niedziela, 24 listopada 2024

33. rocznica śmierci Freddiego i 50 lat od występu Queen w londyńskim Rainbow Theatre.

 

Dziś mija 33 lata od odejścia Freddiego Mercury’ego do wieczności. Od kilku lat mam taką tradycję, że raczej nie powielam faktów o jego życiu, bo to byłoby nudne pisać co rok to samo. Zamiast tego opisuję jakiś koncert. Tak będzie i dziś. 19 listopada minęło 50 lat od drugiego z dwóch występów Królowej w Rainbow Theatre w Londynie. Pierwszy miał miejsce w marcu tego samego roku. Oba pokazy zostały odpowiednio sfilmowane i nagrane. Wydanie Live At The Rainbow ‘74 z 2014 roku dokumentuje te pokazy w najbardziej definitywny sposób. Roger Taylor, noszący opaski na rękawie, przedstawia Freddiego i utwór Seven Seas Of Rhye, komentując to całkiem dobry numer. Podczas występów polewał swój floor tom piwem, by uzyskać ciekawy efekt wizualny za każdym razem, gdy w niego uderzał. Szczególnie widać to podczas solówki w Keep Yourself Alive. Później Freddie oświadcza damy Wam trochę rock’n’rolla! Co o tym myślicie? Ok, ale musicie dołączyć. Powiem Wam, że to numer z naszej nowej płyty Sheer Heart Attack, a nazywa się Stone Cold Crazy. Po zabójczym wykonaniu tego speed-metalowego numeru Brian nieśmiało mówi: a ten jest dość delikatny. W rozszerzonej instrumentalnej części Liar Brian i Roger w sposób brawurowy nawiązują do smaczków z Great King Rat. Podczas tej trasy Freddie śpiewał pierwszą zwrotkę In The Lap Of The Gods...Revisited falsetem, tak jak na płycie. Tego wieczoru postanowił dla klimatu zaśpiewać oktawę niżej. Mama Briana była obecna na tym koncercie wśród publiczności i nawet udało jej się co nieco nagrać. Zarówno w wywiadzie dla Record Mirror z 7 grudnia, jak i w wydaniu International Musician z kwietnia roku 1975 gitarzysta stwierdza, że zespół nie był zadowolony z występu, głównie z powodu produkcji filmu, która stanęła im na drodze. W wydaniu dla wspomnianego International Musician z marca 1975 roku podano, że zespół Queen nagrał kilka numerów i wykonał także kilka overdubbingów z inżynierem dźwięku Hugh Jonesem, co z pewnością odnosi się do koncertu w Rainbow. Przed wyjazdem w trasę po USA na początku 1975 roku May napisał wiadomość dla fanklubu Queen, że zespół był bardzo zajęty pracą nad filmowaniem tego występu - miksowali go i edytowali do odpowiedniej formy dla Old Grey Whistle Test. Jednakże taka transmisja nigdy by się nie zmaterializowała. Półgodzinny film, będący kompilacją obu wieczorów zatytułowany po prostu Live At The Rainbow został po raz pierwszy wyświetlony w 1976 roku jako otwieracz filmu Led Zeppelin The Song Remains The Same w niektórych kinach w USA. W 1978 roku zaś w kinach w Wielkiej Brytanii w Jaws II oraz w 1979 roku przed Pink Floyd Live In Pompei i przed The Wall w 1982 roku. Oto lista utworów w teledysku, przy czym kursywą oznaczono utwory, które zostały zmontowane w fałszywy „medley”: Procession, Now I'm Here, White Queen, Killer Queen, The March Of The Black Queen, Bring Back That Leroy Brown, Father To Son [cięcie], Keep Yourself Alive [cięcie], Liar [cięcie], Stone Cold Crazy, In The Lap Of The Gods...Revisited, God Save The Queen. Utwór Now I'm Here został wyświetlony w 1977 roku we włoskim programie telewizyjnym o zespole nakręconym przez BBC 7. Narratorem odcinka specjalnego był Roger Taylor. W 1989 r. utwór Stone Cold Crazy z tego wieczoru został wydany jako strona B The Miracle - na singlu 7" w Wielkiej Brytanii i Australii, singlu 12" w Wielkiej Brytanii, singlu kasetowym w Wielkiej Brytanii i singlu CD w Wielkiej Brytanii i Austrii. 52-minutowa wersja koncertu została później oficjalnie wydana na kasetach VHS w 1992 r. jako część Box Of Trix (produkt zamawiany pocztą, wydany przez firmę o nazwie Star Direct), z wieloma oczywistymi edycjami i dogrywkami wokalnymi. Czasami dźwięk i obraz pochodzą z dwóch różnych nocy, chociaż zdecydowana większość z nich pochodzi z drugiej nocy - mimo to jest wiele momentów, w których dźwięk i obraz są niezsynchronizowane, co ostatecznie sprowadza się do słabej edycji. I z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu dźwięk jest mono. Oto lista utworów: Procession, Now I'm Here, Ogre Battle, White Queen, In The Lap Of The Gods, Killer Queen, The March Of The Black Queen, Bring Back That Leroy Brown, Son And Daughter, gitarowa solówka, Father To Son [cięcie], Keep Yourself Alive [cięcie], Liar [cięcie], Son And Daughter (powtórka), Stone Cold Crazy, In The Lap Of The Gods...Revisited, Jailhouse Rock [cięcie], God Save The Queen. Zaś Now I'm Here (w doskonałej jakości i z większością usuniętych dogrywek wokalnych) został wydany na DVD Greatest Video Hits 1 w 2002 roku. W listopadzie 2009 roku zespół zamieścił na swojej stronie internetowej kilka nagrań koncertowych z lat 70. w związku z wydaniem kompilacji Absolute Greatest, w tym White Queen. W 2011 roku świetnej jakości White Queen, Stone Cold Crazy i Liar (te same wersje, co na wydaniu VHS z 1992 roku) zostały udostępnione na iTunes w związku z ponownymi wydaniami pierwszych pięciu albumów Queen. Stone Cold Crazy został również wydany jako dodatek do japońskiego DVD i brytyjskiego Blu-ray dokumentu Days Of Our Lives w 2011 roku, ale z nowym miksem stereo (gitara Briana ma opóźnienie dodane cyfrowo dla całej piosenki zamiast analogowego opóźnienia, które było używane tylko do gitarowego solo na żywo). Cała pierwsza noc w Rainbow została pokazana na wystawie Stormtroopers in Stilettoes Queen w Londynie na początku 2011 roku. Dźwięk był monofoniczny i miał kilka drobnych nieścisłości, a wielu, którzy go widzieli, wspominało, że Freddie nie miał szczególnie dobrego głosu. 8 września 2014 roku na półki trafiło właściwe wydanie Live At The Rainbow, w wielu formatach - CD, DVD, LP i box set. Większość dogrywek wokalnych obecnych w wersji z 1992 roku pozostała, ale po raz pierwszy uwzględniono wszystkie wykonane utwory. Chociaż nadal jest to kompilacja obu nocy, jest wiele miejsc, zarówno w dźwięku, jak i w wideo, gdzie wersje z 2014 i 1992 roku różnią się, najbardziej zauważalnie jest główny wokal Freddiego w In The Lap Of The Gods...Revisited. Interesujące jest również to, że Freddie wspomina chorobę Briana po Son And Daughter. Dodatkowe materiały filmowe do tych, które zostały oficjalnie wydane, najwyraźniej znajdują się w rękach kolekcjonerów. Brian May stwierdził, że pokaz został prawidłowo sfilmowany, ale może to wynikać z faktu, że film Live At The Rainbow został zapisany na taśmie 16 mm lub 35 mm, aby wyświetlać go w kinach w latach 70. Występy zostały faktycznie nakręcone na taśmie 2-calowej. To zdjęcie na okładce ujawnia typową kamerę telewizyjną z tamtego okresu. Jedyne prawidłowo sfilmowane koncerty Queen to dwa wieczory w Montrealu '81 i Budapeszcie '86. Zdjęcia zza kulis zostały wykonane głównie przez Johnny'ego Dewe Mathewsa. Ujęcia na żywo mogą pochodzić z obu wieczorów w Rainbow. Jak widzicie - droga do wydania tego wyjątkowego koncertu była długa i kręta, ale w końcu się udało. Nie pozostaje mi nic innego jak w tę smutną rocznicę odpalić sobie ten koncert na dowolnym formacie i cieszyć się tą muzyką. Queen to nie tylko największe hity, ale też i mniej znane utwory. Przykładem jest choćby koncert Live At Rainbow.



Zarówno w wywiadzie dla Record Mirror z 7 grudnia, jak i w wydaniu International Musician z kwietnia roku 1975 gitarzysta stwierdza, że zespół nie był zadowolony z występu, głównie z powodu produkcji filmu, która stanęła im na drodze. W wydaniu dla wspomnianego International Musician z marca 1975 roku podano, że zespół Queen nagrał kilka numerów i wykonał także kilka overdubbingów z inżynierem dźwięku Hugh Jonesem, co z pewnością odnosi się do koncertu w Rainbow. Przed wyjazdem w trasę po USA na początku 1975 roku May napisał wiadomość dla fanklubu Queen, że zespół był bardzo zajęty pracą nad filmowaniem tego występu - miksowali go i edytowali do odpowiedniej formy dla Old Grey Whistle Test. Jednakże taka transmisja nigdy by się nie zmaterializowała. Półgodzinny film, będący kompilacją obu wieczorów zatytułowany po prostu Live At The Rainbow został po raz pierwszy wyświetlony w 1976 roku jako otwieracz filmu Led Zeppelin The Song Remains The Same w niektórych kinach w USA. W 1978 roku zaś w kinach w Wielkiej Brytanii w Jaws II oraz w 1979 roku przed Pink Floyd Live In Pompei i przed The Wall w 1982 roku. Oto lista utworów w teledysku, przy czym kursywą oznaczono utwory, które zostały zmontowane w fałszywy „medley”: Procession, Now I'm Here, White Queen, Killer Queen, The March Of The Black Queen, Bring Back That Leroy Brown, Father To Son [cięcie], Keep Yourself Alive [cięcie], Liar [cięcie], Stone Cold Crazy, In The Lap Of The Gods...Revisited, God Save The Queen. Utwór Now I'm Here został wyświetlony w 1977 roku we włoskim programie telewizyjnym o zespole nakręconym przez BBC 7. Narratorem odcinka specjalnego był Roger Taylor. W 1989 r. utwór Stone Cold Crazy z tego wieczoru  został wydany jako strona B The Miracle - na singlu 7" w Wielkiej Brytanii i Australii, singlu 12" w Wielkiej Brytanii, singlu kasetowym w Wielkiej Brytanii i singlu CD w Wielkiej Brytanii i Austrii.


