W karierze każdego legendarnego zespołu rockowego nadchodzi taki moment, gdy samo pozostawanie aktywnym staje się historią. Jednak dla Deep Purple długowieczność nigdy nie była wystarczająca. Przez prawie sześćdziesiąt lat muzyki, zmian w składzie, przemian kulturowych oraz wzlotów i upadków niezliczonych trendów, zespół nieustannie stawiał sobie wyzwania twórcze, pozostając niezaprzeczalnie tym Deep Purple. Prawie dokładnie dwa lata po wydaniu =1 powracają z albumem Splat! I to dzięki niemu osiągnęli coś, co dla innych artystów byłoby niezwykłe: płytę, która jest jednocześnie świeża, awangardowa i głęboko zakorzeniona w tradycjach, które uczyniły ich jednym z najbardziej wpływowych i zdecydowanie najgłośniejszym zespołem w historii. Od pierwszych chwil ten krążek zapowiada się z niezwykłą pewnością siebie. Kipi energią łącząc muskularne riffy, wyrafinowany kunszt muzyczny, zapadające w pamięć melodie i chemię, która może powstać tylko u muzyków, którzy spędzili dekady na doskonaleniu swojego warsztatu. Zamiast jednak opierać się na nostalgii, Splat! brzmi żywo, po raz kolejny udowadniając, że wiek i kreatywność nie wykluczają się wzajemnie.
Już od pierwszego uderzenia Arrogant Boy grupa brzmi odmłodzona. Nuty wydobywają się z głośników z dumą, przywodzącą na myśl klasyczną erę Machine Head, ale bez cienia nostalgii. Riffy są muskularne, perkusja Iana Paice’a pozostaje nieodparcie dynamiczna, a klawisze Dona Aireya płynnie przeplatają się między klasycznymi ozdobnikami Hammonda, a nowoczesnymi fakturami. Diablo to kolejny killer z nieodpartym połączeniem groove’u i grozy, a The Rider i The Lunatic pokazują nieprzemijającą zdolność zespołu do równoważenia melodyjnego wyrafinowania z czystą, hard-rockową mocą. Cudownie nastrojowy Sacred Land to jeden z tych emocjonalnych szczytów albumu, udowadniając, że Deep Purple pozostają mistrzami zarówno dynamiki, jak i głośności. The Beating Of Wings to po prostu majstersztyk przesiąknięty współczesnym i luźnym bluesem. Następnie pojawia się znakomity i chyba mój ulubiony Guilt Trippin’, którego klawiszowe intro Aireya bardzo mocno przypomniało mi niemal death-metalową solówkę utworu Cyborg z solowego albumu Briana Maya z 1998 roku Another World. Utwór tytułowy spaja wszystko w jedną całość, a satysfakcjonujące zakończenie idealnie wpisuje się w główną ideę albumu - transformację, a nie prostą apokalipsę.
Deep Purple po raz kolejny nagrał krążek, uchwycając spontaniczność i chemię, które zawsze definiowały ich najlepsze dokonania. Pod doświadczonym okiem starego wygi Boba Ezrina nagrania emanują swobodą, ekscytacją i interakcją, które charakteryzują ten sam zespół. Sam Ian Gillan zauważył, że nowy materiał podziela dynamikę, równowagę i czystą radość klasycznego okresu zespołu z lat 1969-1973, a ta pewność siebie jest słyszalna w każdym numerze. Jednym z największych triumfów płyty jest ciągły rozwój młodego pokolenia w osobie Simona McBride'a. Zastąpienie tak szanowanego gitarzysty jak Steve Morse nigdy nie było łatwe, ale na Splat McBride w pełni ugruntowuje swoją pozycję nie tylko jako “ten nowy, ale jako nieodłączny element nowoczesnej tożsamości Deep Purple. Po tym, jak zaimponował już na poprzedniej płycie =1, tutaj gra z jeszcze większą pewnością siebie, płynnie łącząc zapierające dech w piersiach umiejętności techniczne z głębokim zrozumieniem DNA zespołu. I co jest bardzo ważne - mądrze unika naśladowania Ritchiego Blackmore’a czy Steve'a Morse’a. Zamiast tego czerpie inspiracje z obu, jednocześnie pozwalając rozkwitać własnemu bluesowymu frazowaniu, ognistemu atakowi i lirycznym solówkom. Jego gra na gitarze w utworach Arrogant Boy, Diablo i The Beating Of Wings jest szczególnie wyjątkowa. Oferuje bowiem zapadające w pamięć riffy i ekspresyjne solo, które brzmią całkowicie naturalnie. Jego chemia z Donem Aireyem staje się jedną z cech definiujący obecny skład, a ich muzyczne dialogi nawiązują do klasycznej gry Blackmore’a i Lorda, pozostając jednocześnie w pełni współczesnymi. Ian Gillan brzmi niezwykle zaangażowanie, oferując partie wokalne pełne charakteru, humoru i mocy. Gra na basie Rogera Glovera jest pomysłowa i solidna jak skała, Ian Paice wciąż udowadnia, że jest jednym z najlepszych perkusistów rocka, zaś Don Airey z płyty na płytę pokazuje coraz większe pazurki i udowadnia, że żaden inny klawiszowiec - po nieodżałowanym Jonie Lordzie - nie rozumie lepiej estetyki Deep Purple. Zamiast brzmieć jak muzycy pielęgnujący dziedzictwo, brzmią jak zespół, który autentycznie czerpie przyjemność ze wspólnego tworzenia muzyki.
Wiele doświadczonych rockowych grup ma ten problem z pogodzeniem innowacyjności ze znajomością. Zbyt dużo eksperymentów grozi zrażeniem wieloletnich fanów; zbyt duża nostalgia może prowadzić do twórczej stagnacji. Deep Purple radzi sobie z tym wyzwaniem lepiej, niż ktokolwiek inny. Krążek zawiera wystarczająco dużo klasycznego DNA Purpurowych, aby zadowolić oddanych fanów, jednocześnie wprowadzając wystarczająco dużo nowych pomysłów, aby ta muza była świeża i ekscytująca. Tym, co wyróżnia Deep Purple spośród wielu ich słynnych rówieśników, jest ich nieustanne zaangażowanie w rozwój artystyczny. Choć ich klasyczne albumy pozostają obowiązkowym punktem programu, historia grupy nie skończyła się ponad pięć dekad temu. Nadal tworzą wartościową i aktualną muzykę, a Splat! jest przekonującym dowodem na to, że ich twórcza iskra jest tak silna, jak zawsze. To hołd oddany wszystkiemu, co czyniło zespół wyjątkowym przez prawie sześć dekad - nieustraszonemu kunsztowi muzycznemu, ambicji twórczej i niezachwianej wierze w czystą, nieskażoną moc muzyki rockowej. Płyta roku 2026? Być może, być może… 😉 Bartas✌☮

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz