No, i koniec lata. Jesień się zaczęła. Chciałoby się zaśpiewać za Czesławem Niemenem mimozami jesień się zaczyna. Myślę, że to bardzo dobry moment, by podsumować najlepsze - tego lata - wydarzenia muzyczne, koncertowe i festiwalowe. O festiwalach przeczytacie niebawem w specjalnym wydaniu naszego Muzycznego Zwierza, który ukaże się pod koniec września tego roku. Ja w dniu dzisiejszym chciałbym pochylić się nad relacją z najważniejszego dla mnie koncertu tego lata i tego roku. Koncertu niezwykle wyczekiwanego, przekładanego dwukrotnie przez tego cholernego COVIDa, który nie odpuszczał - Pearl Jam. Początkowo relacja z tego niesamowitego wydarzenia miała się znaleźć w Muzycznym Zwierzu, w wydaniu po festiwalowym. Uznaliśmy wspólnie z Szefową naszej Redakcji, że to już troszkę przedawniona sprawa (a chcemy być raczej na bieżąco z muzycznymi wydarzeniami), więc lepiej będzie jak owa relacja wyląduje na moim blogu. Tak więc niniejszym czynię to w ramach podsumowania letnich koncertów.
Był to mój drugi koncert w życiu tego zespołu i drugi raz dokładnie w tym samym miejscu, bo w Krakowskiej Tauron Arenie 14 lipca 2022 roku. Cztery lata przyszło nam czekać na kolejne spotkanie z zespołem. Ale było warto, o czym za chwilę się przekonacie. Występ był zupełnie inny pod wieloma względami od poprzedniego w 2018 roku. Mój odbiór koncertu również był inny. Na pierwszym nie załapałem się na miejsce na płycie i musiałem zadowolić się miejscem na trybunach, bardzo daleko w górze. Na tegorocznym - dzięki uprzejmości znajomej - miałem miejsce na płycie bardzo blisko sceny. Zespół Pearl Jam ma to do siebie, że potrafi pod wieloma względami zaskoczyć swoich fanów. Było jednak jasne na długo przed koncertem, że ten spektakl, zaledwie kilkaset mil od granicy z Ukrainą, będzie mocno zabarwiony cieniem wojny.
Około godziny 21:45 muzycy weszli na scenę. Ed powitał nas krótkim Good evening. Po czym zespół otworzył swój koncert rewelacyjnym Sometimes, który również otwiera album No Code. Ta kompozycja nie ma z pozoru jakiegoś ognia, ale jest kapitalnym wejściem i we wspomnianą płytę i w klimat koncertu. Chwilę później zabrzmiał Porch, który zwykle grany jest na półmetku ich występów. No, ale taki jest właśnie Pearl Jam - nieprzewidywalny. Muzycy byli naprawdę w świetnej formie. Gitarzysta Mike McCready złapał to świństwo kilka dni wcześniej, więc zmuszony był biedaczysko do grania w maseczce. Eddie Vedder z kolei był nieźle rozgadany tego wieczoru. Po skończonym utworze Porch zaczął swój pierwszy speech: Nie zagramy w miejscu tak ważnym na światowej scenie, jak w miejscu, w którym gramy dzisiaj wieczorem. Być zaproszonym do zagrania w miejscu, tak blisko konfliktu zbrojnego… trudno znaleźć słowa. Poza wojną na Ukrainie jest gigantyczna pieprzona tragedia dla całej planety. Po czym dodał: Putin, idi na chuj! Pomyślałem wtedy: Dzięki, Eddie, na Was zawsze można liczyć!
Po tym pierwszym i krótkim, ale jakże bardzo treściwym przemówieniu, zespół zaserwował nam niesamowitą serię killerów (starszych i nowszych), bardzo wpływowych. W pierwszej kolejności zeppelinowy Quick Escape z najnowszego albumu Gigaton. Kompozycja coraz lepiej wychodzi im na żywo, a tego wieczora grupa świetnie połączyła ją z Dissident, tworząc duet o tematyce ucieczkowej (dedykacja dla uchodźców Ukrainy). Po mile przyjętym przeze mnie Buckle Up, Ed prosi nas, byśmy dla własnego bezpieczeństwa cofnęli się dwa kroki w tył. Nie zabrakło Even Flow, w którym Mike zagrał zajebistą solówkę. Kompozycje z najnowszego krążka grupy zagościły tego wieczora jeszcze kilka razy, w tym moja ulubiona i katowana do porzygu - Seven O’Clock. Przy Immortality płakałem jak bóbr, nawkurzałem się na wszystkich moich wrogów przy Corduroy i wyskakałem ostro przy Jeremy. Boże, jaki piękny set!
![]() |
"Szerz prawdę i zatrzymaj wojnę!" |
Specyfiką Pearl Jam jest to, że przez te ponad dwie godziny wlewają w Twoje serducho hektolitry nadziei, że będzie dobrze. Stajemy się wtedy jedną Pearl Jam Family. Przetrwamy to wszystko razem, bo razem jesteśmy silni i możemy więcej. To nie jest zespół, który wyjdzie, zagra i pójdzie w pizdu. Oni dbają o nas, fanów. Eddie Vedder to nie Roger Waters. Nawet jeśli się z czymś z nim nie zgadzasz to nie każe Ci wypierdalać do baru. Nienawidzi za to kłamstwa i hipokryzji polityków. I im co najwyżej każe spieprzać! 🖕Bo ZAWSZE stoi za podstawowymi prawami człowieka! Przeciwko jakiejkolwiek chorej wojnie. Przed równie bardzo wyczekiwanym przeze mnie Unthought Known, Vedder wygłosił kolejne ważne przemówienie: Mieć mikrofon to znaczy mieć odpowiedzialność. Internet to forma mikrofonu — kiedyś można tam było szukać i publikować muzykę, świetnie się przy tym bawić. Dziś Internet to narzędzie wojny, które jest wykorzystywane do tego, by nami manipulować. Rób, co możesz, by szerzyć prawdę. Szerz prawdę. Zatrzymaj wojnę!
![]() |
Podziękowania za pomoc Ukrainie. |
![]() |
Can't find a BETTER BAND!😍 |
![]() |
Keep On Rockin' In The Free World |