52-minutowa wersja koncertu została później oficjalnie wydana na kasetach VHS w 1992 r. jako część Box Of Trix (produkt zamawiany pocztą, wydany przez firmę o nazwie Star Direct), z wieloma oczywistymi edycjami i dogrywkami wokalnymi. Czasami dźwięk i obraz pochodzą z dwóch różnych nocy, chociaż zdecydowana większość z nich pochodzi z drugiej nocy - mimo to jest wiele momentów, w których dźwięk i obraz są niezsynchronizowane, co ostatecznie sprowadza się do słabej edycji. I z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu dźwięk jest mono. Oto lista utworów: Procession, Now I'm Here, Ogre Battle, White Queen, In The Lap Of The Gods, Killer Queen, The March Of The Black Queen, Bring Back That Leroy Brown, Son And Daughter, gitarowa solówka, Father To Son [cięcie], Keep Yourself Alive [cięcie], Liar [cięcie], Son And Daughter (powtórka), Stone Cold Crazy, In The Lap Of The Gods...Revisited, Jailhouse Rock [cięcie], God Save The Queen. Zaś Now I'm Here (w doskonałej jakości i z większością usuniętych dogrywek wokalnych) został wydany na DVD Greatest Video Hits 1 w 2002 roku. W listopadzie 2009 roku zespół zamieścił na swojej stronie internetowej kilka nagrań koncertowych z lat 70. w związku z wydaniem kompilacji Absolute Greatest, w tym White Queen. W 2011 roku świetnej jakości White Queen, Stone Cold Crazy i Liar (te same wersje, co na wydaniu VHS z 1992 roku) zostały udostępnione na iTunes w związku z ponownymi wydaniami pierwszych pięciu albumów Queen. Stone Cold Crazy został również wydany jako dodatek do japońskiego DVD i brytyjskiego Blu-ray dokumentu Days Of Our Lives w 2011 roku, ale z nowym miksem stereo (gitara Briana ma opóźnienie dodane cyfrowo dla całej piosenki zamiast analogowego opóźnienia, które było używane tylko do gitarowego solo na żywo). Cała pierwsza noc w Rainbow została pokazana na wystawie Stormtroopers In Stilettoes Queen w Londynie na początku 2011 roku. Dźwięk był monofoniczny i miał kilka drobnych nieścisłości, a wielu, którzy go widzieli, wspominało, że Freddie nie miał szczególnie dobrego głosu.


8 września 2014 roku na półki trafiło właściwe wydanie Live At The Rainbow, w wielu formatach - CD, DVD, LP i box set. Większość dogrywek wokalnych obecnych w wersji z 1992 roku pozostała, ale po raz pierwszy uwzględniono wszystkie wykonane utwory. Chociaż nadal jest to kompilacja obu nocy, jest wiele miejsc, zarówno w dźwięku, jak i w wideo, gdzie wersje z 2014 i 1992 roku różnią się, najbardziej zauważalnie jest główny wokal Freddiego w In The Lap Of The Gods...Revisited. Interesujące jest również to, że Freddie wspomina chorobę Briana po Son And Daughter. Dodatkowe materiały filmowe do tych, które zostały oficjalnie wydane, najwyraźniej znajdują się w rękach kolekcjonerów. Brian May stwierdził, że pokaz został prawidłowo sfilmowany, ale może to wynikać z faktu, że film Live At The Rainbow został zapisany na taśmie 16 mm lub 35 mm, aby wyświetlać go w kinach w latach 70. Występy zostały faktycznie nakręcone na taśmie 2-calowej. To zdjęcie na okładce ujawnia typową kamerę telewizyjną z tamtego okresu. Jedyne prawidłowo sfilmowane koncerty Queen to dwa wieczory w Montrealu '81 i Budapeszcie '86. Zdjęcia zza kulis zostały wykonane głównie przez Johnny'ego Dewe Mathewsa. Ujęcia na żywo mogą pochodzić z obu wieczorów w Rainbow.


