Nie tak dawno na swoim prywatnym profilu facebookowym ogłosiłem, że rok 2026 będzie pełen wspominek wspaniałego dla muzyki roku 1991, albowiem to już 35 lat od tamtej pory. Trzy i pół dekady. Rozpocząłem na swoim TikToku od ukochanego i najważniejszego dla mnie w życiu Innuendo grupy Queen. O tym Arcydziele czytaliście już kilka lat temu na moim blogu, więc nie widzę sensu pisania powtórnie. Dziś chciałbym podzielić się myślami o najbardziej zróżnicowanym albumie zespołu R.E.M. - Out Of Time - który ukazał się 12 marca 1991 i wciąż ukazuje aktualne połączenie chaosu i harmonii, niespójności i czystego splendoru. Co ciekawe, w momencie wydania krążek był jednogłośnie uznawany za świetny album. Niektóre magazyny muzyczne uznały go za arcydzieło. Z upływem czasu opinie stawały się coraz bardziej mieszane, a fani i sympatycy zespołu dostrzegli w Out Of Time pierwszy moment, w którym R.E.M. poczuło się całkowicie pozbawione weny, a ich muzyka brzmiała nudno i przytłumienie. Zaiste, album jest zbyt mainstreamowy, aby docenili fani rocka klubowego i zbyt wymagający, by mogli go posmakować entuzjaści popu. Poza tym, brakuje mu współczesnej publiki, która rozpozna w nim płytę z zaledwie dwoma zapadającymi w pamięć utworami.
Ja jednak tak sobie myślę, że Out Of Time zasługuje na lepszy los i nowe spojrzenie. Przy dłuższym bowiem odsłuchu chaotyczna mieszanka komercji i eksperymentu staje się nośnikiem jednego z najbardziej zróżnicowanych przekazów lat dziewięćdziesiątych. Niczym słoneczna odmiana albumu Green, Out Of Time może być jednym z najdziwniejszych albumów nurtu alternatywnego rocka. Połączenie starych brzmień, sentymentalnych ballad, depresyjnych momentów, wątpliwego instrumentalnego utworu i melorecytacji sprawia wrażenie dzieła zespołu, który został zmuszony do stworzenia kolejnego albumu, by dopełnić wspaniałego połączenia komercyjnego i osobistego, jakie ukazało się na wspomnianym wyżej Green. Zamiast skupiać się na oszałamiających pejzażach dźwiękowych, jak poprzednik, muzycy stworzyli mieszankę chaosu i czystego popowego mistrzostwa, wzbogacając całe dzieło o zdecydowaną esencję. I tak, album sprawia wrażenie niespójnego, a kolejność utworów - przypadkowego miksu. Pierwszy moment kontynuuje ograny do porzygu Losing My Religion, którego melancholijny charakter ustępuje miejsca depresyjnemu Low. Optymistyczny ton początku ostro kontrastuje z tym pierwszym, zaś hermetyczny tego drugiego przeciwstawia się muzycznemu dynamizmowi, skłaniając się ku pogrążaniu w depresji. Ten porządek, obecny na całym albumie, nie przystaje do statusu wielkiego dzieła, ale kompozycja i koncepcja R.E.M. niszczą to wrażenie. To, co dla większości zespołów byłby katastrofą, przeobraża się w piękną medytację. Ta dwubiegunowa lista utworów sprawia, że album jest odważniejszy, niż jakikolwiek inny album tej grupy aż do Monster, nadając całemu brzmieniu eksperymentalny charakter.
Niekanoniczna - nazwijmy to - konstrukcja staje się coraz bardziej widoczna w Near Wild Heaven, który rozświetla mrok wyrażony w Low. Od tego momentu dysonansowy charakter kompozycji staje się bardziej wyraźny, rozwijając się w momentach oscylujących pomiędzy popową wrażliwością a akcentami country folk. Chociaż Endgame to na pierwszy rzut oka i ucha mało interesujący album instrumentalny, który nie wzbudza żadnych emocji i uczuć, stanowi doskonałe preludium do singlowego Shiny Happy People. I nawet jeśli ten utwór nie jest zaliczany do najlepszych utworów w karierze R.E.M, to jego konstrukcja jest naprawdę wyjątkowa. Bez wciągającej linii melodycznej i wokalnego akompaniamentu Kate Middleton, utwór nie byłby tak masowo grany w niemal każdej stacji radiowej i nie zdobyłby tylu wyświetleń na YouTubie. Belong to piękny przykład nastrojowej dwuznaczności, będący tajemniczym przejściem do melancholii, którą reprezentują Half A World Away, Texarkana oraz Country Feedback. To właśnie te kompozycje sprawiają, że muzyka R.E.M. jest tak niezapomniana: smutek przeplatany emocjonalnymi harmoniami, bujny sentyment straty i pełna żalu retrospekcja. Brzmią jak przesiąknięte folkiem interpretacje alternatywnej substancji z Green, ta część tworzy pomost pomiędzy poprzednią płytą a Out Of Time. Zwieńczający całość utwór Me In Honey podsumowuje mocne strony muzyki. Spokój, melancholia, radość i - ponownie - piękny głos Kate Middleton, dowodzą ekspresyjnego piękna płyty.
Będąc jednocześnie przystępnym i eksperymentalnym, Out Of Time oferuje wspaniały spektakl emocjonalnych niuansów alternatywnego rocka, które znajdą imponującą ekstrapolację na następnym i równie doskonałym Automatic For The People, obejmując sentymentalną wieloznaczność. Mamy czułość i depresję, country i indie rock, katastrofę i konstrukcję, w wreszcie potężny album z potężnym głosem. Czując się jak arcydzieło stworzone w krótkim czasie (choć przerwa między albumem Green a Out Of Time to bite trzy lata), krążek prezentuje coś ze wszystkich faz twórczych R.E.M., wrzucone do niemal nielogicznego miksu, który wzmacnia niedoskonałą pasję pięknych dźwięków. 35 lat temu, a mnie się wydaje, że wciąż jestem tym pięcioletnim Bartusiem słuchającym Out Of Time na kaseciaku. Lecę posłuchać!😍
Bartas✌☮

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz