Pierwszy raz usłyszałem Karnivool w 2009 roku w audycji Noc Muzycznych Pejzaży Piotra Kosińskiego w Radiowej Trójce. Legendarny Kosiak prezentował wówczas drugi album grupy zatytułowany Sound Awake. Płyta zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Po czterech latach ukazał się krążek Asymmetry po czym zespół zamilknął na trzynaście lat. 6 lutego powrócił z genialną płytą In Verses. Zanim jednak przejdziemy do samej płyty to może najpierw kilka słów o samym zespole. Karnivool pochodzą z Perth i należą do tych zespołów, które w jakiś sposób utrzymały wierną rzeszę fanów i to nawet po tak długiej przerwie. Obecny skład ekipy to: Ian Kenny (wokal), Andrew “Drew” Goddard (gitara prowadząca), Mark Hosking (gitara), Jon Stockman (bas) oraz Steve Judd (perkusja). Dwie rzeczy, które definiują Karnivool to energia i groove. Muzycy grają mieszankę rocka progresywnego i metalu, ale te ich celowe, mocne riffy są natychmiast zauważalne i porywają słuchacza. Znakomita zaś sekcja rytmiczna nadaje im charakterystyczną nonszalancję.
Ten ich nowy album ma niezaprzeczalny urok i zachwyt. Zawiera dziesięć kompozycji i trwa nieco ponad godzinę, ale nie wydaje się to wcale za długie. Otwierający krążek utwór Ghost zaczyna się niepokojącym ambientem i stonowaną perkusją, po czym przechodzi w absolutnie piorunujący riff. Australijczycy zawsze byli mistrzami nieprzewidywalnych riffów i zmiennych metrum i album In Verses nie jest tu wyjątkiem. Drone zawiera chwytliwe rytmy, ale wciąż udaje mu się przełamać oczekiwania. Aozora to kompozycja napisana dziesięć lat temu i niezaprzeczalny hit do śpiewania. Trwający ponad osiem minut Conversations, który nie brzmiałby nie na miejscu na wspomnianym na początku Sound Awake, a jednocześnie wciąż brzmi świeżo. Reanimation to utwór z gościnnym udziałem brytyjskiego gitarzysty Guthrie Govana, który - co jest zaskakujące - gra niesamowicie fajną solówkę w stylu soul. W All It Takes sekcja gitarowa - Goddard, Hosking i Stockman - jedne z najcięższych riffów na albumie, a Judd z łatwością przechodzi od szybkich i ognistych wypełnień do łagodnych rytmów. Wokal Kenny’ego na tym albumie brzmi jeszcze lepiej, niż kiedykolwiek. Największym zaskoczeniem był dla mnie zamykający krążek numer Salva. Zaczyna się on bowiem nieco żałobnie, a wers: There ain’t no place / I’d Rather Be / But I’ve gotta go sygnalizuje, że album dobiega końca. Jednak pod koniec nabiera łagodnego charakteru, a wybór instrumentów zaskakuje.
Czy warto było czekać aż trzynaście lat na nowy materiał? Zdecydowanie TAK! In Verses to najlepsza rzecz, jaką zrobili od czasu mojego ulubionego Sound Awake. Jestem przekonany, że ten nowy materiał będzie ochoczo grany na żywo przez wiele lat. I mam nadzieję, że nie będę musiał czekać na kolejny album tyle czasu. Genialna płyta!💥 Bartas✌☮

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz