Rok 2026 zagościł u nas już na dobre, a legendarni i dość kontrowersyjni norwescy pionierzy black metalu, Mayhem, powracają ze swoim siódmym (dopiero) pełnometrażowym wydawnictwem w ponad 40-letniej karierze - Liturgy Of Death. Zaiste, ten katalog nie jest jakiś duży w porównaniu z innymi zespołami, które grają równie długo, ale pokazuje, że Norwegowie nie poprzestają na wydaniu nowego albumu, jeśli nie są pewni, że jest on pełen materiału absolutnie wartego wydania i słuchania. Po mniej komentowanym i znacznie bardziej eksperymentalnym albumie z 2000 roku zatytułowanym Grand Declaration Of War, zespół powrócił do bardziej tradycyjnego black metalu, aż do momentu wydania w 2014 roku Esoteric Warfare. Niedocenionego krążka w dyskografii, który sprawił, że Mayhem zwrócili się w stronę bardziej dysonansowego i pośredniego stylu muzycznego. Był on kontynuowany pięć lat później na albumie Daemon i ponownie - jak się zaraz okaże - pojawia się w roku 2026 na Liturgy Of Death. Oczywiście, ten album zawiera mnóstwo tradycyjnego black metalu. Nie znajdziemy tu niczego zbyt odjechanego w porównaniu z innymi dokonaniami grupy. Skomponowano riffy, które tworzą złowieszczą atmosferę dzięki gitarzystom Telochowi i Ghulowi oraz basiście Necrobutcherowi, do których dołączają nieubłaganie intensywne blasty wyczarowane przez Hellhammera za garami. Wokalista Attila Csihar cały czas ryczy za mikrofonem, recytując teksty o rozmyślaniach i medytacjach nad śmiercią, jak można się spodziewać po tytule albumu. Zresztą słowa Death is neither good nor evil, for only what exists can be, rozpoczynające utwór Weep For Nothing, stanowią godne podsumowanie tematów tego albumu.
Muzyka Mayhem interesuje mnie przede wszystkim ze względu na ich całkowite lekceważenie obyczajów gatunku, który stworzyli. Jak wspomniałem, ustalona formuła jest obecna w sposobie grania na instrumentach, ale podczas gdy niezliczone legiony nowszych zespołów blackmetalowych zadowalają się po prostu kopiowaniem Transilvanian Hunger czy kultowym już De Mysteriis Dom Sathanas po raz milionowy, obecne brzmienie Mayhem jest w porównaniu z nimi absolutnie wyjątkowe. Riffy są strome i kanciaste i sprawiają wrażenie, jakby zostały wydobyte z jakiejś pustki poza czasem i przestrzenią. Nie są one do końca eksperymentalne czy awangardowe, ale są rozwinięciem oryginalnego brzmienia Mayhem. Pomimo licznych zmian w składzie od momentu powstania grupy, ta najnowsza seria albumów pokazuje, że zespół na nowo zrozumiał, gdzie wpisuje się w ramy współczesnej inkarnacji gatunku. Jednym z elementów, który pozostał wierny muzyce Mayhem przez cały ich dorobek jest dysonans, a to uczucie na tym albumie jest eksplorowane dogłębnie. Oczywiście, są momenty, w których muzyka łączy się w taki sposób, który infekuje umysł słuchacza chwytliwymi riffami, ale jednocześnie wydaje się, że muzycy chcą zrobić coś innego. Cały krążek - od początku do końca - brzmi jak podróż przez kosmiczne krainy nawiedzane przez mroczne widma. Nigdy nie można zrozumieć do końca, co się wokół nas dzieje. To jak doświadczenie poza ciałem, powiązane z mrocznymi zaklęciami i ciemnymi rytuałami. Ostatecznie Mayhem osiągają to, co potrafią najlepiej na Liturgy Of Death, wyczarowując porywające i miażdżące black metalowe modlitwy, które pokazują, że są całkowicie i absolutnie odrębnym zespołem. Nie bawią się w idee gatunku jako całości, w którego powstaniu sami odegrali ogromną rolę. Zamiast tego raczą zagłębić się w krainy śmierci, mistycyzmu i ezoteryki, które same w sobie bawią, a nie gorszą. Pomijając flirty z zapatrzeniem się w głąb własnych historycznych dokonań muzycznych, ten album stanowi znakomity wstęp do ich skromnej, ale kultowej dyskografii. Koniecznie posłuchajcie! 💥 Bartas✌☮

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz