wtorek, 3 marca 2026

Szaleństwo, poczucie bezradności i uwięzienia oraz brak kontroli nad sobą. 40 lat "Master Of Puppets" Metalliki.

 

Zdaję sobie z tego sprawę, że zalegam wielu moim Czytelnikom oraz artystom zestawienia z polską muzyką 2025. Wybaczcie, miałem niemałe zawirowania życiowe. Przez to także nie napisałem ani jednej recenzji płytowej z roku 2026. A już mamy marzec. Postanowiłem, że zrekompensuję tzw “między wierszami”, czyli obok wspominek i nowości napiszę po prostu recenzje tych albumów polskich wykonawców, których muzyka i twórczość podobała mi się najbardziej w 2025 roku. A co dziś? Dziś jest 3 marca 2026. Urodziny mojej kochanej siostry Oli oraz… czterdziestolecie wydania jednego z najgenialniejszych (o ile nie najgenialszego) albumów w historii metalu - słynnego Master Of Puppets zespołu Metallica. Gdy moja siostra się urodziła, ja miałem niecałe osiem lat i znałem już dobrze ten album. Oczywiście, dzięki komu? Mamie! Tak, też kupiła mi na rynku łazarskim w Poznaniu kasetę i słuchałem jej bardzo często, ale jakoś nigdy wcześniej nie miałem okazji przelać swych emocji związanych z tym albumem na papier. Pomyślałem, że cztery dekady tego geniuszu to świetna okazja, by coś tam skromnego skrobnąć. 


Produkcja albumu - za którą odpowiedzialny jest sam zespół z Flemmingiem Rasmussenem - jest nieco ziarnista, ale idealnie pasuje nie tyle do energii tego albumu, ale i tamtych lat, gdzie dominowały przeważnie gatunki pop i disco, a także święcący triumfy thrash metal. To Metallica w swojej złotej erze tego gatunku. Gitary brzmią absolutnie czysto, ale i ciężko, a James Hetfield jest u szczytu swoich możliwości wokalnych. Dojrzał od krzykliwego i lekko piskliwego głosu, który miał na Kill 'Em All. Co więcej, potrafi oddać każdy nastrój, jakiego wymaga od niego dana kompozycja - od wolnego, ale nieco złowieszczego śpiewu, po surowe i potężne krzyki i wrzaski. I tak, niezależnie od tego, ile głupot pisze się na temat techniki gry Larsa, on również jest tu w swojej szczytowej formie. Bass nieodżałowanego Cliffa Burtona to jest coś, czego chyba już żaden basista metalowy nie jest w stanie dokonać.


Przejdźmy może już do samych utworów. Album rozpoczyna się utworem Battery. Jest on skomponowany w tonacji e-moll. Ma łudząco podobną strukturę do Fight Fire With Fire, otwierającego poprzedni krążek - Ride The Lightning. Rozpoczyna się fantastyczną progresją akordów przepięknie brzmiącej gitary akustycznej. Po kilku taktach jednak instrumentarium nagle nabiera tempa do przesterowanych gitar elektrycznych, wraz z wejściem perkusji i gitary basowej, jednocześnie kontynuując progresję akordów i melodie z akustycznego intro. Ten motyw trwa przez kilka kolejnych taktów, aż przechodzi w bardzo szybki thrash metalowy riff, który stanowi podstawę reszty utworu. W warstwie tekstowej porusza kwestie kontroli gniewu nad własnym zachowaniem. Jednakże motyw przewodni nawiązuje do sceny thrash metalowej w San Francisco w latach osiemdziesiątych. Najbardziej znanym klubem, w którym występowali muzycy z Metalliki był Old Waldorf przy Battery Street 444 w samym centrum San Francisco. Wers Cannot kill the family / Battery is found in me to stwierdzenie, że społeczeństwo nie rozumie tej sceny i że jej członkowie, będący rodziną, obronią ją jako przejaw solidarności przeciwko scenie glam metalowej, która była popularna w okolicach Los Angeles. Ogólny ton utworu to więzy rodzinne i pozytywne uwolnienie energii poprzez miłość do metalu. Idąc dalej mamy utwór tytułowy. Nie bez powodu to jeden z najbardziej kultowych utworów w historii metalu. Według tego “nieszczęśnika” Dave’a Mustaine’a riff do Master Of Puppets został skomponowany przez Larsa Ulricha, gdy Mustaine był jeszcze członkiem Metalliki. Numer został nagrany w niższym tempie i stroju, a następnie przyspieszony przez Rasmussena, który odtworzył taśmę szybciej, co pozwoliło zespołowi na uzyskaniu standardowego stroju oraz najbardziej zwartego brzmienia instrumentów w wyższym tempie. Jeśli chodzi o tekst, James tłumaczył wielokrotnie, że w dużej mierze traktuje o narkotykach. O tym, jak wszystko się odwraca - zamiast kontrolować to, co bierzesz i robisz, to narkotyki kontrolują Ciebie. Po szaleństwie zwalniamy nieco tempo za sprawą The Thing That Should Not Be. Brzmienie tej kompozycji kapitalnie oddaje złowieszczy aspekt albumu - gitary, wokal i dudniące bębny współgrając nadając niemal horrorowy charakter. Solo Kirka szczególnie wzmacnia tę ideę, tworząc charakterystyczny i dość przyjemny ton, który towarzyszy temu utworowi. 


