czwartek, 12 marca 2026

Chaos i harmonia, niespójność i czysty splendor. 35 lat "Out Of Time" grupy R.E.M.

 

Nie tak dawno na swoim prywatnym profilu facebookowym ogłosiłem, że rok 2026 będzie pełen wspominek wspaniałego dla muzyki roku 1991, albowiem to już 35 lat od tamtej pory. Trzy i pół dekady. Rozpocząłem na swoim TikToku od ukochanego i najważniejszego dla mnie w życiu Innuendo grupy Queen. O tym Arcydziele czytaliście już kilka lat temu na moim blogu, więc nie widzę sensu pisania powtórnie. Dziś chciałbym podzielić się myślami o najbardziej zróżnicowanym albumie zespołu R.E.M. - Out Of Time - który ukazał się 12 marca 1991 i wciąż ukazuje aktualne połączenie chaosu i harmonii, niespójności i czystego splendoru. Co ciekawe, w momencie wydania krążek był jednogłośnie uznawany za świetny album. Niektóre magazyny muzyczne uznały go za arcydzieło. Z upływem czasu opinie stawały się coraz bardziej mieszane, a fani i sympatycy zespołu dostrzegli w Out Of Time pierwszy moment, w którym R.E.M. poczuło się całkowicie pozbawione weny, a ich muzyka brzmiała nudno i przytłumienie. Zaiste, album jest zbyt mainstreamowy, aby docenili fani rocka klubowego i zbyt wymagający, by mogli go posmakować entuzjaści popu. Poza tym, brakuje mu współczesnej publiki, która rozpozna w nim płytę z zaledwie dwoma zapadającymi w pamięć utworami. 


Ja jednak tak sobie myślę, że Out Of Time zasługuje na lepszy los i nowe spojrzenie. Przy dłuższym bowiem odsłuchu chaotyczna mieszanka komercji i eksperymentu staje się nośnikiem jednego z najbardziej zróżnicowanych przekazów lat dziewięćdziesiątych. Niczym słoneczna odmiana albumu Green, Out Of Time może być jednym z najdziwniejszych albumów nurtu alternatywnego rocka. Połączenie starych brzmień, sentymentalnych ballad, depresyjnych momentów, wątpliwego instrumentalnego utworu i melorecytacji sprawia wrażenie dzieła zespołu, który został zmuszony do stworzenia kolejnego albumu, by dopełnić wspaniałego połączenia komercyjnego i osobistego, jakie ukazało się na wspomnianym wyżej Green. Zamiast skupiać się na oszałamiających pejzażach dźwiękowych, jak poprzednik, muzycy stworzyli mieszankę chaosu i czystego popowego mistrzostwa, wzbogacając całe dzieło o zdecydowaną esencję. I tak, album sprawia wrażenie niespójnego, a kolejność utworów - przypadkowego miksu. Pierwszy moment kontynuuje ograny do porzygu Losing My Religion, którego melancholijny charakter ustępuje miejsca depresyjnemu Low. Optymistyczny ton początku ostro kontrastuje z tym pierwszym, zaś hermetyczny tego drugiego przeciwstawia się muzycznemu dynamizmowi, skłaniając się ku pogrążaniu w depresji. Ten porządek, obecny na całym albumie, nie przystaje do statusu wielkiego dzieła, ale kompozycja i koncepcja R.E.M. niszczą to wrażenie. To, co dla większości zespołów byłby katastrofą, przeobraża się w piękną medytację. Ta dwubiegunowa lista utworów sprawia, że album jest odważniejszy, niż jakikolwiek inny album tej grupy aż do Monster, nadając całemu brzmieniu eksperymentalny charakter.


Niekanoniczna - nazwijmy to - konstrukcja staje się coraz bardziej widoczna w Near Wild Heaven, który rozświetla mrok wyrażony w Low. Od tego momentu dysonansowy charakter kompozycji staje się bardziej wyraźny, rozwijając się w momentach oscylujących pomiędzy popową wrażliwością a akcentami country folk. Chociaż Endgame to na pierwszy rzut oka i ucha mało interesujący album instrumentalny, który nie wzbudza żadnych emocji i uczuć, stanowi doskonałe preludium do singlowego Shiny Happy People. I nawet jeśli ten utwór nie jest zaliczany do najlepszych utworów w karierze R.E.M, to jego konstrukcja jest naprawdę wyjątkowa. Bez wciągającej linii melodycznej i wokalnego akompaniamentu Kate Middleton, utwór nie byłby tak masowo grany w niemal każdej stacji radiowej i nie zdobyłby tylu wyświetleń na YouTubie. Belong to piękny przykład nastrojowej dwuznaczności, będący tajemniczym przejściem do melancholii, którą reprezentują Half A World Away, Texarkana oraz Country Feedback. To właśnie te kompozycje sprawiają, że muzyka R.E.M. jest tak niezapomniana: smutek przeplatany emocjonalnymi harmoniami, bujny sentyment straty i pełna żalu retrospekcja. Brzmią jak przesiąknięte folkiem interpretacje alternatywnej substancji z Green, ta część tworzy pomost pomiędzy poprzednią płytą a Out Of Time. Zwieńczający całość utwór Me In Honey podsumowuje mocne strony muzyki. Spokój, melancholia, radość i - ponownie - piękny głos Kate Middleton, dowodzą ekspresyjnego piękna płyty.


Będąc jednocześnie przystępnym i eksperymentalnym, Out Of Time oferuje wspaniały spektakl emocjonalnych niuansów alternatywnego rocka, które znajdą imponującą ekstrapolację na następnym i równie doskonałym Automatic For The People, obejmując sentymentalną wieloznaczność. Mamy czułość i depresję, country i indie rock, katastrofę i konstrukcję, w wreszcie potężny album z potężnym głosem. Czując się jak arcydzieło stworzone w krótkim czasie (choć przerwa między albumem Green a Out Of Time to bite trzy lata), krążek prezentuje coś ze wszystkich faz twórczych R.E.M., wrzucone do niemal nielogicznego miksu, który wzmacnia niedoskonałą pasję pięknych dźwięków. 35 lat temu, a mnie się wydaje, że wciąż jestem tym pięcioletnim Bartusiem słuchającym Out Of Time na kaseciaku. Lecę posłuchać!😍








Bartas✌☮

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Waleczność i siła. Kreator i ich nowy album "Krushers Of The World".

  Oj, trzeba troszkę nadgonić z tymi recenzjami płytowymi. Mamy marzec, a ja - póki co - nie napisałem jeszcze żadnej świeżej recenzji. Tylk...