana tragicznym wierszem Nizamiego piosenka jest funkowo-rockową interpretacją rosnącej przyjaźni i zauroczenia Claptona do żony jego przyjaciela - George'a Harrisona. Zakochał się szaleńczo w żonie przyjaciela George'a Harrisona, a jej odrzuceniu przypisuje się przynajmniej częściowo popchnięcie Claptona w uzależnienie od heroiny. Jak na ironię, para pobrała się w 1979 roku, ale Pattie rozwiodła się z Claptonem w 1989 roku z powodu jego uzależnienia od heroiny i alkoholizmu. Oryginalnie była napisana jako ballada, ale Allman zrobił z niej hard rockowy numer dzięki charakterystycznemu riffowi. Zakończenie zostało opracowane przez perkusistę Jima Gordona, który wymyśli partię fortepianu, przekonując tym Claptona, aby tę partię zostawić. Okazała się strzałem w dziesiątkę, genialnym posunięciem. Takie crescendo, nieustannie rozwijające się z podwójnymi jęczącymi gitarami symulującymi zawodzące emocje, które podkreślają temat piosenki. Album kończy się Thorn Tree In The Garden, krótką i smutną akustyczną balladą Whitlocka (i jedynym utworem, w którym wykonuje jedyny główny wokal), która jest ostatnią odą do utraconego romansu.


Co prezentuje okładka? To obraz francuskiego artysty Frandsena De Schonberga. Malarz był ojcem przyjaciela, w którego domu przebywał zespół grając we Francji. Clapton wybrał ten właśnie obraz na okładkę albumu, ponieważ przypominał mu Pattie Boyd-Harrison.

Layla i Other Assorted Love Songs pierwotnie znalazły się na szczycie listy 20 najlepszych albumów rockowych i ponownie pojawiły się na liście Billboard 200 w 1974, 1977 i 2011. Chociaż Derek And The Dominos byli gotowi nagrać kolejny album w 1971 roku. Niestety z powodu napięć i narkomanii wśród członków zespołu, a także tragicznej śmierci Duane'a Allmana w tym samym roku, zespół rozpadł się. Minęło 50 lat. Ta muzyka nadal brzmi wspaniale. To jazda obowiązkowa!








Bartas ✌

35 lat temu ukazał się jeden z najlepszych debiutów w historii muzyki - "Ten" grupy Pearl Jam.

  Po śmierci Andy’ego Wooda Gossard i Ament zawiesili działalność. W czasie tej separacji Gossard spędził swój czas na pisaniu materiałów, k...