Jak widzicie - droga do wydania tego wyjątkowego koncertu była długa i kręta, ale w końcu się udało. Nie pozostaje mi nic innego jak w tę smutną rocznicę odpalić sobie ten koncert na dowolnym formacie i cieszyć się tą muzyką. Queen to nie tylko największe hity, ale też i mniej znane utwory. Przykładem jest choćby koncert Live At Rainbow😍 Bartas✌☮


niedziela, 17 listopada 2024

Nowa era i kolejny, logiczny krok w ewolucji. Linkin Park powraca w świetnym stylu z albumem "From Zero".

 

Przyznam się szczerze, że na początku nie lubiłem tego zespołu. To były czasy liceum, gdy wydali swoją druga płytę Meteora. Zawojowali światowym rynkiem muzycznym aż sześcioma singlami promującymi: Somewhere I Belong, Numb, Faint, From The Inside, Lying From You czy Breaking The Habit. Nie kupiłem tego wtedy! Mój mózg, moja wrażliwość muzyczna i rzetelna edukacja muzyczna w domu nie przyjmowały takich konwencji. Taki mainstream, taka pokazówka, taka moda wśród młodzieży gimnazjalno-licealnej, chwalącej się tym, że słucha rocka/metalu. Porzuca rapsy i zaczyna interesować się metalem. Ja pierdzielę! Toż to ni metal, i rock, i rap. Dopiero ich trzecia płyta Minutes To Midnight, wydana w 2007 roku, otworzyła mi oczy i wtedy zrozumiałem, że się bardzo co do tego zespołu myliłem. Teraz, gdy nie ma już Chestera wśród żywych, dochodzi do Ciebie jak bardzo ten człowiek cierpiał. Depresja to straszna choroba i takie pierdolenie weź się w garść, inni mają gorzej sprawia, że cały mój wewnętrzny pacyfizm idzie w cholerę i mam ochotę zasadzić temu komuś kopa w dupę. W 2017 roku Bennington odebrał sobie życie. Po tym tragicznym wydarzeniu wydawało się, że ten dzień wielkiego comebacku Linkin Park może nigdy nie nadejść. Ciężko jest zastąpić tak charyzmatycznego wokalisty kimś innym. Naciśnięcie przycisku odtwarzania nowego albumu From Zero to bardzo surrealistyczne doświadczenie i poczucie niepewności do tego, co ma nadejść.


Krążek wydaje się jednocześnie świeżym początkiem i logicznym kolejnym krokiem w ewolucji Linkin Park, a pierwsza połowa albumu jest bardziej zgodna ze starymi Linkinami, przyciągając nowych słuchaczy znajomym brzmieniem. Do tej pory prawdopodobnie, Drogi Czytelniku, słyszałeś single: wpadające w ucho The Emptiness Machine, kolosalne Heavy Is The Crown oraz refleksyjne Over Each Other. Ten ostatni daje nowej wokalistce Emily Armstrong jej jedyny solowy popis wokalny na albumie. Cut The Bridge przypomina Bleed It Out dzięki swojemu porywającemu rytmowi i znanemu refrenowi wokalnemu. Casualty to najcięższy moment albumu z ostrym thrashowym riffem i większym tupotem niż stado słoni w czasie karmienia łupanego. From Zero siada najlepiej w drugiej połowie, kiedy Armstrong naprawdę wznosi się na wyżyny wokalne. Wylało się na nią mnóstwo hejtu. Na nią i na Mike’a Shinodę, także ze strony rodziny zmarłego Chestera. Ta pochodząca z Los Angeles współzałożycielka grupy Dead Sara, moja rówieśniczka, to absolutny strzał w dziesiątkę. Wiadomo, że Chestera nie zastąpi nikt, ale jeśli już chcą kontynuować działalność to Emily jest najlepszym z możliwych wyborów. Overflow ma w sobie trip hopowy klimat i coś z ery A Thousand Suns. Two Faced jest bezczelny i wścibski, ma bowiem wznoszący się refren, zabawną interakcję wokalną między Mike'iem i Emily i myślę sobie, że stanie się koncertowym hitem. Stained to świetna piosenka, w której przetworzone bity odbijają się od rapowanego wokalu Mike'a, torując drogę wznoszącemu się refrenowi Emily. Też może fajnie sprawdzi się na koncertach. Dwa ostatnie momenty albumu, IGYEIH, to kolejny ciężki utwór, który dodaje albumowi energii w jego końcowych momentach. Good Things Go to ponury sposób na zakończenie albumu i pasuje do tradycji zespołu, aby zakończyć wszystko zamyśloną nutą. To moja ulubiona piosenka na albumie i doskonały przykład tego, jak dobrze Emily i Mike współpracują wokalnie.


From Zero to rewelacyjny album i wielki comeback Linkin Park. I chociaż trochę cierpi z powodu kryzysu tożsamości, przez co wydaje się albumem składającym się z dwóch odrębnych połówek, to tak dobrze jest mieć grupę z powrotem w tak kapitalnej formie. Jak już napisałem, Emily Armstrong to strzał w dziesiątkę. Artystka udowadnia, że ​​jest więcej niż gotowa do zadania przejęcia połowy obowiązków wokalnych zespołu, a ten album naprawdę jest dla niej idealnym punktem zaczepienia, aby zabłysnąć. To album, który oddaje hołd całej karierze zespołu - przeszłości, teraźniejszości i przyszłości oraz wyznacza ścieżkę na ekscytującą nową erę. Jedna z płyt roku 2024. Bardzo gorąco polecam🔥








Bartas✌☮

wtorek, 5 listopada 2024

Gdzie granice między dobrem, a złem są zatarte. God Dethroned i ich dwunasty studyjny album "The Judas Paradox".

 

God Dethroned to holenderski zespół grający ekstremalny death metal. Początki jego sięgają wczesnych lat 90-tych. Na przestrzeni czasu odnieśli spory sukces, występując na takich festiwalach jak Wacken, Summerbreeze, 70.000 Tons Of Metal i wielu innych. Tej jesieni zespół wyruszy w trasę po Europie, supportując polskich gigantów - Batushkę. Trasa ta zbiega się z wydaniem ich najnowszego, dwunastego studyjnego albumu The Judas Paradox. Krążka koncepcyjnego, w którym to ludzka kondycja jest centralnym punktem tekstów. Jak sami mówią - to dźwiękowe zejście w samo serce ciemności i oszustwa, gdzie granice między dobrem a złem są zatarte. Grupa nawiązała współpracę z producentem Tonym Lindgrenem, aby zapewnić słuchaczy, że krążek zostanie wydany zgodnie z najwyższymi standardami. Lindgren to solidna firma, bowiem współpracował już z takimi zespołami jak Sepultura czy Opeth. Można więc śmiało powiedzieć, że zespół God Dethroned był w dobrych rękach. 


Album rozpoczyna się utworem tytułowym - melodyjną i ponurą nutą, przy którym Henri “T.S.K." Sattler już wściekle krzyczy, wspierany przez instrumentalne partie swoich kolegów z zespołu, podczas gdy Frank 'Skillpero' Schilperoort dyktuje tempo za pomocną swoich uderzeń i blackmetalowych wypełnień. Rat Kingdom przynosi nam ostrą dawkę ich charakterystycznego brzmienia, a przenikliwe riffy Henriego i Dave’a Meestera brzmią szalenie od początku do końca. The Hanged Man prezentuje cztery minuty siarkowej, ekstremalnej muzyki dla naszej całkowitej rozkoszy, z podłymi rytmami Schilperoorta idącymi ręka w rękę z dudniącym basem Jeroena Pompera. Numer płynnie przechodzi do kinowego interludium Black Heart, który przygotowującego Słuchaczy miażdżącego Asmodeusa. Ten to numer oferuje wszystko to, za co fani pokochali brzmienie tej grupy - od ostrych ryków Henriego po blast beaty Franka, nie wspominając o ich riffach i liniach basowych, które wydzielają czystą magię, obejmując nas wszystkich w czarnej jak smoła ciemności. Kashmir Princess to kolejna skazana na zagładę, diabelska aria tej kultowej holenderskiej hordy. Gitary brzmią melodyjnie, ale demonicznie, zapewniając wokaliście wszystko, czego potrzebuje, aby ryczeć w podły sposób. Mamy też Hubris Anorexia - kompozycję idealną do zaciemniania nieba w imię zła. The Eye Of Providence może i nie jest zbyt mocna, bo brakuje jej tej samej energii co reszcie kompozycji na albumie, ale nadal brzmi ponuro i złowrogo. Powrotem do bardziej szalonego tempa jest numer Hailing Death, w którym Henri niemal rozrywa płuca, krzycząc wspierany przez piekielne dźwięki swoich kolegów z grupy. Trzeba przyznać, że mają jeszcze dużo demonicznego paliwa do spalenia w headbangingowym i pełnym natarcia Broken Bloodlines, gdzie dźwięk ich gitar obejmie Twoją duszę, zanim wciągnie Cię do podziemi na całą wieczność. Ich czarna msza zaś osiąga swój koniec wraz z równie niepokojącym War Machine, przynosząc ostatni wybuch ich firmowego black metalu, gdzie Henri mrocznie deklamuje niesamowite słowa piosenki w świetnym stylu.