Jedną z największych perełek na albumie jest Welcome Home (Sanitarium). Co ciekawe, inspiracją do jego napisania była głośna powieść Kena Keseya Lot Nad Kukułczym Gniazdem. Wyraża myśl pacjenta niesłusznie zamkniętego w zakładzie psychiatrycznym. Tematem kompozycji jest szaleństwo, stanowiące metaforę uczciwości i prawdy. Jest to prawdopodobnie najbardziej odkrywczy utwór Metalliki poruszający temat szaleństwa. Muzycznie rozpoczyna się sekwencją czystych pojedynczych instrumentów smyczkowych i harmonicznych. Czysty, arpeggiowany główny riff jest grany naprzemiennie w metrum 4/4 i 6/4 oraz ponurymi i czystymi partiami gitar w zwrotkach i przesterowanymi, ciężkimi riffami w refrenach, którego punktem kulminacyjnym jest agresywny finał aż do wyciszenia. Struktura może nawiązywać do schematu Fade To Black, czy późniejszych One lub The Day That Never Comes. Mamy także Disposable Heroes - antywojenny utwór opowiadający o młodym żołnierzu, którego los jest kontrolowany przez przełożonych. Tekst genialnie wpisuje się w ogólny motyw albumu, jakim jest poczucie bezradności i uwięzienia oraz brak kontroli nad własnymi działaniami. Okładka albumu, przedstawiająca pozornie bezkresny cmentarz wojenny nawiązuje do tej piosenki bardziej, niż do jakiejkolwiek innej na tym albumie. Ma też podwójne znaczenia, bowiem Hetfield zaczerpnął tytuł i idee z filmu dokumentalnego o… kontuzjowanych piłkarzach. Ważną kwestią do odnotowania jest fakt, że Disposable Heroes zostało po raz pierwszy zaprezentowane w połowie roku 1985. W tej wczesnej wersji utwór zasadniczo nie różni się zbyt wiele od wersji ostatecznej. Jedyną zauważalną różnicą jest dodatkowa minuta, wynikająca z istnienia innego szybkiego riffu, który później stał się częścią Damage, Inc. Wspomniałem na początku o Jamesie i jego wokalu najwyższych lotów? Posłuchajcie Leper Messiah. Ciekawa jest bardzo jego historia. Tytuł pochodzi od tekstu piosenki Davida Bowiego Ziggy Stardust, ale napisany został po skandalu związanym z tele-ewangelizacją, w której to miliony dolarów przekazano dwóm pastorom, którzy wykorzystywali nauczanie Słowa Bożego do własnych korzyści, a nie dla korzyści dóbr społecznych. Tak naprawdę to rzecz o tym jak religia ma ogromną kontrolę nad ludźmi. Ślepo podążają za swoimi kaznodziejami, robiąc wszystko, co każą w imię tego, który uczył czegoś zupełnie innego.


Wreszcie przyszedł czas na największą perełkę i - moim zdaniem - najbardziej wybitny utwór na płycie, czyli... Orion. Jest to wieloczęściowy instrumentalny utwór, w którym pierwsze skrzypce (a raczej basy) gra nieodżałowany Cliff Burton. Został w większości napisany przez niego samego. Rozpoczyna się wyciszoną sekcją basową, mocno przetworzoną, tak aby przypominała orkiestrę. Zaraz potem mamy riffy w średnim tempie, po których wjeżdża Cliff z basem w połowie tempa. Tempo zaś przyspiesza w drugiej części i kończy się wyciszeniem. Geniusz Burton zaaranżował każdą część środkowej części, która charakteryzuje się nastrojową linią basową i wieloczęściowymi harmoniami gitarowymi. Czy to nie jest temat dla najlepszych w świecie szkół muzycznych? Co jeszcze jest w tym ciekawe to to, że Orion zawiera dwa sola Cliffa, jedno Jamesa i trzy Kirka. Pierwotnie główny autor zamierzał zagrać wszystkie partie na basie i niechętnie oddał resztę kolegom, ale w końcu oddał i efekt mamy jednak zespołowy. Majstersztyk! 😍 Całość klamrą spina Damage Inc., który podobnie jak Battery, zaczyna się powoli ze subtelnymi i delikatnymi instrumentami. Jednak kiedy zaczyna się drop, uderza jakby przechodziło 20 słoni. To jeden z najcięższych, najszybszych i najbardziej chwytliwych riffów zarówno na albumie jak i w całej karierze Metalliki. Wszyscy grają tu na najwyższym poziomie - partie perkusji Larsa są tak szybkie, jak to tylko możliwe, bas Cliffa dodaje mocy każdej nucie, Kirk rozwala wiosło w swoim soli, a wokal Jamesa, podobnie jak w Leper Messiah, jest intensywny, wysoki i ostry. Świetne zakończenie najlepszego - przynajmniej dla mnie - metalowego albumu wszech czasów.


Myślę, że Master of Puppets zasługuje na to miano. Precyzja gry na gitarze, perkusja, tempo, hałas - wszystko tu jest niesamowite. Cieszę się niezmiernie, że mogłem się w tym wyjątkowym dniu podzielić pewnymi myślami. To album bardzo bliski memu sercu. Dziękuję za przeczytanie!😍 Bartas✌☮

Szaleństwo, poczucie bezradności i uwięzienia oraz brak kontroli nad sobą. 40 lat "Master Of Puppets" Metalliki.

  Zdaję sobie z tego sprawę, że zalegam wielu moim Czytelnikom oraz artystom zestawienia z polską muzyką 2025. Wybaczcie, miałem niemałe zaw...