piątek, 1 maja 2026

Minimum słowa, maximum muzyki. Moja relacja z koncertu Erica Claptona w krakowskiej Tauron Arenie.

 

Muzyka Erica Claptona jest w moim domu odkąd pamiętam, a sam muzyk należy do grona moich absolutnie ukochanych gitarzystów świata obok takich znakomitości jak Brian May czy David Gilmour. Slowhand (bo taki ma pseudonim) niezbyt często gości w naszym kraju. Pierwszy swój koncert w Polsce zagrał w 1979 roku w ramach swojej światowej trasy promującej album Backless i nie wspomina go dobrze. Następnie wrócił do nas w roku 2008 na koncert plenerowy, który odbył się na Skwerze Kościuszki w Gdyni, a później w 2013 do Łodzi i 2014 do Oświęcimia. Niestety nie miałem okazji być na żadnym z tych wydarzeń. Krakowski występ 29 kwietnia 2026 roku był moim pierwszym i mam nadzieję, że jeszcze nie ostatnim. Wierzę mocno, że Pan Clapton nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Niemal równy tydzień wcześniej skończyłem 40 rok życia, a bilet na to niezwykłe wydarzenie był prezentem od całej rodziny. No, lepszego prezentu wymarzyć sobie nie mogłem. Zanim jednak na scenę wszedł nasz bohater, publikę świetle rozgrzał Andy Fairweather Low i The Low Riders. Dla tych, którzy być może nie wiedzą to jeden z założycieli popularnej w latach 60. grupy Amen Corner, a w ostatnich latach współpracujący z takimi muzykami jak Roger Waters, Bill Wyman czy właśnie Eric Clapton. Dał swoje godzinne prawie show, które doskonale wprawiło słuchaczy w klimat tamtego wieczoru. Było dużo bluesa i gitarowych improwizacji, dzięki czemu publika bawiła się przednio. 



No, ale bohaterem wieczoru był przecież Eric Clapton. Punktualnie o godzinie 20:30 zgasły światła, a na scenę wszedł ubrany w biały garnitur Eric wraz z własnym zespołem muzyków w składzie: Nathan East (bas/wokal), Doyle Bramhall II (gitara/wokal), Sonny Emory (perkusja), Chris Stainton (instrumenty klawiszowe), Tim Carmon (organy Hammonda/instrumenty klawiszowe) oraz wokalistki wspierające Sharon White i Katie Kissoon. Występ podzielony był na trzy części - elektryczny, akustyczny i znów elektryczny z bisem na koniec.  Bez zbędnego gadania otworzyli koncert kompozycją Badge z repertuaru grupy Cream. Bardzo dobre wejście, chociaż słuchając tego utworu w wersji studyjnej mam z nim taki problem, że jest on zbyt krótki i kończy się - kolokwialnie pisząc - z dupy. Bęc i koniec. Wersja koncertowa zrekompensowała tę stratę. Numer został zagrany spójnie i w bardziej wydłużonej wersji z dodatkowymi smaczkami instrumentalnymi. Idąc dalej mieliśmy absolutny bluesowy klasyk, na którego ja czekałem, ale spodziewałem się, że dostanę go od razu - Key To The Highway Charlesa Segara. Mimo tego, że Eric przez lata swojej kariery nie ograniczał się muzycznie, oscylując wokół różnych gatunków muzycznych, to nigdy nie zapomniał o swoich bluesowych korzeniach. Co więcej - tym występem także udowodnił, że w tym zakresie nie ma sobie równych. Nie inaczej było w przypadku I'm Your Hoochie Coochie Man Willie Dixona. Kątem oka obserwowałem ludzi stojących obok i niemal wszyscy ruszali biodrami i kolanami w takt płynącego bluesa, a moje szczęście było wręcz niewysłowione. If I Don't Be There By Morning ze wspomnianej na początku płyty Backless nie był grany bardzo dawno. To oczywiście cover Wielkiego Boba Dylana, choć zawsze o wiele bardziej podobał mi się w wersji Claptona. Nagłośnienie podczas koncertu było fantastyczne. Niemal każdy instrument słychać było idealnie, zaś oprawa wizualna godna Mistrza. Żadnych niepotrzebnych udziwnień. Sam Clapton - poza fenomenalną grą na gitarze - nadal daje radę wokalnie, mimo skończonych w tym roku 81 lat. Znakomicie wypadł i niezwykle radośnie I Shot The Sheriff - cover Marleya, chyba bardziej znany w wersji Erica. Tak właśnie zakończyła pierwsza część koncertu. 




W drugiej części Eric chwycił za gitarę akustyczną i dostaliśmy bardzo syty set akustyczny. Tak, jak byśmy wrócili na moment do pamiętnego koncertu MTV Unplugged w 1992 roku. Ja się przynajmniej tak czułem. Muzyk zagrał między innymi Kind Hearted Woman Blues swojego największego idola Roberta Johnsona, Nobody Knows You When You're Down And Out Jimmy’ego Coxa czy także dawno niegrany Golden Ring z Backless. Ale to na co chyba najbardziej publika czekała to Layla i Tears In Heaven. W sumie zastanawiałem się przed koncertem w której wersji usłyszę tę słynną piosenkę o odbiciu żony swojemu przyjacielowi. Czy wersja Derek And The Dominos czy może jednak Unplugged? Zaś Tears In Heaven zabrzmiało… troszkę bardziej weselej, niż w wersji którą znamy. Szybciej i z takim reggae’owym zacięciem. Ale to na plus. Być może Eric przepracował już ten ciężki czas i patrzy na to inaczej. 


Trzecia i ostatnia część to był istny kosmos. Tearing Us Apart, Cross Road Blues czy Little Queen Of Spades. Ale to, co absolutnie rozwaliło system to fenomenalnie zagrany Old Love. Wielu obecnych tego wieczoru jest zdania, że był to zdecydowanie najlepszy moment występu. Z pewnością! Na samo zakończenie Cocaine J.J. Cale’a, po czym muzycy zeszli ze sceny, by wrócić na moment i zagrać ostatni już utwór - Before You Accuse Me. Oczywiście w wersji elektrycznej.  Muzycy pokłonili się pięknie i zeszli ze sceny. Czy czegoś zabrakło? Zedycowanie Wonderful Tonight. Może jeszcze Pretending, Alberta czy San Francisco Bay Blues. No, ale nie można mieć w życiu wszystkiego. Eric Clapton wraz ze swoim zespołem dali z siebie publiczności trzysta procent, oczarowując całą Tauron Arenę. Minimum słów, maksimum muzyki. Kolejne wielkie marzenie koncertowe spełnione. Dzięki Rodzince. CLAPTON IS GOD! 🎸 Bartas✌☮

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Minimum słowa, maximum muzyki. Moja relacja z koncertu Erica Claptona w krakowskiej Tauron Arenie.

  Muzyka Erica Claptona jest w moim domu odkąd pamiętam, a sam muzyk należy do grona moich absolutnie ukochanych gitarzystów świata obok tak...