Nowy album God Dethroned jest muzyczną podróżą do najciemniejszych zakątków religii, a Ty możesz pozwolić, aby ich muzyka pochłonęła Twoją zgniłą duszę. Muzycy po raz kolejny nie biorą jeńców w swoim dążeniu do ekstremalnej muzyki dzięki The Judas Paradox. Podczas gdy religia nadal niszczy nasz zepsuty i rozpadający się świat, ci holenderscy metalowcy będą czerpać inspirację ze wszystkiego, co złe jest w niej, aby otworzyć nasze oczy i umysły na wszystko to przy dźwiękach ich jadowitej muzyki, zanim będzie za późno. Nie przegapcie! 😈 Bartas✌☮

poniedziałek, 4 listopada 2024

Prawdziwe piękno życia tkwi w jego nietrwałości. The Cure powraca po szesnastu latach z arcydziełem - "Songs Of A Lost World".

 

Prawdziwe piękno życia tkwi w jego nietrwałości. Potrzeba troszkę czasu, aby to zrozumieć, ale taka jest prawda. Nic nie trwa wiecznie i nic nie jest i nie pozostaje takie samo I to bez względu na to jak bardzo staramy się stawiać czoła niepewności i zmianom. Niektóre elementy emanują długowiecznością, podczas gdy inne przemykają się jak krople deszczu, jeśli mamy wystarczająco dużo szczęścia, aby nauczyć się je puścić. Jedyną absolutną pewnością życia jest jego koniec. A najnowszy album zespołu The Cure Songs Of A Lost World dotyczy właśnie tego - śmiertelności i upływu czasu. Od razu napiszę, że jest to zdumiewający album, na którym Robert Smith głęboko tkwi w temacie, w którym sprawdza się najlepiej i co ciekawe, odsłaniając warstwy własnej wrażliwości jak nigdy dotąd. Minęło szesnaście od ukazania się dość przeciętnego albumi 4:13 Dream. Dokładnie szesnaście lat i pięć dni. Ale kto liczył? Ta płyta słusznie nie została przyjęta lepiej komercyjnie ani artystycznie, niż poprzednie dokonania. Na szczęście w końcu mamy płytę, którą śmiało można postawić obok takich dokonań jak Pornography, Kiss Me, Kiss Me, Kiss Me, Disintegration czy Bloodflowers. The Cure nie mają złych albumów, mają co najwyżej dobre, przeciętne, ale nie złe. Jednakże dla wielu fanów kreatywne szczyty zespołu tkwią w bardziej mrocznych zakamarkach ich twórczości – ponurej Faith, jeszcze bardziej ponurej Pornography i wspaniałej melancholii Disintegration


Krążek otwiera kompozycja Alone, która jest po prostu oszałamiająca pod każdym względem - lodowaty, emocjonalny i iście królewski. Sprawdźcie, czy nie ma w Was oznak życia, jeśli nie poczuliście tego ukłucia człowieczeństwa, gdy pierwszy raz słyszycie Smitha śpiewającego This is the end of every song that we sing. Chodzi tutaj o ustanie życia, przyjaźnie, zbliżającą się katastrofę klimatyczną, ustanie czasu. Także o wielkie idee, pozostając jednocześnie zdecydowanie intymnym i osobistym. Partia basu Simona Gallupa brzmi wybornie, a spokojne klawisze Rogera O’Donnella przepływają przez wydarzenia w zamyślony, żałobny sposób. Temat starzenia się, zwalniania tempa nie jest czymś nowym dla Roberta Smitha. Wszak pisał o takich sprawach od kiedy The Cure istnieje, ale teraz słucha się tego bardziej boleśnie. Jest tu poczucie surowej, wrażliwej szczerości zastępującej egzystencjalny niepokój minionych lat. Ten numer niemal natychmiastowo stanie się klasykiem. Bardziej spokojny nastrój daje And Nothing Is Forever, który podąża za tym samym strukturalnym szablonem, co Alone z przepięknym, przejmującym intro, które nie spieszy się, aby odejść na bok - pomysł powszechny na całej płycie. Wers Promise You’ll be with me in the end pokazuje Smitha w świetle, które podziwia i rzadko unika - infantylne poczucie bezradności , które splata czystą miłość z całkowitą potrzebą. Poczucie jaźni owiniętej w istnienie innej osoby jest centralnym punktem niezliczonych piosenek napisanych przez Smitha. Skupienie się na wyniku fazy lustrzanego odbicia Lacana w której ego jest kształtowane, aby niektórzy byli całkowicie zależni od innych, aby doznać jakiegokolwiek poczucia spełnienia. Powtarzanie w tej piosence frazy However far away, z jej oczywistym skojarzeniem z Lovesong z albumu Disintegration, jest kluczowym momentem dla albumu i takim, który pozostawia ślad na płycie, na który zwracasz większą uwagę przy każdym słuchaniu. To Smith patrzący wstecz,czasem w sposób samobiczujący, skupiający na straconych okazjach i zmarnowanym czasie, a gdzie indziej subtelnie świętujący własną twórczość. To intertekstualny, autoreferencyjny hołd. Forma akceptacji.


