sobota, 11 kwietnia 2026

Najbardziej surowy i intymny moment w karierze. 30 lat temu Alice In Chains nagrali "MTV Unplugged".

 

Zastanawiałem się czy napisać o tym koncercie w 30. rocznicę wydania go na płycie (tj. 30 lipca 1996 roku) czy też w 30. rocznicę samego występu muzyków (10 kwietnia 1996 roku). Doszedłem do wniosku, że jednak bardziej liczy się to, w którym dniu i roku koncert się odbył, a nie wtedy, kiedy zapis z niego został wydany na płycie  Dziś, gdy piszę te słowa, jest sobota 11 kwietnia 2026 roku. Wczoraj minęło 30 lat odkąd muzycy Alice In Chains zagrali swój przepiękny akustyczny koncert z serii MTV Unplugged. Miało to miejsce w nowojorskim Majestic Theatre - Brooklyn Academy Of Music. Jest to wydarzenie wyjątkowe z kilku powodów. Był to pierwszy występ grupy od 1993 roku i również ostatni z Layne’em Staleyem. Pamiętajmy także, że rok 1996 to praktycznie już całkowity koniec muzyki grungowej. Kurta Cobaina nie było już na tym świecie od dwóch lat, za ostatni prawdziwie grunge’owy album Pearl Jam uznaje się Vitology (1994), a ostatnim albumem Soundgarden przed rozpadem był Down In The Upside, wydany w maju roku 1996. Album Alice In Chains MTV Unplugged ukazał się - jak wspomniałem - 30 lipca 1996 roku i tak naprawdę zakończył krótką, ale pamiętną erę w szeroko pojętej muzyce rockowej i metalowej. Muzycy podążyli również za tradycją akustycznych występów Pearl Jam i Nirvany, które ostatecznie doczekały się oficjalnych wydawnictw. Wartym odnotowania jest fakt, że Eddie Vedder i spółka zagrali jako pierwsi, ale na wydanie czekać musieli dekadę. Jak więc Alice in Chains wypadło w kategorii bardziej minimalistycznych, jednorazowych koncertów z cięższym materiałem?


W przeciwieństwie do Nirvany, nie chcieli przesadzać z ilością coverów i singli ze stron B. Za to wykorzystali sporo materiału z dwóch akustycznych EP-ek, co ma sens z perspektywy zespołu, ale sprawia, że doświadczenie jest mniej wyjątkowe, bowiem te wersje kompozycji z Sap i Jar Of Flies niewiele zmieniają w aranżacjach i klimacie omawianych numerów. Moim skromnym zdanie, wersje studyjne są generalnie lepsze. Są bowiem bardziej dopracowane i charakteryzują się bardziej spójnymi partiami, szczególnie Layne’a. Niejeden fan zachwycał się tutaj nad formą wokalną Staleya. Jest to prawda, ale trzeba też wziąć pod uwagę kontekst. W 1994 roku powstał Mad Season, gdzie muzyk przejął stery wokalne, a ich jedyny album Above miał skomplikowaną produkcję. Oczekiwania fanów co do stanu formy Alice In Chains były niepewne. Jednak z perspektywy czasu Layne brzmi naprawdę bardzo dobrze, nie fałszuje i nie stara się oddać choćby namiastki wersji studyjnych. Jego głos jest miejscami wyraźnie napięty i przez większość czasu trochę powściągliwy, nieco pozbawiony mocy, którą kiedyś z łatwością emanował. Niemal siedzi na krzesełku nieruchomo. No, ale…chwila… to przecież koncert akustyczny i z pewnością zrobił to celowo. 


Nie będę się zbytnio rozwodził nad utworami ze wspomnianych EP-ek, bo nie ma za wiele do dodania. Nutshell, Brother, No Excuses oraz Got Me Wrong brzmią naprawdę bardzo dobrze, ale - jak wspomniałem - wolę posłuchać ich w wersjach studyjnych. Natomiast godnym uwagi jest końcówka No Excuses, gdzie Layne żartuje, by zrobić sobie przerwę na teledysk amerykańskiego rapela LL Cool J’a. Na basie Mike’a Ineza widniał napis: Friends Don't Let Friends Get Friends Haircuts. Był on skierowany do członków Metalliki, którzy byli na widowni i niedawno ścięli włosy. Inez i perkusista Sean Kinney oddali im jednak hołd, grając intro do Enter Sandman tuż przed wykonaniem Sludge Factory. Jerry Cantrell zaś przed zagraniem Angry Chair zagrał intro do Battery, przechodząc w utwór He Haw Gloom, Despair, And Agony On Me. Numer ten został pominięty na płycie CD, ale można go znaleźć na kasetach VHS i płytach DVD.


