Flea, jeden z najbardziej ekscentrycznych i ponadczasowych postaci współczesnej muzyki, nigdy nie stronił od odważnych deklaracji, zarówno muzycznych, jak i modowych. Jako rytmiczny kręgosłup Red Hot Chili Peppers i niezwykle utalentowany multiinstrumentalista, jego twórczy niepokój i swobodna natura od dawna są częścią jego atrakcyjności. Nie mogąc usiedzieć na dupie zbyt długo, w swojej kolejnej wielkiej przygodzie z debiutanckim albumem Honora, zdecydowanie wyłamuje się z przesiąkniętego funkiem chaosu i wkracza w coś bardziej intymnego, bardziej refleksyjnego i ostatecznie bardziej odkrywczego, niż kiedykolwiek wcześniej. Na długo przed trasami koncertowymi po stadionach i życia w Los Angeles, Flea - a właściwie Michael Balzary - był zanurzony w jazzie. Wychowany przez ojczyma, oddanego miłośnika jazzu, wcześnie dość poznał twórczość takich legend jak Miles Davis, Louis Armstrong czy Chet Baker, co skłoniło młodego Balzary’ego do wybrania trąbki jako swojego pierwszego kroku w muzyce. Lata później, zbliżając się nieuchronnie do sześćdziesiątych urodzin, podczas trasy koncertowej poczuł przyciągnięcie do punktu wyjścia, napędzany narastającym strachem, że bez powtórzeń ta część jego muzycznej tożsamości może całkowicie zniknąć. Nastąpiły dwa lata codziennych ćwiczeń i cicha, zdyscyplinowana reorganizacja, która dała początek Honorze. Na długo zanim ujrzała światło dzienne, nasz dzisiejszy bohater nigdy nie bał się tworzyć muzyki. Podczas gdy Papryczki zyskały reputację jednego z najbardziej światowych zespołów w historii, z niezwykle oddaną rzeszą fanów, tym razem Flea był zdany tylko na siebie. No, ok… nie do końca. Utworzył grupę złożoną z samych gwiazd, co tylko pogłębiło jego obawy, że słuchacze nazwą go pozerem. Okazało się jednak zupełnie inaczej - jego wybranymi ambasadorami była elitarna grupa wizjonerów muzyki współczesnej, w pełni podzielających jego wartości.
Album Honora - nazwany na cześć ukochanego członka rodziny - rozpoczyna się od kompozycji Golden Wingship. Jej rozległy i nieco szalony wstęp nawiązuje do dźwiękowej interakcji Flea z Johnem Frusciante, a jednocześnie zdecydowanie ustawia tę dziedzinę jako swoją własną. Jest luźna, eksploracyjna i pełna energii. Od momentu utworu A Plea krążek w pełni oddaje jazzowe dziedzictwo Flea, z bogatymi dźwiękami instrumentów dętych blaszanych, przeplatającymi się z wyraźną linią basową, wzmocnioną delikatnymi smyczkami. Tekst nawiązuje do wieloletniego aktywizmu politycznego artysty, a jego głos przebija się z surową klarownością: there’s hate all around… Human beings, we’re here together. Utwór Frailed całkowicie przełamuje nastrój, a jego glitchy syntezatory i statyczne faktury przywodzą na myśl elektronika z albumu Maya Johna Frusciante, zanim instrumenty dęte wciągną go z powrotem w Honora. Całość emanuje psychodeliczną mgiełką, co nie dziwi, zważywszy na dobrze udokumentowane zamiłowanie muzyka do odmiennych stanów świadomości, opisane w jego pamiętniku Acid For The Children. Kozak, co nie? Morning Cry to kolejny, dymny, późnonocny i zawadiacki numer, niczym wyjęty prosto ze słabo oświetlonego baru, pełen improwizacyjnej pewności siebie. Reinterpretacje albumu są równie wymowne. Maggot Brain oddaje ducha George’a Clintona i Eddiego Hazela w bardziej medytacyjnym świetle, zaś Thinkin Bout You Franka Oceana sprowadza się do pojedynczej, bolesnej linii trąbki, która unosi się lekko wśród ambientowych pejzaży. To właśnie tutaj Flea prezentuje swoją eklektyczną muzyczną wiedzę, współpracując z legendami - zarówno starszego jaki młodszego pokolenia. Współpraca z Thomem Yorke’em i Nickiem Cave’em nadaje mu głębi, gdy Traffic Lights łączy Flea i Yorke’a w delikatnej, latynoskiej wymianie, z subtelną, lecz niezaprzeczalną chemią. Tymczasem w Wichita Lineman baryton Cave’a unosi się nad aksamitną aranżacją, podtrzymywany przez ciepły, toczący się kontrabas. Płyta powoli dobiega końca. Willow Weep For Me ponownie wprowadza zniekształcone partie syntezatorów pod ekspresyjną trąbkę Flea, a Free As I Want To Be zamyka wszystko. Jej zmienna struktura rozpoczyna się chaotycznym początkiem, dociekliwym środkiem i zdecydowanym, uspokajającym finałem, który odzwierciedla bieg życia samego artysty. Od burzliwej młodości, przed napędzaną nadmiarem sławę, po jasność odnalezioną w osobistej przynależności, płyta wydaje się mniej zakończeniem, a bardziej deklaracją intencji.
Na swoim debiucie Flea znalazł sposób na redefinicję swoich skromnych muzycznych korzeni, daleki jest on od próżności. To urzekająca chwila, w której muzyk na nowo odkrywa istotę pierwotnego celu, jednocześnie wciąż poszukując nowych znaczeń na swej muzycznej drodze. Kandydat do płyty roku 2026. Nie przegapcie!👆 Bartas✌☮

Super Bartuś 😊❤
OdpowiedzUsuń