Jednym z najpiękniejszych aspektów tej płyty jest fakt, że Smithowi udało się zachować dokładnie ten sam charakterystyczny lamentowy głos przez lata. Nigdzie nie jest to bardziej słyszalne, niż w A Fragile Thing. Weźmy na ten przykład tak wielkich artystów jak David Bowie czy Scott Walker - zmieniali swoje style wokalne wraz z wiekiem. Frontman The Cure zaś wydaje się być zamknięty w jakimś dziwnym pakcie w stylu Doriana Graya, który trzyma jego struny głosowe w ryzach od około 1982 roku. A Fragile Thing to lśniąca piosenka, z zestawieniem między żwawym aranżem, a tematem z przeplatającymi się liniami fortepianu na pierwszym planie. Warsong opowiada o pogarszających się relacjach i można ten numer odczytywać w skali mikro lub makro. Dla tych, którzy naprawdę czują, że świat jest stracony, ta pieśń zostanie zinterpretowana jako traktat o ludobójstwie, truciźnie politycznej i otaczających nas przejawach faszyzmu. Dla tych, co mają odrobinę więcej nadziei w ludzi dobrej woli, może być odczytana jako zaniepokojenie nieuniknionymi wadami dynamiki interpersonalnej. To duszna piosenka, z nieustannymi minimalistycznymi klawiszami O’Donnella, które otulają utwór ciepłymi teksturami, podczas gdy gitary meandrują nad nimi, bez kierunku. Najbardziej chwytliwą kompozycją jest Drone: NoDrone - element wpadający w ucho jest dobrze ukryty za ścianą hałasu i zawodzących gitar. Solo Reevesa Gabrelsa jest pięknie rozłączne i odporne na osadzenie refrenu na płycie, która czerpie przyjemność z wydłużonych, powtarzających się wzorców. Brzmienie perkusji Jasona Coopera jest surowe i muskularne, podbudowujące wszystko drobiazgową starannością. Te dwie kompozycje dobrze pasują do siebie na płycie i mają ten sam mały problem - mogłyby trwać i trwać.  


Zawsze istniało takie poczucie, że Robert Smith po prostu chce być trzymany, nawet po raz ostatni, aby uspokoić się słowami i obecnością kogoś innego. To poczucie bezradności przenika płytę nigdzie bardziej wyraźniej, niż I Can Never Say Goodbye, który w warstwie lirycznej jest autobiograficzny, jak nigdy dotąd w twórczości The Cure. Jest pisarzem osobistych prawd, ale są one często zaciemniane przez rozbudowane metafory, które opierają się na dadaistycznych bzdurach lub “pocięte” stwierdzenia, które z czasem tworzą fragmentaryczną całość. I Can Never Say Goodbye to opowieść o starszym bracie Roberta umierającym na raka. Jego głos się łamie, gdy wypowiada kwestie, a w tekście jawi się naiwność, która mocno uderza. jeśli kiedykolwiek doświadczyłeś takiego poziomu straty lub przynajmniej byłeś od niej przerażająco blisko. W chwilach traumy tracimy zdolność do bycia poetyckim. Przez całą swoją karierę Smith był symbolem izolacjonistycznego lęku, bawiąc się byciem nieuważnym. Tutaj jest po prostu bezbronny. Ba! Jest tu jak dziecko - w niektórych miejscach jest pełen podziwu dla świata, a gdzie indziej rozdziera sobie serducho z powodu niesprawiedliwości. Przypomina się w tym momencie utwór sprzed 24 lat Where The Birds Always Sing, w którym śpiewa: The world is neither fair nor unfair / The idea is just a way for us to understand. Teraz buntuje się przeciwko temu, na co nigdy nie ma wpływu, z niewypowiedzianymi słowami i nigdy nie pozwalającymi na pożegnanie. Jest to dowód na to, że Smith potrafi pozwolić sobie na to, by postrzegano go w taki sposób, robi to tak, że nigdy nie wydaje się wyzyskujący i przesadzony. Najpłytsze spojrzenie na dorobek The Cure jasno pokazuje, że jest to człowiek, który zawsze widział jak cenne i niepewne jest życie. Jak ważne są najdrobniejsze chwile w definiowaniu tego, co czyni nas ludźmi i jak gryząca obecność śmiertelności jest zwykle niemożliwa do zignorowania. Smith skupiał większość swojej twórczości na pożegnaniach, na byciu pozostawionym samemu sobie w rozpaczy i na samej śmierci. Dla zagorzałych fanów zespołu The Cure (a jest wśród Czytelników Muzycznego Zwierza od groma) trudno będzie nie znaleźć powiązań w ośmiu kompozycjach na Songs Of A Lost World z wcześniejszymi dokonaniami zespołu, czy to w błaganiu o przebudzenie w I Can Never Say Goodbye, czy w atmosferycznych dźwiękach foley, które wprowadzają piosenkę i nawiązują do najlepszego utworu na Desintegration - The Same Deep Water As You - ale są to wszystko punkty styczne, a nie oznaki, że artysta po prostu recyklinguje.