Jeśli mam być szczery to najlepiej wypadły im utwory z mojej ulubionej płyty, czyli Dirt. Taki Down In A Hole nie musi się zbytnio różnić od wersji studyjnej, bo i tak jest balladą. Jednak partie wokalne są tu szczególnie poruszające i zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że ta wersja będzie bardziej słusznym wyborem, jeśli się będzie chciało tej kompozycji posłuchać. Angry Chair i kultowy już Would? brzmią tu absolutnie fantastycznie, bo z naturalnymi aranżacjami i klimatem, który czyni je bardziej przystępnymi, aniżeli wersje studyjne, a jednocześnie wciąż potrafią uchwycić wiele z magii, która sprawiła iż te utwory są tak ponadczasowe. Rooster to jeden z najpiękniejszych ballad Alice In Chains i w tej wersji również nie brakuje mu wyrazistych i ekspresyjnych fraz gitarowych. Nie ma tu utworów z debiutanckiego krążka Facelift, nawet Man In A Box. Troszkę szkoda, ale to być może dlatego, że zespół chciał dać więcej miejsca nowszym numerom na setliście. Biorąc pod uwagę, że była to ich jedyna okazja do zagrania materiału z Alice In Chains. To z pewnością najciekawsze numery z płyty, bo tylko tutaj możemy usłyszeć je na żywo. Layne zaśpiewał Sludge Factory oktawę niżej, ale i tak wyszło mu bardzo dobrze. Heaven Besides You też bardzo dobrze się sprawdza. Z kolei decyzja o (prawie) zakończeniu koncertu dwoma utworami z krążka Alice In Chains ma sens, biorąc pod uwagę, że sprawiają one wrażenie, jakby zespół godził się z rozpadem. Frogs zaśpiewany jest przez Staleya z niezwykłą gracją wybijającą dość wysokie ooooh brzmi jeszcze lepiej, aniżeli w wersji studyjnej. Wreszcie Over Now, który pokazuje zespół w najlepszym wydaniu, a śmiech Layne’a na początku świetnie oddaje nastrój utworu. Jerry Cantrell prezentuje tu wokal na najwyższym poziomie. Ja to w ogóle uważam, że panowie Staley i Cantrell tworzyli niesamowite harmonie wokalne. Czy mamy coś jeszcze? Tak, już na samo zakończenie jest kompozycja Killer Is Me, napisana i wykonana specjalnie na potrzeby tego koncertu. Jest niezwykle dysonansowy, nawet jak na Alice In Chains, co sprawia, że zastanawiam jak zabrzmiałby w wersji ostrej, studyjnej.  


Koncert MTV Unplugged to nie tylko album Alice In Chains, w którym wykorzystano  instrumenty akustyczne zamiast elektrycznych. To jest zespół w swoim najbardziej surowym i intymnym momencie - uzależnienia wokalisty Layne’a Staleya, który spotyka się z kolegami i publicznością, by przedstawić te najważniejsze utwory w innym świetle. Takim, które rzuca nowe znaczenie i nowe dziedzictwo dla zespołu jako całości. Kiedy włączasz ten album to nie tylko go słuchasz. Doznajesz niesamowitego doświadczenia - uczucia, że jesteś tam z nimi na żywo, a to jest coś, co można uzyskać tylko dzięki występom MTV Unplugged. I dlatego ten album jest tak doskonały, że spokojnie dałbym mu ocenę dziesięć na dziesięć. To mój drugi ulubiony koncert akustyczny jeśli chodzi o zespołu ze Seattle. Pierwszy jest Pearl Jam, a Nirvana dopiero miejsce trzecie. No, tak się złożyło. Trzydzieści lat temu. Jak ten czas leci. Jeśli nie sięgniesz po ten krążek, sprawisz ogromną przykrość swoim uszom😔 Bartas✌☮

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Najbardziej surowy i intymny moment w karierze. 30 lat temu Alice In Chains nagrali "MTV Unplugged".

  Zastanawiałem się czy napisać o tym koncercie w 30. rocznicę wydania go na płycie (tj. 30 lipca 1996 roku) czy też w 30. rocznicę samego w...