Bez wątpienia jest to najbardziej wykwintnie wyprodukowany album The Cure. Warstwowa instrumentalizacja, wokalne modulację i oddechy są głęboko ukryte w miksie, a coś nowego przyciąga uwagę przy każdym odsłuchu w sposób, który niespodziewanie wzbogaca paletę dźwiękową zespołu. Produkcją zajął się sam Smith wespół z Paulem Corkettem, który wcześniej pracował z zespołem jako wspóproducent przy znakomitym, wspomnianym na początku albumem Bloodflowers z 2000 roku. Krążkiem, który ma wiele wspólnego z Songs of a Lost World, zarówno pod względem ogólnej estetyki, jak i motywów lirycznych. Nawet w leniwie tworzonych utworach, w strukturze płyty można wyczuć żywotność, co jest imponujące i podkreśla pragnienie Smitha, aby zawsze wkraczać na nowe tereny. Otwarcie All I Ever Am ma coś z My Bloody Valentine z ery Loveless; jest w równym stopniu pełne dźwięku i oszołomienia. Kompozycja jest wyjątkiem na płycie, bowiem skupia się na wznoszącej sekwencji akordów w porównaniu z bardziej ponurymi utworami, obok których się znajduje. Dzieli podobne wątki narracyjne z resztą Songs Of A Lost World pod względem spojrzenia wstecz z pewną dozą żalu z powodu dokonanych wyborów, późniejszych konsekwencji i jakoś nigdy nie czując się wystarczająco z tym dobrze. Muzycznie panuje tu nerwowy nastrój i wydaje się bardziej lekko przygnębiający niż tarzający się pesymizm, który otacza płytę jako całość. To coś w rodzaju piosenki na szerokim ekranie na albumie, który zostałby nakręcony w formacie 4:3, gdyby był filmem. To tylko wytchnienie przed uwolnieniem kolejnej ściany nieszczęścia.


Robert Smith zawsze miał talent do pisania absolutnie zabójczych utworów końcowych. Endsong może być najlepszym z nich wszystkich. Od samego początku jesteśmy na znanym terytorium z długim, krętym intro, które pozwala na małe zmiany w aranżacji, tak aby każdy muzyk mógł być usłyszany. Gabrels wchodzi z rozległym brzmieniem gitary, które wydaje się chaotyczne, ale zawsze ma kontrolę. I'm outside in the dark wondering how I got so old / It's all gone, it's all gone w zasadzie podsumowuje cały nastrój płyty, a gdy pojawiają się wokale, instrumenty siadają, wiedząc, gdzie skupić naszą uwagę w zasadzie podsumowuje cały nastrój płyty, a gdy pojawiają się wokale, instrumenty siadają, wiedząc, gdzie powinniśmy skupić naszą uwagę. Pozostaje tylko skąpa perkusja Coopera i kilka uderzeń klawiszy. Smith jest znów odsłonięty. To wspaniałe oświadczenie końcowe nie jest dla osób o słabych nerwach lub tych, co łatwo się nudzą. Gdy pierwsza część tekstu jest skończona, zespół wraca, aby stworzyć kakofonię pięknego hałasu, a słowa Smitha stają się bardziej wrzaskliwe, bardziej intensywne i wyczerpane, gdy nadchodzi koniec. Jest równie imponujący, złowieszczy i fascynujący. 


Songs Of A Lost World jest arcydziełem, a jego słuchanie uzależnia, niczym liczne używki. Potrzeba jednak wielu dni nieustannego słuchania płyty, aby to powyższe stwierdzenie wytrzymało próbę czasu. Niemniej jednak jest tak bliski doskonałości, jakiej kiedykolwiek z nas mógł się spodziewać😍 Bartas✌☮


Wielki powrót Mike'a Portnoya i powrót na właściwe tory. Dream Theater i ich nowy album "Parasomnia".

  Mike Portnoy wrócił do Dream Theater! Hip hip, hurra! Szczerze powiedziawszy, wątpię w to, aby był chociaż jeden fan Teatru Marzeń, który ...